piątek, 20 lipca 2018

Transmetropolitan. Tom 2. Warren Ellis

Tekst pierwotnie ukazał się na stronach Wirtualnej Polski.  



Egmont hucznie świętuje 25-lecie słynnej amerykańskiej linii komiksowej dla dojrzałego czytelnika, która zmieniła oblicze medium – Vertigo. Na rynku znajdziemy więc już niemal wszystkie najważniejsze tytuły, które ukazały się w ramach imprintu przynależnego do oficyny DC Comics. Jednym z nich jest "Transmetropolitan" - słynna seria pisana przez poczytnego brytyjskiego scenarzystę Warrena Ellisa. Do księgarń trafił właśnie 2. tom tej opowieści.

  Mimo iż seria tworzona jest przez Anglika, to akcja rozgrywa się w USA, w niedalekiej, acz dystopicznej przyszłości. Głównym bohaterem jest Pająk Jeruzalem, postać wzorowana na słynnym, szalonym i prowokacyjnym dziennikarzu Hunterze S. Thompsonie. Aktywnym politycznie żurnaliście, twórcy stylu gonzo i legendarnej książki "Strach i odraza w Las Vegas". Jeśli znacie tę postać, to zapewne wiecie już czego się spodziewać – protagonista nie stroni od wszelkiej maści używek i pisze artykuły odważne w formie i treści (które, swoją drogą są w tym komiksie używane jako jeden ze środków narracyjnych). Mimo ekstrawagancji jest bohaterem proletariatu, nazwanego w tym tomie przez jednego z polityków "nowymi mętami społecznymi".  



Poprzedni album składał się z krótkich, luźno powiązanych ze sobą historii i skupiał się bardziej na problemie życia człowieka w stechnologizowanym świecie i zmianach kulturowych wymuszanych postępem. Ten album to jedna długa opowieść i tematycznie stawia głównie na politykę. Nadszedł czas wyborów, więc Pająk Jeruzalem chcąc, nie chcąc musi przystąpić do opisywania kampanii. Tego wymaga od niego wydawca, tego chcą czytelnicy. Czyni to niechętnie, tym bardziej, że jego rubryka jest wpływowa, i jeśli poprze któregokolwiek z polityków to może wpłynąć na wynik wyborów. Pająk nie ufa żadnemu z kandydatów, niemniej daje się wciągnąć w wyborczą grę, co może być ostatecznie opłakane w skutkach.  

Dostajemy więc do ręki dzieło dość nietypowe, bo komiksy traktujące o polityce można policzyć na palcach jednej ręki. Tylko pozornie jest to fantastyka naukowa, bo problemy poruszane przez jej pryzmat są bardzo aktualne, a temat jest podejmowany w taki sposób, że opowieść nie prędko się zestarzeje. Wiem, to ogólnie cecha dobrej fantastyki, niemniej w tym tomie futurystyczna otoczka jest niemal niedostrzegalna, a autora interesuje jedynie rola mediów w kampanii, proces społeczny jaki zachodzi w trakcie wyborów i jego konsekwencje – acz te w całej rozciągłości będą zapewne ukazane dopiero w następnych częściach.



  "Transmetropolitan" uznawany jest dziś za klasykę komiksu dla dorosłych. Mi też się podoba, doceniam wkład jaki seria wniosła w rozwój medium, ale chyba nie cenię jej aż tak bardzo jak inni recenzenci i nie czuję się wielkim miłośnikiem Ellisa. Tak, jego wizja mnie przekonuje, ale mam wrażenie, że mówi mi to, co już dawno widziałem: politycy są źli do szpiku kości i nie zawahają się przed niczym by dopiąć swego. Być może jest to jednak pozycja adresowana do trochę młodszego czytelnika? Do kogoś, kogo trzeba odrzeć z resztek złudzeń.


środa, 18 lipca 2018

Ludzie Północy Tom 1. Saga Anglosaska. Brian Wood.



Na 25 lecie Vertigo Egmont się rozszalał i rozpoczyna coraz więcej serii należących do tej linii wydawniczej. Na rynek trafiają nawet te pomniejsze, którym daleko jeszcze do uznania za dzieła klasyczne. Jednym z nich są właśnie „Ludzie Północy”, saga dziejąca się w czasach wikingów, pisana przez Briana Wooda.

Całkiem możliwe, że akurat ta seria klasyką się nigdy nie stanie, bo już teraz, na początku recenzji zaznaczę, że jest to tylko czytadło – dobre, solidnie narysowane, ale tylko czytadło. 



Na „Sagę Anglosaską” - bo taki nosi tytuł pierwszy tom opowieści - składa się pięć niepowiązanych ze sobą historii. Trudno wyróżnić którąś, bo wszystkie trzymają podobny, dobry poziom. Przyznam szczerze, że nie znam się na historii, ale Wood sprawia wrażenie pisarza który odrobił lekcje, bo bardzo sprawnie porusza się po datach i regionach w których dzieje się akcja, a ukazane przez niego plemiona tytułowych Ludzi Północy (a jest ich tu kilka) wydają się przedstawione dość realistycznie. Dodatkowo wszystkie zamieszczone tu historie są mroczne i brutalne, a ich bohaterowie bardzo dobrze zarysowani. To po prostu przyzwoita rzemieślnicza robota, która do zaoferowania ma wszystko co można by oczekiwać po takiej serii. Co prawda urok tej opowieści polega nie tylko na siekaniu ludzi przez wikingów, bo pojawiają się też waśnie rodowe i dramatyczne historie żywotów wojowników, ale to jednak tematyka – do niedawna bardzo mało było dzieł traktujących o tytułowych ludziach północy – jest największą zaletą tej serii, bo atmosfera panująca na kartach tego komiksu jest naprawdę zajebista. 



Każdą z zamieszczonych w tym tomie historii zilustrował inny grafik. Na liście płac znajdują się: Davide Gianfelice, Ryan Kelly, Dean Ormston, Marion Churchland, Danijel Zezelj. Kreska jest realistyczna i wszyscy autorzy prezentują dość wysoki poziom, a ich prace zunifikowały, ciemne komputerowe barwy, które dalekie są od kiczu jaki zazwyczaj prezentują rysunki pokolorowane w tej technice.

Jestem wielkim fanem wikingsploitation (czytaj: niskobudżetowych filmów o wikingach), więc łatwo było kupić sobie pozytywną reckę podstawiając mi pod nos „Ludzi Północy”. Niemniej, zapewniam, że jest to całkiem przyzwoity komiks, który ma szansę spodobać się przeciętnemu zjadaczowi chleba, który konwencję zna co najwyżej z „Thorgala”, czy serialu „Wikingowie”. Z niecierpliwością czekam na następne tomy (premiera dwójki we wrześniu) i fajnie, że cała seria ma zamknąć się w trzech grubasach. 


piątek, 13 lipca 2018

Wonder Woman. Tom 2. Greg Rucka

Tekst pierwotnie ukazał się na łamach Wirtualnej Polski


Sukces kinowego filmu o przygodach Wonder Woman musiał niedostatecznie wpłynąć na sprzedaż komiksów, bo na drugi tom serii pisanej przez Grega Ruckę przyszło nam czekać ponad rok czasu. Taka przerwa nie jest najkorzystniejsza dla tasiemców komiksowych, bo czytelnik najzwyczajniej zapomina co się działo wcześniej. Ja jednak pamiętałem najważniejsze – podobała mi się historia zaprezentowana przez Rucke, dlatego po drugi tom sięgałem z niekłamaną radością i dużymi nadziejami.

