czwartek, 26 kwietnia 2018

Daredevil tom 3 Bendis i Maleev

Tekst pierwotnie ukazał się na łamach Wirtualnej Polski.

W końcu trzymam w dłoniach trzeci, spasiony tom "Daredevila" Briana Michaela Davisa i Aleksa Maleeva. To już ostatni album serii firmowany przez ten duet. Wielka szkoda.



Chciałbym napisać, że to dzieło epickie, ale - mimo robiącej wrażenie objętości – minąłbym się z prawdą. Wielkość komiksu leży gdzie indziej. Bendis, idąc śladem Franka Millera, swojego wielkiego poprzednika tworzącego najklasyczniejsze przygody Daredevila, niejako wywraca konwencję superbohaterską na lewą stronę, skupiając akcję na czymś zupełnie innym niż typowa pulpa o ludziach w rajtuzach. Ich przepis na Daredevila to studium wzlotów i upadków herosa. To kameralne opowieści, traktujące w dużej mierze nie o wielkich bitwach z kosmitami czy innym zagrażającym światu tatałajstwem,
a o prywatnym i zawodowym życiu Matta Murdocka i jego potyczkach toczonych w obronie Hell's Kitchen z gangsterami, i to nierzadko niskiego szczebla.



Akcja kontynuuje wątki rozpoczęte w poprzednich tomach. Matt Murdock, po brutalnym poskromieniu swojego największego wroga, rządzącego Hell's Kitchen Kingpina, sam ogłosił się szefem swojej dzielnicy. Teraz bohater ponosi konsekwencje swoich poczynań i musi utrzymać rejon w ryzach. Co okazuje się wcale nie łatwe, bo szybko pojawiają się opryszkowie chętni do przejęcia terenu po Kingpinie. Dodatkowo, pech chciał, że prawda o ukrytej tożsamość Murcocka wypłynęła do mediów, przez co bohater na co dzień musi się mierzyć z niedającymi mu spokoju dziennikarzami i iść w zaparte, na siłę, nieustannie zaprzeczać, że jest Daredevilem. Jest to oczywiście trudne do pogodzenia z codziennym przywdziewaniem maski mściciela. Wszystko to zostało fabularnie dopracowane, napisane ze swadą i umiejętnie podomykane. Co więcej, według mnie ta część jest najlepsza z dotychczasowych.  Tom wyraźnie różni się od poprzednich. Zastosowana została tu bowiem zupełnie inna poetyka narracyjna i przez większość albumu przygody Daredevila obserwujemy niejako z dystansu, bo bohater pojawia się głównie w opowieściach snutych przez osoby postronne, których losy w jakiś sposób przecięły się z wyczynami śmiałka z Hell's Kitchen. 

 Niezmiennie znakomita pozostaje warstwa graficzna Aleksa Maleeva, i myślę, że za dziesiątki lat twórca ten będzie pamiętany głównie za swoje prace przy tej serii. Jest realistycznie, z bardzo dobrze wykorzystaną czernią (co zresztą widać w pewnym z rozdziałów, w którym posłużono się konwencją czarno-białą), mrocznie i brudno. Na plansze nałożono zgaszone, ciemne kolory. Wszystko zostało wykonane na komputerze, ale twórcom udało się uniknąć kiczowatej estetyki.  

Mimo iż jest to ostatni tom sygnowany nazwiskami Bendis i Maleev, to nie żegnamy się jeszcze z samym Daredevilem. Wydawnictwo Egmont ma już w planach serię tworzoną przez dwóch innych tuzów współczesnego komiksu: Eda Brubakera i Michaela Larka. Następne wydania zbiorcze będą zawierać ich ciąg zeszytów stworzonych z tą postacią. Pozostaje czekać i mieć nadzieję, że jakością dosięgną wysoko zawieszonej poprzeczki.

sobota, 14 kwietnia 2018

Corto Maltese tom 5 Przygody Etiopskie


Nie będę ukrywał. Ubóstwiam tą serię i bardzo cieszy mnie duża częstotliwość wydawania kolejnych tomów. Do księgarń trafiła właśnie kolejna, piąta część losów Corto Maltese, awanturnika, którego przygody przez kilka dekad tworzył mistrz komiksu europejskiego Hugo Pratt.

