piątek, 9 lutego 2018

"Wolverine. Tom 2" Jason Aaron

Tekst pierwotnie ukazał się na stronach Wirtualnej Polski.




Kariera Jasona Aarona zatoczyła koło. Jako scenarzysta debiutował bowiem za sprawą konkursu na opowieść o Wolverine – wygrał, został doceniony, a jego komiks został opublikowany w jednym z zeszytów tej serii.  Sukces zachęcił go do dalszych prób pisarskich i przez lata stworzył kilka uznawanych dziś za wybitne autorskich dzieł ("Skalp", "Bękarty z południa"). Po latach, gdy był już niemal na samym szczycie, zaproponowano mu pisanie komiksów z pierwszoligowymi bohaterami Marvela i tym samym wrócił do tworzenia przygód Rosomaka.  

Nie podobał mi się pierwszy tom antologii zbierającej historie Aarona opowiadające o Wolverine, ale z racji tego, że bardzo cenię go jako scenarzystę – uważam jego autorskie serie za jedne z najlepszych we współczesnym komiksie – postanowiłem dać mu jeszcze jedną szansę. Zawiodłem się niestety po raz drugi, bo zawarte tu fabuły nie wychodzą ponad przeciętność, która prezentowana była w pierwszej odsłonie. Jest dobrze, poprawnie, ale po tym autorze spodziewam się więcej, niż typowego rzemieślniczego pisania – a tylko to w tych albumach dostajemy. 

W pierwszych zeszytach Wolverine'a tworzonych przez Aarona czuć było, że dobrze się bawi pisząc tę postać - wkładał w jej usta niebanalne teksty, przedstawiał jego prywatne życie - tu robi to mniej chętnie. Akcja skupia się głównie na superbohaterskich, nierzadko pożenionych z science fiction fabułach (parafrazowany jest tu między innymi "Terminator"). Na tle innych opowieści wyróżnia się miniseria traktująca o tym, jak Wolverine trafia do domu wariatów, ale mimo tematyki obiecującej dużo psychologicznych atrakcji i nietypowych dla komiksu superbohaterskiego scen, potencjał nie zostaje dobrze wykorzystany, a sama opowieść zostaje dość niezgrabnie domknięta. Pewnym plusem tego zbioru jest fakt, że bazuje na dłuższych historiach. Poprzedni prezentował w dużej mierze opowieści powyrywane z większych cykli, pozbawione kontekstu, niejako pisane z doskoku, przez co czytelnik wiele tracił zostając sam na sam z niedomkniętymi wątkami.  



"Wolverine. Tom 2" Aarona to nie jest zły komiks. Zbiera wśród polskich publicystów bardzo dobre recenzje – może mam zbyt duże oczekiwania względem tego scenarzysty, który jakby nie było jest dla mnie głównym bohaterem tego dzieła? Faktem jest, że wybitnych komiksów o Rosomaku ze świecą szukać, i te pisane przez Aarona, zapewne wyróżniają się na tle masowo publikowanej pulpy. Tak przypuszczam, bo zazwyczaj nie sięgam po superbohaterskie czytadła. Niemniej ja – czyli czytelnik szukający w komiksach czegoś więcej, ale zarazem przecież fan Aarona i Wolverine'a– jestem zawiedziony

wtorek, 30 stycznia 2018

Spider-Man i Czarna Kotka: zło, które ludzie czynią


Jako dziecko zaczytywałem się w przygodach Spider-Mana. Kilka lat temu, po lekturze znakomitego komiksu Spider – Man „Niebieski” obiecałem sobie, że ten tytuł będzie tym ostatnim, nie będę sobie psuł wspaniałych wspomnień i nie przeczytam już nigdy żadnej opowieści o Człowieku-pająku. Ostatnio jednak złamałem przyrzeczenie i sięgnąłem po album „Spider-Man i Czarna Kotka: zło, które ludzie czynią”. Wszystko przez scenarzystę tego komiksu: legendarnego reżysera filmowego Kevina Smitha, autora takich pamiętnych dzieł jak „Sprzedawcy”, „Dogma” czy „Cichy Bob i Jay kontratakują”.

