czwartek, 15 listopada 2018

Człowieka, który zabił Lucky Luke'a. Matthieu Bonhomme



 Nie zbieram regularnych przygód Lucky Luke'a tworzonych przez Morrisa i Goscinnego, które obecnie ukazują się na rynku. Nie mam na to ani kasy ani czasu, bo jestem zajęty innymi komiksami. Jednak opatrzona niesamowitą okładką, współczesna interpretacja losów słynnego kowboja autorstwa Matthieu Bonhomme, która wyszła niedawno od razu wpadła mi w oko. Miałem ją sobie kupić, ale Egmont zrobił mi niespodziankę i dorzucił ten album do egzemplarzy recenzyjnych, o które prosiłem. Bardzo się ucieszyłem, mimo iż nie planowałem pisać o tym komiksie, bo nie jestem wdrożony w regularną serię. Skoro już tak wyszło, to spróbuję Wam o tym albumie opowiedzieć.

Nasz samotny jeździec przybywa do małej osady Froggy Town. Tak się składa, że niedawno miał miejsce napad na dyliżans transportujący złoto. Miejscowy szeryf nie przejawia dużego zainteresowania sprawą, więc mieszkańcy miasteczka postanawiają wynająć Luke'a, by odnalazł sprawców. Ślad prowadzi na posesję pewnego poszukiwacza złota. Przeczy to oficjalnej wersji, według której w sprawę podobno zamieszani byli Indianie. Intryga zaczyna robić się coraz ciekawsza, a do tego dochodzą miejscowi rewolwerowcy, którzy chętnie zmierzyliby się z Lukiem. Stanowi to tym większy problem, że w mieście nie było od dawna dostawy tytoniu, i naszemu kowbojowi na fajkowym głodzie trzęsą się ręce (uroczy wątek!). Czy ktoś skorzysta z okazji i w końcu naprawdę zabije legendę Dzikiego Zachodu? 



Serię o samotnym kowboju znam tylko z kilku albumów, które czytałem w dzieciństwie, ale wydaje mi się, że Bonhomme w swojej pracy w mniejszym stopniu niż w oryginale skupia się na komedii, a w większym na westernie. Mamy tu całą plejadę gatunkowych charakterów, począwszy od szalonych poszukiwaczy złota, poprzez rewolwerowców, na Indianach skończywszy. Jedną z głównych ról w całej historii odegra też postać inspirowana słynnym rewolwerowcem-suchotnikiem Dockiem Hollideyem – tu jest człowiekiem, którego zdrowie zrujnowały papierosy. Natomiast sam tytuł opowieści nawiązuje do klasycznego westernu „Człowiek, który zabił Liberty Valance'a”. 



  Warstwa graficzna „Człowieka, który zabił Lucky Luke'a” to prawdziwa perełka. Na kartach opowieści Bonhomme'a odżywa Dziki Zachód, małe osadnicze miasteczka, a w nich drewniane saloony i ich podejrzana klientela. Na pierwszy rzut oka widać, że autor nieco urealnia historię. Morris posługiwał się stricte cartoonową kreską, natomiast autor „Człowieka, który zabił Lucky Luke'a” rysuje semi-realistycznym stylem, acz dalej zachowuje pewną kreskówkowość, która jest nieodłącznym znakiem rozpoznawczym tej słynnej serii. Wszystko, łącznie z kolorystyką wypada fenomenalnie i album czyta się dzięki temu bardzo przyjemnie.

  Osobiście bardzo doceniam to, jak autor pogrywa sobie z mitami Dzikiego Zachodu i zapewniam, że komiks, mimo iż jest dość niezobowiązującą lekturą, to spodoba się fanom westernów.



Daredevil. tom 6. Brubaker/Lark



Dzięki niniejszej serii wydawanej przez Egmont i znakomitemu serialowi telewizyjnemu, którego możemy już oglądać trzeci sezon (jest zajebisty!) dostałem na punkcie Daredevila prawdziwego pierdolca. Oczywiście, to drugoligowy bohater Marvela, ale to, że nim jest daje twórcom dużą swobodę w pisaniu o jego losach i możliwość opowiadania niebanalnych historii. Zresztą, dzieje się to nie pierwszy raz, bo podobną wolność przy tworzeniu jego przygód miał przecież Miller, najważniejszy twórca w historii Diabła z Hell's Kitchen. Brubaker idzie jego śladem i tworzy cykl naznaczony tragediami rodem z kina noir, gangsterką i scenami akcji żywcem wyjętymi z filmów których tematyką są sztuki walki.

Nie ma tu wcale laserów z dupy, wielkich bitw o losy świata, które mogą być kojarzone z flagowymi tytułami od Marvela. Zamiast tego są tabuny ninja z klanu Dłoń, złowieszcza Lady Bullseye oraz znakomicie rozpisany Kingpin, który staje się na kartach tego komiksu bardzo niejednoznaczną, tragiczną postacią. Jest w końcu miasto, tętniące życie, pokryte śniegiem, brudne i zdeprawowane – duża w tym zasługa rysunków Michela Larka. Jest i on, diabeł w czerwieni mocujący się zarówno z bandziorami jak i z życiem prywatnym, w które ingerują źli ludzie, by jak najmocniej go skrzywdzić. To już standard, że łotrzy czepiają się bliskich Murdocka – to i ujawnienie tożsamości Daredevila zdaje się zresztą głównym tematem całego runu zarówno Bendisa jak i Brubakera. Istotna jest też „dzienna” praca Matta, który jest przecież prawnikiem i często ze złem musi zmagać się na wokandzie. 



Większością grafik w tym tomie zajął się Michael Lark. Już wspomniałem jak wygląda miasto w jego interpretacji i muszę tylko dodać, że jest znakomitym rzemieślnikiem. Bardzo dobrze obcuje mi się z jego kreską i mimo iż wszystko jest wykonane komputerowo – a nie przepadam za taką techniką – to muszę przyznać, że bardzo cenię jego krechę.

