piątek, 2 marca 2018

Kaznodzieja tom 3 Ennis i Dillon

Teks pierwotnie ukazał się na łamach Wirtualnej Polski.  



Słynny "Kaznodzieja" uznawany jest w naszym kraju za serię kultową. Jego wznowienie to w komiksowym światku prawdziwe wydarzenie, bo w końcu mogą nadrobić go ci, którzy przegapili pierwsze wydanie. A dodajmy, że na rynku wtórnym w ostatnich latach osiągało ono zawrotne ceny. 

"Kaznodzieja" to obrazoburcza seria pisana przez szalonego, ale poczytnego komiksowego pisarza, Gartha Ennisa i rysowana przez nieżyjącego już niestety rysownika Steve’a Dillona. Punktem zapalnym opowieści jest motyw traktujący o tym, że Bóg zszedł na ziemię i porzucił niebo. Zniknął, przepadł i nie daje znaku życia. Prawdopodobnie odszedł przez twór zwany Genezis, który został zrodzony z romansu demona z aniołem. Byt również spadł na ziemię i ukrył się w ciele przeżywającego kryzys wiary kaznodziei Jessego Custera, obdarzając go tym samym nadludzką mocą. Wkrótce na jego drodze stają jego była dziewczyna Tulip i irlandzki wampir Cassidy. Nietypowa kompania rusza przez Amerykę w poszukiwaniu Boga. Kaznodzieja ma mu do zadania parę istotnych pytań. Ich śladem rusza potężny rewolwerowiec z zaświatów – Święty od Morderców. 



 Trzecia odsłona "Kaznodziei" jest tomem przejściowym, który nie posuwa akcji zbytnio do przodu. Między innymi dlatego, że pojawia się w nim poboczna mini seria ukazująca genezę wspomnianego wcześniej Świętego od Morderców (odsłona ta wyjątkowo rysowana jest przez Steve'a Pugha). Ta część to rasowy western, traktujący o zemście, którą pewnej mroźnej zimy Święty powziął na ludziach, którzy przeszkodzili mu w dostarczeniu lekarstw do umierającej rodziny. Dopiero po tej opowieści wracamy do regularnej fabuły, rozgrywającej się tym razem w Nowym Orleanie i mocno powiązanej z wampirem Cassidym. Niestety tu również akcja spowalnia i odniosłem wrażenie, że Ennis nieco drepcze w miejscu. Jednak z drugiej strony ma szansę poświęcić więcej czasu na pogłębienie rysu psychologicznego bohaterów, masę komediowych gagów i wprowadzenie ciekawych postaci pobocznych. Warto też odnotować, że w trzecim tomie znajdziemy też mały hołd dla kontrowersyjnego komika Billa Hicksa. 



 "Kaznodzieja" nie jest dla każdego, bo jest dziełem dość mocnym: brutalnym, pełnym seksu, rubasznego humoru i wulgarnego języka. Jednak przy okazji to też najlepsze dzieło Ennisa, który podczas pracy nad nim wyprztykał się ze wszystkich pomysłów, które stosował wcześniej i później. Jeśli macie w życiu przeczytać jeden komiks tego autora, to musi to być "Kaznodzieja".

Lone Sloane tom 2 Druillet

Tekst pierwotnie ukazał się na stronach Wirtualnej Polski.  



To już drugi album (trzeci, jeśli liczyć "Salambo") z opowieściami o tytułowym gwiezdnym piracie i awanturniku. Za sprawą genialnego ilustracyjnego warsztatu Druilleta zostajemy przeniesieni do tętniącego gwałtem i przemocą kosmicznego uniwersum, którego fabuła wyraźnie inspirowana jest historią starożytną (ze wskazaniem na wojny).

Opowieść Druilleta ma epicki rozmach, a autorowi wystarczy zaledwie kilka stron, by przejść do rzeczy, wplątać swojego bohatera w jakąś kabałę i bombardować czytelnika obrazami przedstawiającymi kosmiczne potyczki toczone na wielką skalę. W pierwszej historii, zatytułowanej "Gail", Lone Sloane zostaje wysłany do galaktycznego więzienia, gdzie niemal od razu wznieca bunt wśród więźniów. Druga nazywa się "Chaos" i dzieje się 10 lat po śmierci naszego bohatera. Lone Sloane zostaje w niej wskrzeszony, by stoczyć bój z jednym ze swoich odwiecznych wrogów - potężnym Shaanem.  