Zacznijmy od początku. Wonde Woman to wytwór fantastyczny lat 40. żeńska odpowiedź na Supermana i Batmana, z którymi zresztą tworzy drużynę Justice Legue – wraz z nimi stanowi trójcę będącą trzonem tej grupy. Na drugim poziomie to postać mitologiczna, wojownicza księżniczka, popleczniczka Ateny, pochodząca z Themysciry wyspy dzielnych Amazonek. W świecie ludzi znana jest jako Diana Prince i pełni rolę ambasadora swojej nacji. W opowieściach o niej, w tle przechadzają się więc nie tylko faceci w rajtuzach, ale i stworzenia mitologiczne i bogowie z antycznego, greckiego panteonu. 



Autor scenariusza do prezentowanego w tym tomie ciągu zeszytów, Greg Rucka słynie z tego, że w obrębie komiksowego medium tworzy bardzo przekonujące, pełnokrwiste kobiece portrety. Tym razem jednak nie miał zbyt wiele miejsca na popisanie się tym w czym jest najlepszy, bo najzwyczajniej opowieść przeładowana jest akcją. To dla mnie duży zawód, bo pierwszy tom skupiał się mocno na życiu zawodowym Diany i eksplorował inne wątki niż typowa superbohaterszczyzna.

Z drugiej strony trzeba oddać Ruce sprawiedliwość, że odrobił lekcję z mitologii, bo pierwsza i ostatnia odsłona zebranych w tym tomie historii mocno osadzone są w kontekście mitologicznym. Nie zmienia to jednak faktu, że wykorzystane tu postacie potraktowane są dość sucho, i ich pojawienie jest jedynie pretekstem do wielkiej zadymy.

Za warstwę graficzną albumu odpowiada kilku twórców. Są wśród nich nawet uznane nazwiska (np. Sean Phillips) ale komputerowe kolory tak zunifikowały całość, że trudno odróżnić prace jednego od drugiego. Element ten wypada więc jedynie poprawnie i nijako, acz trzeba przyznać, że wszyscy prezentują dobry rzemieślniczy poziom i od strony narracji obrazem czyta się ten komiks bez zgrzytania zębami.


Drugi tom Wonder Woman pisany przez Ruckę nie jest opowieścią dla mnie. W komiksie szukam autorskich i niebanalnych historii, a ta odsłona to do bólu naiwna superbohaterska bitka, która może zadowolić najwyżej zajadłych fanów trykotów. Akcja rozpisana jest od jednej walki do drugiej i po lekturze nie została ze mną żadna refleksja. Nie tak zapamiętałem pierwszą odsłonę tej opowieści i szczerze powiem, że nie wiem czy sięgnę po tom trzeci i dam Ruce jeszcze jedną szansę

środa, 4 lipca 2018

Wolverine. Tom 3. Jason Aaron.



Najpopularniejszy z Marvelowskich mutantów powraca w trzecim tomie pisanym przez Jasona Aarona. Poprzednie części przyjąłem dość chłodno (klik, klik), ta jednak podobała mi się znacznie bardziej. Jest krwawo, mrocznie i znakomicie od strony narracyjnej. Aaron musiał w końcu dostać zielone światło na odważniejsze historie, bo wysłał rosomaka tam gdzie ten jeszcze nie był, ale po kolei...

Niniejszy tom zaczyna się od miniserii w której główne skrzypce obok Logana odgrywa Peter Parker – Spider-man. To opowieść o podróżach w czasie, która zaczyna się w prehistorii, do której z niewiadomych powodów zostali wysłani nasi bohaterowie. To szalona, pełna zwrotów akcji historia, która prócz akcji napędzana jest humorem, który generuje zderzenie tych dwóch nieprzepadających za sobą bohaterów. Ta kilkuczęściowa opowieść to jednak jedynie przygrywka przed tym co czeka nas na następnych kartach tego albumu. 



W następnym ciągu zeszytów ciężar zostaje przeniesiony na zupełnie inne elementy fabularne i na pewno nie będzie nam już do śmiechu. Drugą część tomu stanowi opowieść o tym jak Wolverine trafił do piekła. Tak, takiego z diabłami i ogniem podpiekającym tyłek. Ktoś zesłał duszę Logana na wieczne cierpienia, a jego ciało wykorzystuje na ziemi do zabijania bliskich mu osób by wysłać je tam gdzie jest nasz bohater. Historia ta początkowo skupia się na dramatycznej ucieczce Rosomaka z piekielnego więzienia, a potem wewnętrznej walce o odzyskanie kontroli nad własnym ciałem, w którym zalęgły się bezwzględne demony.

Jak już wspomniałem we wstępie, poprzednie części średnio mi się podobały, w tej jednak czuć, że autor rozwija skrzydła i ma zamiar opowiedzieć nam coś lepszego, oryginalniejszego niż typowa super-bohaterska bitka. Wtajemniczeni wiedzą, że Aaronowi po drodze z tematyką biblijną, więc nic dziwnego, że świetnie ogrywa pomysł wysłania Rosomaka do piekła, serwując nam niebanalne bloki tekstów przedstawiające wewnętrzne monologi umęczonego bohatera – tym samym robi to w czym jest najlepszy, bo umówmy się, Aaron nie jest genialnym narratorem graficznym. Aaron jest genialnym pisarzem, który wybrał sobie (na nasze szczęście!) komiks jako medium. Swoją drogą przypomnę, że przygodę z opowieściami obrazkowymi zaczynał właśnie od Logana, bo w młodości wygrał konkurs na kilkustronicowy scenariusz o nim, co ośmieliło go i skłoniło do pisania swoich autorskich komiksów. 



Warto wspomnieć, że znakomicie wyszło mu też pisanie postaci Spider-mana i powiem szczerze, że chętnie zobaczyłbym go jako regularnego twórcę komiksów o Pająku.

Kocham Aarona za jego autorskie scenariusze („Skalp”, „Bękarty z południa”, ”Przeklęty”), ale po przeczytaniu dwóch poprzednich tomów Rosomaka przestałem wierzyć w niego jako rzemieślnika. Tym albumem udowodnił jednak, że w tej materii nie powiedział jeszcze ostatniego słowa, i bardzo się cieszę, że dałem mu trzecią szansę. Na półce czekają na mnie Thory jego autorstwa, które zgarnąłem z jakiejś wymiany. Do tej pory nie miałem ochoty po nie sięgać, ale teraz patrzę na nie przychylniej i chyba niedługo dam im w końcu szansę. 


środa, 27 czerwca 2018

Rapp. Zaginione dzienniki Tesli. Jeff Smith




Znów wrzucam na ruszt komiks jednego z gości tegorocznej Komiksowej Warszawy. Tym razem jest to opasła powieść graficzna autorstwa Jeffa Smitha, twórcy słynnego „Gnata”.

„Rapp. Zaginione dzienniki Tesli”, bo o niej mowa, to opowieść science fiction, która jest zakręcona jak świński ogon. Poznajemy w niej złodzieja dzieł sztuki, który dzięki specjalnej, przenośnej maszynie podróżuje między wymiarami by łatwiej mu było uciec i opchnąć towar. Tak się też składa, że nasz bohater jest w posiadaniu zaginionych notatek Nikolaia Tesli i na drugim poziomie to opowieść czerpiąca garściami z teorii spiskowych, bo śladem naszego protagonisty rusza rząd, który chce zagarnąć te materiały by wykorzystać je w niecnych celach. Nie będę Wam zdradzał wszystkich smaczków, ale w trakcie swojej opowieści Smith odkrywa jeszcze wiele kart (zarówno tych związanych z podróżami między wymiarami, projektami Tesli jak i dotyczących życia naszego bohatera), dzięki czemu trudno się nudzić podczas lektury.