Niniejszy tom zawiera wszystko co fajne w ciągu zeszytów Dardevila oznaczanym jako vol 2., więc jeśli podobały wam się poprzednie odsłony serii to i ten komiks weźmiecie z całym dobrodziejstwem inwentarza. Według mnie wart jest każdej złotówki i to jedna z najlepszych serii jakie ukazały się w tym roku w naszym kraju. 



Szóstym tomem wydawca kończy prezentowanie nam nowszych komiksów (jak wspomniałem oznaczonych w historii publikacji jako vol. 2) i teraz ma zamiar cofnąć się do czasów w których nad Diabłem z Hell's Kitchen pracował Frank Miller (czyli jeszcze vol.1). Oczekuję jego ciągu zeszytów, ale trochę żałuję, że nie dane mi na razie będzie poznać tego co dalej działo się z Murdockiem. Co prawda na ostatnich stronach tego tomu jest napisane „koniec”, ale jestem bardzo ciekawy jak inni współcześni twórcy obeszli się z Daredevilem i mam nadzieje, że po runie Millera doczekamy jeszcze kontynuacji tej serii. 


poniedziałek, 12 listopada 2018

Upgrade (2018) reż. Leigh Whannell



Wydawałoby się, że dobry film fantastyczny musi być podparty solidnym budżetem, robić duże wrażenie od strony wizualnej, kreować rozbudowany futurystyczny świat. Historia filmu pokazała jednak już nieraz, że da się opowiadać takie historie również w kameralnych warunkach, a niewielki budżet może stać się jedynie wyzwaniem dla sprawnych, ambitnych twórców. Australijski „Upgrade” napisany i wyreżyserowany przez Leigha Whannella (najbardziej znany jest jako scenarzysta i aktor) jest właśnie jednym z takich filmów science fiction, którym do zbudowania przekonującej opowieści duży budżet wcale nie był potrzebny.

piątek, 9 listopada 2018

Ultimate Spider-man. Tom 2. Bendis



Jak już kiedyś pisałem, od dzieciństwa nie czytałem aż tylu komiksów superbohaterskich co teraz. A może czytam ich nawet więcej niż wtedy. No ale wychodzi tyle ciekawych pozycji, że aż żal byłoby po nie nie sięgnąć. Pewnie jest coś niepokojącego w trzydziestolatku czytającym komiksy o gościach w rajtuzach (kiedyś nawet Moore o tym mówił, że to infantylizm i ogólnie wstyd przed Ryśkiem), no ale będę musiał z tym jakoś żyć, bo nie będę ukrywał, że często bawię się przy nich jak prosie. Sięgam nawet po tytuły adresowane do nastolatków – bo nie ma co się oszukiwać, to dla nich strwożony został Spider-man pisany przez Briana Michaela Bendisa.

W dzieciństwie byłem prawdziwym Spider-manowym świrem, dlatego jestem dość sceptyczny wobec nowych komiksów o nim. Najzwyczajniej boję się zniszczyć piękne wspomnienia jakie mam z tamtego okresu, więc po komiksy o Pająku sięgam z niepokojem (zawiódł mnie już między innymi KevinSmith). W przypadku Bendisa jest jednak inaczej, bo cenie go i ufam jego zdolnościom. Co ważne, już pierwszy tom Spider-mana pisanego przez niego mnie nie zwiódł (kliku klik), dlatego bez obawy sięgałem po drugi. 



Bendis bardzo sprawnie porusza się po mitologii Spider-mana, co rusz wyciągając z niej kluczowe dla niej figury: jest tu obecny zarówno Zielony Goblin, Doktor Octopus, Kraven Łowca ale też Gwen Stacy czy Mary Jane. W tym tomie wykracza nawet poza nią wrzucając do historii również Nicka Fury'ego z S.H.I.E.L.D. Wszystkie te elementy układanki powodują, że czytając ten komiks mamy wrażenie obcowania z wzorcową historią o Pajęczaku, która sprawia odbiorcy nie lada przyjemność. Również elementy obyczajowe są dobrze ulokowane i na tyle umiejętnie dozowane, że nie spowalniają akcji, wręcz przeciwnie, bardzo uatrakcyjniają i urealniają komiks. Mogę się tylko domyślać, jak utożsamiają się z nimi licealiści, ale podejrzewam, że są na tyle sprawnie poprowadzone, że dobrze sprawują swoją funkcję. 



Wielkim minusem tego komiksu są jednak rysunki autorstwa Marka Bagleya. Owszem, jest dobrym rzemieślnikiem, ale styl jakim się posługuje ma w sobie znamiona wszystkiego co było złe w grafice poprzedniej dekady. Jest nieznośnie kiczowato (co znamienne nieco mangowo – w złym tego słowa znaczeniu, to nie są nawiązania do Katsuhiro Ōtomo, nic z tych rzeczy) a do tego musimy dodać okrutne komputerowe kolory, od których aż oczy krwawią. Historia na szczęście jest opowiedziana na tyle przejrzyście, że da się na ten element przymknąć oko, niemniej jeśli kupujecie komiksy głównie dla rysunków, to ten album Was na pewno zawiedzie.

Scenarzysta skutecznie zmierzył się z dość trudnym zadaniem, i pokazał, że w Marvelu był właściwą osobą na właściwym miejscu. Tak jak w przypadku Daredevila, popisał się znakomitym zrozumieniem tematu i mimo iż tworzył historie nawiązujące do klasyki, to ostatecznie podawał je w bardzo smacznym, unowocześnionym stylu. Nie musiał przy tym deptać żadnych świętości i zapewniam, że jego komiksy o trykociarzach tworzone dla Marvela zadowolą zarówno początkujących czytelników, szukających dynamicznej rozrywki, jak i konserwatystów szukających w nich powrotu do historii które kochali w dzieciństwie. 


niedziela, 4 listopada 2018

Niech ciała się opalają (2017)



„Niech ciała się opalają” to trzeci film duetu scenariuszowego i reżyserskiego, który tworzą Hélène Cattet i Bruno Forzani, ale dopiero pierwszy bardzo dobry. Dla widzów znających ich poprzednie dzieła będzie nie lada zaskoczeniem, gdyż autorzy z kina artystycznego przeskakują do utworu niemalże typowo gatunkowego. Zazwyczaj takie posunięcie mogłoby być uznane za cofnięcie się w rozwoju. Nie w tym przypadku.