Cykl stworzony przez Druilleta nie jest dla każdego. To rzecz dla koneserów, czytelników zainteresowanych historią komiksu i nietuzinkowymi formami narracji. Mimo iż autor odwołuje się do pulpowych wzorców, to jego komiks jest (przynajmniej od strony formalnej) ze wszech miar artystyczny. W albumach Druilleta nie liczy się sama historia, a to jak została opowiedziana, bo autor bardzo odważnie dobiera środki ekspresji. Nie boi się stosować całostronicowych (nieraz rozpiętych na przestrzeni dwóch plansz, do tego zakomponowanymi w pionie, tak, że trzeba obrócić album, by je w pełni podziwiać) obrazów przedstawiających wielkie bitwy, monumentalne budowle i efektowne statki kosmiczne. Nie omieszkuje też zapełniać plansz skomplikowaną siecią kadrów zbudowaną ni to na wzór malarstwa secesyjnego, ni to sakralnych wielopanelowych ołtarzy. Czerpie tyle samo z dzieł Alfonsa Muchy co z inspirowanych matematyką wizji Escher, przy czym jego styl jest na tyle futurystyczny, że byłby wymarzonym ilustratorem do zobrazowania słynnej "Diuny" Franka Herberta. 



 Lektura komiksów Druilleta to nie są rurki z kremem, bo obcowanie z nimi nie należy do najłatwiejszych. Niemniej akurat ten tom jest najprzystępniejszy z tych, które do tej pory czytałem. Z drugiej jednak strony w innych odsłonach serii dziejących się w tym uniwersum – przynajmniej na płaszczyźnie graficznej - autor dawał z siebie więcej. A może to ja już oswoiłem się z jego unikalnym stylem? W każdym razie jeśli chcecie sięgnąć po jego twórczość, to proponuję zacząć po bożemu, od genialnego od strony plastycznej, ale do bólu epickiego "Salambo". Jeśli zachwyci was ten komiks, to otworzy się przed wami wspaniały świat twórczości Druilleta.

Czarny Młot tom 1 i 2

Tekst pierwotnie ukazał się na łamach Wirtualnej Polski

 

Kanadyjczyk Jeff Lemire w naszym kraju znany był do tej pory głównie za sprawą nostalgicznej powieści graficznej "Opowieści z hrabstwa Essex". Tak się jednak składa, że już jakiś czas temu autor wyszedł z niszy biograficzno-obyczajowej i publikuje komiksy o szerokim targecie pod flagą dużych wydawców (Vertigo, Dark Horse). Do tej pory docierały do mnie tylko plotki na temat jego bardziej komercyjnych prac, które były raczej umiarkowanie entuzjastyczne. W końcu chyba jednak udało mu się trafić w dziesiątkę, bo wraz z publikacją u nas pierwszego tomu super-bohaterskiego "Czarnego Młota" po internecie rozlała się fala bardzo pochlebnych recenzji. Przy okazji publikacji drugiej części postanowiłem nadrobić zaległości, wbić się w historię i przekonać się na własnej skórze ile warte jest nowe dziecko Lemire'a.