Mimo iż jest to opowieść na pewnym poziomie traktująca również o Tesli to o dziwo zabrakło tu niezwykle modnego retrofuturyzmu, który pojawia się zazwyczaj w opowieściach o tym słynnym naukowcu. To raczej komiks w konwencji przypominającej „Z archiwum X” i myślę, że najbardziej spodoba się miłośnikom teorii spiskowych. Swoją drogą Smith bardzo sprawnie dawkował elementy fantastyczne, dzięki czemu można ten komiks odbierać jako dramat o facecie z problemami (z alkoholowym na czele). Łatwo się utożsamić z głównym bohaterem, który jest bardzo przyzwoicie napisaną postacią. Jest tu też trochę z dzieł Philipa K. Dicka, gdyż na pewnym poziomie jest to kryminał w stylu noir połączony z fantastyczną opowieścią o rozpadającym się świecie. Tak, to wielowątkowa opowieść, mająca wiele warstw i przez to jest trudna do jednoznacznego sklasyfikowania.

„Rapp” nie jest zły od strony graficznej, ale zabrakło mi tego co najbardziej lubię w stylu rysunków Smitha – cartoonowości, którą w „Gnacie” reprezentowali tytułowi bohaterowie. Tu wszystkie postacie rysowane są semirealistyczną kreską. Od strony sekwencyjności to bardzo dobra robota udowadniająca, że Smith jest „komiksowym zwierzęciem”, które znakomicie rozumie język medium. Zapewne niejednego czytelnika mogą zachwycić jego możliwości opowiadania obrazem, na mnie jednak zrobił umiarkowane wrażenie, bo miałem w pamięci to co pokazał w pierwszych tomach „Gnata” - mam na myśli elementy narracyjne przeszczepione niejako z animacji, imitujące ruch. Niemniej również w ostatnich odcinkach swojej epopei Smith już prezentował inny rodzaj narracji obrazem, więc to pewnie efekt tego, że jego styl ewoluował w inną stronę. Trochę mi szkoda tego elementu, bo sprawiał, że warsztat tego autora był unikalny.

Oryginalnie komiks ukazywał się w czerni i bieli – my dostajemy wersję koloryzowaną. Mnie osobiście te kiczowate komputerowe barwy nie zachwycają i dam sobie łeb uciąć, że w pierwotnej wersji komiks prezentuje się lepiej. Koloryzowanie wyszło znacznie gorzej niż w „Gnacie” (w którym barwy bardzo mi się podobają, bo podkreślają bajkowość tej historii) i z racji tego, że to opowieść poniekąd w konwencji noir to wydaje mi się, że tym razem rysunki Smitha powinny być podane w wersji sauté.

Być może tytuł ten nie pojawi się w większości podsumowań roku, bo nie jest to rzecz wybitna, ale zaręczam, że to dobra opowieść warta kilku godzin z Waszego życia. „Rapp” jednak nie jest „Gnatem”, którym Smith na zawsze zapisze się w historii komiksu. I w gruncie rzeczy to jest największym problemem tego albumu. No ale nie każdy komiks musi być kamieniem milowym w historii medium.

czwartek, 21 czerwca 2018

100 Naboi. Tom 2. - Azzarello. Risso.



Wyobraźcie sobie, że pewnego dnia zjawia się u Was tajemniczy gość. Wręcza Wam walizkę pełną pocisków i namacalne dowody przeciwko komuś kto spierdolił Wam życie. Pociski są nierejestrowane, więc będziecie mogli ich użyć by się bezkarnie zemścić – zero zagrożenia wykrycia sprawcy, co więcej gdy na miejscu zostanie znaleziony tego typu nabój policja porzuci śledztwo. Seria ma wielu bohaterów, ale łączy ich wszystkich fakt, że odwiedził ich koleś z walizką a fabuła przedstawia konsekwencje tej wizyty, która bezpowrotnie zmienia ich życie. Jak się później okazuje, sprawa ma globalne konsekwencje i zamieszani są w nią wysoko postawieni ludzie.

Scenarzysta Brian Azzarello dba o to by lektura była urozmaicona i sięga po różne style wywodzące się z konwencji sensacyjnej. Znajdziemy tu zarówno zeszyty traktujące o teoriach spiskowych(tajemnicza wszechmocna organizacja), uliczną gangsterkę z czarnuchami i meksykanami jak i mocne, do bólu mroczne i nihilistyczne noir z zadziornym detektywem-straceńcem w roli głównej. Do tego dochodzą świetnie napisani bohaterowie, którzy są stawiani przed ciężkimi wyborami i zawsze – jak to w noir – ładują się w niezłe gówno. Do tej pory nie byłem wielkim fanem tego scenarzysty, ale muszę przyznać, że ten komiks jak na razie – słyszałem że im dalej w las tym Azzarello się bardziej gubi – nie ma słabych punktów i lektura sprawiła mi niesamowitą frajdę. Jak dla mnie „100 Naboi” to prawdziwa petarda i powiem szczerze, że drugi tom jest jeszcze lepszy niż pierwszy.




Stałym grafikiem serii jest Argentyńczyk Eduardo Risso. To prawdziwy mistrz komiksu, który genialnie pasuje do ilustrowania serii dziejącej się w asfaltowej dżungli i nie dziwię się, że za swoją pracę zgarnął cztery nagrody Eisnera. To twórca o niepowtarzalnym stylu a jego kreska prócz tego, że jest bardzo dynamiczna to zawiera jeszcze pewne wpływy graffiti co tylko podbija urbanistyczną atmosferę tej opowieści. No i to jak Risso rysuje kobiety... to coś niesamowitego, bo portretowane przez niego samiczki można by łyżkami jeść. Niby są to proste rysunki, a zawierają w sobie tyle seksu i zmysłowości, że klękajcie narody. Nawet gdyby fabuła kulała – a na szczęście nie kuleje – to warto byłoby mieć ten album tylko dla jego rysunków. Chętnie przytuliłbym jakiś erotyk jego autorstwa i zdaje się, że chyba ma jakieś na swoim koncie, bo w początkach kariery publikował prace w periodyku pod wdzięczną nazwą Eroticon.

Jak już wspomniałem, słyszałem opinie, że w późniejszych tomach Azzarello obniża loty, ale na razie tego nie czuć. Dla mnie ta seria to zdecydowanie czołówka tego co możemy znaleźć pod flagą Vertigo. Jeśli mam być szczery to uważam, że„100 Naboi” to pozycja obowiązkowa nie tylko dla miłośników noir ale dla każdego fana komiksu.

Clifton - Bedu. Turk. de Groot.




Na początku należy Wam się wyjaśnienie z czym mamy do czynienia, bo jest z tym trochę zamieszania. Humorystyczno-detektywistyczna seria „Clifton” liczy sobie już kilkadziesiąt lat i pierwotnie była publikowana w odcinkach na łamach magazynu Tintin. Na przestrzeni lat tworzyli ją różni artyści. Nas interesuje jeden okres, ten kiedy serię ilustrował gość tegorocznej Komiksowej Warszawy, twórca genialnej serii „Hugo” – Bedu. Zaprezentowano nam więc tylko wyrywek serii. Zdecydowano się na to prawdopodobnie tylko dlatego, że Bedu ma dość skromny dorobek. Z racji tego, że wydawca musiał zaprezentować cały tom wyrwany z większej kolekcji do albumu załapał się też odcinek rysowany przez artystę o pseudonimie Turk.

„Clifton” to opowieść o emerytowanym pułkowniku sił powietrznych, który prywatnie ma nietypowe hobby – jest detektywem amatorem. Bohater jest do bólu angielskim, zblazowanym gentlemanem, który na kartach tego komiksu rozwiązuje przeróżne śledztwa. Co rusz ładuje się w jakąś kabałę, która jest najczęściej źródłem wielu komicznych sytuacji. Scenom humorystycznym sprzyja też wyolbrzymiony charakter protagonisty i wszelkie przywary kojarzone z angielskim mieszczuchem z obowiązkowym tea time o 17 na czele. 



