wtorek, 14 listopada 2023

Monica. Daniel Clowes

  


 Są na rynku komiksowym takie nazwiska, które nie potrzebują reklamy. Daniel Clowes to stary wyjadacz i żywy klasyk, którego najnowsze dzieło stanowi nie lada kąsek dla miłośników opowieści rysunkowych. Niebezpieczeństwem dla artystów mających na swym koncie arcydzieła jest to, że będą z nimi porównywane ich najnowsze prace. „Mocnica” zawiera w sobie większość tendencji, które amerykański twórca rozwijał przez cały swój dorobek. Nie da się jednak nie zauważyć subtelnych zmian w sposobie opowiadania. Clowes wciąż szuka nowych rozwiązań narracyjnych dla swoich zawikłanych postaci i historii. 

    „Monica” - ponad 100 stron w dużym formacie podzielonych na 9 rozdziałów, z których kilka jest oddalonych od głównego nurtu opowieści. Nie przechodzi się przez ten komiks szybko. Warstwa tekstowa wydaje się tu niejednokrotnie dominującą. Moją uwagę, a propos samego wydania, zwrócił papier – nie błyszczący, kredowy – tylko matowy, bardziej szlachetny (satynowy?), w rozdziałach dygresyjnych pożółkły, od którego nie odbija się światło lampki, pod którą czytamy. Dokłada to swoją małą cegiełkę do zbudowania atmosfery komiksu sprzed lat. Mamy wrażenie jakbyśmy wygrzebali jakiś ukryty, zakurzony skarb.

    Opowieść zaczyna się od krótkiej historii świata, która zajmuje całe dwie strony. Następnie przechodzimy do okopów wojny w Wietnamie, gdzie poznajemy niedoszłego ojca Moniki, aby po chwili znaleźć się w Stanach. Tam będziemy śledzić losy Penny, matki tytułowej bohaterki. Kontekst czasu i miejsca akcji jest – nawet bardziej niż zwykle u Clowesa – bardzo istotny. Ameryka, lata 60' – rewolucja seksualna, dragi, totalne pogubienie ideologiczne i mentalne. Penny regularnie zmienia partnerów, nie jest w stanie zdecydować, co tak naprawdę czuje i czego chce. W końcu na świat przychodzi Monica. To jej narrację będziemy czytać w prostokątnych ramach kadrów. Całą historię życia.

    Ogólnie nie są to łatwe sprawy. Autor „Ghost World” zdążył nas już przyzwyczaić do budowania opowieści wielopiętrowych, zawiłych, niewyjaśnionych – nad którymi unosi się aura tajemnicy oraz czegoś głęboko demonicznego. Monica jako już dorosła osoba poszukuje klucza do wyjaśnienia swojego w życia. Czytelnik śledzi ciąg rzuconych na karty komiksu retrospekcji, introspekcji, spekulacji. Złowrogie sekty - sekrety matki – porzucenie – odrzucenie – utrata - nieznany ojciec - trudna młodość. Bohaterka prowadzi śledztwo niczym w filmie noir, jednak gdy elementy układanki zaczynają zbierać się do kupy, nastaje wątek, który kompletnie zaburza fabułę i poszukiwanie sensu trzeba zacząć od nowa. 

    Monica to postać typowa dla bohaterów Clowesa. Introwertyczna, lekko zaburzona, niepewna swoich reakcji oraz tego kim jest. Ten głęboki niepokój tożsamościowy legitymizuje pojawianie się dziwnych, nierealnych incydentów, o których nie wiemy, czy zdarzyły się naprawdę, czy są owocem fantazji i fobii narratorki. Głównym problemem, jaki wyłania się z lektury omawianej powieści graficznej, jest samotność i brak perspektywy zbudowania trwałej więzi z drugą osobą. Stanowi to pokłosie „wolnościowych” poszukiwań pokolenia, które żyło w latach 60'. Jedyną nadzieję stanowi terapia, głębokie przepracowanie tematu, poukładanie sobie w głowie. Ostatecznie należy odrzucić to co było i nastawić się na realizację własnej osoby. Tylko czy to nie kolejna iluzja? 