sobota, 3 listopada 2018

Mort Cinder



Niniejszy album udowadnia, że jeszcze są komiksowi klasycy, których dzieła nie ukazały się na naszym rynku. Publikowana w latach 60. w odcinkach w prasie opowieść, snuta przez dwójkę Argentyńskich twórców: scenarzystę Héctora Germána Oesterhelda i rysownika Alberto Braccie, to jedno z brakujących ogniw komiksu dla dorosłych, jakością zostawiająca w tyle większość cenionych tytułów z czasu bumu powieści graficznych dla dojrzałego czytelnika, który nastąpił kilka dekad później. Dzieło mroczne, wielowymiarowe i dojrzałe. Rzecz zupełnie niezwykła wśród graficznych opowieści w odcinkach.

Mooreonomicon #6.2 Saga o Potworze z Bagien tom 2.



Potwór z Bagien został stworzony przez nieżyjących już Lena Weina i Berniego Wrightsona w latach 70. Robiona przez nich w trybie dwumiesięcznym seria dobiła zaledwie do 24 numerów. Po tym ciągu zeszytów ślad po Potworze zaginął i świat popkultury przypomniał sobie o nim dopiero w 1982 roku, gdy na ekrany kin weszła ekranizacja jego przygód autorstwa Wesa Cravena. Chcąc zarobić na odnowionej popularności Bagniaka postanowiono wznowić publikację cyklu. Nową odsłonę dociągnięto do 20 numeru i wtedy na scenę wszedł on. Cały w czerni, kudłaty, z długą brodą – młody angielski scenarzysta Alan Moore, który dziś uznawany jest za jednego z najważniejszych scenarzystów w historii komiksu.

Mandy (2018) reż. Panos Cosmatos


Można było zachwycić się już jego debiutem. Panos Cosmatos (swoją drogą pochodzący z filmowej rodziny, bo to syn reżysera „Cobry” i „Rambo II”) ze swoim „Beyond the Black Rainbow” przebojem wdarł się do świadomości miłośników niezależnego kina grozy. Była to balansująca na granicy science fiction i horroru, halucynogenna, momentami bardzo abstrakcyjna, wizualna orgia z syntezatorową muzyką w tle, która nie pozostawiała żadnego widza obojętnym. Ten film albo się pokocha i kupi od pierwszych scen, albo znienawidzi i wyłączy go po kwadransie.

czwartek, 1 listopada 2018

Invincible. Tom 1. Robert Kirkman




Nie czytałem jeszcze „Żywych trupów”. Wspominam o tym, bo głównie z tego komiksu znany jest u nas autor scenariusza do „Invincible”. Zastanawiam się, czy w ogóle czytałem coś wcześniej Roberta Kirkmana i nie przypominam sobie żadnego tytułu. „Invincible” jest więc pierwszą jego pracą z którą się stykam.

Główny bohater jest połączeniem Supermana (ma bardzo podobne moce) i Spider-mana (jest nastolatkiem, więc ma podobne do młodego Parkera licealne problemy). Swoje zdolności odziedziczył po ojcu, który pochodzi z innej planety, z której został wysłany na ziemię by chronić jej mieszkańców przed wszelkim złem. Na ziemi poznał kobietę z którą spłodził syna. Gdy bohater wchodzi w dojrzałość ( fabuła startuje gdy jest rok przed studiami) zaczynają się u niego objawiać niezwykłe zdolności, a co za tym idzie, podobnie do swojego ojca zaczyna robić super-bohaterskie wypady. Tak wygląda zawiązanie fabuły, ale Kirkman na początku nie odkrywa przed czytelnikami wszystkich kart i zapewniam, że w trakcie rozwoju wydarzeń zrobi się zdecydowanie ciekawiej i bajka w której żyje bohater pęknie niczym bańka mydlana.



Jak na razie „Invincible” nie jest przeintelektualizowany – a to przecież cecha tego dobrego, ważnego super-hero spod znaku uczniów Alana Moore'a – na chwilę obecną to głównie przewrotna zabawa konwencją. Od strony literackiej album nie jest też zbyt gęsty, przez co czyta się go bardzo lekko. Są tu też obszerne fragmenty obyczajowe, które sprawiają, że komiks ten jest jeszcze bardziej interesujący, ale nie przytłaczają sedna sprawy (a tak jest np. w Daredevilu czy Hawkeyu gdzie często stanowią główny filar opowieści).

Seria ta mogłaby być częścią uniwersum Marvela lub DC, ale skoro można to robić na własną rękę autorzy zdecydowali pracować dla Image, które zapewniało im wolność i prawa do tworzonego przez nich tytułu. Niemniej bardzo widać, że postacie są wzorowane na znanych herosach, momentami tak bardzo, że dziwię się, że (chyba) obeszło się bez pozwu. Jeden z bohaterów jest przykładowo bardzo wyraźną kopią Rorschacha, który podobnie do tej kultowej postaci z „Watchmenów” prowadzi śledztwo w sprawie zabójstwa super-bohaterów. Niemniej zabiegi te są bardzo udane i sprawiają, że każdy fan komiksów o trykociarzach poczuje się w świecie „Invincible” jak w domu. 



Narracja obrazem i rysunki (których autorami są Ryan Ottley i Cory Walker) są dość nowoczesne, dynamiczne i od strony formalnej nie ma na co narzekać. Wszystko jest klarowne i czyta się bardzo przyjemnie. Nawet kolory, pomimo tego, że są komputerowe to wypadają bardzo udanie, i nie kaleczą oczu co wrażliwszym na kicz czytelnikom.