Po pięciu latach nieobecności Czarna Kotka wraca do Nowego Jorku. Szuka swojej przyjaciółki która zaginęła w dziwnych okolicznościach. Szybko okazuje się, że tropem który podjęła podąża też Spider-Man. Wraz z biegiem historii Smith wprowadzi na scenę również inną ulubioną przez czytelników postać – Daredevila. Bohaterowie łączą siły by dalej razem prowadzić śledztwo. Jednak wszystko potoczy się zupełnie inaczej niż można się spodziewać, a Czarna Kotka nie przypadkowo figuruje w tytule obok pająka, bo odegra w tej historii kluczową rolę. 



Nie czytam od dawna nowych komiksów o Człowieku- pająku, więc trudno mi powiedzieć jak na ich tle wypada historia pisana przez Smitha, ale ogólnie to przyzwoicie poprowadzona opowieść, do tego nieoczekiwanie skręcająca w rejony których nie spodziewałem się po komiksie o Spider-manie. Jednak mimo tego, że fabuła zawiera w sobie coś poważniejszego niż typowa super-bohaterska bitka(nie chcę zdradzać tego elementu fabularnego by nie psuć zabawy) to scenarzysty nie interesuje dekonstrukcja gatunku. Mimo iż autor stawia swojego bohatera w niewygodnej sytuacji (Czarna Kotka to wszak jego była dziewczyna) to trudno tu też szukać szczególnie pogłębionej psychologii, ale byłbym głupcem gdybym tego oczekiwał po opowieściach ze Spider-manem. Również temat czyniący z tego komiksu coś poważniejszego jest ledwie polizany. Nie znajdziemy tu też odważnych zabaw formalnych, a rysunki są co najwyżej dobre w swojej klasie. Historia ta nie ma też w sobie dawki nostalgii która czyniła ze wspomnianego Spider-man „Niebieski” dzieło nietuzinkowe i adresowane do ludzi którzy zaczytywali się – tak jak ja - w dzieciństwie opowieściami obrazkowymi o pająku. Komiks Smitha pozostaje historią dla nastolatków. Od razu zaznaczam więc, że fani dojrzałych opowieści super-bohaterskich spod znaku Alana Moore'a nie mają tu czego szukać. 



Mógłbym powiedzieć, że spodziewałem się po tej historii więcej, ale tak naprawdę nie miałem wygórowanych oczekiwań. Niemniej przed lekturą towarzyszyła mi niepewność której nie powinien czuć recenzent komiksowy, któremu zdarza się pisać na poważnie nawet o publikacjach dla małych dzieci – czy przypadkiem nie jestem już za stary na opowieść o Spider-manie? Ostatecznie muszę pogodzić się ze smutną prawdą - nie jestem już targetem tego dzieła. Z drugiej strony, jako fan Kevina Smitha, który tak jak ja jest brodatym grubasem, czuję się nieco zawiedziony, że nie napisał tej historii także dla mnie. Mógł przewidzieć, że ze względu na jego nazwisko sięgną po ten komiks jegomoście po trzydziestce. Zupełnie zapomniał, że wraz z wielką mocą wiąże się wielka odpowiedzialność.



środa, 24 stycznia 2018

BBPO 1946-1948

Tekst pierwotnie ukazał się na stronach Wirtualnej Polski.



"BBPO 1946-1948" to poboczna seria należąca do uniwersum Hellboya, którego autorem jest Mike Mignola. W oryginalnej serii przedstawione zostaje to, jak w czasie drugiej wojny sprowadzono Piekielnego Chłopca do naszej rzeczywistości. Potem widzimy go już dorosłego i działającego w latach 90. w Biurze Badań Paranormalnych i Obrony. "BBPO 1946-1948" pokazuje, jak wyglądała praca tytułowej organizacji pomiędzy tymi wydarzeniami. 



