poniedziałek, 12 listopada 2018

Upgrade (2018) reż. Leigh Whannell


Wydawałoby się, że dobry film fantastyczny musi być podparty solidnym budżetem, robić duże wrażenie od strony wizualnej, kreować rozbudowany futurystyczny świat. Historia filmu pokazała jednak już nieraz, że da się opowiadać takie historie również w kameralnych warunkach, a niewielki budżet może stać się jedynie wyzwaniem dla sprawnych, ambitnych twórców. Australijski „Upgrade” napisany i wyreżyserowany przez Leigha Whannella (najbardziej znany jest jako scenarzysta i aktor) jest właśnie jednym z takich filmów science fiction, którym do zbudowania przekonującej opowieści duży budżet wcale nie był potrzebny.

Niedaleka przyszłość. Pewien mechanik samochodowy, który zdaje się dość nieufnie podchodzić do nowych technologii, podczas przejażdżki z żoną zostaje napadnięty przez bandytów. Kobieta ginie, a mężczyzna zostaje okaleczony i ląduje na wózku inwalidzkim. Pewnego dnia zgłasza się do niego jeden z jego dawnych klientów proponując mu wszczepienie chipu, który pozwoli mu znowu osiągnąć sprawność fizyczną. Mechanik się zgadza. Po zabiegu okazuje się, że bohater dzięki chipowi zyskuje nadludzkie możliwości. Postanawia wykorzystać je by się zemścić i rusza śladem bandytów, którzy zabili jego żonę.

Jak wspomniałem we wstępie budżet filmu wydaje się niewielki. Futurystyczna oprawa wizualna w większości ogranicza się do scenografii i kilku nowocześnie prezentujących się pojazdów. Twórcy jednak poradzili sobie z tymi elementami na medal i ostatecznie nie czuć tu tej niezwykłej oszczędności, a do tego wszystko zostało tu bardzo ładnie sfotografowane. Przykładowo siedziba hakerów, do której w jednej ze scen zawita główny bohater to tylko, zesquotowana postindustrialna hala. Tylko, ale w obiektywie twórców wypada w swej prostocie bardzo przekonująco. Zapewne duża w tym też zasługa scenariusza, bo to po prostu dobra historia, w którą można szybko się wciągnąć i przez to łatwo uwierzyć w proponowaną przez twórców konwencję.

„Upgrade” na jednym poziomie jest kinem zemsty, ale na drugim to również film mający coś wspólnego z noir (samotny, zadziorny detektyw na tropie), więc ze względu na pożenienie tego nurtu z science fiction śmiało można szukać w nim stycznych z „Blade Runnerem” i powiem szczerze, że mimo iż może mu nie dorównuje (mam na myśli obie części, które bardzo cenię) to wypada na jego tle całkiem nieźle. Inne skojarzenia prowadzą mnie wprost do filmu „Wideodrome” Davida Cronenberga. Co prawda cielesność w „Upgrade” jest niepokojąca w trochę inny sposób niż w arcydziele Kanadyjczyka, ale tak samo przeobraża bohatera w coś innego, nowego, być może dalece nieludzkiego. Niepokój związany z nowymi technologiami jest przynależny science fiction, ale ja szukałbym w „Upgrade” już elementów horroru, albo przynajmniej techno-thrillera. Na pewno znajdziemy tu wiele cech bardzo udanie podanego cyberpunka: cyberwszczepy, wmontowana w ciało broń palna i kierowane przez automatyczną nawigację samochody to tylko część nowoczesnej technologii, która otacza bohatera. Charakterystyczny dla tego nurtu jest też problem ingerowania cybernetyki w ciało i psychikę człowieka. Nie chcę zdradzać Wam zakończenia, bo byłbym zwykłą świnią psującą frajdę z seansu, ale zaznaczę, że ten element jest bardzo kluczowy dla ostatecznego odbioru tej historii i zapewniam, że na pewno będziecie zaskoczeni rozwojem wypadków.

W roli głównej został osadzony Logan Marshall-Green, który na swoje nieszczęście na ekranie prezentuje się jak klon Toma Hardy’ego. Cenię tego aktora, bo wiem jak dobrze grał w nieodżałowanym (zawieszonym po pierwszym sezonie) serialu „Quarry”. Po raz wtóry udowadnia, że ma wielki talent. Jego przekleństwem musi być fizyczne podobieństwo do słynnego aktora. No cóż, ja go dostrzegam i głaszczę.