    Clowes - co nie dziwi - także i w swym najnowszym dziele romansuje z dawną estetyką. Jednakże klisze oraz pewna doza kiczu pełnią u niego rolą inną niż rozrywkową. Pokrywają one lęk metafizyczny, który bohaterowie nie potrafią w inny sposób wyartykułować. Autor Miotacza śmierci nie po raz pierwszy wykazuje, że nasze życie na ziemi jest czymś cholernie dziwnym, mrocznym i nieprzewidywalnym (choć naznaczonym klątwą). Pełne zrozumienie siebie i swojej życiowej roli jest w tej perspektywie kompletnie skazane na porażkę.

    Jeśli czytałeś poprzednie pozycje amerykańskiego rysownika, wiesz jakiej szaty graficznej się spodziewać. Tutaj - jak zresztą w każdej innej jego pracy - jest ona poddana drobnej korekcji dyktowanej charakterystyką opowieści. Można bowiem powiedzieć, że Daniel Clowes wciąż robi jeden komiks, jednak te subtelne zmiany świadczą o tym, że nie jest to do końca prawda. „Monica” na tle poprzednich albumów wypada dosyć poważnie, mimo obecności - stałej u autora - mrocznej groteski. Muszę przyznać, że czasami czułem się nieco przytłoczony nadmiarem tekstu. Rozumiem konieczność takiego zabiegu oraz jego świadome użycie przez twórcę tak bardzo już doświadczonego. Chodziło mu zapewne o sugestywny obraz bohaterki, która przeprowadza nieustanną wiwisekcję swoich stanów psychicznych. Pewne myśli wracają jak mantra, ale wciąż rozbijają się o nieprzekraczalną ścianę, stąd nieustanne ich wałkowanie, chwiejność osobowości. Nie ukrywam, że jednak w pewnych momentach komiks zaczął mnie nieco nużyć, a protagonistka drażnić. Niemal brak tu „czystego komiksu” czyli kadrów bez dymków, lub z ich niewielką ilością, w których rozgrywałaby się jakaś akcja. Mamy za to sporo literatury. Na szczęście całkiem dobrej.

    Po Monicę sięgną wszyscy fani Clowesa, wszak jest to artysta, który wyhodował sporo epigonów, poszerzając możliwości narracyjne medium komiksowego. Wg mojej opinii nie jest on jednak równy, gdyż robi komiksy dobre oraz wybitne. Ten jest „zaledwie” dobry (podobnie jak np. „Miotacz śmierci”). „Niczym aksamitna rękawica odlana z żelaza” wyznaczyła górną poprzeczkę, do której trudno jest doskoczyć. Pamiętajmy jednak, że mimo pewnych podobnych wątków – tajemne rytuały, sekty, teorie spiskowe – ambicje powieści graficznej „Monica” są odmiennego rodzaju. Być może nie do końca je rozszyfrowałem, ale mimo to jestem w stanie stwierdzić, że zetknąłem się z pozycją niebłahą, która stanowi interesujące wyzwanie intelektualne dla czytnika.  
 

Autor: Jakub Gryzowski

Zjawiskowa She-Hulk. John Byrne.

 


Komiksy mają sprawiać przyjemność i radość. To dość logiczne, ale niekiedy o tym zapominamy, zagłębiając się w kolejne przyciężkawe, mroczne, nieraz awangardowe utwory. Jasne, choć opowieści obrazkowe to nie tylko radosna pulpa, czasem i coś lekkiego trzeba wrzucić na ruszt. Nie warto się ograniczać do jednego nurtu, bo komiksiory mają wiele do zaoferowania. Nawet te od często wyszydzanego i odsądzanego od czci i wiary Marvela. Ta pozycja jest tego najlepszym dowodem.


„She Hulk” Johna Byrne na jednym poziomie jest radosną rozrywką nieaspirującą do bycia niczym innym. Na drugim to jednak zegarmistrzowska robota niekwestionowanego maestro komiksu jakim jest bez wątpienia ten autor. Alan Moore powiedział kiedyś (w kontekście nadużywania określenia „graphic novel”), że ten komiks to dno i metr mułu. Nigdy go chyba jednak nie czytał, bo nie wyobrażam sobie, jak można nie docenić tej misternej roboty.