Głównym bohaterem większości opowieści zebranych w tym opasłym tomie jest profesor Trevor Bruttenholm - to właśnie on opiekował się Piekielnym Chłopcem, zanim ten stał się herosem znanym z głównej serii. Bruttenholm zajmował się również działalnością biura, którego charakter nie wiele różni się od słynnego Archiwum X. Wszystko zaczyna się, gdy w 1946 r. Bruttenholm przybywa do zajętego przez aliantów Berlina, gdzie przyjdzie mu zbadać śmiertelnie groźny niemiecki projekt masowego zniszczenia - Vampir Sturm. Druga historia poetyką nawiązuje mocno do wampirzych filmów z wytwórni Hammer i opowiada o żołnierzach wysłanych do Francji, by zgładzili gnieżdżących się w ruinach pewnego zamku krwiopijców. Trzecia, tematyką najbardziej zbliżona jest do dzieł Howarda Phillipsa Lovecrafta, bo pojawiają się tu potwory żywcem wyjęte z bestiariusza samotnika z Providence. W historiach tych klaruje się obraz tego, czym tytułowe biuro będzie się zajmowało na przestrzeni dekad. Wątkiem pobocznym jest też dorastanie Hellboya, który w tych opowieściach jest jeszcze małym chłopcem, szybko dojrzewającym, ale charakterem niewiele różniącym się od typowych dzieci.  


Scenariusze do tych historii napisał sam Mignola, ale współpracował przy tym z Johnem Arcudim i Joshuą Dysartem. Akcja zebranych tu komiksów jest znakomicie poprowadzona i trudno gdziekolwiek wbić autorom szpilę. Nieważne, czy bohaterom przychodzi walczyć ze stworzonymi przez Niemców wampirami, czy potworami z innego wymiaru, wszystko jest zawsze podparte solidnie napisaną fabułą. 

 Przy "BBPO 1946-1948" pracowała cała armia zdolnych rysowników. Najbardziej w pamięć zapada brazylijski duet Gabriel Ba i Fabio Moon, których krecha bardziej przypomina komiks europejski niż amerykański mainstream. Nieźle prezentuje się też realistyczny styl w wykonaniu Paula Azaceta i niepowtarzalne grafiki Maxa Fiumary. Warstwa plastyczna wypada fantastycznie i jedynym grzechem pracujących przy niej twórców jest fakt, iż nie są Mignolą. Niemniej kolory zostały tak dobrane, by bardzo pasowały do cyklu o Hellboyu – zresztą w większości nakładał je Dave Stewart, stały kolorysta serii o Piekielnym Chłopcu. Patrząc na ilustracje czuć, że czyta się komiks przynależny temu uniwersum.  



Popkultura lubi odcinać kupony od sukcesu danej marki, co zazwyczaj wychodzi mizernie, ale "BBPO 1946-1948" jest wyjątkiem od reguły. Zaryzykuję tezę, że komiks ten jakością niewiele różni się od oryginalnych przygód Hellboya, a niektórym czytelnikom może nawet podobać się bardziej.

czwartek, 4 stycznia 2018

Batman/Sędzia Dredd. Wszystkie spotkania

Tekst pierwotnie ukazał się na łamach Wirtualnej Polski 


"Batman/Sędzia Dredd. Wszystkie spotkania" to zbiór klasycznych już komiksów, na kartach których występują obok siebie dwie flagowe postacie z dwóch rożnych uniwersów: amerykańskiego DC Comics i brytyjskiego 2000AD. Fachowo zabieg łączenia światów nazywa się "crossoverem". Niniejszy zbiór komiksów jest wzorcowym przykładem opowieści tego typu.

Scenariusze do wszystkich zebranych tu historii napisali Alan Grant i John Wagner. Natomiast grafikami zajęła się cała armia cenionych rysowników. Co istotne, niemal wszyscy twórcy pochodzili z Wielkiej Brytanii. Jest to swoisty znak czasu i znakomity przykład brytyjskiej inwazji na amerykański rynek komiksowy, która nastąpiła na przełomie lat 80. i 90.  