Ten film będzie klasykiem cyberpunka. A może nawet już jest, biorąc pod uwagę to, jak szybko w czasach Internetu rozchodzą się wieści o dobrych produkcjach tego typu – to dla odmiany ta dobra strona nowych technologii.

piątek, 9 listopada 2018

Ultimate Spider-man. Tom 2. Bendis



Jak już kiedyś pisałem, od dzieciństwa nie czytałem aż tylu komiksów superbohaterskich co teraz. A może czytam ich nawet więcej niż wtedy. No ale wychodzi tyle ciekawych pozycji, że aż żal byłoby po nie nie sięgnąć. Pewnie jest coś niepokojącego w trzydziestolatku czytającym komiksy o gościach w rajtuzach (kiedyś nawet Moore o tym mówił, że to infantylizm i ogólnie wstyd przed Ryśkiem), no ale będę musiał z tym jakoś żyć, bo nie będę ukrywał, że często bawię się przy nich jak prosie. Sięgam nawet po tytuły adresowane do nastolatków – bo nie ma co się oszukiwać, to dla nich strwożony został Spider-man pisany przez Briana Michaela Bendisa.

W dzieciństwie byłem prawdziwym Spider-manowym świrem, dlatego jestem dość sceptyczny wobec nowych komiksów o nim. Najzwyczajniej boję się zniszczyć piękne wspomnienia jakie mam z tamtego okresu, więc po komiksy o Pająku sięgam z niepokojem (zawiódł mnie już między innymi KevinSmith). W przypadku Bendisa jest jednak inaczej, bo cenie go i ufam jego zdolnościom. Co ważne, już pierwszy tom Spider-mana pisanego przez niego mnie nie zwiódł (kliku klik), dlatego bez obawy sięgałem po drugi. 



Bendis bardzo sprawnie porusza się po mitologii Spider-mana, co rusz wyciągając z niej kluczowe dla niej figury: jest tu obecny zarówno Zielony Goblin, Doktor Octopus, Kraven Łowca ale też Gwen Stacy czy Mary Jane. W tym tomie wykracza nawet poza nią wrzucając do historii również Nicka Fury'ego z S.H.I.E.L.D. Wszystkie te elementy układanki powodują, że czytając ten komiks mamy wrażenie obcowania z wzorcową historią o Pajęczaku, która sprawia odbiorcy nie lada przyjemność. Również elementy obyczajowe są dobrze ulokowane i na tyle umiejętnie dozowane, że nie spowalniają akcji, wręcz przeciwnie, bardzo uatrakcyjniają i urealniają komiks. Mogę się tylko domyślać, jak utożsamiają się z nimi licealiści, ale podejrzewam, że są na tyle sprawnie poprowadzone, że dobrze sprawują swoją funkcję. 



Wielkim minusem tego komiksu są jednak rysunki autorstwa Marka Bagleya. Owszem, jest dobrym rzemieślnikiem, ale styl jakim się posługuje ma w sobie znamiona wszystkiego co było złe w grafice poprzedniej dekady. Jest nieznośnie kiczowato (co znamienne nieco mangowo – w złym tego słowa znaczeniu, to nie są nawiązania do Katsuhiro Ōtomo, nic z tych rzeczy) a do tego musimy dodać okrutne komputerowe kolory, od których aż oczy krwawią. Historia na szczęście jest opowiedziana na tyle przejrzyście, że da się na ten element przymknąć oko, niemniej jeśli kupujecie komiksy głównie dla rysunków, to ten album Was na pewno zawiedzie.

Scenarzysta skutecznie zmierzył się z dość trudnym zadaniem, i pokazał, że w Marvelu był właściwą osobą na właściwym miejscu. Tak jak w przypadku Daredevila, popisał się znakomitym zrozumieniem tematu i mimo iż tworzył historie nawiązujące do klasyki, to ostatecznie podawał je w bardzo smacznym, unowocześnionym stylu. Nie musiał przy tym deptać żadnych świętości i zapewniam, że jego komiksy o trykociarzach tworzone dla Marvela zadowolą zarówno początkujących czytelników, szukających dynamicznej rozrywki, jak i konserwatystów szukających w nich powrotu do historii które kochali w dzieciństwie. 


niedziela, 4 listopada 2018

Niech ciała się opalają (2017)



„Niech ciała się opalają” to trzeci film duetu scenariuszowego i reżyserskiego, który tworzą Hélène Cattet i Bruno Forzani, ale dopiero pierwszy bardzo dobry. Dla widzów znających ich poprzednie dzieła będzie nie lada zaskoczeniem, gdyż autorzy z kina artystycznego przeskakują do utworu niemalże typowo gatunkowego. Zazwyczaj takie posunięcie mogłoby być uznane za cofnięcie się w rozwoju. Nie w tym przypadku.

