wtorek, 18 września 2018

Conan. Narodziny legendy. Tom 1. Kurt Busiek




W kioskach króluje ostatnio kolekcja zbierająca stareńkie komiksy o Conanie. Chciałbym ją zbierać (co za nazwiska pracowały przy tej serii! sami klasycy!), ale za bardzo nadszarpnęło by to mój budżet i nie miałbym kasy na nowości. Cóż, kupię całość gdy wygram w totka. Tymczasem Egmont wprowadził na półki księgarskie nowocześniejsze spojrzenie na Conana. Tworzoną w poprzedniej dekadzie serie, którą pisał Kurt Busiek.

Jestem fanem Conana, ale nie czytałem książek o nim – zawsze obcowałem z nim za pomocą innego medium, filmu lub komiksu. Z tego co zrozumiałem, Busiek adaptuje oryginalne opowieści o Conanie, ale ingeruje w treść sprawiając by sprawiały wrażenie ułożonych w chronologicznej kolejności. Poznajemy więc Conana, jako kilkuletniego dzieciaka żyjącego wraz ze swoim ludem w Cymerii, a potem kolejno, jako coraz starszego nastoletniego awanturnika, niewolnika w Hiperborei a w końcu jako złodzieja. Wszystko zostało połączone bardzo zgrabnie i szczerze powiem, że nieźle bawiłem się w trakcie lektury. Busiek podszedł do pracy nad tym komiksem od bardzo literackiej strony i jego narracja jest gęsta od tekstu, który jednak trochę spowalnia akcje w scenach w których Conan robi rozpierduchę. Dla jednych będzie to plusem, bo dzięki temu komiks ten czyta się długo, innych nawał literek może denerwować, ale zaznaczam, że nie wpływa to na narrację obrazem, która jest przyzwoicie poprowadzona. 



Już w trakcie lektury wiedziałem, że pisząc o warstwie graficznej będę rozdarty. Rysunkami zajęło się kilku twórców, wszyscy prezentują przyzwoity poziom, ale szczerze przyznam, że to nie jest album po który sięgnąłbym ze względu na grafy. To trochę boli, bo wydaje mi się, że Conan zasługuje na więcej. Najlepiej ze wszystkich wypadają realistyczne rysunki Carla Norda, które doprawione zostały ciemnymi kolorami, ale do jakości, dajmy na to Frazetty jest mu bardzo daleko. Skoro już jesteśmy przy barwach to nakładał je Dave Stewart – to nazwisko mnie elektryzuje, bo to jeden z najlepszych rzemieślników (Hellboy, Czarny Młot) którzy za wielką wodą pracują przy nakładaniu kolorów. Niestety, aż musiałem sprawdzić czy to ten sam Dave Stewart, bo wyszło po prostu tragicznie. Autor zmienił technikę i na Conana nałożył komputerowe barwy imitujące malarski styl. Nie udało się. Nawet ślepy nie nabierze się na to, że te kolory są nałożone farbami. Wszystko śmierdzi cyfrą i wychodzi bardzo nienaturalnie. Najgorzej jest w środkowej części niniejszego tomu (historia dziejąca się w Hiperborei), gdzie kolory to po prostu okropny, drażniący kicz, którego nie da się już odzobaczyć. 


Mimo marudzenia, muszę przyznać, że podobał mi się ten komiks. Umiarkowanie, ale jednak podobał i na pewno sięgnę po następne tomy. A jak już jesteśmy przy Conanie, to ostatnio niusy zelektryzowało info, że Cymeryjczykiem teraz ma zająć się Jason Aaron. Mam nadzieję, że Egmont to wyda i na ten komiks czekam jeszcze bardziej, niż na następny tom wersji Busieka.


wtorek, 11 września 2018

Moebius. Ślepa cytadela. Przystanek na Faragonescji. The Long Tomorrow

Tekst pierwotnie ukazał się na łamach Wirtualnej Polski



Eksperymenty mają to do siebie, że potrafią być nieudane. Niniejszy album to właśnie zbiór takich nieudanych eksperymentów. Nie zrozummy się źle. To dalej album boga komiksu, ale niestety słabszy niż inne. Nikomu nie radziłbym zaczynać przygody z twórczością Girauda od tego zbioru.

 Zmarły w 2012 r. Jean Giraud, podpisujący się często jako Moebius, to jeden z bogów komiksu, który miał wpływ na to medium na całym świecie. Najnowszy album zaprezentowany przez Egmont jest nietypowy. Bowiem oryginalnie komiksy te ukazywały się w czerni i bieli, a pokolorowane zostały przez Marvela, by wydać je na rynku amerykańskim, gdzie barwy są standardem. Album stał się za oceanem kultowy i w końcu ktoś wpadł na pomysł by w tej formie wydać go we Francji. Dziś trafia również do nas. 



 Album zbiera trzy cykle noszące podtytuły: "Ślepa cytadela", "Przystanek na Faragonescji" i "The Long Tomorrow". Zaprezentowane tu komiksy są dziełami autorskimi Moebiusa, które tworzył odpoczywając po pracy nad słynną westernową serią Blueberry i Diuną – nigdy niezrealizowanym projektem filmowym Alejandro Jodorowskiego, do którego Moebius tworzył konceptarty.  

To niczym niepowiązane ze sobą krótkie formy, dające mu szansę na chwilę wytchnienia i wolność artystyczną, której brakowało mu przy mrówczej pracy (wszak komiks o Blueberrym cechuje się bardzo realistyczną kreską i genialnym odwzorowaniem czasów Dzikiego Zachodu). Tematyką jest głównie szeroko pojęta fantastyka, ale ujęta w ramy mocno surrealistycznych, alegorycznych opowieści. Nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że treść dla Moebiusa miała drugorzędne znaczenie. 



Komiksy te tworzone były często bez scenariusza (wyjątkiem są dwie historie z końca tomu– jedna do storybordów Dana O' Banonna, druga do scenariusza Philipa Druilleta), przez co wyraźnie kuleją fabularnie. Ba, Moebius nie robił nawet szkiców. Od razu nakładał tusz. Owszem, od strony formy to pokaz siły i graficznie oraz narracyjnie album prezentuje się genialnie. Jednak chyba za stary jestem, żeby doceniać takie eksperymenty i bronić tych komiksów ze względu na warstwę plastyczną, podczas gdy fabuła przypomina narkotyczne majaki.  