Pierwsza i zarazem najsłynniejsza opowieść znajdująca się w tym zbiorze to "Sąd nad Gotham" ilustrowany przez znakomitego brytyjskiego rysownika Simona Bisleya. W naszym kraju to komiks kultowy, znany jeszcze z wydania które ukazało się w latach 90. W mieście Batmana, Gotham pojawia się Sędzia Śmierć, jeden z Mrocznych Sędziów, antagonista Dredda zabijający każdego napotkanego na swej drodze człowieka. Tymczasem Batman przypadkowo przenosi się do Mega City One, gdzie popada w kłopoty z prawem. Dredd nie ma zamiaru odpuszczać Nietoperzowi i chce go wsadzić do paki, za latanie po mieście w dziwnym stroju. Na szczęście Batman spotyka na swojej drodze piękną Sędzinę Anderson, która pomaga mu wrócić do Gotham. Jego śladem podąża Dredd, aż w końcu razem stawiają czoła Sędziemu Śmierć. Nawet jeśli fabuła tego komiksu jest dość pretekstowa, to daje szansę wykazać się Bisleyowi, którego grafiki to szalona jazda bez trzymanki. Jego prace to styl realistyczny, ale z charakterystyczną dla niego mocno przegiętą, nieco karykaturalną manierą, podkreśloną przez bardzo efektowne barwy nałożone między innymi za pomocą aerografu, miniaturowego pistoleciku do rozpylania farby przez strumień sprzężonego powietrza (niektóre źródła podają, że korzysta z pistoletu do lakierów samochodowych – jakby nie było to bardzo podobna technika), co poskutkowało bardzo udanym efektem bliskim hiperrealizmu. Opowieść ta staje się nie jako wzorem, matrycą tego jak mają wyglądać późniejsze spotkania Nietoperza i Dredda. 



Druga zebrana w tym tomie historia to "Wendeta w Gotham", którą zilustrował Cam Kennedy. To jednozeszytowa, krótka opowieść o tym jak Dredd pojawia się w Gotham, by ostrzec Batmana przed zamachem bombowym, którego chce dokonać łotr znany w uniwersum Nietoperza jako Brzuchomówca. Historia ta narysowana jest typową realistyczną kreską, bez większych fajerwerków. Kennedy nie jest mistrzem komiksu i jego ilustracje nie robią takiego wrażenia jak rozbuchany styl Bisleya, ale ze swojego zadania wywiązał się dobrze. Z wszystkich zawartych tu albumów o Batmanie i Dreddzie ten najmniej wpisuje się w stylistykę graficzną wypracowaną w pierwszej części.  

Trzecia opowieść to "Ostateczna Zagadka". Przy jej ilustrowaniu pracowało dwóch rysowników Carl Critchlow i Dermot Power. W komiksie tym Batman i Dredd zostają porwani przez kosmicznego cesarza Xero i zmuszeni do wzięcia udziału w igrzyskach łowieckich w których człowiek-nietoperz będzie zwierzyną, a sędzia jednym z łowców. Opowieść nie zachwyca od strony fabularnej, ale graficy stanęli na wysokości zadania i próbują dorównać wysokiemu poziomowi jaki wyznaczył Bisley. Znów w ruch idzie aerograf, dzięki któremu na rysunki nałożono bardzo efektowne kolory i fantastyczne cieniowanie. Komiks ten jest pełen akcji, przez co twórcy mają okazje zaprezentować się z dobrej strony i uchwycić w swoich rysunkach sporo dynamiki.  



Czwarty tytuł zawarty w tej antologii to niewiele mniej znany niż "Sąd nad Gotham" album "Uśmiech Śmierci", który pierwszy raz w naszym kraju ukazał się w 1999 r. W historii tej Joker przenosi się do Mega City One, gdzie wchodzi w konszachty z Mrocznymi Sędziami, śmiertelnie groźnymi przeciwnikami Dredda. Jego tropem oczywiście ruszają nasi bohaterowie. Rysunkami do tej opowieści zajęli się Jim Murray i Glenn Fabry (w naszym kraju znany głównie z okładek do słynnej serii "Kaznodzieja" i jako ilustrator cyklu "Slaine"), którzy obaj tworzą w podobnej do Bisleya poetyce. Ten drugi zresztą niemal dorównuje mu talentem, a przy tym, ma wyrobiony swój własny niepowtarzalny styl. Barwy znów są bardzo malarskie i podkreślają mroczną atmosferę tej opowieści. 

 Ostatnią historią, niejako bonusową (nie jest nawet wymieniona na okładce) jest komiks opowiadający o spotkaniu Dredda z Lobo. Nie występuje tu wcale Batman, i z cyklem łączą ją tylko osoby scenarzystów. To dynamiczna, pełna akcji historia w której przypadkowo przecinają się ścieżki obu bohaterów. Niemniej nie jest to nic szczególnie dobrego w porównaniu do solowych występów Dredda i Lobo, i redaktorzy komponujący skład tego tomu mogli sobie ją darować. Komiks narysowany jest bardzo klasycznie przez Vala Semeiksa i ma komputerowo nałożone kolory, co bardzo wyróżnia go spośród innych zebranych tu historii.