W zbiorze prezentowanym przez Egmont znajdziemy cztery albumy napisane przez scenarzystę podpisującego się Bob de Groot. Mimo iż w każdym tomie bohater rozwiązuje jakieś śledztwo to fabuła poszczególnych części dość mocno różni się od siebie. O dziwo więc brak tu sztampy charakterystycznej dla opowieści detektywistycznych – to się chwali. Nie zmienia to faktu, że nie jest to lektura która przyprawi Was o szybsze bicie serca czy sprawi, że uśmiejecie się do rozpuku. Niemniej to nie ze względu na fabułę został u nas wydany ten album, a ze względu na rysunki Bedu – a te są po prostu niesamowite.

Mimo iż autor musiał trzymać się pewnego charakterystycznego dla tej serii szablonu to zostawił w tych planszach dużo swojego stylu. Nie tylko znakomicie rysuje karykaturalne, kreskówkowe postacie ale też wiele pracy wkłada w fantastycznie odtworzone tła przedstawiające angielską prowincję. Ilustruje też sceny dziejące się w czasie drugiej wojny światowej(ukazane w retrospekcji), powietrzne samolotowe bitwy, ciśnie realistycznie samochody i inne pojazdy. I w sumie, mimo tego, że album stworzony przez Turka jest tu potrzebny jak koszula w dupie to dobrze, że pojawił się w tym zbiorze, bo na jego tle dopiero widać jak genialnym rzemieślnikiem jest Bedu i że mało kto mógł mu w tamtych czasach (mówimy o latach 80) podskoczyć. Jego rysunki mają w sobie dużo przestrzeni, znakomitego kadrowania i nie są tylko zabawnymi ludzikami postawionymi na tłach, a ilustracjami prezentującymi świat tętniący życiem. Ten komiks udowadnia dobitnie, że Bedu jest artystą jedynym w swoim rodzaju.



W ostatecznym rozrachunku album z przygodami „Cliftona” nie jest arcydziełem czy żelazną klasyką. Sięgnąć po niego powinni na pewno miłośnicy frankofońskiego komiksu humorystycznego (Iznogud, Gaston, Asterix itd.), ale innych czytelników może zawieść, bo daleko mu do wydawniczej petardy którą każdy musi mieć na półce. Drugą grupą której spodoba się ten album są na pewno fani Bedu, acz muszę zaznaczyć, że od strony fabularnej to coś diametralnie innego i daleko temu komiksowi do genialnego „Hugo”, który pozostanie opus magnum tego autora.

wtorek, 19 czerwca 2018

Ex Machina tom 1. Brian K. Vaughan i Tony Harris



Amerykanin Brian K. Vaughan to uznany twórca (piszący również seriale telewizyjne – między innymi "Lost" - i z nich jest chyba najbardziej znany poza środowiskiem komiksowym), ale jeszcze nie miałem okazji przeczytać ani jednego jego komiksu. Ten był tym pierwszym i przyznam, że sięgałem po po niego z dużymi oczekiwaniami.

„Ex Machina” opowiada o losach Mitchella Hundreda, faceta który niegdyś był super-herosem (ma moc kontrolowania wszelkich urządzeń mechanicznych) a obecnie jest burmistrzem Nowego Jorku. Akcja rozgrywa się w alternatywnej rzeczywistości, w której 11 września 2001 roku udało się naszemu bohaterowi uratować przed zamachowcami jedną z wież World Trade Center. Wyczyn ten otworzył mu drzwi do kariery politycznej i pozwala pomagać ludziom w inny sposób – na skalę globalną. Fabuła raz w retrospekcjach opowiada o jego wcześniejszych wyczynach super-bohaterskich, raz traktuje o tym jak to jest być burmistrzem wielkiego miasta targanego niepokojami po 11 września. Komiks więc zgrabnie łączy w sobie thriller polityczny i konwencję o zamaskowanych bohaterach. 



Nie będę owijał w bawełnę. Nie podobało mi się. Nie zrozummy się źle. To nie jest zły album, jest sprawnie napisany ( i bardzo dobrze narysowany przez Tony'ego Harrisa) i zapewne w interesujący sposób komentuje naszą rzeczywistość przez pryzmat nietypowego komiksu super-bohaterskiego, ale ja nie tego szukam w tym medium. Ja chcę uciekać od rzeczywistości w historie obrazkowe. Ok, jeden z moich ulubionych komiksów – „Watchmen” – też to robi, ale dzieło Moore'a jest zawsze aktualnym, wielopoziomowym arcydziełem a wytwór Vaughana tylko sprawnie napisanym czytadłem, na które (sorry) szkoda mi czasu. Co więcej Moore przedstawiał w swoim dziele różne poglądy polityczne (nawet te skrajnie odmienne od swoich), a Amerykanin projektuje wszystko przez pryzmat okropnej (tak że aż zęby bolą) poprawności politycznej - mamy tu nawet obszerny wątek o małżeństwach gejowskich. Nie mam nic do małżeństw gejowskich, ale wykładanie takiego wątku już w pierwszym tomie opowieści zakrawa na jawny manifest polityczny i lizanie tyłka konkretnej grupie odbiorców. A ja nie lubię w sztuce tendencyjności i lizania tyłka. Czytając komiks Vaughana czułem się jakbym czytał facebookowe tablice co bardziej aktywnych politycznie znajomych – dodam, że już tego nie robię bo przestałem po prostu ich obserwować, i mam spokój (nie lubię na równi zaciekłych korwinistów jak i razemowców). W tym przypadku miałem ochotę po prostu odłożyć ten komiks, ale niestety musiałem go skończyć żeby napisać nieszczęsną recenzję.



Reasumując: ten komiks jest poprawny. Poprawny od strony warsztatowej i politycznej. Przez co brak mu charakteru i jest bardzo nijaki. Znacznie chętniej przeczytałbym komiks o polityku mającym charakter Rudy'ego Giulianiego, słynnego burmistrza Nowego Jorku, który twardą ręką zwalczał przestępczość, niż o tym rozmemłanym liberale którego portretuje tu Vaughan.

„Ex Machina” ukazuje się w ramach Vertigo, słynnej linii dla dojrzałego czytelnika. Wypada bardzo zabawnie na tle antypolitycznego, pochodzącego z tej samej marki „Transmetropolitan”, w którym jawnie jest powiedziane, że „każdy polityk to świnia czarna”. Komiks Vaughana rozgrywa się bowiem w świecie gdzie polityka potrafi być czysta, bo jego bohater chce dobrze, bo ma ideę. Co prawda z prologu możemy domniemać, że wszystko skończy się źle, ale jak na razie można się porzygać obserwując poczynania głównego bohatera. Nie dowiem się nigdy co było dalej bo zdecydowanie daruję sobie lekturę następnych tomów. 


środa, 13 czerwca 2018

Daredevil tom 4. Brubaker/Lark



Powiem szczerze, że w duchu jestem chłopaczkiem od kontrkultury ale od czasu dzieciństwa nie czytałem tylu mainstreamowych komiksów co teraz. No ale wychodzi tyle znakomitych przedruków z kalesoniarzami, że żal byłby się nimi nie zainteresować, a przecież i tak mocno selekcjonuję lektury i nie czytam wszystkiego. Co jak co, ale nowego Daredevila musiałem wrzucić na ruszt, bo poprzednie części (pisałem o nich tutaj: klik, klik, klik) były genialne.