 Ekspozycja jest dość myląca, bo ukazuje bohaterów jako żyjących na sielankowej farmie, w otoczeniu, które nic nie ma wspólnego z komiksem superbohaterskim. To bardzo ciekawy i dobrze rozegrany zabieg, bo z dalszym rozwojem fabuły okazuje się, że wszystko wygląda zupełnie inaczej niż pozornie się wydaje. Pewna grupa superbohaterów podczas walki ze złoczyńcami została uwięziona w innym wymiarze, który w tej opowieści wyobrażony jest jako wspomniana farma i pobliskie miasteczko. Opuszczenie tego terenu grozi bohaterom śmiertelnym niebezpieczeństwem. Od tego wydarzenia minęło dziesięć lat, i nic w życiu herosów się nie zmienia. Snująca się w powolnym tempie, ale urokliwa fabuła tylko na jednej płaszczyźnie opowiada o próbach wydostania się z tej pułapki. Na drugiej Lemire znakomicie wykorzystuje swoje doświadczenia związane z pisaniem komiksu obyczajowego i dostarcza nam zupełnie innej rozrywki, portretując przy tym całą gamę komiksowych superbohaterów postawionych w sytuacjach w jakich jeszcze postaci w kolorowych rajtuzach nie widzieliśmy. Z prowincjonalnym życiem będą się musieli między innymi zmagać: Marsjanina który przez lata bronił ludzkości, super-nastolatka która popala szlugi w szkolnym kiblu i bohater w stylu Kapitana Ameryki. Mamy tu też super-inteligentnego humanoidalnego robota a nawet korzystającą z czarnej magii wiedźmę. Co bardzo istotne – najmniej poznajemy tytułowego Czarnego Młota, bohatera który jako jedyny próbował opuścić to nietypowe więzienie i zginął. 

Rysunki do serii wykonał Dean Ormston. To twórca o bardzo unikalnej kresce. Jego prace sytuują się gdzieś w okolicach stylu cartoonowo-semirealistycznego, i z braku innych wzorców postawiłbym go obok takich tuzów jak Bruce Timm i Darwyn Cooke, ale w gruncie rzeczy jego twórczość jest bardzo osobna. Kolory na komiks położył nie kto inny jak legendarny, wielokrotnie nagradzany kolorysta Dave Stewart, którego polscy czytelnicy mogą kojarzyć z pracy przy "Hellboyu". Barwy, mimo iż były nakładane komputerowo, to wypadają obłędnie i znakomicie podkreślają fantastyczne rysunki Ormstona. 



 "Czarny Młot" nie ma na naszym rynku zbyt dużej konkurencji wśród opowieści super-bohaterskich. Z zeszłorocznych pozycji które czytałem jakością dorównuje mu tylko znakomity "Daredevil" pisany przez Bendisa. Może warto byłoby wymienić jeszcze chwalonego przez recenzentów Hawkeye'a. Co ciekawe wszystkie trzy pozycje w lwiej części omijają poetykę typową dla komiksu o zamaskowanych herosach i eksplorują mocno tematykę obyczajową. Najwyraźniej takie podejście do komiksów super-bohaterskich to swoisty znak czasów. Mnie to nie boli – najważniejsze by twórcy opowiadali dobre historie. "Czarny Młot" należy do tych bardzo dobrych.


Punisher tom 3. Garth Ennis

Tekst pierwotnie ukazał się na stronach Wirtualnej Polski



Scenarzysta serii, Garth Ennis, to w naszym kraju twórca kultowy. Najbardziej znany jest ze słynnego, obrazoburczego cyklu "Kaznodzieja". Komiks ten, prócz wulgarnego, dosadnego poczucia humoru oferuje znakomicie poprowadzoną fabułę. Pisząc swojego "Punishera" autor na szczęście porzucił niesmaczny dowcip i skupił się przede wszystkim na opowiadaniu mrocznego, krwawego kryminału. 

Wyszło znakomicie i powiem szczerze, że mimo iż daleko mi do bezkrytycznego spojrzenia na pracę Ennisa, to jestem tym komiksem miło zaskoczony i z każdym następnym tomem umacniam się w przekonaniu, że obsadzenie go jako scenarzysty "Punishera" było strzałem w dziesiątkę. Autor znany jako niepokorny zgrywus, choć nie mógł darować wrzutki z gwałtem analnym w roli głównej, podszedł do pisania komiksu bardzo poważnie i czuć w jego skryptach, że jest fanem Punishera. Ma do niego dużo szacunku i dobry pomysł na to jak opowiadać o nim ciekawe historie, nie nadszarpując przy tym jego reputacji zimnego twardziela. 