Nawet wtedy, gdy Moebius chce podjąć jakiś poważniejszy temat, to tylko się po nim prześlizguje pozostawiając po sobie jedynie puste frazesy. Brak tu najzwyczajniej jakiejś głębi, a znając inne prace mistrza (np. genialny cykl plansz "Arzach" czy epicki "Świat Edeny"), wiem, że potrafił opowiedzieć coś, co ma ręce i nogi. Najwidoczniej przy tamtych dziełach miał więcej czasu, aby się przygotować.


czwartek, 30 sierpnia 2018

Łasuch. Tom 1. Jeff Lemire




Polscy wydawcy chyba polubili Jeffa Lemire, bo pojawia się u nas coraz więcej jego albumów. Swojego czasu autor, który zabłysnął na firmamencie gwiazd komiksu swoją obyczajową powieścią graficzną „Opowieści z Hrabstwa Essex” przeskoczył z rynku niezależnego do wielkich wydawnictw i tam tworzył historie bardziej nakierowane na gatunkowość (pisałem już o jego „Czarnym Młocie” klik). Jedną z nich jest właśnie „Łasuch” stworzony dla Vertigo, imprintu DC dla dojrzałego czytelnika. 



Seria ta przynależy do nurtu postapo. Ameryka od niemal dekady pustoszona jest przez dziwną chorobę. Dzieci urodzone po jej wybuchu zaczynają przypominać hybrydy człowieka i zwierzęcia, ale są odporne na śmiertelną chorobę trawiącą ludzkość. Jednym z nich jest Gus, dziewięciolatek z porożem jelenia na głowie. Na dzieci polują łowcy i sprzedają je gdzieś w niecnych celach. Pewnego dnia nasz bohater niemal wpada w ich ręce, ale w ostatniej chwili ratuje go Tom Jepperd, były zawodowy hokeista. Bohaterowie ruszają razem, przez leżącą w gruzach Amerykę, szukając legendarnej Ostoi, osady będącej schronieniem dla takich dzieci jak Gus.

 Na okładce tagline głosi, że „Łasuch” to taki „Mad Max z rogami”. Nie, to nie tak. Lemire, ze względu na to, że opowiada za pomocą komiksu nie musiał się troszczyć o budżet i mógł stworzyć wielkie pełne akcji widowisko z walącą się Ameryką w tle. Nie zrobił tego. Postawił na kameralność opowieści i skupił raczej na budowie psychologi postaci i ich uczuciach. „Łasuch” więc, mimo iż jest dziełem gatunkowy, więcej ma wspólnego z jego najsłynniejszym dziełem, wspomnianymi „Opowieściami z Hrabstwa Essex” niż z „Ucieczką z Nowego Jorku”. Komiks ten bowiem, nacechowany jest unikalną wrażliwością którą obdarzony jest ten autor i zapewniam, że historia chłopca z rogami złamie Wam serce. 


Lemire cały komiks narysował sam – ostatnio zwykł pracować z innymi rysownikami. Wyszło bardzo ładnie i w trakcie lektury miło mi było obserwować jak jego styl który znam z „Opowieści z Hrabstwa Essex” zostaje osadzony w opowieści postapo. Zresztą, obok fabuły to właśnie jego kreska czyni z tego albumu coś więcej niż typową opowieść gatunkową. Na okładce możemy przeczytać, że to komiks „awangardowy”. Może to nie idzie aż tak daleko, ale na pewno „Łasuch” dzięki nim wybija się spośród innych opowieśc tego typu. To zdecydowanie dzieło mające autorski sznyt, które wyróżnia się nawet w znakomitym katalogu Vertigo.

Od bardziej oczytanego w zagranicznych komiksach kolegi słyszałem, że ta seria jest średnia. Możliwe, że nie dosięga poprzeczki, którą Lemire zawiesił sobie „Opowieściam i z Hrabstwa Essex”, ale ja jestem bardzo zadowolony z lektury i trudno mi wskazać jakieś minusy. Jeśli cenicie tego autora to powinniście dać „Łasuchowi” szansę. 




środa, 22 sierpnia 2018

Corto Maltese tom 7. Baśń Wenecka. Hugo Ptratt



Corto Maltese to już legenda. Stworzony przez nieżyjącego już Hugo Pratta marynarz, awanturnik, okazjonalnie pirat, dla europejskiego komiksu jest wręcz postacią pomnikową (mówię całkiem serio, o to jego pomnik w Angouleme: klik ). Nakreślony już kilka dekad temu cykl o jego przygodach nie przestaje zachwycać czytelników do dziś. Seria ta była już wydawana w Polsce przez wydawnictwo Post, które rzuciło na rynek wiele lat temu na chybił trafił kilka albumów o Corto. Oficyna ta nie wydała jednak wszystkiego. Dziś, za sprawą Egmontu polscy czytelnicy w końcu mogą poznać jego losy po kolei, album po albumie. Tym razem w moje ręce trafiła siódma, już kiedyś wydana odsłona tej serii. 


Rzecz rozgrywa się w 1921 roku w Wenecji. Kierując się tropami jakie przekazał mu w liście zmarły przyjaciel, a zarazem ekscentryczny pisarz, Corto stara się odnaleźć tajemniczy klejnot zwany Obojczykiem Salomona. Przygoda stanie się bardzo dziwna – nawet jak na naszego bohatera – i rozgrywać się będzie na pograniczu jawy i snu. Corto będzie towarzyszyć cała gama pobocznych bohaterów – od weneckiej biedoty po wysoko postawionych szlachciców. Często kończą źle, ale taki ich los, że muszą odegrać w tej historii swoje role. Opowieść jest też naszpikowana mistycznymi znakami, i wiekowymi tajemnicami, których poznawanie jest prawdziwą przyjemnością.