Tym razem bohater trafi na tereny Afryki, do historycznej krainy zwanej Etiopią. Najpierw odwiedzi Jemen, gdzie wpląta się w zatargi między Turkami a Arabami. Potem przypadkowo, w Somalii Brytyjskiej znajdzie się w forcie, który zaatakowany zostanie przez wojowników będących pod wodzą Szalonego Mułły i tylko cudem ujdzie z życiem. W trzecim epizodzie rozgrywającym się na pograniczu abisyńsko-danakilskim weźmie udział w waśni dwóch plemion i pozna pradawnego czarownika Samaela, który wyjawi mu przyszłość. W czwartym zawędruje do Tanganiki gdzie jego losy przetną się z tajną organizacją zwaną ludźmi-lampartami, która na własną rękę wymierza sprawiedliwość wrogom Afryki. We wszystkich tych historiach pobrzmiewają echa słynnego, klasycznego filmu „Lawrence z Arabii”, który musiał być dla Pratta nie lada inspiracją. Co więcej przygody Corto dzieją się mniej więcej w tym samym czasie gdy Lawrence przemierzał bezkresne pustynie, bo na kartach komiksu w pewnym kontekście wspomina się właśnie o tym bohaterze.



Czytając ten tom czułem, że Pratt był świadomym twórcą który szedł z duchem czasu. W porównaniu do poprzednich części mniej tu bloków tekstu, a więcej narracji obrazem. Styl rysunku jednak pozostał ten sam. Swobodna, mocno ekspresyjna i nonszalancka, nieco niedbała kreska, tworzy unikalną atmosferę i idealnie pasuje do dzieła awanturniczego. Oryginalnie komiks był czarno-biały, my dostajemy wersję koloryzowaną. Przy kilku poprzednich tomach nieco utyskiwałem na barwy, ale muszę przyznać, że się przyzwyczaiłem i teraz kupuję wersję Egmontu z całym dobrodziejstwem inwentarza.

Cykl o Corto Maltese jest żelazną klasyką komiksu przygodowego, i mimo iż początkowo nieco trąci myszką, to z każdym tomem staje się coraz lepszy i wszystko wskazuje na to, że najlepsze jeszcze przed nami. Każdy kto uwielbia komiksy podróżniczo-awanturnicze powinien mieć tą serię na swojej półce. 


czwartek, 29 marca 2018

Gwiezdny zamek. 1869 - Podbój kosmosu. Alex Alice

Tekst pierwotnie ukazał się na łamach RYMS



„Gwiezdny Zamek” to komiks utrzymany w stylistyce steampunkowej, czyli w specyficznej gałęzi retrofuturyzmu, nawiązującej między innymi do twórczości Juliusza Verne. Wszystko dzieje się w wieku pary, w czasach nim jeszcze wynaleziono silnik spalinowy, a kanwą opowieści jest tworzenie futurystycznych machin – w tym przypadku pozwalających na podróż do gwiazd – które mają być napędzane eterem, legendarną substancją, którą próbują okiełznać bohaterowie tego komiksu.  Tym samym to opowieść przygodowa, z wątkiem szpiegowskim, doprawiona pewną ilością fantastyki. Nie będę jednak ukrywał – to nie fabuła jest najmocniejszą stroną tego komiksu.




Scenariusz, mimo iż całkiem poprawny, jest dla Alexa Alice'a jedynie pretekstem do popisania się swoim rzemiosłem ilustratorskim. Wszystko utrzymane jest w stylistyce realistycznej, i genialnie wypadają zarówno bohaterowie, architektura jak i fantastyczne machiny które z lubością portretuje rysownik. Wielkie wrażenie robi też warstwa kolorystyczna, która została utrzymana w zgaszonej, pastelowej tonacji. W rezultacie grafika ma w sobie zarazem coś z komiksu frankofońskiego, jak i z magicznych wizji mistrza japońskiej animacji Hayao Miyazakiego. Mimo iż na rynku znajduje się obecnie kilka pozycji utrzymanych w stylistyce steampunka („Amulet” i „Niezwykła podróż”) to żaden z nich nie dorównuje plastycznie dziełu Alice'a. Sam album jest pięknie wystylizowany i wydany z wielką dbałością o szczegóły, co sprawia, że jeszcze skuteczniej przenosi nas w wiek przygód, żelaza i pary. 



Akcja dzieje się na dworze pewnego Bawarskiego księcia, który owładnięty jest obsesją podróży gwiezdnych, ale głównymi bohaterami jest trójka nastolatków, które pomagają pewnemu naukowcowi w śmiałych eksperymentach. To też pozycja kierowana właśnie do tego targetu wiekowego, więc komiks wręczyłbym dzieciom w przedziale 10 - 16 lat.

piątek, 16 marca 2018

100 Naboi tom 1 Azzarello i Risso

Tekst pierwotnie ukazał się na stronach Wirtualnej Polski 

 

Egmont przejął kolejną niedokończoną serię. Grubo ponad dekadę temu "100 naboi" wydawała u nas Mandragora, niestety poległa i na długie lata zabrała ze sobą do grobu licencję na ten komiks. Teraz "100 naboi" wraca w ekskluzywnych, solidnie oprawionych, opasłych tomach, którymi można zrobić krzywdę nie gorszą niż pociskami. 