„Invincible” często określany jest jako jeden z najlepszych komiksów super-bohaterskich. Mimo wysokiego poziomu jego genialność chyba się jeszcze w pierwszym tomie nie objawia – acz historia ma mieć 12 części, więc jeszcze wszystko może się wydarzyć. Jak na razie to tylko dobre, sprawne czytadło. Daleko temu komiksowi do arcydzieł Moore'a (na podobnej rozpiętości stron Alan stworzył wszak wybitne, zamknięte historie), acz z drugiej strony fajnie, że autorzy nie chcą odcinać kuponów (mimo jawnych nawiązań) od dzieł genialnego Brytyjczyka i robią wszystko po swojemu. To co najfajniejsze w tej historii to pewna radość, wyraźna frajda jaką mają twórcy z opowiadania o super-bohaterach. Mimo iż nie stałem się jeszcze fanem Kirkmana to na pewno będę śledził tą serię. 



środa, 31 października 2018

Batman: Mroczny Rycerz – Rasa Panów. Frank Miller/Brian Azarello/Andy Kubert




Po lekturze dość nijakiego komiksu „Batman. Ostatnia Krucjata” moje oczekiwania względem nowych tytułów sygnowanych nazwiskiem Franka Millera znacznie się pomniejszyły. Nigdy nie byłem jego wiernym fanem, acz kilka komiksów (w tym jego Batmany) były dla mnie ważne, dlatego sięgam po następne, bo jestem ciekaw co nowego wykombinował. No cóż, jakby nie patrzeć Frank to już dziadek (źle chłop wygląda, życzymy mu dużo zdrówka!), który jako twórca najlepsze lata ma już za sobą. Okazuje się jednak, że ma coś jeszcze do powiedzenia w kwestii Batłomieja.

W pewnych dziwnych okolicznościach (totalnie pulpowy patent, którego Wam nie będę zdradzał) na ziemi pojawiają się setki Kryptonijczyków (chyba tak się to pisze, przynajmniej tak jest w komiksie, nie pytajcie mnie dlaczego nie „Kryptończyków”), czyli ludzi przybyłych z planety przodków Supermana. Dowodzeni są przez guru, który sugeruje, że jego lud powinien mieć boski status: ma zamiar zapanować nad ziemią i uczynić jej mieszkańców swoimi podwładnymi. Cała sytuacja sprawia, że Batman, który od lat jest na emeryturze postanawia się aktywować i nacisnąć na odcisk dziada dążącego do totalitaryzmu. Na pewnym poziomie komiks ten jest też opowieścią o walce z terroryzmem, gdyż poczynania Kryptonijczyków bez większego problemu można porównać do działań islamskich fundamentalistów. I podejrzewam, że ta interpretacja bardzo spodobałaby się samemu Millerowi, który zdaje się być jednostką wierzącą w „Amerykański sen”, który zakłócany jest przez złych mudżahedinów. Nie trudno pokusić się o interpretacje, że w jego oczach Stany Zjednoczone są właśnie takim superbohaterem chroniącym świat przed złem. 



Co istotne Batłomiej nie jest tu jedyną główną postacią, bo ważne role odgrywają w tym komiksie również Wonder Woman, Superman (czyli mamy tu trzy filary Justice Legue) i kobieca pomagierka Batmana. Bruce jest schorowanym staruszkiem, któremu ciężko już wkroczyć do fizycznej akcji. Podpiera się jednak gadżetami i snuciem intryg, które mają na celu uratować świat. Jego stopień zaangażowania w sprawy jest więc rozpisany realistycznie, czuć w tej opowieści, że jest już starszym człowiekiem który swoje przeszedł, i te elementy wpadają nadzwyczaj dobrze – to faktycznie mogłaby być ostatnia akcja przykutego do foteli w batcave Batmana. To bardzo dodaje tej opowieści uroku, bo czyni ją odmienną od wszystkich innych historii o Nietoperzu. Pewnym minusem jest jednak to, że Miller otwiera sobie w magiczny sposób furtkę do następnych opowieści. No ale przecież dobrze wiemy, że komiksy o Batmanie nie przestaną się i tak ukazywać, więc w sumie dlaczego nie miałby dziać się w uniwersum będącym Millerowską interpretacją? W końcu jak stwierdza Superman „Świat potrzebuje Batmana”.



Frank napisał komiks do spółki z Brianem Azzarello. Tak jak w przypadku „Ostatniej Krucjaty” nie wiem jak przebiegał podział obowiązków. Tu jednak wiadomo przynajmniej, że to duży scenariusz nad którym musiało być dużo pracy, więc było się czym dzielić. Narracyjnie jest bardzo dobrze, szczególnie ciekawie wypada patent komentowania akcji za pomocą wypowiedzi z internetu/facebooka, bo jest to naturalne rozwinięcie korzystania z prowadzenia opowieści za pomocą szumu informacyjnego, który tak dobrze zawsze wykorzystywał Miller w swoich scenariuszach.

Głównym grafikiem serii jest Andy Kubert, którego plansze prezentują się bardzo udanie i jego krecha świetnie pasuje do Bat-historii. Kilka pomniejszych rozdziałów zilustrował też sam Miller i nie wyglądają źle, ale nie jest to praca za którą ten twórca zostanie zapamiętany. Gościnnie pojawiają się też John Romita Jr. I Eduardo Risso i robią wszystko dobrze. Tusz natomiast kładł legendarny inker Klaus Janson. 



Nie mając już żadnych oczekiwań całkiem miło się zaskoczyłem, bo „Rasa Panów” to fajne Batmańskie czytadło. Jeśli jesteście fanami Nietoperza to chcecie to przeczytać. Frank Miller powrócił i może nie jest w szczytowej kondycji, ale czuć, że to on pisał ten komiks. Nie jest źle.

czwartek, 18 października 2018

Ludzie Północy:Saga islandzka. Tom 2. Brian Wood



Nie będę ukrywał, że jeśli ktoś nie jest wielkim fanem historii o brodatych wojownikach to nie ma w komiksie Wooda czego szukać. „Ludzie północy” to rzecz nie aspirująca do bycia komiksowym arcydziełem i na pewno nie wywoła w czytelniku większych emocji. Więc jeśli chcecie sięgnąć po coś z Vertigo, po czym opadnie Wam szczęka to już na początku, zanim zaczniecie dalej czytać ten tekst sugerowałbym raczej „Skalp” albo „Sagę o Potworze z Bagien”.