 „Baśń Wenecka” - bo taki nosi tytuł ta część- to flagowa opowieść o przygodach Corto. Czytałem ją już w pierwszym wydaniu, i muszę zaznaczyć, że to jeden z tych jego wojaży za które pokochałem albumy o jego losach. Wenecja ukazana w tym komiksie staje się miejscem mistycznym, w którym przecinają się różne tajemne kulty dawnych wieków. Czytelnik, podobnie jak bohater zostaje wessany przez tajemną układankę, i odsłania jej kolejne części. Na próżno szukać w niej jednak żelaznej logiki, bo jak twierdzi sam Corto: „lepiej, jeśli nie będę próbował tego zrozumieć, bo mógłbym odkryć, że jestem stworzony z tej samej materii co sny”. Jak sugeruje już tytuł to baśń, historia utkana z marzeń, wytwór bogatej wyobraźni Pratta. Co za tym idzie mniej tu historycznych postaci niż zazwyczaj.

Powtarzam to w każdej recenzji albumów o Corto – jego autor jest prawdziwym mistrzem komiksu. Jego swobodna, nonszalancka kreska jest nie do podrobienia – choć próbowali ją podrabiać najwięksi z Frankiem Millerem i Mikiem Mignolą na czele. Piórko w jego rękach stawało się magicznym przedmiotem, dzięki któremu ożywał unikalny świat pełen przygód i niebezpieczeństw. Warto zaznaczyć, że w oryginale komiksy te podawane były w czerni i bieli – my dostajemy wersję koloryzowaną. Na początku utyskiwałem na barwy, ale teraz już się przyzwyczaiłem i łykam edycje Egmontu jak młody pelikan. 

Wraz z „Baśnią Wenecką” która jest siódmą odsłoną przygód Corto dotarliśmy do półmetka, bo wszystkich albumów ma być czternaście. Z utęsknieniem wypatruję następnej części, bo losy tego marynarza są bardzo bliskie mojemu sercu. Co by się nie działo to zawsze dam się namówić na przeczytanie o jego kolejnych perypetiach, tym bardziej, że czuć w tym cyklu, że Pratt z każdym albumem stawał się coraz lepszy w komiksowym fachu.


wtorek, 14 sierpnia 2018

Daredevil tom 5. Brubaker/Lark




Uwielbiam Daredevila, i polski rynek go chyba lubi, bo kolejne części trafiają do księgarń w bardzo szybkim tempie. W dystrybucji jest już piąty tom – przy czym jest to drugi autorstwa Eda Brubakera, który przejął pałeczkę od Briana Michaela Bendisa odpowiedzialnego za rewelacyjny run zamknięty u nas w tomach 1,2 i 3. Poprzednia część podobał mi się bardzo (ba, cała seria jest znakomita!) więc i do tego podchodziłem z dużym entuzjazmem. 



W niniejszej odsłonie, po europejskich wojażach Śmiałek wraca do Hell's Kithcen. Wydaje się, że teraz wszystko powinno się już układać dobrze w jego życiu, jednak scenarzysta chciał inaczej. Pod nieobecność Daredevila w dzielnicy rozszalali się przestępcy, ale główny wątek fabularny zaprowadzi go z powrotem do więzienia w którym rozgrywał się w dużej części poprzedni tom – tam, człowiek który ukrywał się pod maską Gladiatora dostaje niewyjaśnionych ataków, podczas których krzywdzi innych więźniów. Gladiatorowi nie zostało wiele do zwolnienia, więc Matt Murdock nie wierzy w jego winę i uważa, że był przez kogoś kontrolowany. Zamierza więc bronić go na wokandzie. Potem jednak sprawa przenosi się na ulicę, gdzie zaczyna królować nowy, pozbawiający strachu silny narkotyk. Jak się okazuje, obie sprawy są powiązane, i stoi za nimi łotr zwący się Mister Fear. Zaczyna być źle, tym bardziej, że sprawa w końcu (jak zwykle) personalnie dotknie Murdocka i namiesza w jego życiu prywatnym.



Warstwą graficzną do większości zaprezentowanych tu zeszytów zajął się Michael Lark, i uważam, że osadzenie go w tej roli to bardzo trafiony pomysł. Brubaker ma zresztą szczęście do nienachalnych, posługujących się prostą – acz realistyczną – kreską rysowników, bo z Larkiem tworzy duet nie gorszy niż ten który stanowi z Seanem Phillipsem, z którym stworzył swoje najsłynniejsze dzieła. Również mroczna warstwa kolorystyczna sprzyja odbiorowi tej historii i naprawdę, mimo iż jestem marudą w tej kwestii, to od tej strony nie mam temu komiksowi nic do zarzucenia. 
 
Daredevil przywraca mi wiarę w Marvela i w komiksy o trykociarzach. Udowadnia, że trzydziestolatek też ma czego szukać w tego typu rozrywce – że nie musi być ona kiczowata i urągająca inteligencji. Za sprawą serialu telewizyjnego i albumów wydawanych przez Egmont stałem się żelaznym fanem Daredevila, i lubię współczesne komiksy o nim bardziej niż te o Batmanie, który w tym stuleciu do autorów miał dużo mniej szczęścia niż Diabeł z Hell's Kitchen. Run pisany przez Brubakera nie jest arcydziełem (a ma takie na swoim koncie – np. genialny Criminal), ale ostatecznie muszę przyznać, że to rewelacyjna gatunkowa robota, po którą powinni sięgnąć wszyscy fani komiksu – nie tylko superbohaterskiego. Dla mnie, jego ciąg zeszytów Daredevila to jedne z najlepszych albumów tego roku.



wtorek, 7 sierpnia 2018

Czarny Młot - Sherlock Frankenstein i Legion Zła. Jeff Lemire




Mam ostatnio farta do dobrych spin offów. Tym razem trafiła mi się seria poboczna cyklu „Czarny Młot” autorstwa Jeffa Lemire o której pisałem tutaj: klik.

Przypomnę, że w regularnej serii grupa superbohaterów została uwięziona w ciasnej rzeczywistości, którą stanowi farma i małe miasteczko. Autor korzystał w nim znakomicie z doświadczeń jakie zdobył pisząc obyczajowe powieści graficzne dziejące się na prowincji. W tym albumie celuje w kompletnie inne rejony. Komiks ten, to kilkuzeszytowa historia opowiadająca o losach córki tytułowego Czarnego Młota, która na własną rękę prowadzi śledztwo dotyczące zniknięcia jej ojca. Ślad niesie ją prosto do jego arcywroga – Sherlocka Frankensteinea, ale po drodze bohaterka pozna jeszcze kilku fantastycznie wykreowanych super-złoczyńców, za pomocą których Lemiere szalenie zabawnie fantazjuje na temat historii komiksu super-bohaterskiego. Wisienką na torcie jest postać byłego hydraulika Cthu-lou, którego opętała i zmuszała do czynienia zła istota wiadomej prominencji. Takie smaczki sprawiają, że bardzo przyjemnie obcuje się z tym albumem. 