Bendis, autor poprzednich tomów zakończył pisanie Daredevila w bardzo nietypowym momencie. Teoretycznie wydawałby się, że pozamykał furtki na emocjonującą fabułę bowiem bohater trafił do więzienia. Co można ciekawego zrobić z super-herosem siedzącym w pierdlu? Na szczęście schedę po Bendisie przejął nie byle kto, tylko mistrz komiksowego kryminału Ed Brubaker. Trudna sytuacja w której znalazł się Matt Murdock stała się dla niego inspiracją do znakomitego, bardzo dramatycznego ciągu zeszytów opisującego losy mściciela zamkniętego za kratami. Murdockowi jest bardzo ciężko w pierdlu, bo mimo iż został osadzony pośród masy ludzi, których posłał do więzienia (jest tam między innymi Kingpin), to dalej musi udawać, że nie jest Daredevilem. Przychodzi mu oczywiście walczyć, ale musi się przy tym kryć przed wszechobecnym monitoringiem. Okazuje się jednak, że największe zagrożenie pochodzi z zewnątrz i jego wrogom udaje się skrzywdzić go bardzo mocno. 



W drugim ciągu zeszytów (niniejsze wydanie zbiera dwa tomy) pisanym przez Brubakera Matt będzie musiał udać się do Europy – nie będę zdradzał dlaczego, żeby nie psuć Wam zabawy z lektury. Pamiętacie znakomity komiks o Punisherze „Eurohit”? Jeśli tak, to mniej więcej wiecie czego się spodziewać. Matt trafia najpierw do Monako, potem do Portugalii, Francji a stamtąd do Szwajcarii. Podąża tropem porwanej kobiety, której zapach przypomina mu Karen Page, ale ostatecznie dotrze do dobrze mu znanej osoby, która sprowadziła na niego nie lada kłopoty.

Warstwą graficzną w tym tomie zajął się Michael Lark. Znając inne komiksy Brubakera muszę przyznać, że ma farta do nienachalnych graficznych narratorów (Sean Phillips!). Z Larkiem, który nie szarżuje i prezentuje poprawny, realistyczny styl zgrywa się znakomicie. Kolory są co prawda komputerowe, ale udało się uniknąć kiczu i wszystko prezentuje się bardzo stylowo. 



Co istotne ciąg zeszytów pisanych przez Brubakera zasadniczo odcina się od tego co prezentował Bendis. Jego run Diabła jak na razie kompletnie różni się też poetyką od tego co pisał Miller. Bru ma swój pomysł na fabuły o Daredevilu i wcale nie ma zamiaru odcinać kuponów od tego co zrobili jego znamienici koledzy po fachu. Odciąga bohatera daleko od Hell's Kitchen i problemów jakimi musiał przejmować się w runie Bendisa, ale ostatecznie sprząta cały bałagan i domyka wątki które pootwierał jego poprzednik. Muszę przyznać iż mimo tego, że Brubaker miał pod górkę to poradził sobie genialnie. Co prawda mamy do czynienia z typową opowieścią gatunkową, a nie czymś głębszym, ale jak na razie komiks ten jest najlepszą nowością (nie wliczam w to wznowień) jaką czytałem w tym roku.

sobota, 9 czerwca 2018

Ultimate Spider-Man. Tom 1. Bendis.



W dzieciństwie byłem wielkim fanem i kolekcjonerem komiksów o Pajęczaku. Gdy dorosłem wszystko sprzedałem. Po lekturze znakomitego komiksu Spider- Man: Blue obiecałem sobie też, że nie będę psuł pięknych wspomnień i to będzie ostatni tomik z Pająkiem jaki przeczytam. Już raz złamałem dane sobie przyrzeczenie i sięgnąłem po „Zło, które ludzieczynią” autorstwa Kevina Smitha. To był błąd, komiks mi się nie podobał. Jestem może naiwny, ale gdy na polskim rynku zapowiedziano Ultimate Spider-Man postanowiłem jednak po niego sięgnąć. Znów skusiło mnie nazwisko scenarzysty – tym razem był to Brian Michael Bendis, odpowiedzialny między innymi za genialny run Daredevila (pisałem o nim tu, tu i tu).



Ciąg zeszytów Bendisa zaczyna się od restartu serii. Początek jest kanoniczny i oparty na motywach komiksów ze Spider-manem autorstwa Stana Lee i Steave'a Ditko. Oto poznajemy Petera Parkera, ucznia szkoły średniej, którego ugryzł laboratoryjny pająk. Po pewnym czasie młodzieniec zaczyna odkrywać, że ugryzienie wywołało u niego pojawienie się supermocy. Chce pomóc finansowo rodzinie, więc wykorzystuje swoje nadnaturalne zdolności i rozpoczyna karierę zapaśniczą. Pewnego dnia jest świadkiem napadu. Nie ingeruje w niego i pozwala bandziorowi uciec. Jakiś czas później jego wuj ginie zastrzelony przez bandytę. Okazuje się, że to ten sam bandzior którego Peter widział podczas napadu. Targany wyrzutami sumienia bohater postanawia walczyć ze złem. Zakłada maskę i staje się Spider-Manem. Na jego drodze wkrótce pojawią się złoczyńcy, których czytelnik może znać z oryginalnej serii.

Komiks Ultimate Spider-Man teoretycznie nie jest dla mnie. Od pierwszych zeszytów widać, że to seria adresowana raczej do dzieciaków. Tym razem jednak nic nie stało na przeszkodzie bym na kilka godzin mentalnie zmienił się w dzieciaka, schował do kieszeni wspomnienie poważnych arcydzieł komiksowych i świetnie się bawił. Bendis wie jak pisać przekonujące komiksy super-bohaterskie i mimo iż w jego Pająku nie znajdziemy szczególnie rozbudowanej psychologii, to codzienne zmagania Petera (super-bohaterstwo koliduje z jego życiem prywatnym niemal tak samo jak Daredevilowi) nie zostawiły mnie obojętnym. Oczywiście, wątki obyczajowe to (jak to ktoś zarzucił temu komiksowi na grupie Komiksy bez granic) teen dramy, i fakt, że autor poświęca im dużo czasu, ale przecież czytamy opowieść o nastolatku. Są one temu komiksowi potrzebne by urealnić życie Parkera, a na szczęście są napisane na tyle sprawnie, że bez problemu wsiąknąłem w świat kreowany przez scenarzystę. 



Głównym problemem tego komiksu są rysunki autorstwa Marka Bagley'a. Tekst piszę na bloga, więc pozwolę sobie w tej materii na więcej niż zazwyczaj – są najzwyczajniej obrzydliwe. Komiks powstawał w początku lat 2000 i jest znakomitym przykładem tego jak brzydko zestarzał się styl graficzny tamtego okresu. Kreska ma charakterystyczny dla tamtych czasów lekko mangowy sznyt, a kolory to potworne, oczojebne komputerowe koszmarki. Jak już wspomniałem w dzieciństwie byłem koneserem komiksów o pajęczaku, i dobrze pamiętam za co ceniłem ilustratorów tej serii. Dynamiczne walki, i świetne oddanie anatomii pająka ubranego w obcisły kostium, to głównie to co lubiłem u grafików zajmujących się Spider-manem. W Ultimate walki są przedstawione najzwyczajniej średnio atrakcyjnie, a sylwetka pająka jest w wielu przypadkach nieproporcjonalna. Jeśli więc szukacie ładnie narysowanego komiksu, to Ultimate Spider-Man Was zawiedzie. Inna sprawa, że od strony narracyjnej Bagley jest bardzo sprawnym rzemieślnikiem: komiks pozostaje czytelny i obcuje się z nim bez zgrzytania zębami. 



Pisząc o „Zło, które ludzieczynią” stwierdziłem, że komiks nie podobał mi się bo nie był adresowany to gości po 30. Tym razem to też nie jest seria dla mnie, a całkiem mi się podobało. Znalazłem podczas lektury to wszystko za co kochałem w dzieciństwie komiksy o Pająku. Dodatkowo, to znakomicie napisana seria i muszę przyznać, że Bendis stanął na wysokości zadania i polecam ten komiks każdemu fanowi Spidera. Gdyby nie te koszmarne rysunki uznałbym Pająka za naprawdę znakomite dzieło. Oczywiście w swojej kategorii.