W swoich poprzednich filmach „Amer” i „The Strange Colour of Your Body’s Tears” para trawestowała włoski horror i giallo. Wizualnie z dobrym skutkiem: niebezpiecznie ostre przedmioty, bogata psychodeliczna kolorystyka, wszechobecny oniryzm i prawdziwa maestria formy. Niestety oba obrazy od strony fabularnej były wydmuszkami, bo to dzieła których treść usprawiedliwia jedynie poetyka snu. Mimo pewnej gatunkowości, obecnej w stronie wizualnej, oba ostatecznie musiały być postrzegane bardziej jako dzieła awangardowe czy surrealistyczne. Nie zrozummy się źle, doceniam te filmy, bo widać w nich było bardzo duży potencjał realizacyjny, ale brakowało w nich jakiejś konkretnej, twardej treści, która dałaby widzowi głębszą satysfakcję z seansu. Przy czym trzeba zaznaczyć, że oba obrazy nie posługiwały się metaforą na tyle sprawnie, by miały jakąś szczególną wartość jako kino autorskie, artystyczne, podejmujące ważkie (nawet jeśli istotne tylko dla jednostki) tematy. Dziś postrzegam te filmy jako warsztatowe wprawki, które prowadziły autorów do stworzenia ich najnowszego obrazu, który jest na wszystkich płaszczyznach dziełem kompletnym. To nie jest kino, które poszukuje, to kino, które znalazło: wizualną perfekcję, przebojowość oraz ostrą rozpierduchę.

W najnowszym filmie autorzy duchem pozostali w Italii, ale od strony estetycznej skłonili się bardziej w kierunku włoskiego westernu i na szczęście wzięli na warsztat już gotową fabułę (bo sądząc po ich poprzednich dokonaniach, treść to nie jest ich najmocniejsza strona), gdyż film ten jest ekranizacją powieści autorstwa Jeana-Patricka Manchette’a i Jen-Pierre Bastida. Fabuła jednak nie jest wprost przetworzeniem filmów o dzikim zachodzie, bo mimo nawiązań w treści sięga do konwencji sensacyjnej (można by więc zastanawiać się, czy nie kradli z poliziottesco, ale ostatecznie, od strony poetyki ślady tego nurtu są znacznie mniejsze niż westernu). Oto mamy malowniczy, stary pensjonat nad morzem, w którym schronili się rabusie, którzy złupili konwój wiozący 250 kilogramów złota. Odludne, skąpane w słońcu miejsce wydaje się idealną kryjówką, jednak po jakimś czasie pojawia się tam policja, nawiązuje się strzelanina, zostają wzięci zakładnicy. Fabuła rozgrywa się w ciągu dwóch dni, a ważne dla niej momenty przedstawione zostały minuta po minucie, co jest podkreślone za pomocą komunikatów czasowych wyświetlanych na ekranie w chwilach istotnych dla rozwoju wypadków. Na pewnym poziomie to rzecz podobna do „Wściekłych psów”, lecz mimo cech wspólnych nie jest trywialną kopią filmu Tarantino, który zresztą najwięcej czerpał z zupełnie innych rejonów, bo z sensacyjnego kina rodem z Hong Kongu (bodaj najwięcej z filmu „Płonące Miasto” Ringo Lama).