Oprawą graficzną i barwami zajął się David Rubin. Mimo iż przy pracy kolorysty zabrakło genialnego Dave'a Stewarta (tak, to ten sam który nakładał barwy w „Hellboyu”), który zajmuje się oryginalnym „Czarnym Młotem”, to warstwa plastyczna na każdym poziomie udanie nawiązuje do regularnej serii i rysownikowi nie wiele można zarzucić. Grafika to trochę semirealizm, trochę cartoon, które idealnie pasują do prezentowanego przez Lemire groteskowego scenariusza. 



Komiks ten to świetna lektura dla fanów „Czarnego Młota”, ale tylko dla nich, bo nie ma co sięgać po ten album nie znając regularnego cyklu – to też rzecz jednak trochę mniej atrakcyjna od genialnej Plagi Żab którą nie mogę przestać się zachwycać klik, klik i którą z powodzeniem można czytać w oderwaniu od głównej serii. Sherlock Frankensteine to tylko miły przerywnik nieco rozbudowujący świat stworzony przez wyobraźnie Lemire, która jak się okazuje kipi od pulpowych bohaterów. Nie będę jednak ukrywał – ubóstwiam tą serię i zapewniam, że jeśli lubicie dobre komiksy to powinniście sięgnąć po historię o „Czarnym Młocie”. Wszystkie albumy cyklu zostają na mojej półce. Amen.


środa, 1 sierpnia 2018

BBPO: Plaga Żab Tom 2



Na księgarskie półki trafił w końcu bardzo oczekiwany przeze mnie drugi tom (trzeci licząc BBPO 1946-1948) spin offu „Hellboya”: „BBPO: Plaga Żab”. Seria opowiada o losach Biura Badań Paranormalnych, które po odejściu Piekielnego Chłopca, musi bez niego mierzyć się z tytułową „Plagą Żab”, czyli wzmożoną aktywnością quasilovcraftiańskich stworów, które coraz częściej zaczynają niepokoić Stany Zjednoczone. Wszystko zaczęło się na łamach regularnej serii i teraz jest jedynie twórczo rozwijane na łamach tego pobocznego wydawnictwa. 



Tym razem Mike Mignola, twórca regularnego cyklu o Hellboyu zajął się tylko nadzorem prac nad serią, a obowiązki scenarzysty przekazał Johnowi Arcudiemu. To był strzał w dziesiątkę, bo historie te nie tylko trzymają się kupy, ale swobodnie mogą konkurować z oryginalnym ciągiem zeszytów o Piekielnym Chłopcu. Seria o działalności Biura Badań Paranormalnych i Obrony, jest ewenementem na rynku, który udowadnia, że odcinanie kuponów od znanej marki wcale nie musi być tylko kiepską, wtórną franczyzą, bo wiele wnosi do uniwersum Hellboya. Powiem szczerze, że wciągnąłem się w te opowieści tak bardzo, że dziś nie wyobrażam sobie głównej serii bez tego co zaoferowało poszerzenie tej historii w BBPO. Znajdziemy tu całą galerię zajebistych bohaterów, których ni jak nie dało rozbudować się w regularnej serii. Również wątki rozpoczęte w pierwszych tomach Hellboya znajdują tu znakomite rozwinięcie i dziś wydaje mi się, że pozostawienie ich byłoby całkiem bez sensu.



Warto wspomnieć, że w tym tomie pojawia się kolejny nowy członek biura. Kapitan Bejamin Daimio, były komandos, ożywieniec który wrócił do życia po jakiejś nieudanej akcji zbrojnej – jego losy nie są do końca wyjaśnione, więc pewnie jeszcze wiele przed nami. Bohater ten staje się kluczową postacią akcji kręcącej się wkoło zaaranżowanej na wielką skalę wojnie z tytułowymi ludźmi-żabami oraz wzorem dla Rogera (czyli homonkulusa pracującego w BBPO), który dzięki jego wpływowi staje się znakomitym żołnierzem.

Większość tomu zilustrował Guy Davis i muszę przyznać, że jest znakomity w tym co robi. Jedynym jego grzechem jest to, że nie jest Mignolą, ale trzeba przyznać, że jest autorem o równie charakterystycznej kresce. W jego rysunkach jest coś europejskiego i wcale nie musi naśladować swojego wielkiego kolegi by jego prace wypadały znakomicie pod genialnymi kolorami Dave'a Stewarta. Bardzo proszę drodzy wydawcy – niech ktoś wypuści u nas „The Marquis”, autorską serię Davisa, bo coś mi mówi, że komiks który wyszedł spod ręki takiego artysty, to może być nie lada sztos. Zerknijcie tylko na przykładowe plansze, które wskazują, że mamy do czynienia z horrorową perełką : kliku klik


piątek, 20 lipca 2018

Transmetropolitan. Tom 2. Warren Ellis

Tekst pierwotnie ukazał się na stronach Wirtualnej Polski.  



Egmont hucznie świętuje 25-lecie słynnej amerykańskiej linii komiksowej dla dojrzałego czytelnika, która zmieniła oblicze medium – Vertigo. Na rynku znajdziemy więc już niemal wszystkie najważniejsze tytuły, które ukazały się w ramach imprintu przynależnego do oficyny DC Comics. Jednym z nich jest "Transmetropolitan" - słynna seria pisana przez poczytnego brytyjskiego scenarzystę Warrena Ellisa. Do księgarń trafił właśnie 2. tom tej opowieści.