Nie znam innych komiksów Wooda (czytałem tylko tworzone już po „Ludziach Północy” „Black Road”, które również jest tylko czytadłem) i trudno mi powiedzieć jak komik ten wypada na tle innych jego dokonań. Oderwany od jego twórczości przedstawia się jako solidna rzemieślnicza robota, co więcej Wood musiał odrobić lekcje z historii, bo wszystko wydaje się bardzo realistyczne. Scenariuszowi brak jednak brudu i skurwienia ( a przecież tak było!), które znajdziemy na przykład w dziełach Jasona Aarona, i powiem szczerze, że chętnie zobaczyłbym komiks o wikingach napisany właśnie przez tego artystę. 



Tomik zaczyna się od kilku jednozeszytowych opowieści. Nie ukazują Wooda jako geniusza, ale są w porządku. Jednak sednem niniejszego tomu jest następująca po nich dłuższa historia, rozpisana na dziesięć pokoleń saga o losach pewnego wikińskiego rodu. Rozpięcie fabuły na setki lat daje Woodowi możliwość zaprezentowania czytelnikowi rozwoju jaki przeszły ludy północy (dokładnie Islandii) na przestrzeni wieków. Wychodzi mu to bardzo udanie i z wielką przyjemnością - a „Ludzie północy” nie mają zbyt dobrej prasy - go pochwalę. Jego wikingowie nie tylko łupią i plądrują, a nawet niemal wcale nie jest to w tej serii ukazane - jedna z postaci wybiera się na wyprawę, ale Wooda wcale jej wojaże nie interesują. To twardzi ludzie pracujący na nieurodzajnej ziemi, których rody są zwaśnione i ciągle gdzieś toczą się jakieś intrygi o dominację. Do tego nagle nad ludami północy zaczyna majaczyć widmo chrześcijaństwa, którego wyznawcy przypuszczają ekspansje na ich ziemie. Sednem fabuły jest więc to, że świat zewnętrzny dopomina się o mieszkańców Islandii. Wszystko to jest bardzo ładnie rozpisane i stanowi największą zaletę tego komiksu, jeśli szukalibyśmy tu jakiegoś głębszego przesłania. 



Serię ilustrowało kilku artystów. Grafiki wypadają dobrze, do tego kolory nie robią z nich kiczowatych straszydełek. Tylko ostatni twórca, Danijel Žeželj znacznie obniża poziom. Jego plansze są najzwyczajniej za gęsto zarysowane, przez co są nieczytelne. Jednak na jego autorskiej stronie widzę, że facet umie rysować, więc prawdopodobnie nie pasuje po prostu do tej serii, albo prace tworzył w dużym pośpiechu. Możliwe też, że lepiej byłoby jego rysunkom w czerni i bieli.

Póki co komiksy Wooda zostają na mojej półce i powiem szczerze, że niecierpliwie czekam na następny tom. To dobra rozrywka, dla kogoś kogo wikingowie zawsze fascynowali. Mój czytelnik zapytał mnie przy okazji tekstu o pierwszym tomie niniejszej serii czy kupiłbym ten komiks gdybym nie dostał go do recenzji. Tak, podobają mi się „Ludzie Północy”. Niemniej cały czas jest to tylko czytadło a nie coś wybitnego i seria ta nie zapisze się w historii komiksu jako szczytowe osiągnięcie Vartigo. 


poniedziałek, 15 października 2018

Wolverine. Tom 4. Jason Aaron.




Nie podobały mi się pierwsze tomy Wolverine'a pisane przez Aarona. Niemniej, z szacunku dla tego scenarzysty, którego jestem wielkim fanem, postanowiłem śledzić serię. Dobrze zrobiłem. Już trzeci tom całkiem mi się podobał, więc z wielką ciekawością sięgnąłem po czwarty.

Fabuła jest bezpośrednią kontynuacją poprzedniej odsłony(kliku-klik). Wolverine wrócił z piekła. Teraz rusza śladem ludzi którzy go tam wysłali. Okazuje się, że za wszystkim stoi organizacja Czerwona Dłoń. Logan chce się na nich zemścić, ale medal ma dwie strony. Organizacja zrzesza ludzi którzy stracili przez Wolverine'a swoich bliskich i również przygotowuje przebiegłą zemstę na rosomaku, a wysłanie go do piekła było tylko preludium faktycznej vendetty. Nie będę zdradzał więcej, dodam tylko, że udaje im się dotkliwie go skrzywdzić, nie dając mu przy tym satysfakcji i okazji do wzięcia odwetu. 



Traktuję te wszystkie komiksy o których piszę z szacunkiem, śmiertelnie poważne. Sądziłem więc, że w przypadku Wolverine'a będę mógł wyciągnąć kij z dupy. W końcu to facet w trykocie, który ma wysuwane długie pazury i robi „snikt!”. Nic bardziej mylnego. W najlepszych momentach (w pierwszej połowie niniejszego tomu) scenariusz Aarona zahacza o charakterystyczną dla jego najlepszych serii pewną wrażliwość społeczną, bo portretuje ludzi żyjących w nieciekawych czasach, którym na dodatek Wolverine odebrał bliskich. Sztuka ta udała mu się znakomicie, a uderzenie w poważniejsze tony wyszło tej fabule na dobre. Aaron już od początku kariery dobrze radzi sobie z nieprzystającymi do rozrywkowych komiksów tematami (np. w „Skalpie” portretował zdegenerowany indiański rezerwat trawiony problemami społecznymi) i wielka szkoda, że pisząc Wolverine'a wcześniej nie korzystał z takich motywów. Niestety, nieciekawie kontrastuje z tym druga część tego tomiku, bo to już typowa, stroniąca od poważniejszych treści bitka. W fabule tej Logan wraca do Chinatown, gdzie zmierzy się z nietypowym kartelem narkotykowym, a potem uderza do Japonii gdzie czeka na niego jego odwieczny wróg Sabretooth i tabuny ninja. To dynamicznie narysowane mordobicia, niemniej, nie przez te historie zapamiętam ten tom, a ze względu na te o których pisałem na początku. 