Owszem, od strony treści dostajemy komiksowy sitcom, szaloną kreskówkę ze stajni Marvela, ale prezentowane przez Byrne’a wykonanie i zrozumienie języka tego medium wykracza daleko poza uroczą pulpę, jaką niewątpliwie jest też ten album na pierwszym planie. Opowieść o kuzynce Bruce'a Bannera, która zyskała super-moce po transfuzji krwi od krewniaka to prosta rozrywka z obowiązkowymi wieloma występami gościnnymi i niedorzecznymi złolami w kalesonach, ale Jezu na patyku! Jak to jest opowiedziane! Ileż w tych postaciach faktycznego życia, ileż odwagi przy sposobach snucia historii, łamania symbolicznej czwartej ściany i niebywałej lekkości stylu – zarówno od strony graficznej jak i literackiej, które po mistrzowsku się uzupełniają.


Rysunkowo to kosmos, bo Byrne pociskał na pełnej kurwie i był wtedy w mistrzowskiej formie. Mimo iż wykorzystuje zupełnie inne tła niż w typowej super-bohaterskiej sieczce (z czego się zresztą samoświadomy nabija), to zdecydowanie przykuwa oko czytelnika. Stężenie pop-artu w pop-arcie, jakie autor tu osiąga, jest niesamowite. Być może wielu rysowników kręciło się stylistycznie w podobnych rejonach, ale jeśli miałbym wskazać tylko jednego ulubionego gościa od kiczowatego super-hero, to byłby to właśnie on (albo, szukając w zupełnie innych rejonach, J. H. Williams III, ale to temat na inną dyskusję).


Marvel wielokrotnie zasłużył na bęcki, produkując sporo tasiemców (czy to komiksowych czy filmowych), które nie mają wiele do zaoferowania szukającemu inteligentnej rozrywki czytelnikowi. Niemniej „She Hulk”, mimo swojej lekkości gatunkowej, nie należy do dzieł złych czy głupich. Najlepiej świadczy o tym ten zachwyt nad możliwościami medium, jaki widać w pracach Byrne'a, zrozumienie konwencji kalesoniarskiej i wykorzystanie jej komediowego potencjału. Takie dzieła naprawdę rzadko się zdarzają i porównałbym to, co autor zaprezentował w tej szufladzie, do tego, co z fantasy robił w „Gnacie” Jeff Smith. To dzieło tego kalibru.


niedziela, 12 listopada 2023

Batman. Nie tylko biały rycerz.



Ja wiem, że pierwszy rozdział „Białego Rycerza”, pomimo sukcesu sprzedażowego, nie każdemu się tak totalnie podobał. Z drugim było nawet troszeczkę gorzej, ale świadom wszelkich wad obu historii przytuliłem je do swego batmanolubnego serduszka, bo miały coś do powiedzenia. Zaczęliśmy od nowego, względnie oryginalnego sposobu na niemalże karykaturalne podkreślenie faktu znanego każdej w miarę nawet rozsądnej osobie – Batman, jako koncept, średnio się sprawdza w roli sposobu na zakończenie wszelkich trosk miasta wypełnionego zbrodnią. Kontynuacja za to starała pokazać nam, czym taki odziany w mrok mściciel mógłby być i zakończyła w eleganckim stylu karkołomną karierę trykociarską Bruce’a Wayne’a. No tyle że nie zakończyła, bo Sean Murphy musiał nam przedstawić jeszcze najważniejszą lekcję: jak coś się sprzedaje, to komiksowi hegemoni wydoją to do cna.

 
Mały skrót fabularny, bo jeśli nie przyjrzeliście się okładce, to dosłowne tłumaczenie tytułu mogło zbić was z tropu. Oryginalnie historia nazywa się „Beyond the White Knight” i tak, rozchodzi się o białorycerską reinterpretację motywów z kultowego „Batman Beyond”. Dlaczego więc nie „Biały Rycerz przyszłości”? Nie wiem, może komuś to brzmiało głupkowato, ale schodzę z tematu. Rzecz rozgrywa się dwanaście lat po ostatecznym starciu z Azraelem i wyjawieniu prawdy o Gacku ludziom z Gotham. Bruce nie może spokojnie cieszyć się emeryturą w więzieniu, w którym namierzenie chętnych na wpierdziel rzezimieszków przychodzi mu dużo łatwiej. Jego mądra decyzja i wszystkie poświęcenia najwyraźniej kija dały. Gotham cierpi pod jarzmem jednostek paramillitarnych, a aktywa Wayne’ów przejął oszalały megaloman. Na szczęście przyjaciele tylko czekają (właściwie nie wiem czemu czekają) aby ruszyć dupę i stanąć naprzeciw złu ponownie męczącemu ich miasto.