  Mimo iż seria tworzona jest przez Anglika, to akcja rozgrywa się w USA, w niedalekiej, acz dystopicznej przyszłości. Głównym bohaterem jest Pająk Jeruzalem, postać wzorowana na słynnym, szalonym i prowokacyjnym dziennikarzu Hunterze S. Thompsonie. Aktywnym politycznie żurnaliście, twórcy stylu gonzo i legendarnej książki "Strach i odraza w Las Vegas". Jeśli znacie tę postać, to zapewne wiecie już czego się spodziewać – protagonista nie stroni od wszelkiej maści używek i pisze artykuły odważne w formie i treści (które, swoją drogą są w tym komiksie używane jako jeden ze środków narracyjnych). Mimo ekstrawagancji jest bohaterem proletariatu, nazwanego w tym tomie przez jednego z polityków "nowymi mętami społecznymi".  



Poprzedni album składał się z krótkich, luźno powiązanych ze sobą historii i skupiał się bardziej na problemie życia człowieka w stechnologizowanym świecie i zmianach kulturowych wymuszanych postępem. Ten album to jedna długa opowieść i tematycznie stawia głównie na politykę. Nadszedł czas wyborów, więc Pająk Jeruzalem chcąc, nie chcąc musi przystąpić do opisywania kampanii. Tego wymaga od niego wydawca, tego chcą czytelnicy. Czyni to niechętnie, tym bardziej, że jego rubryka jest wpływowa, i jeśli poprze któregokolwiek z polityków to może wpłynąć na wynik wyborów. Pająk nie ufa żadnemu z kandydatów, niemniej daje się wciągnąć w wyborczą grę, co może być ostatecznie opłakane w skutkach.  

Dostajemy więc do ręki dzieło dość nietypowe, bo komiksy traktujące o polityce można policzyć na palcach jednej ręki. Tylko pozornie jest to fantastyka naukowa, bo problemy poruszane przez jej pryzmat są bardzo aktualne, a temat jest podejmowany w taki sposób, że opowieść nie prędko się zestarzeje. Wiem, to ogólnie cecha dobrej fantastyki, niemniej w tym tomie futurystyczna otoczka jest niemal niedostrzegalna, a autora interesuje jedynie rola mediów w kampanii, proces społeczny jaki zachodzi w trakcie wyborów i jego konsekwencje – acz te w całej rozciągłości będą zapewne ukazane dopiero w następnych częściach.



  "Transmetropolitan" uznawany jest dziś za klasykę komiksu dla dorosłych. Mi też się podoba, doceniam wkład jaki seria wniosła w rozwój medium, ale chyba nie cenię jej aż tak bardzo jak inni recenzenci i nie czuję się wielkim miłośnikiem Ellisa. Tak, jego wizja mnie przekonuje, ale mam wrażenie, że mówi mi to, co już dawno widziałem: politycy są źli do szpiku kości i nie zawahają się przed niczym by dopiąć swego. Być może jest to jednak pozycja adresowana do trochę młodszego czytelnika? Do kogoś, kogo trzeba odrzeć z resztek złudzeń.


środa, 18 lipca 2018

Ludzie Północy Tom 1. Saga Anglosaska. Brian Wood.



Na 25 lecie Vertigo Egmont się rozszalał i rozpoczyna coraz więcej serii należących do tej linii wydawniczej. Na rynek trafiają nawet te pomniejsze, którym daleko jeszcze do uznania za dzieła klasyczne. Jednym z nich są właśnie „Ludzie Północy”, saga dziejąca się w czasach wikingów, pisana przez Briana Wooda.

Całkiem możliwe, że akurat ta seria klasyką się nigdy nie stanie, bo już teraz, na początku recenzji zaznaczę, że jest to tylko czytadło – dobre, solidnie narysowane, ale tylko czytadło. 



Na „Sagę Anglosaską” - bo taki nosi tytuł pierwszy tom opowieści - składa się pięć niepowiązanych ze sobą historii. Trudno wyróżnić którąś, bo wszystkie trzymają podobny, dobry poziom. Przyznam szczerze, że nie znam się na historii, ale Wood sprawia wrażenie pisarza który odrobił lekcje, bo bardzo sprawnie porusza się po datach i regionach w których dzieje się akcja, a ukazane przez niego plemiona tytułowych Ludzi Północy (a jest ich tu kilka) wydają się przedstawione dość realistycznie. Dodatkowo wszystkie zamieszczone tu historie są mroczne i brutalne, a ich bohaterowie bardzo dobrze zarysowani. To po prostu przyzwoita rzemieślnicza robota, która do zaoferowania ma wszystko co można by oczekiwać po takiej serii. Co prawda urok tej opowieści polega nie tylko na siekaniu ludzi przez wikingów, bo pojawiają się też waśnie rodowe i dramatyczne historie żywotów wojowników, ale to jednak tematyka – do niedawna bardzo mało było dzieł traktujących o tytułowych ludziach północy – jest największą zaletą tej serii, bo atmosfera panująca na kartach tego komiksu jest naprawdę zajebista. 



Każdą z zamieszczonych w tym tomie historii zilustrował inny grafik. Na liście płac znajdują się: Davide Gianfelice, Ryan Kelly, Dean Ormston, Marion Churchland, Danijel Zezelj. Kreska jest realistyczna i wszyscy autorzy prezentują dość wysoki poziom, a ich prace zunifikowały, ciemne komputerowe barwy, które dalekie są od kiczu jaki zazwyczaj prezentują rysunki pokolorowane w tej technice.

Jestem wielkim fanem wikingsploitation (czytaj: niskobudżetowych filmów o wikingach), więc łatwo było kupić sobie pozytywną reckę podstawiając mi pod nos „Ludzi Północy”. Niemniej, zapewniam, że jest to całkiem przyzwoity komiks, który ma szansę spodobać się przeciętnemu zjadaczowi chleba, który konwencję zna co najwyżej z „Thorgala”, czy serialu „Wikingowie”. Z niecierpliwością czekam na następne tomy (premiera dwójki we wrześniu) i fajnie, że cała seria ma zamknąć się w trzech grubasach. 


piątek, 13 lipca 2018

Wonder Woman. Tom 2. Greg Rucka

Tekst pierwotnie ukazał się na łamach Wirtualnej Polski


Sukces kinowego filmu o przygodach Wonder Woman musiał niedostatecznie wpłynąć na sprzedaż komiksów, bo na drugi tom serii pisanej przez Grega Ruckę przyszło nam czekać ponad rok czasu. Taka przerwa nie jest najkorzystniejsza dla tasiemców komiksowych, bo czytelnik najzwyczajniej zapomina co się działo wcześniej. Ja jednak pamiętałem najważniejsze – podobała mi się historia zaprezentowana przez Rucke, dlatego po drugi tom sięgałem z niekłamaną radością i dużymi nadziejami.