Jestem fanem Aarona i Wolverine'a i wydawało mi się, że kiedy się spotkają wyjdzie z tego coś naprawdę niezwykłego. Scenarzysta zresztą zaczął karierę niejako od Rosomaka, bo w młodości wygrał organizowany przez Marvel konkurs na komiks o nim, co ośmieliło go do tworzenia następnych scenariuszy. Z jedne strony trochę smutno mi, że tak długo przyszło mi czekać na dobre historie z Rosomakiem jego autorstwa, z drugiej cieszę się, że takie jednak istnieją. Czwarty tom jego Wolverine'a jest zdecydowanie godny Waszej uwagi, a przynajmniej pierwsza jego część.


sobota, 6 października 2018

Hotel Dziwny. Tom 1 i 2.

Tekst pierwotnie ukazał się na łamach wortalu o książkach dla dzieci i młodzieży RYMS



  Kultura Gniewu to renomowane wydawnictwo specjalizujące się w ambitnym komiksie dla dorosłych. Właściciele jednak wpadli na pomysł by poszerzyć katalog o komiksy dla dzieci – tak narodziły się Krótkie Gatki, imprint prezentujący komiksy dla najmłodszych. Wydawnictwo ma już na koncie szereg publikacji, zarówno z polski jak i zagranicy, w tym dwa tomy frankofońskiej serii „Hotel Dziwny”.  

Bohaterami komiksu jest personel tytułowego hotelu: fioletowy, psotny stworek Kaki, pan Snarf czyli duch recepcjonista, pan Leclair szczurowaty mól książkowy i dziewczynka Marietta. W tle, prócz innych dziwacznych stworków przechadza się też mieszkający nieopodal chłopiec Celestyn, który zwykł nosić kapelusz w kształcie grzyba. Wszystkie postacie poznaliśmy w dwóch wydanych do tej pory albumach. Pierwszy opowiada o przeciągającej się zimie (w tym okresie hotel jest zamknięty), i wyprawie bohaterów w poszukiwaniu zaginionego Pana Wiosny. Drugi traktuje o przygotowaniu hotelowej społeczności do święta muzyki, które przerywają pojawiający się nagle rabusie, którym, o ironio, ktoś zwinął ich największy skarb – pokaźnych rozmiarów rubin. Bohaterowie rozpoczynają więc śledztwo mające na celu odnalezienie artefaktu.  

Gdy czytałem „Hotel Dziwny” towarzyszyło mi deja vu. Skądś znam te przygody, głównych bohaterów, a nawet stworki z tła. Komiks ten bowiem wydaje się twórczą wariacją na temat Muminków – autorka rysunków podrabia nawet kreskę Tove Jansson. Ba, motyw otwierający fabułę pierwszego tomu jest żywcem wyjęty z „Zimy Muminków” (nagłe przebudzenie bohaterów w zimie), chłopiec Celestyn to wypisz, wymaluj Włóczykij, a połowa bohaterów ma charakterystyczne ryjki, przy czym nie są to historie tak mocno rozwinięte fabularnie jak słynne opowieści o pociesznych trollach. Nie zrozummy się źle, „Hotel Dziwny” to sympatyczny komiks, ale chyba żaden twórca nie wyszedłby ze starcia z Tove Jansson obronną ręką, i trochę mnie dziwi, że wydawnictwo zdecydowało się właśnie na tą serię, która najzwyczajniej wydaje mi się wtórna.  

Mam też wrażenie, że na pewnym poziomie potencjał został zmarnowany, bo już sam tytuł i menażeria (jednym z bohaterów jest wszak duch) sugerowały mi, że będę obcował z opowieścią grozy, może czymś bardziej w duchu twórczości Tima Burtona? Albo groteski Edwarda Goreya? Zamiast tego dostałem niezobowiązujące historyjki, o których zapomniałem zaraz po przeczytaniu i które aż tak dziwne nie są, a spodobać mogą się raczej tylko młodszym dzieciom. Może marudzę i szukam dziury w całym, bo z tego co widzę to oba tomy zgarniają w sieci dobre oceny, ale jeśli byście mnie pytali o zdanie, to jednak optuję za Muminkami.


czwartek, 4 października 2018

100 Naboi. Tom 3. Azzarello/Risso

 Tekst pierwotnie ukazał się na łamach Wirtualnej Polski.

Gościem tegorocznego Międzynarodowego Festiwalu Komiksu w Łodzi był scenarzysta Brian Azzarello. Na rynku jest wiele jego komiksów, ale najlepszy to zdecydowanie "100 Naboi". Na półki księgarskie trafił właśnie trzeci tom tej bestsellerowej serii. 

  Wyobraźcie sobie, że zjawia się u was gość z gnatem i walizką pocisków. Równo sto. Naboje są nie do namierzenia, a do tego, gdy zostaną znalezione na miejscu zbrodni, sprawa od razu trafi do kosza. W walizce ma też dowody przeciwko komuś, kto zniszczył wam życie. Możecie się więc bezkarnie zemścić wykonując cichą egzekucję. Gdzieś z boku majaczy jeszcze wątek teorii spiskowej i wszechmocnej organizacji, która umożliwia cały proceder. Jest to jednak tylko tło i seria skupia się głównie na postaciach z nizin społecznych – ludziach z wielkomiejskich gett i "białej hołocie" – którzy zostali postawieni przed kuszącą możliwością zemszczenia się na własną rękę.  



Komiks napisany jest bardzo sprawnie, ze swadą i cechuje go bardzo żywy, ostry, świetnie brzmiący język rodem z ulicy, którym Azzarello posługuje się iście po mistrzowsku. Zresztą to właśnie atmosfera wielkomiejskiej dżungli, będącej miejscem, gdzie sprawiedliwość nie istnieje, uniwersum pozbawionym zasad, w którym przyszło żyć bohaterom (którzy też nie są światełkiem dobroci w tym całym syfie – wręcz przeciwnie, są zbrukani tak samo jak świat który ich otacza), stanowi o największej sile tego komiksu. Tak, dobrze się domyślacie - to bardzo ponure noir. Najczarniejsze z czarnych.  