Może już trochę widzicie, w czym jest problem. Dla czytelników poprzednich historii z tego uniwersum powinno być to w miarę oczywiste. Wszystko w „Nie tylko Biały Rycerz” nie mogło by się wydarzyć, gdyby droga przebyta wcześniej przez dosłownie wszystkich bohaterów miała jakiekolwiek znaczenie. Murphy, łasząc się na zarobek albo pod naciskami szefostwa, wypróżnił się na rzadko na swoje decyzje scenariuszowe z wątków poprzedzających ten akcyjniakowy dramacik i cudem tylko udało mu się weń wcisnąć jakąś wartość. Batman z marszu zapomina tutaj o pracy zespołowej, bo wymyślenie mu innej nauczki na potrzeby tego albumu byłoby zbyt trudne, jego epickie poświęcenie i pierwszy logiczny krok w kierunku poprawy sytuacji miasta zdały się na nic, a połowa obsady pobocznej (z Dickiem na czele) zachowuje się tak, jak wymaga od nich dramaturgia narracji. Wszystko, co do tej pory zbudowano w uniwersum „Białego Rycerza” tutaj poszło się walić, w zamian dostajemy grupowe mordobicie w dystopijnych okolicznościach oraz motyw podpatrzony najpewniej z „Cyberpunka 2077”.

 
Bo widzicie, wybaczcie drobny spoiler, komiks odcinający bezwstydnie kupony przynajmniej z dwóch już kultowych serii nie mógłby zmarnować okazji na maksymalną kapitalizację potencjału, Joker musiał w jakiejś formie wrócić. Tym razem jako implant we łbie Bruce’a. Wyjątkowo wybaczam, bo relacja tej dwójki jest jednym z głównych plusów tomu. Bywa zabawnie, bywa absurdalnie nawet w żenujący sposób, ale frajda ze śledzenia dynamiki tego wątku o dziwo nie kiśnie. Usatysfakcjonowało mnie też ogromnie rozwinięcie związku Nietoperza z Harley. W tym przypadku to totalny fanservice, przyznaję, chemia niecodziennych gołąbków od początku wydawała mi się jednak naturalna, więc wspieram ten populistyczny ship całym sercem. Poza tym „Nie tylko Biały Rycerz” to zadowalająca nawalanka superbohaterska w klimacie mrocznego futuryzmu. Może i klawo, ale niezależnie od waszej opinii na temat poprzednich etapów trzonu fabularnego tego alternatywnego uniwersum, wcześniej Sean Murphy mierzył wyraźnie wyżej.

Przynajmniej graficznie nie obniżył lotów. Pod pewnymi względami jest nawet lepiej, bo podobnie do spin-offu z Harley w roli głównej, tutaj kolory również położył bezbłędny mistrz absolutny tego fachu, czyli Dave Stewart. Niezmiennie podziwiam to, jak ten człowiek zawsze doskonale wie, kiedy zagrać delikatną zmianą tonacji, a kiedy ciepnąć mocny kontrast, utrzymując jednocześnie równowagę i atmosferę stron. W odróżnieniu od tamtego albumu tutaj jednak za rysunki nadal odpowiada sam Murphy, więc zwolennicy jego charakterystycznej, dynamicznej krechy i nieco kanciastych sylwetek będą zadowoleni. Ja jestem, ilustracje w tym albumie pomogły mi bardzo w przebrnięciu przez fabułę, w której autor nie szanował własnego dorobku. Przynajmniej możemy sobie popatrzeć, jak w zręcznie rozrysowanych sekwencjach drobne kadry wypełnione ruchem przechodzą w gustownie skomponowane ilustracje o większym rozmachu. Po przeczytaniu kilkunastu komiksów z rysunkami Murphy’ego trochę zaczyna mi co prawda przeszkadzać powtarzalność rysów twarzy wychodzących spod jego ołówków, ale to drobiazg przy bardzo miłym dla oka całokształcie.