Zacznijmy od początku. Wonde Woman to wytwór fantastyczny lat 40. żeńska odpowiedź na Supermana i Batmana, z którymi zresztą tworzy drużynę Justice Legue – wraz z nimi stanowi trójcę będącą trzonem tej grupy. Na drugim poziomie to postać mitologiczna, wojownicza księżniczka, popleczniczka Ateny, pochodząca z Themysciry wyspy dzielnych Amazonek. W świecie ludzi znana jest jako Diana Prince i pełni rolę ambasadora swojej nacji. W opowieściach o niej, w tle przechadzają się więc nie tylko faceci w rajtuzach, ale i stworzenia mitologiczne i bogowie z antycznego, greckiego panteonu. 



Autor scenariusza do prezentowanego w tym tomie ciągu zeszytów, Greg Rucka słynie z tego, że w obrębie komiksowego medium tworzy bardzo przekonujące, pełnokrwiste kobiece portrety. Tym razem jednak nie miał zbyt wiele miejsca na popisanie się tym w czym jest najlepszy, bo najzwyczajniej opowieść przeładowana jest akcją. To dla mnie duży zawód, bo pierwszy tom skupiał się mocno na życiu zawodowym Diany i eksplorował inne wątki niż typowa superbohaterszczyzna.

Z drugiej strony trzeba oddać Ruce sprawiedliwość, że odrobił lekcję z mitologii, bo pierwsza i ostatnia odsłona zebranych w tym tomie historii mocno osadzone są w kontekście mitologicznym. Nie zmienia to jednak faktu, że wykorzystane tu postacie potraktowane są dość sucho, i ich pojawienie jest jedynie pretekstem do wielkiej zadymy.

Za warstwę graficzną albumu odpowiada kilku twórców. Są wśród nich nawet uznane nazwiska (np. Sean Phillips) ale komputerowe kolory tak zunifikowały całość, że trudno odróżnić prace jednego od drugiego. Element ten wypada więc jedynie poprawnie i nijako, acz trzeba przyznać, że wszyscy prezentują dobry rzemieślniczy poziom i od strony narracji obrazem czyta się ten komiks bez zgrzytania zębami.


Drugi tom Wonder Woman pisany przez Ruckę nie jest opowieścią dla mnie. W komiksie szukam autorskich i niebanalnych historii, a ta odsłona to do bólu naiwna superbohaterska bitka, która może zadowolić najwyżej zajadłych fanów trykotów. Akcja rozpisana jest od jednej walki do drugiej i po lekturze nie została ze mną żadna refleksja. Nie tak zapamiętałem pierwszą odsłonę tej opowieści i szczerze powiem, że nie wiem czy sięgnę po tom trzeci i dam Ruce jeszcze jedną szansę

środa, 4 lipca 2018

Wolverine. Tom 3. Jason Aaron.



Najpopularniejszy z Marvelowskich mutantów powraca w trzecim tomie pisanym przez Jasona Aarona. Poprzednie części przyjąłem dość chłodno (klik, klik), ta jednak podobała mi się znacznie bardziej. Jest krwawo, mrocznie i znakomicie od strony narracyjnej. Aaron musiał w końcu dostać zielone światło na odważniejsze historie, bo wysłał rosomaka tam gdzie ten jeszcze nie był, ale po kolei...

Niniejszy tom zaczyna się od miniserii w której główne skrzypce obok Logana odgrywa Peter Parker – Spider-man. To opowieść o podróżach w czasie, która zaczyna się w prehistorii, do której z niewiadomych powodów zostali wysłani nasi bohaterowie. To szalona, pełna zwrotów akcji historia, która prócz akcji napędzana jest humorem, który generuje zderzenie tych dwóch nieprzepadających za sobą bohaterów. Ta kilkuczęściowa opowieść to jednak jedynie przygrywka przed tym co czeka nas na następnych kartach tego albumu. 



W następnym ciągu zeszytów ciężar zostaje przeniesiony na zupełnie inne elementy fabularne i na pewno nie będzie nam już do śmiechu. Drugą część tomu stanowi opowieść o tym jak Wolverine trafił do piekła. Tak, takiego z diabłami i ogniem podpiekającym tyłek. Ktoś zesłał duszę Logana na wieczne cierpienia, a jego ciało wykorzystuje na ziemi do zabijania bliskich mu osób by wysłać je tam gdzie jest nasz bohater. Historia ta początkowo skupia się na dramatycznej ucieczce Rosomaka z piekielnego więzienia, a potem wewnętrznej walce o odzyskanie kontroli nad własnym ciałem, w którym zalęgły się bezwzględne demony.

Jak już wspomniałem we wstępie, poprzednie części średnio mi się podobały, w tej jednak czuć, że autor rozwija skrzydła i ma zamiar opowiedzieć nam coś lepszego, oryginalniejszego niż typowa super-bohaterska bitka. Wtajemniczeni wiedzą, że Aaronowi po drodze z tematyką biblijną, więc nic dziwnego, że świetnie ogrywa pomysł wysłania Rosomaka do piekła, serwując nam niebanalne bloki tekstów przedstawiające wewnętrzne monologi umęczonego bohatera – tym samym robi to w czym jest najlepszy, bo umówmy się, Aaron nie jest genialnym narratorem graficznym. Aaron jest genialnym pisarzem, który wybrał sobie (na nasze szczęście!) komiks jako medium. Swoją drogą przypomnę, że przygodę z opowieściami obrazkowymi zaczynał właśnie od Logana, bo w młodości wygrał konkurs na kilkustronicowy scenariusz o nim, co ośmieliło go i skłoniło do pisania swoich autorskich komiksów. 



Warto wspomnieć, że znakomicie wyszło mu też pisanie postaci Spider-mana i powiem szczerze, że chętnie zobaczyłbym go jako regularnego twórcę komiksów o Pająku.