środa, 6 czerwca 2018

Hellboy: Zdobywca Czerw. Dziwne miejsca. Tom 3




Hellboy to dziś potężna franczyza. Mamy z nim filmy (nowy jest już zapowiedziany!), animacje, serie poboczne, zabawki, kubki a nawet majtki. No ale co z oryginalnym komiksem? O co ta cała draka? Czy jest aż tak dobry jak mówią?

Wszystko zaczęło się w trakcie drugiej wojny światowej, gdy naziści-okultyści sprowadzili na ziemię dziecko- demona z nienaturalnie wielką prawą ręką. Stwór dostał się przypadkowo w ręce aliantów, został ochrzczony Piekielnym Chłopcem, a gdy dorósł zaczął pracować w Biurze Badań Paranormalnych i Obrony, zajmującym się na co dzień niewyjaśnionymi zjawiskami. Sam Hellboy stał się najważniejszym członkiem organizacji. Odkąd wkroczył w dorosłość podróżował po świecie stawiając czoła zjawiskom paranormalnym i istotom z mitów i folkloru, które zagrażały ludzkości.


Opisywany tutaj tom trzeci jest bardzo ważny dla całej sagi, bo oto Hellboy, po ciężkiej walce z nazistami opuszcza szeregi organizacji – jej dzieje pod jego nieobecność zostały opisane w serii pobocznej BBPO, o której pisałem tu. Bohater wyrusza do Afryki, gdzie los gotuje dla niego niesamowite przygody, które odsłonią przed czytelnikami kolejne karty z elementami niejasnej przeszłości (i przyszłości) bohatera. Czym jest ręka Hellboya? Jakie znaczenie ma dla nadchodzącej wielkimi krokami, i zdaje się, że nieuniknionej apokalipsy? Czy bohaterowi uda się powstrzymać Ragnarok mimo, że wygląda na to, że ma odegrać w nim znaczącą rolę? Mike Mignola – autor zarówno scenariusza jak i rysunków – daje sporo odpowiedzi ale stawia jeszcze więcej pytań, otwierając sobie furtkę do kolejnych szalenie ciekawych narracji o Piekielnym Chłopcu. 

 Warstwa graficzna Hellboya zasługuje nie na recenzję a na poemat. Mignola jest genialnym rysownikiem, który wyrobił sobie swój oryginalny warsztat i umiejętnie potrafi zachwycać swoich fanów. Nieco toporne postacie, przypominające te rysowane przez Hugo Pratta, bardzo umiejętnie dawkowana czerń, i masa włożonego serca w tworzenie wszelkiej maści mitycznych istot i potworów zapewniła mu całe rzesze naśladowców i zasłużoną sławę w komiksowym światku. Niestety niniejszy tom jest ostatnim, który Mignola rysował sam (musiał poświęcić czas pilnowaniu tych wszystkich franczyz, ale dzięki temu serie poboczne i majtki z Hellboyem są najwyższej jakości), ale na jego miejsce w następnych odsłonach pojawi się między innymi niemniej genialny Richard Corben, więc i tak jest na co czekać.


Jeśli chodzi o komiksy to żyjemy w czasach istnej klęski urodzaju. Jesteśmy wprost zalani znakomitymi tytułami z zagranicy. Do tego dochodzą wznowienia. Reprinty serii o Hellboyu w ekskluzywnym wydaniu (twarda oprawa i po dwa tomy w jednym albumie) cieszą mnie chyba najbardziej. Przez lata były wyprzedane, więc jeśli nie mieliście jeszcze okazji poznać przygód Piekielnego Chłopca, to teraz jest najlepszy moment by sięgnąć po albumy z jego przygodami. Tak, ten komiks jest aż tak dobry jak mówią. 



sobota, 2 czerwca 2018

Miecz Ardeńczyka. Etienne Willem.



Lubię konwencję fantasy, ale nie czytam książek o tej tematyce, bo szkoda mi na to czasu. Niestety zazwyczaj pozycje te są czytadłami bez wartości artystycznej. Jednak po komiksy w tej konwencji sięgam bardzo chętnie. Zazwyczaj prócz sztampowej (bo nie ukrywajmy, że fantasy jest jednak sztampowe) fabuły zawierają bardzo ładne rysunki, które potrafią wywindować w moich oczach jakość opowieści. Tak też jest z „Mieczem Ardeńczyka”, który od strony fabularnej jest dość przewidywalny, ale ze względu na świetną komiksową robotę, idealnie wpasował się w moje gusta czytelnicze i dostarczył mi rozrywki jakiej oczekuję po tego typu opowieści.

Fabuła z jednej strony mocno nawiązuje do tolkienowskiego typu fantasy – siły zła próbują zdobyć potężny magiczny artefakt (tym razem to nie pierścień a magiczna zbroja), który został podzielony między władców kilku krain – z drugiej odcina się od niego grubą kreską – bo to komiks mocno osadzony w średniowiecznych realiach, czerpiący dodatkowo z legend arturiańskich. Mamy tu wybrańca dzierżącego miecz, który według legendy ma sobie poradzić z siłami ciemności. Mamy wiekowego maga w typie Gandalfa czy Merlina. Mamy w końcu drużynę złożoną z różnych typów postaci, które posiadaj znakomicie zarysowane charaktery, i w trakcie opowieści wchodzą ze sobą w ciekawe relacje. Bardzo istotnym elementem fabuły są też intrygi dworskie, które zostały tu ukazane bardzo sprawnie. 


Warstwa graficzna „Miecza Ardeńczyka” jest wybitna w swojej klasie. Étienne Willem posługuje się semirealistyczną kreską, ale zamiast ludzi bohaterami czyni humanoidalne zwierzęta. Jestem wielkim miłośnikiem animorfizacji, więc od razu wpadłem jak śliwka w kompot i uwierzyłem w zaproponowaną przez niego konwencje. Jego prace cechuje znakomita dynamika, pięknie oddana średniowieczna architektura, genialnie przedstawione potyczki – zarówno pojedynki jak i wielkie bitwy. No i bohaterowie, którzy są w tym samym stopniu dobrze napisani co narysowani – zamienienie ich w zwierzęta sprawia, że Willemowi znakomicie udaje się uzupełnić ich charaktery grafiką.

Dzieła Willema nie sposób nie porównywać do dwóch innych słynnych komiksów o animorfach: „Usagi Yojimbo”, czyli przygód królika samuraja i „Blacksada”, opowiadającego o perypetiach realistycznie narysowanego kota-detektywa. Na ich tle wypada bardzo dobrze, a przecież oba wydają się niedoścignionymi wzorcami. Od strony plastycznej „Miecz Ardeńczyka” sytuuje się dokładnie między nimi ( w trakcie lektury myślałem: „to taki bardziej realistyczny Usagi, a może taki trochę mniej realistyczny Blacksad?”) i sprawił, że postrzegam Willema jako tuza komiksów ze zwierzęcymi bohaterami. Ze wstępu dowiedziałem się, że autor ten rysował wcześniej jakąś opowieść detektywistyczną. Chętnie zobaczyłbym ją na naszym rynku, bo pewnikiem może być nie lada konkurencją dla „Blacksada”.