 Album ukazał się w Egmontowskim standardzie DC Deluxe, co oznacza, że ma lekko powiększony format, twardą płócienną oprawę i obwolutę która została ozdobiona grafiką Mike'a Mignoli twórcy "Hellboya". Tym wszystkim wodotryskom oczywiście towarzyszy wysoka jakość druku, a zebrane tu komiksy znakomicie prezentują się na kredowym papierze. To bardzo dobrze, bo w końcu efektowne rysunki są największą zaletą tych opowieści. Mimo iż połączenie obu uniwersów było zabiegiem stricte komercyjnym, to moim zdaniem w naszym kraju grupa docelowa nie jest znów aż tak szeroka. Historie zawarte w tym tomie nie są złe, ale to pozycja kierowana raczej do żelaznych fanów Batmana i Dredda, niż do kogoś kto chce przeczytać bardzo dobry komiks.

sobota, 23 grudnia 2017

Blacksad

Tekst pierwotnie ukazał się na stronach Wirtualnej Polski



Wydawnictwo Egmont wie, że rynek poszerzył się w ostatnich latach i nie wszyscy z obecnych odbiorców zainteresowanych medium mieli szansę przeczytać znakomite, klasyczne pozycje, które wychodziły w naszym kraju przeszło dekadę temu. Z okazji świąt do księgarń trafia więc kolejna porcja fantastycznych wznowień. Jednym z nich jest "Blacksad", seria której na nowo wydrukowano trzy dawno wyprzedane tomy: "Pośród cieni", "Arktyczni" i "Piekło, spokój".

Komiks stworzony został przez dwójkę Hiszpanów: pisarza Juana Diaz Canalesa i rysownika Juanjo Guarnido. Szukając dla niego miejsca w gatunkach, najtrafniej będzie określić go jako klasyczny czarny kryminał, ale nie do końca typowy, bo ze zwierzęcymi bohaterami osadzonymi w rolach głównych. Niemniej, akcja nie rozgrywa się w świecie przyrody, a na ulicach asfaltowej dżungli, realiach bratnio podobnych do ameryki z pierwszej połowy XX wieku. Postacie to zwierzęta, ale narysowane jako humanoidalne istoty, mówiące i noszące charakterystyczne dla tamtej epoki ubrania. Głównym bohaterem historii jest prywatny detektyw, czarny kot John Blacksad który, niczym legendarny detektyw Philip Marlowe z kart powieści Chandlera w każdym tomie zmaga się z jakąś kryminalną zagadką. Zresztą, opowieść garściami czerpie z literackich i filmowych przedstawicieli nurtu noir i neo noir - od wspomnianego Chandlera, przez ikoniczne obrazy z Humphreyem Bogartem, po bardziej współczesne twory jak film "Harry Angel". Zapewne nie skłamię też, jeśli powiem, że po niemal dwóch dekadach od premiery sama stała się już klasyką gatunku. 



 Świat przedstawiony przez autorów to tętniący życiem, zróżnicowany etnicznie tygiel. Postacie występujące w tym komiksie są najróżniejszych gatunków (psy, ptaki, niedźwiedzie, lisy, jaszczurki i inne gady), co bardzo kreatywnie wykorzystali twórcy, którzy prócz typowych kryminalnych opowieści obszernie poruszają tu problem rasizmu i odmienności. Prócz tego seria porusza też inne ważkie tematy społeczno-polityczne charakterystyczne dla okresu historycznego w którym dzieje się akcja (przykładowo trzeci tom – który akurat nie został wznowiony - kręci się wkoło nagonki na komunistów epoki Makkartyzmu), co czyni ten komiks opowieścią odrobinę głębszą, z przesłaniem nieco wykraczającym poza ramy czarnego kryminału. 