Kocham Aarona za jego autorskie scenariusze („Skalp”, „Bękarty z południa”, ”Przeklęty”), ale po przeczytaniu dwóch poprzednich tomów Rosomaka przestałem wierzyć w niego jako rzemieślnika. Tym albumem udowodnił jednak, że w tej materii nie powiedział jeszcze ostatniego słowa, i bardzo się cieszę, że dałem mu trzecią szansę. Na półce czekają na mnie Thory jego autorstwa, które zgarnąłem z jakiejś wymiany. Do tej pory nie miałem ochoty po nie sięgać, ale teraz patrzę na nie przychylniej i chyba niedługo dam im w końcu szansę. 


środa, 27 czerwca 2018

Rapp. Zaginione dzienniki Tesli. Jeff Smith




Znów wrzucam na ruszt komiks jednego z gości tegorocznej Komiksowej Warszawy. Tym razem jest to opasła powieść graficzna autorstwa Jeffa Smitha, twórcy słynnego „Gnata”.

„Rapp. Zaginione dzienniki Tesli”, bo o niej mowa, to opowieść science fiction, która jest zakręcona jak świński ogon. Poznajemy w niej złodzieja dzieł sztuki, który dzięki specjalnej, przenośnej maszynie podróżuje między wymiarami by łatwiej mu było uciec i opchnąć towar. Tak się też składa, że nasz bohater jest w posiadaniu zaginionych notatek Nikolaia Tesli i na drugim poziomie to opowieść czerpiąca garściami z teorii spiskowych, bo śladem naszego protagonisty rusza rząd, który chce zagarnąć te materiały by wykorzystać je w niecnych celach. Nie będę Wam zdradzał wszystkich smaczków, ale w trakcie swojej opowieści Smith odkrywa jeszcze wiele kart (zarówno tych związanych z podróżami między wymiarami, projektami Tesli jak i dotyczących życia naszego bohatera), dzięki czemu trudno się nudzić podczas lektury.




Mimo iż jest to opowieść na pewnym poziomie traktująca również o Tesli to o dziwo zabrakło tu niezwykle modnego retrofuturyzmu, który pojawia się zazwyczaj w opowieściach o tym słynnym naukowcu. To raczej komiks w konwencji przypominającej „Z archiwum X” i myślę, że najbardziej spodoba się miłośnikom teorii spiskowych. Swoją drogą Smith bardzo sprawnie dawkował elementy fantastyczne, dzięki czemu można ten komiks odbierać jako dramat o facecie z problemami (z alkoholowym na czele). Łatwo się utożsamić z głównym bohaterem, który jest bardzo przyzwoicie napisaną postacią. Jest tu też trochę z dzieł Philipa K. Dicka, gdyż na pewnym poziomie jest to kryminał w stylu noir połączony z fantastyczną opowieścią o rozpadającym się świecie. Tak, to wielowątkowa opowieść, mająca wiele warstw i przez to jest trudna do jednoznacznego sklasyfikowania.

„Rapp” nie jest zły od strony graficznej, ale zabrakło mi tego co najbardziej lubię w stylu rysunków Smitha – cartoonowości, którą w „Gnacie” reprezentowali tytułowi bohaterowie. Tu wszystkie postacie rysowane są semirealistyczną kreską. Od strony sekwencyjności to bardzo dobra robota udowadniająca, że Smith jest „komiksowym zwierzęciem”, które znakomicie rozumie język medium. Zapewne niejednego czytelnika mogą zachwycić jego możliwości opowiadania obrazem, na mnie jednak zrobił umiarkowane wrażenie, bo miałem w pamięci to co pokazał w pierwszych tomach „Gnata” - mam na myśli elementy narracyjne przeszczepione niejako z animacji, imitujące ruch. Niemniej również w ostatnich odcinkach swojej epopei Smith już prezentował inny rodzaj narracji obrazem, więc to pewnie efekt tego, że jego styl ewoluował w inną stronę. Trochę mi szkoda tego elementu, bo sprawiał, że warsztat tego autora był unikalny.

Oryginalnie komiks ukazywał się w czerni i bieli – my dostajemy wersję koloryzowaną. Mnie osobiście te kiczowate komputerowe barwy nie zachwycają i dam sobie łeb uciąć, że w pierwotnej wersji komiks prezentuje się lepiej. Koloryzowanie wyszło znacznie gorzej niż w „Gnacie” (w którym barwy bardzo mi się podobają, bo podkreślają bajkowość tej historii) i z racji tego, że to opowieść poniekąd w konwencji noir to wydaje mi się, że tym razem rysunki Smitha powinny być podane w wersji sauté.

Być może tytuł ten nie pojawi się w większości podsumowań roku, bo nie jest to rzecz wybitna, ale zaręczam, że to dobra opowieść warta kilku godzin z Waszego życia. „Rapp” jednak nie jest „Gnatem”, którym Smith na zawsze zapisze się w historii komiksu. I w gruncie rzeczy to jest największym problemem tego albumu. No ale nie każdy komiks musi być kamieniem milowym w historii medium.

czwartek, 21 czerwca 2018

100 Naboi. Tom 2. - Azzarello. Risso.



Wyobraźcie sobie, że pewnego dnia zjawia się u Was tajemniczy gość. Wręcza Wam walizkę pełną pocisków i namacalne dowody przeciwko komuś kto spierdolił Wam życie. Pociski są nierejestrowane, więc będziecie mogli ich użyć by się bezkarnie zemścić – zero zagrożenia wykrycia sprawcy, co więcej gdy na miejscu zostanie znaleziony tego typu nabój policja porzuci śledztwo. Seria ma wielu bohaterów, ale łączy ich wszystkich fakt, że odwiedził ich koleś z walizką a fabuła przedstawia konsekwencje tej wizyty, która bezpowrotnie zmienia ich życie. Jak się później okazuje, sprawa ma globalne konsekwencje i zamieszani są w nią wysoko postawieni ludzie.