środa, 30 maja 2018

Mooreonomicon #6.1 Saga o Potworze z Bagien



Egmont hucznie świętuje 25 lecie Vertigo - linii dla dojrzałego czytelnika, będącej imprintem DC Comics. Przy okazji przypomniał sobie o bardzo ważnej dla historii komiksu serii, którą już kiedyś zaczął wydawać, ale nie udało mu się jej skończyć. „Saga o Potworze z Bagien”, bo o niej mowa, to wszak cykl od którego zaczęło się Vertigo i to ona była niejako (przez lata niedoścignionym) wzorcem i profilowała cały model tego nowatorskiego jak na tamte czasy eksperymentu. To też początek inwazji, którą na amerykański komiks przeprowadziła grupa zdolnych Brytyjczyków, pokazując, że w pisaniu opowieści obrazkowych potrafią znacznie więcej niż Jankesi.

Legenda głosi, że Alan Moore wcale nie miał ochoty pisać tego komiksu, no bo co ciekawego można zrobić z tak niewiarygodną postacią jak humanoidalne COŚ co jest istotą powstałą z elementów zaczerpniętych bagna? Teoretycznie z czegoś takiego nie może wyjść nic ponad siermiężną pulpę. No, chyba, że zajmie się tym człowiek od zadań specjalnych. Wówczas młody i dopiero startujący na amerykańskim rynku brytyjski scenarzysta przycisnął gaz do dechy (tak jak tylko on potrafi!), podszedł do swego zadania całkiem poważnie i przy okazji wywrócił historię komiksu do góry nogami, bo to właśnie jeden z zeszytów Swamp Thinga jest pierwszym komiksem DC opublikowanym bez stempla Comics Code Authority – cenzurki przyznającej komiksom status przyjaznego dla dzieci. Miało to dobitnie i ostatecznie podkreślać, że album ten jest kierowany do dojrzałego czytelnika. 



W pierwszym pisanym przez siebie zeszycie (który nie był zawarty w poprzednim polskim wydaniu tego albumu) Moore posprzątał cały pulpowy bałagan który zostawili po sobie jego poprzednicy, a potem przystąpił do kreowania od nowa świata i bohatera. Pomysłem oryginalnych twórców tej serii był motyw traktujący o tym, że Potwór z Bagien w istocie jest Alekiem Hollandem, naukowcem który przeistoczył się w dziwacznego stwora podczas wybuchu w laboratorium. Pisząc swoją serię Moore zaczął od mocnego kopniaka i zabrał bohaterowi to co ten miał najcenniejsze – człowieczeństwo. W fabule (genialny zeszyt „Lekcja Anatomii”) przedstawił teorie według której Potwór nie jest i nigdy nie był Hollandem, a tylko istotą, która przejęła jego świadomość i wspomnienia poprzez wchłonięcie ciała naukowca. Że Stwór tylko udaje człowieka, ale nim nie jest. Nigdy nie był. I nigdy już nie będzie. Motyw ten sprawia, że bohater się załamuje, popada w depresje i zaczyna miotać zastanawiając się nad swoim człowieczeństwem. Co więcej, w rękach Moore'a ten botaniczny horror staje się filozoficzną opowieścią o szukaniu swojej tożsamości. Pisząc ten komiks autor dekonstruuje więc horrorowe schematy, przypatrując się psychice i wnętrzu monstrum, które na kartach jego komiksu okazuje się bardziej ludzkie niż ludzie. Troszczy się o świat, środowisko, przyjaciół, a nawet potrafi kochać.

Potworowi towarzyszą również ludzkie postacie drugoplanowe, których historie stają się dla Moore'a pretekstem do ciągnięcia dojrzałych fabuł na inne tematy, co sprawia, że komiks ten jest bogaty na różnych poziomach. Są tu wszak elementy które pozwalają odbierać tą historie jako metaforę opowieść o traumatycznym rozpadzie związku, braku zrozumienia i oddalaniu się ludzi do siebie. W końcu to też komiks o miłości, zresztą drugi tom (niniejsze wydanie to integral zbierający dwie pierwsze części cyklu) mieszający wątki romansu i horroru nazywa się bardzo trafnie - „Miłość i Śmierć”. Talent Moore'a sprawia, że wszystko co czytamy na kartach tej opowieści trzyma się kupy: psychologia jest znakomicie pogłębiona i wiarygodna, bo horror i lęki jednostek stają się dla niego pretekstem do dogłębnej wiwisekcji psychiki bohaterów.

Do tego wszystkiego dochodzi to jak ta historia została opowiedziana. Moore jest mistrzem komiksowego języka i mimo iż sam zapewne uznaje siebie za literata, to ma znakomite pojęcie o opowiadaniu obrazem. Narracja graficzna jest bardzo efektowna, często impresyjna i bardzo eklektyczna – prócz standardowo ułożonych kadrów znajdziemy dużo odważnych sposobów opowiadania. Czuć w tych historiach zachwyt nad możliwościami medium. Kompozycje plansz (niekiedy rozpiętych na dwie strony zeszytu) są niebanalne, robią ogromne wrażenie i mimo swojego przepychu pozostają czytelne. Największe wrażenie zrobił na mnie zeszyt „Święto Wiosny”, będący czymś na kształt sceny miłosnej, która została przedstawiona jako rozrysowane na wiele plansz quasipsychodeliczne, mistyczne przeżycie bohaterów, którzy podczas zbliżenia łączą się duchowo z przyrodą.




Najsłabszym ogniwem „Sagi...” jest warstwa graficzna. Pewnikiem w swoich czasach artyści ci zostaliby uznani za przyzwoitych rzemieślników, ale według mnie wypada zaznaczyć, że rysunki się bardzo nieładnie zestarzały. Oczywiście, można powiedzieć, że to swoisty znak czasów i do klasyki nie można mieć zastrzeżeń, a fakt, że już się tak nie rysuje nie może być uznawany za minus. Niemniej prawdą jest, że są komiksy z lat 80. z którymi czas obszedł się łagodniej. Na szczęście nie przeszkadza to by graficzna warstwa narracyjna – jak już wspomniałem - była znakomita, bo rysownicy posłusznie spełniali wszelkie zachcianki Moore'a (genialne kompozycje plansz!). Na tym poziomie nie mam się do czego przyczepić i chcąc nie chcąc muszę uznać „Sagę...” za arcydzieło komiksowego storytellingu.

W polskim internecie (hen, gdzieś na jego końcu) można przeczytać, że Moore zawiera w swojej opowieści neomarksistowskie przesłanie. Nie zgadzam się z tym. Przesłanie Potwora z Bagien jest uniwersalne, bo przecież nie tylko lewacy dbają o przyrodę, a chyba o ten element chodziło komuś kto to napisał. Możliwe, że recenzent dopowiedział sobie dużo sam, wszak Moore jest długowłosym wegetarianinem. Na szczęście jego dieta nie wpływa za bardzo na jakość jego komiksu, i zapewniam, że Potwór z Bagien spodoba się też mięsożercom – spodoba się każdemu kto ceni komiksy i ambitny horror.

czwartek, 24 maja 2018

Towarzysze Zmierzchu. Bourgeon

 Egmont wznowił niedawno znakomity album "Towarzysze Zmierzchu". Z tej okazji powtarzam tekst, który napisałem o tym komiksie 9 (!!!) lat temu. Jestem trochę zdziwiony jego jakością, bo to jedna z pierwszych recenzji które w ogóle napisałem. Tekst przeszedł jedynie lekką korektę i prezentuję go Wam w niemal niezmienionej formie.

Pan Bourgeon, z zawodu wyuczonego witrażysta, mający w zwyczaju budowanie makiet co ważniejszych budowli które rysuje, serwuje nam historie niemającą nic wspólnego z komiksami do których przyzwyczaił mnie typowy historyczno/fantastyczny nurt europejski (dziś już jest trochę inaczej, bo wyszły u nas serie pokroju „Wież Bois-Maury” które maja z „Towarzyszami” sporo wspólnego – dopisał Krzysztof 9 lat później). Ta piekielnie ciężka w odbiorze trylogia zdecydowanie wykracza po za ramy typowej opowieści obrazkowej. Nie ma tu skrótów, nie ma też odwrotnej sytuacji czyli przerostu treści nad rysunkiem, jest za to - w szczytowych momentach - misternie sklecona intryga z postaciami z krwi i kości, wraz z ich małostkami i pragnieniami na czele.