Oglądanie „Niech ciała się opalają” to niezwykłe doświadczenie. Z poprzednich swoich dzieł autorzy pozostawili najsilniejsze elementy – głęboką stylizacje obrazu, rytmiczność i kolorystykę. Na ekranie odżywają jednak nie oniryczne wizje znane z włoskich horrorów, a poetyckie zagrywki jakie stosował Sergio Leone i inni pomniejsi twórcy spaghetti westernu, przy czym czuć, że mamy do czynienia z nowoczesną wariacją na ten temat – jest tu pewna teledyskowość i montażowe fajerwerki, które genialnie uzupełniają gatunkową treść. Stylizacja jest na tyle udana, że nie ma wątpliwości do czego nawiązują twórcy, co sprawia, że miłośnicy włoskiego kina pulpowego ( a może i ci niedzielni, stylistykę znający tylko z obrazów Tarantino), widząc zastosowane tu środki, i słysząc charakterystyczną dla makaronowych klasyków muzykę, która żywcem została wyjęta z kilku uznanych włoskich gatunkowych filmów, poczują ciarki na ciele. To przepełniona intensywnymi barwami, filmowa ballada o wręcz zmitologizowanych przestępcach, którzy zatracają się w gorączce złota, nie mniejszej niż ta, którą odczuwali bohaterowie „Dobrego, złego i brzydkiego”.

Cattet i Forzani mimo ewolucji artystycznej nie zmienili do końca stylu – od razu czuć, że to film twórców „Amer”. W linii fabularnej „Niech ciała się opalają”, tak jak w poprzednich obrazach tego duetu, też pojawiają się ukochane przez autorów elementy surrealizmu, ale nie przytłaczają treści, bo są serwowane w takich dawkach, że historia nie zamienia się w bełkot, dzięki czemu obraz jest dużo bardziej zjadliwy od poprzednich dzieł tych twórców i można go w końcu traktować poważnie, a nie jako pseudoartystyczną bufonadę. I bardzo dobrze, bo to zdolny tandem, który jednak trwonił swój talent tworząc dzieła nieprzystające ani do standardów kina arthouse’owego, ani do potrzeb widzów kina gatunku. Dla mnie to najlepszy nowy film jaki widziałem w tym roku, a na pewno największe wizualne doznanie. Tarantino będzie im tego obrazu cholernie zazdrościł.

sobota, 3 listopada 2018

Mort Cinder



Niniejszy album udowadnia, że jeszcze są komiksowi klasycy, których dzieła nie ukazały się na naszym rynku. Publikowana w latach 60. w odcinkach w prasie opowieść, snuta przez dwójkę Argentyńskich twórców: scenarzystę Héctora Germána Oesterhelda i rysownika Alberto Braccie, to jedno z brakujących ogniw komiksu dla dorosłych, jakością zostawiająca w tyle większość cenionych tytułów z czasu bumu powieści graficznych dla dojrzałego czytelnika, który nastąpił kilka dekad później. Dzieło mroczne, wielowymiarowe i dojrzałe. Rzecz zupełnie niezwykła wśród graficznych opowieści w odcinkach.

W tajemniczych okolicznościach pewien stary, całym sercem zaangażowany w swoją pracę antykwariusz, spotyka na swej drodze tajemniczego Mort Cindera. Postać, która wstaje z grobu za każdym razem, gdy zostaje uśmiercona. Cinder zaczyna mieszkać u naszego bohatera i snuje swoje opowieści poprzez pryzmat przedmiotów, które trafiają w ręce antykwariusza. Odwiedzimy okopy I wojny światowej, poznamy historie ze statków niewolniczych, amerykańskiego więzienia, a nawet spod stóp wieży Babel. Cinder z każdą swoją opowieścią staje się jeszcze większą zagadką, a jego faktyczny wiek pozostaje nieokreślony. Co widział w swoim niebotycznie długim życiu? Przy jakich wielkich wydarzeniach akuszerował? W tym aspekcie jest w nim coś z Corto Maltese, bohatera stworzonego przez Hugo Pratta, który często miesza się w historyczne wydarzenia, ale na tym podobieństwa się kończą. Cinder zresztą nie jest żadnym herosem i zazwyczaj w wydarzeniach obserwuje wszystko z punktu widzenia szarego człowieka, nie grając w tych opowieściach głównych skrzypiec.