Równie atrakcyjna co treść jest też warstwa graficzna. Dzięki tej serii Eduardo Risso urósł w moich oczach do rangi mistrza komiksu. Jego prace cechuje bardzo charakterystyczna, dynamiczna kreska sytuująca się daleko realistycznego rysunku. Jego postacie są nieco kreskówkowe, ale chyba trafniej będzie szukać źródeł jego stylu w graffiti, bo jego prace mają dużo wspólnego ze streetartem lat 90. Szczególnie udanie wychodzą mu kobiety, które w jego interpretacji stają się niezwykle seksowne. 



 Z opowieści ludzi, którzy czytali już całą serię, wiem, że Azzarello w końcu podwinie się noga i pogubi się w całej intrydze. Trudno mi w to uwierzyć i na pewno nie stało się to przy trzecim tomie. Może jest trochę mniej udany niż drugi, który uważam za wybitny, ale jakość produktu nadal jest tak wysoka, że nieosiągalna dla większości artystów w tym biznesie.  Tandem pracujący przy tej serii wspiął się na wyżyny komiksowego rzemiosła i stworzył serię, którą bez zająknięcia odważę się nazwać żelaznym klasykiem. Jeśli uważacie się za miłośników tego medium to koniecznie musicie przeczytać "100 Naboi".


wtorek, 25 września 2018

Powrót Mrocznego Rycerza: Ostatnia Krucjata. Miller/Azarello/Romita Jr



Nie jestem wielkim fanem Franka Millera. Niemniej, chcąc nie chcąc, muszę przyznać, że stworzył dwa bodaj najważniejsze komiksy o Batmanie: „Rok Pierwszy” opowiadający o początkach bohatera i legendarny „Powrót Mrocznego Rycerza” traktujący o „złotej jesieni” Nietoperza, który po latach, już w zaawansowanym wieku powraca do walki o Gotham. Niniejszy tom zatytułowany „Powrót Mrocznego Rycerza: Ostatnia Krucjata” jest prequelem tego drugiego komiksu, opowiadającym o ostatnich akcjach Batmana, przed tym nim na lata odwiesił kostium do szafy. Rzecz ukazała się na trzydziestolecie pierwszej publikacji arcydzieła Millera.



Komiks ten to niewielka książeczka w której pojawia się jednak cała menażeria znana z komiksów o Batmanie: jest Poison Ivy, Catwoman, Robin i Joker. Każda z tych postaci odegra jakąś rolę w całym dramacie, który ma doprowadzić do odwieszenia kostiumu. Od tej strony wszystko gra i buczy i nawet pochwalę Millera za to, że upchał to wszystko w tak krótkim komiksie.

Co więc jest z tym albumem nie tak? Jest nikomu niepotrzebnym fidrygałem. No, chyba, że potrzebny jest samemu Millerowi jeśli planował tą pozycją po prostu skok na kasę czytelnika (bo wiadomo, że są tacy którzy zbierają wszystko co Miller stworzy). Nie zrozummy się źle. To nie jest zły album, ale jego głównym problemem jest zderzenie z tak epicką i ważną pozycją jak oryginalny „Powrót Mrocznego Rycerza”. Najzwyczajniej do niego nie dorasta. Owszem, trzeba pamiętać, że mało który (a może i żaden) komiks z Batmanem może się mierzyć z arcydziełem Millera. Niemniej „Ostatnia Krucjata” to taki drobiazg, że zdaje się jedynie kwiatkiem do kożucha całego Millerverse. Ok, nie było źle bo oczy mi od lektury nie krwawiły - Romita Junior, który zilustrował ten komiks jest w niezłej kondycji, ale niewiele więcej mogę dobrego o tym albumie powiedzieć ponad to, że jest poprawny. Nie robi też wielkiego wrażenia ani od strony fabularnej, ani w warstwie psychologicznej, która nie jest porządnie rozbudowana i nie możemy uczestniczyć w traumie przez którą Batman wycofał się ze swojej działalności – poznajemy jedynie wydarzenie przez które to się stało. Swoją drogą, to znając charakter uszatego, strzelałbym, że raczej by się porządnie wkurzył niż wycofywał, ale to temat na inną dyskusję. Nie chcę spoilerować tego komiksu, bo już całkiem bym Wam popsuł zabawę. 



Szczerze powiem, że nie rozumiem jak wyglądała praca przy tym albumie, bo jako współscenarzysta wymieniony jest tu Brian Azzarello. Czyżby Miller był już w tak złym stanie (już od kilku lat chłop źle wygląda), że dyktował treść? Napisał szkic fabuły a o dialogi rozbudował ją Azzarello? No bo tak króciutki i zdawkowy scenariusz, że nie kumam przy czym Frank potrzebował pomocy. Na końcu komiksu jest umieszczony przykładowy scenariusz ale nie jest wyjaśnione jaki wpływ na niego miał Azzarello.

Wiem, że część z Was zbiera wszystkie komiksy o Batmanie i co bym nie napisał to i tak go kupicie. Reszta, jeśli nie czytała jeszcze oryginalnego „Powrotu Mrocznego Rycerza” niech wyda na niego swoje zaskórniaki. „Ostatnia krucjata” to pozycja tylko dla komplecistów. 


poniedziałek, 24 września 2018

Hellboy. Tom 4. Mike Mignola/ Richard Corben




Czwarty tom Hellboya zbiera historie które powstawały w okresie przejściowym dla całej franczyzy. Mignola zajęty był pracami przy ekranizacji swojego komiksu (notabene, według mnie nieudanej) i to pożerało jego uwagę– jak wspomina spędzał więcej czasu w pokojach hotelowych niż w pracowni. W treści widać, że wpłynęło to na serię.