 Tom sygnowany numerem trzecim zawiera dwie opowieści. W pierwszej Frank Castle stawia czoła szajce handlarzy ludzkim towarem, chroniąc przy tym pewną młodą dziewczynę, która została zmuszona do prostytucji. W drugiej przyjdzie mu zająć się bardzo nietypową, jak na niego sprawą, bo zostaje wmieszany w aferę gospodarczą, a przy okazji stając oko w oko ze śmiertelnie groźnym oprychem o ksywce Barakuda. Oba epizody są solidnie napisane, ale to pierwszy jest cięższy, mroczniejszy i w ostatecznym rozrachunku robi większe wrażenie. 

  Ilustracjami zajęli się Leonardo Fernandez i Goran Parlov. Obaj prezentują realistyczny, rzemieślniczy styl. Ich grafiki są poprawne, ale nie robią spektakularnego wrażenia. Mi osobiście bardziej do gustu przypadła kreska Parlova, prawdopodobnie dlatego, że jego prace lepiej prezentują się z komputerowo nałożonymi barwami.  



Egmont wybrał świetny moment na prezentowanie polskiemu czytelnikowi przygód Punishera. Sporo odbiorców sięga właśnie po netfliksowy serial opowiadający o losach eks-żołnierza, który wymierza karę przestępcą na własną rękę i zapewne zechce sprawdzić, jak prezentują się komiksowe przygody pogromcy. Prawdopodobnie będą mile zaskoczeni, bo dla mnie seria Ennisa, jest jeszcze lepsza niż całkiem niezły serial telewizyjny.

środa, 21 lutego 2018

Corto Maltese. Tom 4. przygody celtyckie.



Jedna z moich ulubionych serii jakie ukazały się w 2017 roku dobija do czwartego tomu. Pomysł Egmontu by wznowić cykl o Corto Maltese, którego nie ukończyła oficyna Post to znakomita decyzja. Tym bardziej, że poprzedni wydawca nie przejmował się chronologią i wydał kilka tomów na chybił trafił. Teraz dostajemy wszystko po kolei i wygląda na to, że w końcu na naszym rynku pojawi się całość tej legendarnej serii.

Cykl o Corto Maltese opowiada o przygodach tytułowego żeglarza, awanturnika i okazjonalnie pirata. Ukazywał się od połowy lat 70. i od razu skradł serca krytyków i czytelników, zgarniając przy tym za pierwszy tom nagrodę dla najlepszego komiksu realistycznego na słynnym festiwalu w w Angoulême.



Akcja tej części rozgrywa się w europie na przełomie 1917 i 1918 roku. W pierwszej zawartej tu opowieści Corto pojawi się w Wenecji, gdzie szuka starej mapy wiodącej do legendarnego Eldorado. W drugiej historyjce będzie walczył o pozyskanie złota dla rebeliantów w Czarngórze. Trzecia traktuje o jego przygodach związanych z irlandzkimi powstańcami. Kolejna, dziejąca się na granicy jawy i snu i najbardziej mistyczna ze wszystkich tu zebranych, opowiada o tym jak Corto pomaga postaciom z mitologii brytyjskiej odeprzeć inwazję istot z niemieckich legend. W końcu bohater trafia do Francji, gdzie będzie świadkiem klęski słynnego lotnika Czerwonego Barona, Manfreda von Richthofena, a potem wmiesza się w kryminalną zagadkę w której główne skrzypce zagrają piękna kobieta, i nawiedzony, szalony artysta zajmujący się teatrem marionetek.



Mimo iż grafiki Pratta utrzymane są w realistycznej stylistyce, to bardzo daleko im do - przykładowo- frankofońskiego stylu zerowego. Autor bardzo sprawnie, ekspresyjnie posługiwał się czernią. Rysował odważną, grubą kreską i obdarzał postacie nieco topornymi twarzami. Jego styl jest bardzo oryginalny, co sprawia, że jego prace od razu można odróżnić od rysunków innych tuzów komiksu realistycznego. Pratt doczekał się oczywiście naśladowców i jego wpływy możemy odnaleźć w ekspresyjnych rysunkach Franka Millera i Mike'a Mignoli. Oryginalnie cykl o przygodach Corto publikowany był w czarno-białej formie. My dostajemy komiks koloryzowany akwarelami. Na początku, gdy powtarzałem pierwsze tomy w nowej wersji, barwy bardzo mi się nie podobały - albo były jeszcze źle dobrane, albo to ja się do nich z czasem przyzwyczaiłem, bo przy tym tomie zaakceptowałem taką formę i nie raziło mnie to już zanadto.