Strona fabularna komiksu płynnie przechodzi od horroru, opowieści awanturniczej do tematyki historycznej, którą twórcy z gracją potrafią pożenić z science fiction. Ogólnie jednak wydźwięk całości jest dość mroczny (w czym duża zasługa genialnych, niepokojących grafik Alberto Breccii) i zapewne dlatego publicyści doszukują się tu podskórnych przekazów, mających być komentarzem społeczno-politycznym. Nie bez powodu, bo komiks ten ma swój ponury kontekst w świecie rzeczywistym. Scenarzysta i zarazem dziennikarz Héctor Germán Oesterheld, był aktywny politycznie (również jako twórca, bo na koncie ma komiksową biografię Che Gevary „La Vida del Che”, stworzoną zresztą z Breccią) i skończyło się to dla niego tragicznie. W 1977 roku wraz z rodziną został aresztowany przez rządzącą Argentyną wojskową juntę i ślad po nim zaginął. Zostały po nim jednak dzieła takie właśnie jak „Mort Cinder”, którego w tym kontekście nie trudno dziś odczytać jako metaforę nieciekawych, burzliwych czasów w których przyszło żyć autorom.

Mimo, że fabuła komiksu jest w porządku, a i narracja wcale się nie zestarzała, to najważniejsze w tym albumie są jednak rysunki Breccii. Ekspresjonizm, dominująca czerń, realistycznie, ale jakby nieco niedbale narysowani bohaterowie, a do tego często pieczołowicie stworzone tła. Na okładce wydawca wspomina w kontekście twórczości Brecii Mike’a Mignole i Franka Millera (autora „300” z którym jednak komiks ten łączy tematyka z jednej opowieści, bo Argentyńczycy również opowiedzieli o bitwie pod Termopilami), ale styl Argentyńczyka jest jednak osobny i trudno szukać stycznych z ich pracami. Szczególnie odrębność tę widać właśnie przy „Mort Cinderze”, gdyż w tamtych czasach autor borykał się z kłopotami finansowymi i traf chciał, że tanio kupił ryzy śliskiego papieru, który źle przyjmował tusz. Zaczął więc eksperymentować z techniką i w tych poszukiwaniach doszedł do tego, że nakładał tusz nie tylko szczoteczką do zębów (to akurat standard), lecz także żyletką i brzytwą. Bóg jeden wie, jak to wyglądało w praktyce, ale efekt jest piorunujący i sprawia, że mamy wrażenie obcowania z czymś niecodziennym.

„Mort Cinder” na każdym poziomie wyprzedza swoją epokę i niczym nie przypomina typowych dla tamtego okresu opowieści awanturniczych w odcinkach, które ukazywały się w masowo drukowanych magazynach komiksowych. Podczas lektury nie czuć zupełnie naiwności, która charakteryzowała tytuły z tamtego okresu, a zebranie wszystkich odcinków w jednym opasłym woluminie daje poznać tę historię czytelnikowi na nowo, jako złożone, szalenie inteligentne dzieło. To utwór fabularnie, narracyjnie i (przede wszystkim!) graficznie dojrzały, ukazujący medium komiksowe jako wspaniały środek do snucia wielowymiarowych opowieści w latach 60., zwiastujące to, czym w komiksie będziemy się zachwycać dopiero kilka dekad później. Na rewersie książki możemy znaleźć notatkę od bardzo zdolnego rysownika Matta Fractiona (autora wydawanego u nas niebanalnego graficznie „Hawkeye”), który stwierdza, że komiks ten w 1962 roku „(…)musiał sprawiać wrażenie, jakby wypadł z cholernego statku kosmicznego”. Lepiej chyba tego nie da się ująć.

Mooreonomicon #6.2 Saga o Potworze z Bagien tom 2.



Potwór z Bagien został stworzony przez nieżyjących już Lena Weina i Berniego Wrightsona w latach 70. Robiona przez nich w trybie dwumiesięcznym seria dobiła zaledwie do 24 numerów. Po tym ciągu zeszytów ślad po Potworze zaginął i świat popkultury przypomniał sobie o nim dopiero w 1982 roku, gdy na ekrany kin weszła ekranizacja jego przygód autorstwa Wesa Cravena. Chcąc zarobić na odnowionej popularności Bagniaka postanowiono wznowić publikację cyklu. Nową odsłonę dociągnięto do 20 numeru i wtedy na scenę wszedł on. Cały w czerni, kudłaty, z długą brodą – młody angielski scenarzysta Alan Moore, który dziś uznawany jest za jednego z najważniejszych scenarzystów w historii komiksu.