Od strony plastycznej albumy o "Blacksadzie" to prawdziwa perełka. Zwierzęta występujące w tej historii nie tylko są człekokształtne, ale i narysowane do bólu realistyczną kreską, a wszelkie tła – stare samochody, architektura, pejzaże tętniącego życiem miasta - są znakomicie oddane i genialnie portretują Amerykę przełomu lat 40. i 50. co daje niesamowity efekt końcowy. Nie jestem w stanie wymienić drugiego komiksu, w którym tak znakomicie wykorzystano by tak nietypowe środki wyrazu, co czyni z "Blacksada" dzieło jeszcze bardziej unikalne, którego lektura jest niezapomnianym przeżyciem. Wydźwięk historii podkreślają stonowane, niby jesienne barwy które idealnie podkreślają nietypowy, ale zarazem przecież niezwykle realistyczny styl tej opowieści.  



"Blacksad" uhonorowany został wieloma nagrodami po obu stronach oceanu. Pisząc o nim tekst nie pozostaje mi nic innego jak tylko wtórować wszelkim zachwytom i polecać go jako prezent-pewniak na tegoroczną gwiazdkę. Zapewniam, że to pozycja o szerokim targecie, do tego tak efektownie wydana (format powiększony nawet w stosunku do europejskich komiksów) i namalowana, że ucieszy nie tylko miłośników komiksu, ale każdego kto ceni dobre kryminały lub po prostu piękne książki.

poniedziałek, 18 grudnia 2017

Hellboy. Tom 1 - Mike Mignola

Tekst pierwotnie ukazał się na łamach Wirtualnej Polski 



Przez lata od pierwszej publikacji "Hellboy" stał się dziełem kultowym. Nie wszystkie tomy są łatwo dostępne, więc wznowienie tego klasycznego dziś tytułu w ekskluzywnym wydaniu to jeden z tegorocznych strzałów w dziesiątkę.

Opowieści o Hellboyu to iście to wybuchowa mieszanka, łącząca ze sobą komiks akcji i lovecraftianski horror, doprawiony budzącym grozę folklorem z różnych części świata i retrofuturyzmem przedstawiającym alternatywną historią II wojny światowej. Niniejsza książka zbiera dwa pierwsze tomy przygód Piekielnego Chłopca, pracownika specjalnej jednostki zajmującej się zjawiskami paranormalnymi. Nasz bohater jest niezwykłą postacią przypominającą diabła ze spiłowanymi rogami i nienaturalnie wielką kamienną prawą ręką, którą może zadawać przeciwnikom potężne ciosy. Pierwszy tom opowiada o jego starciu ze śmiertelnie groźnym Rasputinem i dotyka tajemnicy genezy Hellboya, która dopiero będzie przed czytelnikiem odkrywana. Niemniej już w pierwszym tomie dowiadujemy się, że bohater został sprowadzony na ziemię z piekła w czasie II wojny światowej, i tylko przypadkiem trafił w ręce aliantów. Drugi tom traktuje o podróży protagonisty do Rumunii i jego starciu z pozostającymi do tej pory w ukryciu nazistami i potężnym, starym wampirem Giurescu. Mimo iż opowiada zupełnie inną historię, to w wątkach pobocznych dalej drąży temat genezy Hellboya i drugowojennych poczynań demonicznego Rasputina, których konsekwencje kładą się cieniem na współczesności.  



Mignola, nim podjął pracę nad Hellboyem znany był jako znakomity rysownik, ale mimo iż miał świetny koncept, to chyba obawiał się pisania scenariusza samodzielnie, bo o pomoc przy pierwszej zawartej tu opowieści poprosił słynnego komiksowego rzemieślnika Johna Byrne. Przy drugim tomie ośmielił się i pisał go już sam, i widać w nim, że niepotrzebnie się obawiał bo wyszło znakomicie.  

Kreska Mignoli jest bardzo swobodna i zarazem ekspresjonistyczna. Autor nie stara się rysować na siłę realistycznie, i pozwala sobie na sporo umowności. Niemniej wszystko w tych ilustracjach pozostaje klarowne i czytelne - nie bez powodu Mignola zyskał miano twórcy wybitnego, bo Hellboy to komiksowe mięso najwyższej próby. Barwy są utrzymane w ciemnych tonacjach i podkreślają horrorowy rodowód tej historii. We wstępie do tego tomu, redaktor serii Scott Allie wymieniając inspiracje Mignoli, wskazuje na samych amerykańskich twórców. Wszystkie figurujące tam nazwiska są raczej nie trafione, bo autor ewidentnie najwięcej ukradł ze stylu europejskiego mistrza komiksu - Hugo Pratta. Gdyby zdjąć z rysunków Mignoli barwy, to ilustracje byłyby bratnio podobne do tego co znajdujemy w słynnych przygodach Corto Maltese. Zresztą, Mignola raczej się z tym nie krył, gdyż pomysł uczynienia jedna z postaci opowieści Rasputina zaczerpnął właśnie od Pratta, u którego szalony mnich pojawiał się nie raz.  