''War, war never changes''. Równie dobrze od tych słów mógłby się zaczynać każdy z tomów tej opowieści... ale zaczyna się od : 'Powiadają, że trwała sto lat... Nie różniła się niczym specjalnym od poprzedniej. Ani tej która nastąpi po niej''. W pierwszej opowieści, na dość mglistym tle zawieruchy wojny stuletniej, Bourgeon przedstawia trzech bohaterów: oszpeconego rycerza (skądinąd przedstawionego jako zbrodniarza wojennego), tchórzliwego wieśniaka Aniceta i młodą dziewczynę imieniem Mariotte. Zbieg okoliczności, a może raczej przeznaczenie przeplotło ich drogi w tej z pozoru po macoszemu nakreślonej we wstępie rzeczywistości, a potem wpycha nas w oniryczny, zaludniony mitycznymi stworzeniami świat sennych majaków rycerza, które udzielają się całej kompanii. 



Rysunek z pozoru wydaje się klasyczny, z narracją jest jednak zupełnie inaczej. Już w drugim albumie widzimy bezkompromisowość i brak chęci do brania jeńców spośród czytelników. Twórca nam samym każe układać historie w całość, mieszając retrospekcje z bieżącą akcją. Jednak nie leci w samopas, bowiem puzzle pod koniec się zazębiają, z przyjemnością cofamy się kilkadziesiąt kartek w tył i czytamy tą historie jeszcze raz. Potem następuje nieoczekiwane. Cały tryptyk wieńczy, monumentalny czteroczęściowy ''Ostatni śpiew Malaterreów''. Opowieść ta, jak słusznie sugeruje mesje Szyłak w swojej recenzji na Gildii Komiksu, powinna być podawana w oderwaniu od pierwszych epizodów. Burgeon poszerza galerie postaci, rezygnuje w dużej mierze z onirycznego fantasy na rzecz rozbudowanej dworskiej intrygi. Zaskakuje mnogością wątków, brawurowym rysunkiem architektury (nierzadko na całą plansze), wulgarnością średniowiecznej mieszczańskiej rzeczywistości i przede wszystkim dużo poważniejszą treścią.

Komiks Bourgeona jest cyniczny i z pozoru obdarty z pozytywnych postaci. Jednak szybko zgnilizna świata przedstawionego przerasta nieciekawe charaktery głównych bohaterów. Do tego wychodzi na jaw przeszłość oszpeconego rycerza, nieuchronna przyszłość, wreszcie wychodzą na wierzch intencje i pragnienia wszystkich postaci. Wielu recenzentów twierdzi że wojny w tym komiksie nie ma. Nieprawda. Mimo że nie dotykamy jej może dosłownie, to cały czas nad komiksem wisi apokaliptyczna, specyficzna atmosfera zniszczenia i beznadziei.


W posłowiu do owego komiksu Wojciech Birek wskazuje jego pokrewieństwo z ''Imię Róży'' Umberto Eco. Jest w tym trochę prawdy, ale mi ten komiks bardziej kojarzył się z ''Siódmą pieczęcią'' Bergmana. Z tym że... Pewnie was zdziwię, ale w przypadku ''Towarzyszy zmierzchu'' mamy do czynienia, może z mniej uniwersalnym i mniej filozoficznym ale za to dużo cięższym w odbiorze tworem. Już tylko biorąc pod uwagę poziom nawarstwienia brutalności i seksu czyni ''Siódmą pieczęć'' przy ''Towarzyszach...'' filmem familijnym.

czwartek, 17 maja 2018

Corto Maltese. Na Syberii. Tom 6



Przygodę z Corto Maltese Pratt rozpoczął od stworzenia pełnometrażowego albumu, kultowej i nagradzanej „Opowieści Słonych Wód”, ale potem przez dłuższy czas w ramach tego cyklu opowiadał tylko krótkie historie. Szósty tom zatytułowany „Na Syberii” to jego powrót do tworzenia pełnometrażowych scenariuszy. Komiks ten to rozrysowana na 100 stron wielowątkowa, pełna zwrotów akcji historia, która pokazuje, że Pratt radzi sobie świetnie z dłuższymi formami.

Akcja rozpoczyna się w Hong Kongu, gdzie Corto zostaje zatrudniony przez tajną organizację zwaną Czerwonymi Latarniami. Jego zadaniem będzie polegać na przejęciu carskiego złota transportowanego pociągiem na mroźnej Syberii szarpanej przez konflikty zbrojne. W owym czasie w tym regionie obecne były różne nacje: Japończycy, Rosjanie, Amerykanie, Chińczycy i Mongołowie, i wszystkie odegrają jakąś rolę na kartach tego komiksu. Jak to zwykle u Pratta bywa Corto pozna również autentyczne postacie historyczne. Najważniejszą w tym tomie jest słynny dowódca Azjatyckiej Dywizji Konnej Baron Roman Ungern von Sternberg, na poły szalony mistyk uważający się za wcielenie Czyngis-chana, na poły zbrodniarz wojenny, który marzy o zbudowaniu imperium Mongolskiego. Gdzieś w tle przemknie również dawno niewidziana drugoplanowa postać tej serii – Rasputin, który na kartach komiksu Pratta został całoetatowym, chadzającym własnymi ścieżkami awanturnikiem, więc jego losy przecinają się nieraz z przygodami Corto. 



Rysunki Pratta są znakomite i nie pozostawiają mi złudzeń – to jeden z Bogów komiksu. Swobodne, pozornie lekko niedbałe, gdzie trzeba świetnie uzupełnione czernią, bądź gęstszą kreską wyglądają jak żywcem wyciągnięte z jakiegoś brulionu podróżnika i znakomicie obrazują awanturniczą treść przygód Corto. Warto wspomnieć, że Pratt miał ogromny wpływ na historię komiksu, i echa jego grafik pobrzmiewają w warsztacie Franka Millera czy Mike'a Mignoli.

Album ten ukazał się już kiedyś w naszym kraju. Tym razem dostajemy wersję koloryzowaną, bo trzeba pamiętać, że opowieści o Corto w oryginale były tworzone w czerni i bieli. Mimo iż początkowo utyskiwałem na te z pozoru „niepotrzebne” barwy, to po pewnym czasie przekonałem się do nich. Teraz już nie mam zastrzeżeń. Kolorowe wydanie „Na Syberii” prezentuje się oszałamiająco – stroje i mundury z epoki w barwach przedstawiają się znakomicie i przyznam, że nie już nie wymieniłbym tego komiksu na czarno-białą edycję.

Bodaj jedynym minusem wydania Egmontu pozostaje brak wstępów, a o ile pamiętam to ten do pierwszego wydania tego tomu był szczególnie interesujący, bo obszernie opisywał losy Barona Romana von Ungerna-Sternberga, które swoją drogą są jeszcze ciekawsze niż to co przedstawił Pratt w swoim komiksie. 



Od wielu lat jestem fanem tej serii, dlatego niezmiernie cieszy mnie, że w końcu dane nam jest przeczytać ją w całości. To żelazna klasyka, która zestarzała się bardzo szlachetnie, a do tego Pratt bardzo dobrze się rozwijał i z tomu na tom staje się coraz bieglejszy w opowiadaniu za pomocą komiksu. Czytałem zbliżające się tomy w pierwszych wydaniach i zapewniam, że to co najlepsze jeszcze przed nami.