Podobno Brytyjczyk wcale nie chciał pisać tej historii. Co bowiem można zrobić z tak niewiarygodnym od strony psychologicznej bohaterem jak inteligentny organizm stworzony z fragmentów bagna? To przecież postać żywcem wyjęta z jakiegoś kiepskiego odcinka o Scooby-Doo. Propozycja była jednak intratna, a scenarzysta chciał zacząć pracować na Amerykańskim rynku. Przejął więc serię i zaczął od sprzątania, a potem kreowania od nowa tła i psychologii bohatera – to właśnie te historie zawarte są w pierwszym tomie polskiej edycji, która zbiera dwa amerykańskie wydania zbiorcze.

Oryginalnie fabuła zakładała, że potworem jest naukowiec Alec Holland, który uległ wypadkowi w laboratorium, płonąc wpadł do bagna i w ten sposób zamienił się w roślinne monstrum. Na wstępie Moore postanowił dowalić bohaterowi, więc zabrał mu pozostałości człowieczeństwa. W zeszycie „Lekcja Anatomii” przedstawił teorię, według której Potwór nigdy nie był Hollandem, a tylko organizmem, który wchłonął jego świadomość i wspomnienia. Fakt, że nie był nigdy człowiekiem i nigdy już nie będzie, doprowadził bohatera do załamania i depresji, przenosząc historię o Potworze z Bagien na zupełnie inny poziom, na którym horror dekonstruowany jest przez pryzmat miotającego się wewnętrznie monstrum, które okazuje się wrażliwsze niż ludzie. To wszystko sprawia, że komiks ten to nie tylko botaniczny horror, bo odczytywany może być też jako traktat o szukaniu własnej tożsamości.

Drugi tom Polskiego wydania, w którym już bardziej świadom swojej natury Potwór kontynuuje mentalną odyseję, zbiera więcej krótkich opowieści, w których Moore odnosi się do różnych gatunków horroru – od opowieści o zombi, przez horror wilkołaczy, po opowieść o duchach. Warto też wspomnieć, że to właśnie w tych zeszytach debiutowała inna gwiazda komiksowego horroru – londyński mag Constantine znany z filmu i serii komiksowej „Hellblazer”, który zdaje się wiedzieć więcej na temat pochodzenia Potwora. Obiecuje zdradzić tajemnice, ale najpierw bohater musi wykonać dla niego kilka niebezpiecznych zleceń. Wszystkie te krótkie opowieści okazują się tylko preludium przed dłuższą historią, w której Brytyjczyk-okultysta odegra niebagatelną rolę. Nie będę zdradzał dokładnie o co chodzi, powiem tylko, że Potworowi przyjdzie odwiedzić samo piekło i stoczyć tam wielki bój o ratowanie wszechświata.

W opowieściach o Potworze z Bagien bardzo istotna jest warstwa narracyjna. Moore często korzysta przy swojej pracy ze strumienia świadomości, serwując czytelnikowi impresyjne, psychodeliczne sceny, które przedstawione są na znakomicie zakomponowanych planszach (z początku wydawały mi się nieco niedzisiejsze, ale przy drugim tomie doceniłem je już w pełni). To dzięki takim odważnym zabiegom komiks ten zyskał swoją sławę i w swoich czasach stał się kasowym hitem.

Trzeba też zaznaczyć, jak wielką rolę odegrał „Potwór…” w rozluźnieniu warunków publikacji komiksowych horrorowych historii, bowiem to w ramach tej serii ukazał się pierwszy zeszyt osadzony w uniwersum DC, który pozbawiony był znaczka Comics Code Authority – cenzurki, która miała świadczyć o tym, że to produkt przyjazny dla dzieci. Miało to dobitnie podkreślić, że czytelnicy obcują z produktem kierowanym bezpośrednio do dorosłych. „Potwór…” był też głównym powodem utworzenia imprintu Vertigo – linii komiksowej kierowanej do dorosłego czytelnika. Przez lata komiks ten był niedoścignionym wzorem tej marki, który naśladowali między innymi Neil Gaiman pisząc swojego „Sandmana” i Jamie Delano pracując przy „Hellblazerze”, ale to już zupełnie inna historia…

Mandy (2018) reż. Panos Cosmatos



Można było zachwycić się już jego debiutem. Panos Cosmatos (swoją drogą pochodzący z filmowej rodziny, bo to syn reżysera „Cobry” i „Rambo II”) ze swoim „Beyond the Black Rainbow” przebojem wdarł się do świadomości miłośników niezależnego kina grozy. Była to balansująca na granicy science fiction i horroru, halucynogenna, momentami bardzo abstrakcyjna, wizualna orgia z syntezatorową muzyką w tle, która nie pozostawiała żadnego widza obojętnym. Ten film albo się pokocha i kupi od pierwszych scen, albo znienawidzi i wyłączy go po kwadransie.