 "100 naboi" uznawane jest dziś za jedną ze sztandarowych serii w katalogu Vertigo, oficyny prezentującej komiksy dla dojrzałego czytelnika, szukającego nietuzinkowych, pogłębionych opowieści. To historia kryminalna mocno osadzona w realiach miejskiej dżungli. Opasły tom pierwszy to zbiór pomniejszych fabuł połączonych jednym kluczowym elementem. Motorem napędowym opowieści jest motyw, w którym tajemniczy jegomość zgłasza się do bohaterów z bronią i walizką pełną nierejestrowanych pocisków. W walizce znajdują się również dowody, przeciwko ludziom, którzy w jakiś sposób wpłynęli na życie protagonistów - tym samym nieznajomy namawia ich do dokonania bezkarnej zemsty. Nie ma tu tylko jednego bohatera, acz niektóre z postaci przewijają się przez kolejne historie, tym samym splatając zgrabnie fabułę.  



Opowieść dotyczy głównie ludzi znajdujących się na najniższym szczeblu drabiny. Mimo iż komiks nie aspiruje do bycia czymś więcej niż gatunkowym czytadłem, to jest tu całkiem sprawnie poruszony wątek społeczny, wszak bohaterami jest głównie amerykańska biedota. Będziemy więc śledzić losy szaraków, nierzadko drobnych przestępców i postaci z marginesu. Łatwo się z nimi utożsamić, nie tylko dlatego że są everymanami, a dlatego, że są bardzo wiarygodnie napisanymi postaciami, którym przychodzi się zmierzyć z nie lada wyzwaniem moralnym – czy wykorzystać sytuację, zemścić się i zabić? Użycie nierejestrowanej broni i brak jakichkolwiek konsekwencji kusi, ale co potem? Czy potrafiłbyś żyć z piętnem mordercy? Nie jestem wielkim fanem Azzarello jako scenarzysty, ale seria ta staje się dla niego wyzwaniem i niejako testem z kreatywnego pisarstwa, z którego – przynajmniej w pierwszym tomie – wychodzi zwycięsko

Mimo tego, że komiks jest solidnie napisany, to w gruncie rzeczy jego prawdziwą wizytówką są rysunki Eduardo Risso. Argentyńczyk nie tylko ma niepowtarzalny styl, ale jest prawdziwym mistrzem komiksu, a przynajmniej na mnie robi ogromne wrażenie. W jego pracach widać pewną fascynację graffiti i street artem, dzięki czemu jego kreska idealnie pasuje do opowieści osadzonej w realiach asfaltowej dżungli. Mimo że komiks jest kolorowy, to widać, że twórca dużą wagę przywiązuje do operowania czernią, i myślę, że jego prace genialnie sprawdziłby się w noirowym stylu. Genialnie wychodzą mu też kobiece bohaterki, które pod jego ołówkiem stają się rozkosznie zaokrąglone i zyskują nie lada seksapil.  



Seria Azzarello i Risso być może nie jest arcydziełem, ale pierwszy tom obiecuje rozrywkę na wysokim poziomie. Z niecierpliwością czekam na następne części i mam nadzieję, że opowiadana historia utrzyma wysoki poziom. Natomiast o jakość warstwy plastycznej wcale się nie martwię.

sobota, 10 marca 2018

Batman. Świt mrocznego Księżyca. Matt Wagner



Matt Wagner to twórca mało znany w naszym kraju. Niemniej na rynku anglosaskim jest uważany za jednego z tuzów komiksu. Największe uznanie przyniosła mu seria Grendel opowiadająca o losach genialnego zabójcy. Mimo iż jego nazwisko kojarzy się z komiksem niezależnym to na przestrzeni lat zdarzyło mu się wielokrotnie pracować dla dużych marek. Między innymi stworzył dwie mini serie o Batmanie, które dziś uznawane są już za klasykę. W naszym kraju w zbiorczym wydaniu serwuje je Egmont.