Świat wykreowany w Hellboyu, mimo iż miesza ze sobą wiele elementów, jest bardzo spójny. To uniwersum tętniące życiem, zaludnione koszmarami utkanymi z budzących grozę mitów z całego świata, z którymi przychodzi się zmierzyć głównemu bohaterowi. Mimo iż przez lata Mignola doczekał się wielu naśladowców, a motyw historii alternatywnej drugiej wojny światowej jest bardzo popularny, to cykl o Piekielnym Chłopcu pozostaje dalej niezwykle świeży i nie do podrobienia.

The Black Monday Murders - Hickman i Coker

Tekst pierwotnie ukazał się na stronach Wirtualnej Polski


Nowa oficyna Non Stop Comics pogrywa odważnie i wciąż wprowadza na rynek premierowe tytułu ze stajni Image Comics. Przypatrzmy się następnej serii z ich katalogu, mrocznemu komiksowi napisanemu przez Jonathana Hickmana i zilustrowanemu przez Toma Cokera. 

"The Black Monday Murders" należy do bardzo rzadkiego gatunku horroru korporacyjnego, którego bogiem jest ponury pisarz Thomas Ligotti – twórca bardziej wpływowy niż słynny. Niemniej, mimo iż znajduję tu kilka cech wspólnych z jego dziełami, to trudno się tu dopatrywać bezpośrednich nawiązań do dorobku tego współczesnego mistrza grozy. Komiks napisany przez Hickmana to autonomiczna i bardzo oryginalna pozycja, której nie przyrównałbym do czegokolwiek co do tej pory czytałem.  



Wszystko zaczyna się od morderstwa jednego z potężnych rekinów finansjery, a śledztwo poprowadzi detektyw, który prócz tradycyjnych metod nie boi się sięgać po sposoby z asortymentu bardziej pasującego do Johna Constantine, słynnego egzorcysty z komiksu "Hellblazer", niż zwykłego policjanta. Skomplikowana intryga, miesza aspekty ekonomiczne z okultyzmem i bazuje na jednej z teorii spiskowych o tym, że światem rządzi ogromna, wszechmocna organizacja finansowa. W historii tej legenda dodatkowo ubrana została w mistyczne szaty, gdyż w świecie tu przedstawionym istnieje magia. W komiksie Hickmana, krachy na giełdzie (zdaje się, że tytuł serii wziął się od wariacji na temat "czarnego czwartku") ukazane są jako przypieczętowane krwawymi rytuałami złowieszcze tąpnięcia w rzeczywistości, które wpływają na losy ludzi na całym świecie. Pieniądz jest Bogiem i żywiołem któremu nic nie może się oprzeć, a zwykli obywatele zaledwie niewolnikami pracującymi na chwałę czegoś wielkiego, mrocznego i potężnego, co wykracza poza pojmowanie przeciętnego umysłu. 



 Opowieść snuta przez Hickmana jest bardzo mroczna i tajemnicza, jednak nawet w połowie nie byłaby tak klimatyczna jak jest gdyby nie rysunki Tom Cokera. Realistyczna kreska, okraszona ciemnymi, zgaszonymi barwami nałożonymi przez Michaela Garlanda znakomicie podkreśla atmosferę tej historii. Warstwa plastyczna, mimo iż została w całości stworzona na komputerze wygląda znakomicie, i spokojnie postawiłbym Cokera obok współczesnych tuzów komiksu realistycznego takich jak Sean Phillips czy Michael Lark.


"The Black Monday Murders" nie należy do lekkich lektur. Wątków i postaci jest tu dużo, a atmosfera jest dość zawiesista. Niemniej jest to też lektura inteligentna, intrygująca i bardzo satysfakcjonująca. Co prawda tytuł ten nie stara się być dziełem artystycznym, ale zamiast tego znakomicie odnajduje się na przecięciu gatunkowym, między komisem komercyjnym a ambitnym autorskim dokonaniem.