Teraz Cosmatosa czekał test, z którym nie radzi sobie wielu twórców – drugi film, który czy tego reżyser chce, czy nie, będzie porównywany do jego debiutu. Autor zaserwował nam „Mandy”, a główną rolę powierzył Nicholasowi Cage’owi. To historia opowiadająca losy pewnego drwala, którego dziewczynę, tytułową Mandy, zabija złowroga religijna sekta, z długowłosym guru na czele, mająca zapewne swoją genezę w lękach, jakie w społeczeństwie anglosaskim wytworzyła zmitologizowana już przez kino banda Charlesa Mansona. Jest tu też piekielny gang motocyklowy, który ma w swoim wyglądzie coś sadomasochistycznego i kojarzy się z istotami, jakie przedstawiane nam były w serii filmów „Hellraiser”. Drwal, wiedziony wściekłością, staje w szranki z obiema grupami, wymierzając desperacką, wręcz karykaturalną zemstę, sam w scenie przypominającej motyw zbrojenia się Asha w „Martwym Źle”, kuje w szopie siekierę, którą dokona vendetty. Zresztą udział aktora w tym przedsięwzięciu można odebrać dwojako, zarówno jako zaletę, jak i wadę, bo jego ekspresyjna gra sprawia, że w jego roli jest coś z autoparodii. Niemniej obraz ten bardzo ciekawie będzie się prezentował w jego filmografii, bo od strony wizualnej jest perełką, która mocno kontrastuje z kiczowatym komercyjnym kinem, do którego ostatnimi czasy przyzwyczaił nas Cage.

Cosmatos zdał egzamin na piątkę i stworzył dzieło równie interesujące i zapadające w pamięć co „Beyond the Black Rainbow”. „Mandy” to brutalny horror, ale w modny ostatnio sposób odważnie pożeniony z arthousem. Niektórzy mówią, że to „slow cinema”, ale Cosmatos swoim wizualnym stylem wyróżnia się nawet na tle innych ambitnych produkcji tego typu i nie do końca podąża w stronę filmowego ambientu, który tak intensywnie eksploatował w swoim debiucie. Są tu oczywiście elementy tego typu, ale wydaje mi się, że film ma więcej dynamiki i akcji, trudno więc oskarżyć autora o odcinanie kuponów. Niezmienne w stylu Cosmatosa pozostaje na pewno jedno – od strony formalnej to jedno wielkie wyznanie miłosne dla kina ery VHS.

Jak głupio by to nie zabrzmiało, to na ekranie widać wyraźnie, że Cosmatos jest Kanadyjczykiem, i jeśli istnieje jakiś styl horrorowy charakterystyczny dla kraju z listkiem klonowym we fladze, to właśnie ten autor jest jego dumnym reprezentantem. Tak się bowiem składa, że Cosmatos dzieli wrażliwość z innym tuzem kina z tego kraju – Davidem Cronenbergiem. Łączy ich podobne, niepokojące podejście do cielesności i traktowanie celuloidu jak materii, w której można rzeźbić mroczne, ekspresjonistyczno-surrealistyczne wizje. Film przecina też seria motywów przedstawionych jako film animowany, który estetycznie żywcem wyjęty jest z kreskówek dla dorosłych serwowanych w latach 80 i 90 (np. „Heavy Metal”).

Istotna w całym utworze jest też ścieżka dźwiękowa, tak się bowiem składa, że to bodaj ostatni film, do którego muzykę stworzył zmarły niedawno, uznawany za genialnego Johann Johannsson. To gęsty, mroczny ambient doprawiony pewną dawką industrialu, który znakomicie podbija atmosferę w filmie.