Seria Wagnera nosi tytuł „Świt mrocznego księżyca” i w założeniu ma nawiązywać do opowieści o Batmanie przynależnych do okresu „Złotej Ery” (lata 30-50 ubiegłego wieku) ale przy tym, jest precyzyjnie (co nie jest normą) osadzona w uniwersum Batmana – dzieje się między „Rokiem pierwszym” Franka Millera a „Człowiek, który się śmieje” Eda Brubakera. Historia Wagnera to stara szkoła pisania komiksów o Batmanie i wszystko zostało tu potraktowane z należytym szacunkiem. Komiks opowiada o początkach kariery Człowieka Nietoperza i utrzymany jest w ponurej atmosferze. Twórca co prawda sięga po bardzo pulpowe motywy (Batmanowi przyjdzie tu walczyć z modyfikowanymi genetycznie ludzkimi bestiami i Czerwonym Mnichem- wampirem), ale nie robi tego beztrosko, nie szaleje i dba o to by narracja była poprowadzona tradycyjnie, bez charakterystycznych dla rozbuchanego superhero formalnych fajerwerków. 



„Świt mrocznego księżyca” to dzieło udane, przemyślane i kierowane do odbiorców oczekujących tradycyjnych opowieści o Człowieku Nietoperzu. To znakomita lektura i album który na półce musi mieć każdy fan Batmana. Tym samym, to co jest największą zaletą tego dzieła, staje się zarazem jego największą wadą. Brak tu bowiem autorskiego sznytu i najzwyczajniej odwagi, bo Wagner podszedł do Nietoperza na kolanach i nie zaserwował nam swojego indywidualnego spojrzenia na tego bohatera. Mimo iż album ten na pewno pozostanie w kanonie, to brak mu tego czegoś co sprawiałoby, że mielibyśmy do czynienia z dziełem wybitnym. Najzwyczajniej zabrakło nutki szaleństwa.

Wagner zajął się zarówno scenariuszem jak i oprawą graficzną. Mimo iż podoba mi się jego praca, to nie widzę sensu by mu kadzić, więc powiem to wprost: autor jest dobry w tym co robi, ale nie jest mistrzem ołówka. Stara się rysować realistycznie, ale widać, że jest tylko samoukiem i czasem średnio mu to wychodzi. Niemniej do tego co chce opowiedzieć zdecydowanie wystarcza mu warsztatu i trudno się do niego o coś konkretnego doczepić, tym bardziej, że wszystko uzupełniają genialne kolory nałożone przez nikogo innego jak samego Dave'a Stewarta, legendarnego rzemieślnika odpowiedzialnego za barwy w Hellboyu. To dzięki nim warstwa graficzna zyskuje, staje się mroczna i może być uznana za nieprzeciętną. 



Wiem, że trochę marudzę, ale taki los recenzenta. Szczerze jednak powiem, że bardzo się cieszę – zarówno jako fan Batmana jak i początkujący miłośnik Wagnera - że komiks ten ukazał się na naszym rynku, i chętnie zobaczyłbym u nas inne albumy stworzone przez tego autora, który przecież jest już klasykiem, a wiadomo, że klasyki nigdy dosyć.

piątek, 2 marca 2018

Kaznodzieja tom 3 Ennis i Dillon

Teks pierwotnie ukazał się na łamach Wirtualnej Polski.  



Słynny "Kaznodzieja" uznawany jest w naszym kraju za serię kultową. Jego wznowienie to w komiksowym światku prawdziwe wydarzenie, bo w końcu mogą nadrobić go ci, którzy przegapili pierwsze wydanie. A dodajmy, że na rynku wtórnym w ostatnich latach osiągało ono zawrotne ceny. 

"Kaznodzieja" to obrazoburcza seria pisana przez szalonego, ale poczytnego komiksowego pisarza, Gartha Ennisa i rysowana przez nieżyjącego już niestety rysownika Steve’a Dillona. Punktem zapalnym opowieści jest motyw traktujący o tym, że Bóg zszedł na ziemię i porzucił niebo. Zniknął, przepadł i nie daje znaku życia. Prawdopodobnie odszedł przez twór zwany Genezis, który został zrodzony z romansu demona z aniołem. Byt również spadł na ziemię i ukrył się w ciele przeżywającego kryzys wiary kaznodziei Jessego Custera, obdarzając go tym samym nadludzką mocą. Wkrótce na jego drodze stają jego była dziewczyna Tulip i irlandzki wampir Cassidy. Nietypowa kompania rusza przez Amerykę w poszukiwaniu Boga. Kaznodzieja ma mu do zadania parę istotnych pytań. Ich śladem rusza potężny rewolwerowiec z zaświatów – Święty od Morderców. 