Typowe w naszym superbohaterskim piekiełku, znowu dostajemy komiks rozrywkowo zadowalający, ale w gruncie rzeczy zupełnie zbędny. Gdybym był złośliwy, uznałbym „Nie tylko Biały Rycerz” za kontynuację wręcz szkodliwą względem poprzedników, ale w sumie nawet pomimo jej całkowicie olewczego stosunku do wypracowanych wcześniej wartości bawiłem się nieźle. Szczera trója z minusem za akcję, czwórka z dużym plusem za rysunki i pała za rozczarowanie. Wcześniejsze tomy przynajmniej wyróżniały się bowiem w morzu miałkich i jednakich komiksów o Gacławie tłuczącym się po gębach z kosmicznymi potęgami, rzadko ostatnio dostajemy tytuły naprawdę godne zapamiętania. Za rozwodnienie takiego potencjału zawsze będą należeć się baty.

 

Autor:Rafał Piernikowski

 

piątek, 10 listopada 2023

Luther Strode. Justin Jordan/Tradd Moore

 


Postmodernizm na pełnej kurwie. Superbohaterski komiks, w którym czuć echa zarówno „Kick-Assa”, „Invincible” jak i „Dragon Balla”. Rzecz napędzana brutalnością i dużą dawką gore. Niestety opowieść nie dorasta do swoich inspiracji. „Luther” nie jest zabawny jak „Kick-Ass”, nie znajdziemy tu tak sprytnie ogranych schematów jak w „Invincible”. Może faktycznie najbardziej goni graficznie za „Dragon Ballem”, komercyjną mangą i anime? Dodatkowo fabuła została uproszczona nieporadnie wykorzystanym wątkiem mitologicznym.


Przyznam szczerze, tak brutalnego komiksu superbohaterskiego nie czytałem od czasu „Black Summer” Warrena Ellisa i Juana Jose Rypa. To komplement z mojej strony, bo lubię krwawe dzieła sztuki. O ile jednak tamten komiks, prócz graficznego okrucieństwa, był dziełem mocno upolitycznionym, to „Luther Strode” jest produktem zupełnie o niczym albo coś mi umknęło podczas tej lektury. To zbiór efektownie narysowanych walk, poza nimi może jeszcze wątki rodzinne grają jakąś ważną rolę w całej historii. Mimo iż wszystko zaczyna się z street-levelovego poziomu, to bardzo szybko przeistacza się w nieczułą, super-bohaterską pulpę, która nie ma do zaoferowania wiele ponad akcję. To fabularna wydmuszka, a kolejne wydarzenia przestają czytelnika zupełnie obchodzić. Bohaterowie są płascy i nudni. Najfajniejszą cechą tytułowego Luthera są trzy plakaty w jego pokoju. Wyczytamy z nich, że ma dobre gusta filmowe i to jedyne, co o nim się dowiemy ciekawego. Ok, stary lał jego mamę i był ogólnie złym człowiekiem. Luther stara się być jego przeciwieństwem, ale czy coś z tego wynika ważnego dla fabuły? Moim zdaniem to niewykorzystane wątki.


Umówmy się, nie rozmawialibyśmy wcale o tym komiksie gdyby nie grafiki Tradda Moore'a. To on tu jest gwiazdą przedstawienia. Co ciekawe, to nie jest typowy mainstreamowy wyrobnik, który rysuje w efektownym stylu zerowym. Jego krecha może irytować, niektórzy uznają jego narrację obrazem nawet za momentami nieczytelną, ale można też przepaść w jego drobiazgowych ilustracjach sięgających korzeniami do body horroru. To takie sprytne połączenie wspomnianego „Dragon Balla” czy jak kto woli mainstreamowej mangowości, komiksu niezależnego (takiego ze współczesnym autorskim sznytem) i mocnego gore. Niemniej fabularnie są to biedne schematy, powielane do bólu i bez większego uroku.


Moim zdaniem autorowi scenariusza Justinowi Jordanowi brak talentu literackiego i pomysłów. Zderzy się ze ścianą, gdy zacznie robić coś bez Tradda Moore'a, bo to on niesie cały ten komiks na swoich barkach. Szybko się to czyta, to zdecydowany plus, bo Jordan jakby widział, że niewiele tu da radę zdziałać więc  nie męczy ścianami tekstu. Wiedząc, że grafik jest tu głównym atutem, narracją uczynił zlepek potyczek Luthera z jego antagonistami zostawiając rysownikowi pole do popisu.


Na plus zasługuje świetne wydanie, co jest standardem w stajni Nagle! Comics. Nie przeszkadza mi nawet miękka okładka. Cieszą liczne dodatki.