Drugi film Cosmatosa na pewno nie stanie się przebojem kinowym, mimo że jest na pewno łatwiejszy w odbiorze od jego debiutu, to dalej jest zbyt odważny, eksperymentalny i pokręcony. To dalej wielki sen, filmowa halucynacja, która będzie niezjadliwa dla większości widzów. Na pewno zapisze się jednak w pamięci miłośników dobrego (artystycznego? Bo chyba możemy już mówić o pewnej tendencji w kinie grozy, której kto jak kto, ale ten autor na pewno jest przedstawicielem) horroru.

czwartek, 1 listopada 2018

Invincible. Tom 1. Robert Kirkman




Nie czytałem jeszcze „Żywych trupów”. Wspominam o tym, bo głównie z tego komiksu znany jest u nas autor scenariusza do „Invincible”. Zastanawiam się, czy w ogóle czytałem coś wcześniej Roberta Kirkmana i nie przypominam sobie żadnego tytułu. „Invincible” jest więc pierwszą jego pracą z którą się stykam.

Główny bohater jest połączeniem Supermana (ma bardzo podobne moce) i Spider-mana (jest nastolatkiem, więc ma podobne do młodego Parkera licealne problemy). Swoje zdolności odziedziczył po ojcu, który pochodzi z innej planety, z której został wysłany na ziemię by chronić jej mieszkańców przed wszelkim złem. Na ziemi poznał kobietę z którą spłodził syna. Gdy bohater wchodzi w dojrzałość ( fabuła startuje gdy jest rok przed studiami) zaczynają się u niego objawiać niezwykłe zdolności, a co za tym idzie, podobnie do swojego ojca zaczyna robić super-bohaterskie wypady. Tak wygląda zawiązanie fabuły, ale Kirkman na początku nie odkrywa przed czytelnikami wszystkich kart i zapewniam, że w trakcie rozwoju wydarzeń zrobi się zdecydowanie ciekawiej i bajka w której żyje bohater pęknie niczym bańka mydlana.



Jak na razie „Invincible” nie jest przeintelektualizowany – a to przecież cecha tego dobrego, ważnego super-hero spod znaku uczniów Alana Moore'a – na chwilę obecną to głównie przewrotna zabawa konwencją. Od strony literackiej album nie jest też zbyt gęsty, przez co czyta się go bardzo lekko. Są tu też obszerne fragmenty obyczajowe, które sprawiają, że komiks ten jest jeszcze bardziej interesujący, ale nie przytłaczają sedna sprawy (a tak jest np. w Daredevilu czy Hawkeyu gdzie często stanowią główny filar opowieści).

Seria ta mogłaby być częścią uniwersum Marvela lub DC, ale skoro można to robić na własną rękę autorzy zdecydowali pracować dla Image, które zapewniało im wolność i prawa do tworzonego przez nich tytułu. Niemniej bardzo widać, że postacie są wzorowane na znanych herosach, momentami tak bardzo, że dziwię się, że (chyba) obeszło się bez pozwu. Jeden z bohaterów jest przykładowo bardzo wyraźną kopią Rorschacha, który podobnie do tej kultowej postaci z „Watchmenów” prowadzi śledztwo w sprawie zabójstwa super-bohaterów. Niemniej zabiegi te są bardzo udane i sprawiają, że każdy fan komiksów o trykociarzach poczuje się w świecie „Invincible” jak w domu. 



Narracja obrazem i rysunki (których autorami są Ryan Ottley i Cory Walker) są dość nowoczesne, dynamiczne i od strony formalnej nie ma na co narzekać. Wszystko jest klarowne i czyta się bardzo przyjemnie. Nawet kolory, pomimo tego, że są komputerowe to wypadają bardzo udanie, i nie kaleczą oczu co wrażliwszym na kicz czytelnikom.

„Invincible” często określany jest jako jeden z najlepszych komiksów super-bohaterskich. Mimo wysokiego poziomu jego genialność chyba się jeszcze w pierwszym tomie nie objawia – acz historia ma mieć 12 części, więc jeszcze wszystko może się wydarzyć. Jak na razie to tylko dobre, sprawne czytadło. Daleko temu komiksowi do arcydzieł Moore'a (na podobnej rozpiętości stron Alan stworzył wszak wybitne, zamknięte historie), acz z drugiej strony fajnie, że autorzy nie chcą odcinać kuponów (mimo jawnych nawiązań) od dzieł genialnego Brytyjczyka i robią wszystko po swojemu. To co najfajniejsze w tej historii to pewna radość, wyraźna frajda jaką mają twórcy z opowiadania o super-bohaterach. Mimo iż nie stałem się jeszcze fanem Kirkmana to na pewno będę śledził tą serię.