Komiks Pratta to żelazna klasyka, którą każdy fan komiksu przygodowego powinien mieć na półce. Być może seria odrobinę się postarzała, ale autor tak znakomicie miesza losy Corto z historycznymi wydarzeniami i tak uroczo prowokuje spotkania z autentycznymi osobistościami, że album, mimo iż czasem gęsto tu od literackiej narracji, czyta się jednym tchem.

poniedziałek, 19 lutego 2018

Moon Knight - Z martwych Warren Ellis i Declan Shalvey



Niniejszy tomik to pierwsza odsłona przygód Moon Knight'a jaka w ogóle ukazała się w naszym kraju. Ja sam, podczas swojej podróży przez świat komiksu nie miałem nigdy okazji czytać jakiejkolwiek pozycji z tym bohaterem. W katalogu Marvela to postać dość niszowa, o której nie robi się filmów i nie sprzedaje ton związanych z nią zabawek, ale mimo wszystko posiadająca swoją bazę wiernych fanów, więc co jakiś czas docierały do mnie informacje, że to seria którą warto się zainteresować.

Zebrany w tym tomie ciąg zeszytów napisał Warren Ellis, twórca w naszym kraju znany głównie za sprawą szalonego autorskiego cyklu „Transmetropolitan”, jednak dość często pracujące też jako scenarzysta komiksów super-bohaterskich i są one uznawane za dobre. 



Znajdujące się w tym albumie historie to krótkie opowieści ukazujące nocne, bohaterskie wyczyny tytułowego Moon Knight'a, który broni Nowy Jork przed falą przestępczości. Spośród stert komiksów Marvela wyróżnia je mroczna atmosfera, której próżno szukać w innych tytułach tego wydawcy. Oczywiście, brutalny i równie posępny jest cykl o Daredevilu, jednak Moon Knight znacząco się od niego różni, bo w ogóle nie porusza tematu prywatnego życia bohatera. To nie kameralny dramat, a super-bohaterska pulpa skąpana w mroku ciemnych ulic. Dodatkowo opowieść w interpretacji Ellisa jest dość mocno oniryczna, co dość trafnie współgra z genezą tej postaci, gdyż bohater jest wcieleniem egipskiego boga księżyca, który, według starożytnych wierzeń chronił nocnych podróżnych przed czychającym na nich niebezpieczeństwem. Daje to duże pole do popisu rysownikowi, który wyciąga z tej opowieści wszystko co najlepsze w ilustracjach związanych z komiksem super-bohaterskim. 


Za warstwę graficzną tego tomu odpowiedzialny jest irlandzki rysownik Declan Shalvey. Powierzenie mu tej serii było bardzo trafnym wyborem. Mimo iż artysta korzysta w swej pracy z komputera, to jego utrzymane w duchu komiksu realistycznego ilustracje i kolory, są dostatecznie mroczne i idealnie podkreślają atmosferę nocnych eskapad odzianego w biel Pana Knighta (gdyż tak każe się tytułować ludziom nasz bohater). Narracja wizualna poprowadzona jest czytelnie i prosto, ale przy tym efektownie. Najwięcej dobrego rzemiosła kryje się jednak w scenach w których Shalvey portretuje bardziej oniryczne sekwencje, gdyż może się wtedy wykazać i przedstawić odważniejsze kompozycje plansz. Wychodzi mu to genialnie i czuć, że jest wtedy w swoim żywiole. 