W przeciwieństwie do poprzednich niniejszy tom nie eksploruje wcale mitologi Piekielnego Chłopca i nie wnosi nic do głównego wątku fabularnego. To niepowiązane ze sobą historie o misjach jakie bohater wykonywał podczas pracy dla BBPO. Nie przepadam za szortami o Hellboyu, nie są złe, ale nie są tym za co kocham tą serię. Najbardziej cieszą mnie więc dłuższe historie: „Lichwiarz” drążąca wiejskie legendy Appalachów (owa miniseria zgarnęła nagrodę Eisnera w 2009 roku) i „Makoma”, opowieść w której Hellboy symbolicznie wciela się w Afrykańskiego herosa. To one stanowią trzon tego tomu i raczej z nimi będę tą odsłonę kojarzył. To dobre opowieści, więc prócz tego, że główna fabuła stoi w miejscu nie można zarzucić tej części, że jest zła. 



Wato zaznaczyć, że to ten moment w historii serii gdy Mignola zaprosił do współpracy innych grafików. Zdawałoby się, że trudno sobie wyobrazić Hellboya ilustrowanego przez kogoś innego niż jego tatuś, ale pałeczkę po nim przejęli naprawdę znakomici graficy. Najważniejszym z nich jest legendarny twórca komiksu niezależnego Richard Corben. To właśnie on zilustrował wspomniane wyżej dłuższe historie i dzięki jego talentowi zmiana grafika przebiegła dość bezboleśnie. Corben nie chce naśladować Mignoli i robi Hellboya zupełnie po swojemu, przedstawiając charakterystyczne dla swojego stylu obłe, miejscami zakropkowane (tak kładzie cienie) postacie. Jest świetny w tym co robi i okazał się właściwą osobą na właściwym miejscu. To kolejny komiks ilustrowany przez Corbena jaki przeczytałem w ostatnim czasie (pierwszym był „Cage” do scenariusza Briana Azzarello) i muszę przyznać, że staję się fanem tego rysownika. Przychodząc do mainstreamu Corben miał wspaniały pomysł, bo jego obskurny, undergroundowy styl znakomicie uatrakcyjnia komiksy majorsów czyniąc z nich niebanalne dzieła. Po za tym ukazuje go jako znakomitego rzemieślnika, a to wcale nie jest regułą wśród artystów niezależnych.



Mignola zapowiada w posłowiu, że w następnym tomie historia ma wrócić na właściwie tory, i powinniśmy spodziewać się długiej, epickiej opowieści z Piekielnym Chłopcem w roli głównej. Ja się cieszę z tego faktu i bardzo czekam na ten tom, bo jak wspomniałem – dłuższe opowieści z Hellboyem to właśnie to co lubię najbardziej.


wtorek, 18 września 2018

Conan. Narodziny legendy. Tom 1. Kurt Busiek




W kioskach króluje ostatnio kolekcja zbierająca stareńkie komiksy o Conanie. Chciałbym ją zbierać (co za nazwiska pracowały przy tej serii! sami klasycy!), ale za bardzo nadszarpnęło by to mój budżet i nie miałbym kasy na nowości. Cóż, kupię całość gdy wygram w totka. Tymczasem Egmont wprowadził na półki księgarskie nowocześniejsze spojrzenie na Conana. Tworzoną w poprzedniej dekadzie serie, którą pisał Kurt Busiek.

Jestem fanem Conana, ale nie czytałem książek o nim – zawsze obcowałem z nim za pomocą innego medium, filmu lub komiksu. Z tego co zrozumiałem, Busiek adaptuje oryginalne opowieści o Conanie, ale ingeruje w treść sprawiając by sprawiały wrażenie ułożonych w chronologicznej kolejności. Poznajemy więc Conana, jako kilkuletniego dzieciaka żyjącego wraz ze swoim ludem w Cymerii, a potem kolejno, jako coraz starszego nastoletniego awanturnika, niewolnika w Hiperborei a w końcu jako złodzieja. Wszystko zostało połączone bardzo zgrabnie i szczerze powiem, że nieźle bawiłem się w trakcie lektury. Busiek podszedł do pracy nad tym komiksem od bardzo literackiej strony i jego narracja jest gęsta od tekstu, który jednak trochę spowalnia akcje w scenach w których Conan robi rozpierduchę. Dla jednych będzie to plusem, bo dzięki temu komiks ten czyta się długo, innych nawał literek może denerwować, ale zaznaczam, że nie wpływa to na narrację obrazem, która jest przyzwoicie poprowadzona. 



Już w trakcie lektury wiedziałem, że pisząc o warstwie graficznej będę rozdarty. Rysunkami zajęło się kilku twórców, wszyscy prezentują przyzwoity poziom, ale szczerze przyznam, że to nie jest album po który sięgnąłbym ze względu na grafy. To trochę boli, bo wydaje mi się, że Conan zasługuje na więcej. Najlepiej ze wszystkich wypadają realistyczne rysunki Carla Norda, które doprawione zostały ciemnymi kolorami, ale do jakości, dajmy na to Frazetty jest mu bardzo daleko. Skoro już jesteśmy przy barwach to nakładał je Dave Stewart – to nazwisko mnie elektryzuje, bo to jeden z najlepszych rzemieślników (Hellboy, Czarny Młot) którzy za wielką wodą pracują przy nakładaniu kolorów. Niestety, aż musiałem sprawdzić czy to ten sam Dave Stewart, bo wyszło po prostu tragicznie. Autor zmienił technikę i na Conana nałożył komputerowe barwy imitujące malarski styl. Nie udało się. Nawet ślepy nie nabierze się na to, że te kolory są nałożone farbami. Wszystko śmierdzi cyfrą i wychodzi bardzo nienaturalnie. Najgorzej jest w środkowej części niniejszego tomu (historia dziejąca się w Hiperborei), gdzie kolory to po prostu okropny, drażniący kicz, którego nie da się już odzobaczyć. 


Mimo marudzenia, muszę przyznać, że podobał mi się ten komiks. Umiarkowanie, ale jednak podobał i na pewno sięgnę po następne tomy. A jak już jesteśmy przy Conanie, to ostatnio niusy zelektryzowało info, że Cymeryjczykiem teraz ma zająć się Jason Aaron. Mam nadzieję, że Egmont to wyda i na ten komiks czekam jeszcze bardziej, niż na następny tom wersji Busieka.