„Luther Strode” to fajnie narysowany, gruby komiks, który jednak nie jest dziełem dla wszystkich. Jego osobność na poziomie graficznym jest niewątpliwą zaletą, ale to trochę za mało, by skraść mi serce. Nie chciałbym być nie fair wobec twórców, a przynajmniej wobec Moore'a, bo włożył wiele pracy w warstwę rysunkową, ale niestety nie kupuję tej fabuły.

 

niedziela, 5 listopada 2023

Wyznania Maski czyli V jak Vendetta (1982–1985, 1988–1989)


 

 

 Tekst pierwotnie ukazał się na łamach Rocznika Fantastycznego 2023.

„V jak Vendetta” to komiks otoczony legendą. Przez lata, gdy z powodów prawnych nie mieliśmy dostępu do „Marvelmana/Miraclemana”, uchodził za pierwszy wielki popis umiejętności pisarskich Alana Moore'a dostępny do wglądu dla szarego czytelnika, za rzecz wybitną i kompletną na zarówno poziomie fabularnym jak i graficznym. Mimo iż jest to do bólu brytyjski komiks, (przynajmniej u genezy) to wykroczył poza swój rynek i uchodzi za światowe arcydzieło w obrębie całego medium, jedno z jego szczytowych osiągnięć stawiane w jednym rzędzie z takimi zaangażowanymi dziełami jak „Maus” Arta Spigelmana czy „Umowa z Bogiem” Willa Eisnera. Wszystko to stało się jednak z pewnym opóźnieniem, już po romansie Moore'a i Davida Lloyda z brytyjskim magazynem „Warrior”, który upadł zanim historia łotrzyka stawiającego czoło całemu totalitarnemu państwu dobiegła końca. „V jak Vendetta” wydano w drugiej połowie lat 80. w Stanach w dziesięciozeszytowej miniserii, wtedy ją również dokończono i pokolorowano. Dzięki temu historia dotarła do szerszego grona odbiorców w takiej formie, w jakiej dziś ją znamy. Obecnie w wydaniach zbiorczych, sprzedawanych w niezliczonych ilościach egzemplarzy, obiega świat i dotyka do głębi ludzi z różnych miejsc na Ziemi, których lektura zastała w nieciekawych czasach. Prowokuje do buntu i refleksji nad otaczającą rzeczywistością. Fabuła oryginalnie jednak jest parabolą opowiadającą o Anglii czasów młodości autorów, mających wówczas niewiele ponad dwadzieścia lat. Był to posępny okres dla Królestwa Brytyjskiego, szczególnie w sferze społeczno-politycznej zdominowanej przez rządy konserwatystów, co odbija się ponurym echem na kartach tej historii.