 Trzecia odsłona "Kaznodziei" jest tomem przejściowym, który nie posuwa akcji zbytnio do przodu. Między innymi dlatego, że pojawia się w nim poboczna mini seria ukazująca genezę wspomnianego wcześniej Świętego od Morderców (odsłona ta wyjątkowo rysowana jest przez Steve'a Pugha). Ta część to rasowy western, traktujący o zemście, którą pewnej mroźnej zimy Święty powziął na ludziach, którzy przeszkodzili mu w dostarczeniu lekarstw do umierającej rodziny. Dopiero po tej opowieści wracamy do regularnej fabuły, rozgrywającej się tym razem w Nowym Orleanie i mocno powiązanej z wampirem Cassidym. Niestety tu również akcja spowalnia i odniosłem wrażenie, że Ennis nieco drepcze w miejscu. Jednak z drugiej strony ma szansę poświęcić więcej czasu na pogłębienie rysu psychologicznego bohaterów, masę komediowych gagów i wprowadzenie ciekawych postaci pobocznych. Warto też odnotować, że w trzecim tomie znajdziemy też mały hołd dla kontrowersyjnego komika Billa Hicksa. 



 "Kaznodzieja" nie jest dla każdego, bo jest dziełem dość mocnym: brutalnym, pełnym seksu, rubasznego humoru i wulgarnego języka. Jednak przy okazji to też najlepsze dzieło Ennisa, który podczas pracy nad nim wyprztykał się ze wszystkich pomysłów, które stosował wcześniej i później. Jeśli macie w życiu przeczytać jeden komiks tego autora, to musi to być "Kaznodzieja".

Lone Sloane tom 2 Druillet

Tekst pierwotnie ukazał się na stronach Wirtualnej Polski.  



To już drugi album (trzeci, jeśli liczyć "Salambo") z opowieściami o tytułowym gwiezdnym piracie i awanturniku. Za sprawą genialnego ilustracyjnego warsztatu Druilleta zostajemy przeniesieni do tętniącego gwałtem i przemocą kosmicznego uniwersum, którego fabuła wyraźnie inspirowana jest historią starożytną (ze wskazaniem na wojny).

Opowieść Druilleta ma epicki rozmach, a autorowi wystarczy zaledwie kilka stron, by przejść do rzeczy, wplątać swojego bohatera w jakąś kabałę i bombardować czytelnika obrazami przedstawiającymi kosmiczne potyczki toczone na wielką skalę. W pierwszej historii, zatytułowanej "Gail", Lone Sloane zostaje wysłany do galaktycznego więzienia, gdzie niemal od razu wznieca bunt wśród więźniów. Druga nazywa się "Chaos" i dzieje się 10 lat po śmierci naszego bohatera. Lone Sloane zostaje w niej wskrzeszony, by stoczyć bój z jednym ze swoich odwiecznych wrogów - potężnym Shaanem.  

Cykl stworzony przez Druilleta nie jest dla każdego. To rzecz dla koneserów, czytelników zainteresowanych historią komiksu i nietuzinkowymi formami narracji. Mimo iż autor odwołuje się do pulpowych wzorców, to jego komiks jest (przynajmniej od strony formalnej) ze wszech miar artystyczny. W albumach Druilleta nie liczy się sama historia, a to jak została opowiedziana, bo autor bardzo odważnie dobiera środki ekspresji. Nie boi się stosować całostronicowych (nieraz rozpiętych na przestrzeni dwóch plansz, do tego zakomponowanymi w pionie, tak, że trzeba obrócić album, by je w pełni podziwiać) obrazów przedstawiających wielkie bitwy, monumentalne budowle i efektowne statki kosmiczne. Nie omieszkuje też zapełniać plansz skomplikowaną siecią kadrów zbudowaną ni to na wzór malarstwa secesyjnego, ni to sakralnych wielopanelowych ołtarzy. Czerpie tyle samo z dzieł Alfonsa Muchy co z inspirowanych matematyką wizji Escher, przy czym jego styl jest na tyle futurystyczny, że byłby wymarzonym ilustratorem do zobrazowania słynnej "Diuny" Franka Herberta. 



 Lektura komiksów Druilleta to nie są rurki z kremem, bo obcowanie z nimi nie należy do najłatwiejszych. Niemniej akurat ten tom jest najprzystępniejszy z tych, które do tej pory czytałem. Z drugiej jednak strony w innych odsłonach serii dziejących się w tym uniwersum – przynajmniej na płaszczyźnie graficznej - autor dawał z siebie więcej. A może to ja już oswoiłem się z jego unikalnym stylem? W każdym razie jeśli chcecie sięgnąć po jego twórczość, to proponuję zacząć po bożemu, od genialnego od strony plastycznej, ale do bólu epickiego "Salambo". Jeśli zachwyci was ten komiks, to otworzy się przed wami wspaniały świat twórczości Druilleta.