Scenarzysta Brian Azzarello dba o to by lektura była urozmaicona i sięga po różne style wywodzące się z konwencji sensacyjnej. Znajdziemy tu zarówno zeszyty traktujące o teoriach spiskowych(tajemnicza wszechmocna organizacja), uliczną gangsterkę z czarnuchami i meksykanami jak i mocne, do bólu mroczne i nihilistyczne noir z zadziornym detektywem-straceńcem w roli głównej. Do tego dochodzą świetnie napisani bohaterowie, którzy są stawiani przed ciężkimi wyborami i zawsze – jak to w noir – ładują się w niezłe gówno. Do tej pory nie byłem wielkim fanem tego scenarzysty, ale muszę przyznać, że ten komiks jak na razie – słyszałem że im dalej w las tym Azzarello się bardziej gubi – nie ma słabych punktów i lektura sprawiła mi niesamowitą frajdę. Jak dla mnie „100 Naboi” to prawdziwa petarda i powiem szczerze, że drugi tom jest jeszcze lepszy niż pierwszy.




Stałym grafikiem serii jest Argentyńczyk Eduardo Risso. To prawdziwy mistrz komiksu, który genialnie pasuje do ilustrowania serii dziejącej się w asfaltowej dżungli i nie dziwię się, że za swoją pracę zgarnął cztery nagrody Eisnera. To twórca o niepowtarzalnym stylu a jego kreska prócz tego, że jest bardzo dynamiczna to zawiera jeszcze pewne wpływy graffiti co tylko podbija urbanistyczną atmosferę tej opowieści. No i to jak Risso rysuje kobiety... to coś niesamowitego, bo portretowane przez niego samiczki można by łyżkami jeść. Niby są to proste rysunki, a zawierają w sobie tyle seksu i zmysłowości, że klękajcie narody. Nawet gdyby fabuła kulała – a na szczęście nie kuleje – to warto byłoby mieć ten album tylko dla jego rysunków. Chętnie przytuliłbym jakiś erotyk jego autorstwa i zdaje się, że chyba ma jakieś na swoim koncie, bo w początkach kariery publikował prace w periodyku pod wdzięczną nazwą Eroticon.

Jak już wspomniałem, słyszałem opinie, że w późniejszych tomach Azzarello obniża loty, ale na razie tego nie czuć. Dla mnie ta seria to zdecydowanie czołówka tego co możemy znaleźć pod flagą Vertigo. Jeśli mam być szczery to uważam, że„100 Naboi” to pozycja obowiązkowa nie tylko dla miłośników noir ale dla każdego fana komiksu.

Clifton - Bedu. Turk. de Groot.




Na początku należy Wam się wyjaśnienie z czym mamy do czynienia, bo jest z tym trochę zamieszania. Humorystyczno-detektywistyczna seria „Clifton” liczy sobie już kilkadziesiąt lat i pierwotnie była publikowana w odcinkach na łamach magazynu Tintin. Na przestrzeni lat tworzyli ją różni artyści. Nas interesuje jeden okres, ten kiedy serię ilustrował gość tegorocznej Komiksowej Warszawy, twórca genialnej serii „Hugo” – Bedu. Zaprezentowano nam więc tylko wyrywek serii. Zdecydowano się na to prawdopodobnie tylko dlatego, że Bedu ma dość skromny dorobek. Z racji tego, że wydawca musiał zaprezentować cały tom wyrwany z większej kolekcji do albumu załapał się też odcinek rysowany przez artystę o pseudonimie Turk.

„Clifton” to opowieść o emerytowanym pułkowniku sił powietrznych, który prywatnie ma nietypowe hobby – jest detektywem amatorem. Bohater jest do bólu angielskim, zblazowanym gentlemanem, który na kartach tego komiksu rozwiązuje przeróżne śledztwa. Co rusz ładuje się w jakąś kabałę, która jest najczęściej źródłem wielu komicznych sytuacji. Scenom humorystycznym sprzyja też wyolbrzymiony charakter protagonisty i wszelkie przywary kojarzone z angielskim mieszczuchem z obowiązkowym tea time o 17 na czele. 



W zbiorze prezentowanym przez Egmont znajdziemy cztery albumy napisane przez scenarzystę podpisującego się Bob de Groot. Mimo iż w każdym tomie bohater rozwiązuje jakieś śledztwo to fabuła poszczególnych części dość mocno różni się od siebie. O dziwo więc brak tu sztampy charakterystycznej dla opowieści detektywistycznych – to się chwali. Nie zmienia to faktu, że nie jest to lektura która przyprawi Was o szybsze bicie serca czy sprawi, że uśmiejecie się do rozpuku. Niemniej to nie ze względu na fabułę został u nas wydany ten album, a ze względu na rysunki Bedu – a te są po prostu niesamowite.

Mimo iż autor musiał trzymać się pewnego charakterystycznego dla tej serii szablonu to zostawił w tych planszach dużo swojego stylu. Nie tylko znakomicie rysuje karykaturalne, kreskówkowe postacie ale też wiele pracy wkłada w fantastycznie odtworzone tła przedstawiające angielską prowincję. Ilustruje też sceny dziejące się w czasie drugiej wojny światowej(ukazane w retrospekcji), powietrzne samolotowe bitwy, ciśnie realistycznie samochody i inne pojazdy. I w sumie, mimo tego, że album stworzony przez Turka jest tu potrzebny jak koszula w dupie to dobrze, że pojawił się w tym zbiorze, bo na jego tle dopiero widać jak genialnym rzemieślnikiem jest Bedu i że mało kto mógł mu w tamtych czasach (mówimy o latach 80) podskoczyć. Jego rysunki mają w sobie dużo przestrzeni, znakomitego kadrowania i nie są tylko zabawnymi ludzikami postawionymi na tłach, a ilustracjami prezentującymi świat tętniący życiem. Ten komiks udowadnia dobitnie, że Bedu jest artystą jedynym w swoim rodzaju.



W ostatecznym rozrachunku album z przygodami „Cliftona” nie jest arcydziełem czy żelazną klasyką. Sięgnąć po niego powinni na pewno miłośnicy frankofońskiego komiksu humorystycznego (Iznogud, Gaston, Asterix itd.), ale innych czytelników może zawieść, bo daleko mu do wydawniczej petardy którą każdy musi mieć na półce. Drugą grupą której spodoba się ten album są na pewno fani Bedu, acz muszę zaznaczyć, że od strony fabularnej to coś diametralnie innego i daleko temu komiksowi do genialnego „Hugo”, który pozostanie opus magnum tego autora.