Na tle opasłych wydań zalewających nasz rynek „Moon Knight” jest drobiazgiem, którego lektura starczy ledwie na krótki wieczór. Historia nie ma szans szczególnie się pogłębić, bo to co otrzymujemy, to niepowiązane ze sobą epizody, ale przyznam, że to co dostałem jest całkiem dobre. Martwi mnie jedynie fakt, że cała para poszła w gwizdek, bo za następny tom są odpowiedzialni zupełnie inni autorzy. Wydaje mi się, że Ellis i Shalvey nawet nie zdążyli się przy tym bohaterze rozkręcić, a już zakończyli przy nim pracę. Pozostaje mieć jedynie nadzieję, że ich następcy dosięgną wysoko zawieszonej poprzeczki, i może w końcu osadzą tę postać w jakiejś większej intrydze. Ten tom mi się co prawda podobał, ale odkładałem go na półkę z dużym niedosytem.

sobota, 10 lutego 2018

Daredevil. Nieustraszony. Tom 2 by Bendis i Maleev

Tekst pierwotnie ukazał się na stronach Wirtualnej Polski



Daredevil wraca. Kolejny opasły tom przygód śmiałka z Hell's Kitchen trafił do księgarń. To jeden z najlepszych komiksów, jakie w zeszłym roku Egmont miał do zaoferowania i bardzo cieszę się, że tempo wydawania kolejnych części jest tak szybkie. 

 Zapomnijcie o komiksach superbohaterskich jakie znacie. Na łamach tej serii próżno szukać wielkich bitew o losy wszechświata. Szczególnie w tym tomie, który skupia się głównie na procesie, jaki Matt Murdock wytoczył redakcji, która ujawniła jego sekretną tożsamość (i uparcie próbuje dowieść, że nie jest Daredevilem). Sprawia to, że bohater musi brnąć w kłamstwo, a przy tym narażać swoich przyjaciół i bliskich, którzy mogą paść ofiarą złoczyńców, którzy chcą się odegrać na Murdocku. Do gry wraca też Kingpin, który w poprzednim tomie był ofiarą zamachu na swoje życie i musiał salwować się ucieczką do Europy. Zresztą, to ów gangster chronił tożsamość Murdocka, i to właśnie po jego odejściu sprawy przybrały zły obrót i teraz musi od nowa walczyć o przejęcie władzy w Nowym Jorku. Co gorsza dla naszego bohatera, ostateczne rozwiązanie kwestii Daredevila może być dla niego bardzo pożądanym pokazem siły. Konfrontacja obu panów wydaje się więc nieunikniona.  



Dla scenarzysty Briana Michaela Bendisa seria ta staje się okazją do zaprezentowania swoich pisarskich możliwości. To już nawet nie jest kryminał noir, a po prostu mroczny, mocno osadzony w miejskiej scenerii dramat obyczajowy z zamaskowanym bohaterem w roli głównej, który siłuje się z sobą samym i przeciwnościami losu. Podejścia do opisania takich historii widzieliśmy co prawda przynajmniej kilka razy, ale rzadko kiedy kończyło się to pełnym sukcesem. Bendisowi ta sztuka udaje się bardo dobrze i z powodzeniem możemy postawić jego serię obok słynnych komiksów Franka Millera, opowiadających o zamaskowanym śmiałku z Hell's Kitchen i jego prywatnych problemach, które wszak stanowiły ważną część opowieści publikowanych na łamach miesięcznika. Nie okłamujmy się, to bolesne upadki i mozolne podźwignięcia zawsze były najlepszymi fragmentami tej serii. Bendis to wie, bo zna mitologię Daredevila i znakomicie z tego korzysta. 



Niemal cały drugi tom przygód Daredevila ilustrował Alex Maleev. To znakomity artysta, jeden z tuzów amerykańskiego komiksu i prawdziwy mistrz realistycznego stylu. Kolory na jego prace kładło kilku rzemieślników i co istotne, jego rysunki świetnie się z nimi komponują. Cała warstwa graficzna znakomicie oddaje szaroburą atmosferę asfaltowej dżungli, w której rozgrywa się niewesoła akcja tego komiksu.  

Album ukazuje się w egmontowskiej serii Marvel Classic. Mimo iż od pierwszej publikacji przygód Daredevila pisanych przez Bendisa minęła raptem dekada, to zdecydowanie zasługują już na miano klasyka – to opowieść spójna, przemyślana i mądrze pogrywająca z mitologią śmiałka z Hell's Kitchen. Być może album ten nie przypadnie do gustu tym którzy szukają w opowieściach superbohaterskich wartkiej akcji, wielkich bitw i bohaterów strzelających tęczą z ucha, ale na pewno zaspokoi wszystkich miłośników dobrego komiksu.