„V jak Vendetta” to rzecz na pierwszym planie inspirowana znanymi dystopiami science fiction, takimi jak „Rok 84” George'a Orwella czy „451° Fahrenheita” Raya Bradbury'ego, ale odnajdziemy tu też echa literatury obozowej i „Dziennika Anne Frank”. Akcja dzieje się po wybuchu bomby atomowej w Europie (w ówczesnych czasach, gdy Moore zaczynał pisać swój komiks, nie podano jeszcze do wiadomości publicznej, że nic nie jest w stanie przetrwać wybuchu atomówki), w której struktury państwa przetrwały w jakiś cudowny sposób tylko w Anglii. Główny bohater, podpisujący się jako V, to ofiara, która przetrzymywana była przez faszystów w obozie koncentracyjnym, gdzie robiono na nim doświadczenia. Z drugiej strony to jednak też pulpowy łotr biorący odwet na swoich oprawcach, a jego korzeni dopatrywać się możemy w bohaterach odcinkowych opowieści płaszcza i szpady z Hrabią Monte Christo na czele. Jest też na pewnym poziomie jak Zorro czy Batman, dlatego wygodnie rozgościł się na kartach komiksu i świetnie do tego medium pasuje. V jest przy okazji anarchistą i terrorystą, który prócz wymierzania prywatnej zemsty w imię wolności rozdaje ciosy opresyjnemu państwu. Działa niemal jak „Diabolik” ze słynnych włoskich komiksów spod znaku fumetti neri. Nie jest na pewno ugrzecznionym superbohaterem, bo często zabija i zazwyczaj czyni to z osobistych pobudek. Szukając jego korzeni w poprzedzających go słynnych fabułach, wskazałbym też na „Upiora w Operze”, który opowiadał o oszpeconym, szalonym geniuszu muzycznym zepchniętym do życia w kanałach. Natomiast sam Moore mówi wprost, że dużo ukradł z wizerunku pulpowej postaci granej brawurowo przez zamaskowanego Vincenta Price'a w filmie „Odrażający Dr Phibes” (1971). Tak jak Doktorowi Phibesowi, skrywającemu się również za maską, zemsta i szaleństwo przysłaniają bohaterowi Moore'a oczy i pchają go do działania. Natomiast marzenia o utopijnym społeczeństwie anarchistycznym podsycają coraz śmielsze czyny V, które są brawurowymi akcjami wymierzonymi w struktury państwa – podobnie postać grana przez Price'a wymierzała spektakularne kary ludziom odpowiedzialnym za śmierć jego żony. Również tak jak Phibes, V ma przy sobie kobietę – pomocnika. W przypadku V jest to młoda dziewczyna, szesnastoletni podlotek zmuszony przez niewydolny system do prostytuowania się i przy okazji z automatu, przy pierwszej próbie handlu ciałem, wpadający w ręce policji politycznej (z której łap szarmancko ratują ją V) przedstawianej przez Moore'a na kartach tej opowieści niemal jak gestapo. Autor zresztą nie stronił od dosłowności i nie pozostawiał złudzeń: słowo faszysta pada tu nader często.


To bowiem w dużej mierze też komiks o faszystach. Zupełnie nie komiksowych warto dodać, bo nie są to podkręcający wąsa hitlerowscy geniusze zła, a zwykli, szarzy ludzie omamieni przez reżim. Charaktery jakie podarował swoim bohaterom Moore nie czynią z większości z nich typowych antagonistów. To też nie karykatury, niektórych nawet da się lubić. To postacie z krwi i kości, które wplątały się w system z różnych powodów. W objęcia faszyzmu pchnął je nieraz brak nadziei na lepsze jutro, niedostatki w życiu uczuciowym, pragnienie stabilizacji i dobrobytu, a czasem chęć pięcia się w górę i zaistnienia na kartach historii. Niemal żadna postać nie jest tu czarno-biała. To poważne, dobrze skonstruowane portrety psychologiczne dowodzące, że Moore dużo nauczył się podczas swoich poprzednich, małych fuch i pierwsze arcydzieła – dłuższe komiksy – tworzył już świadomy swojego warsztatu.


Jak większość komiksów Moore'a i ten jest fabularyzowanym esejem na jakiś ważny dla autora temat. Jak już się pewnie domyślacie na łamach „V jak Vendetta” pisarz bierze na ruszt faszyzm i rozbiera go na czynniki pierwsze, przypatrując się przy tym strukturom społecznym, by ukazać, jak coś tak strasznego w ogóle może dojść do skutku. Druga płaszczyzna to romantyczna anarchia (Moore jednak rozgranicza chaos i anarchię, dając wyraźnie i mądrze do zrozumienia, że jedno nie jest równe drugiemu). To wizja utopii, która może i powinna zapanować w społeczeństwie idealnym, pozbawionym panów i władców, jednak nie ma szans na powodzenie. W finale rząd zostaje obalony i rozbity, a społeczeństwo wraca wręcz do czasów pierwotnych, ale zakończenie ogólnie pozostaje otwarte. W domyśle możemy sądzić, że historia prawdopodobnie się więc powtórzy i będzie powtarzała w nieskończoność, wszystko przez żądze pchające ludzi ku władzy. „V jak Vendetta” na tym poziomie to komiks anarchistyczny w wydźwięku, ale przy tym, co ciekawe, daleki od poetyki undergroundu.


Przypatrując się postaci V dochodzę też do wniosku, że jest w niej sporo z samego Moore'a, któremu w młodości system dał mocno popalić. Według legendy w szkole średniej został on za handel LSD wyrzucony poza nawias i pozbawiony jakiegokolwiek dalszego wykształcenia. Młody, pochodzący z robotniczej rodziny Alan imał się więc najgorszych zajęć i pewnie nie był zbyt dobrze traktowany, bo w „V jak Vendetta” czuć pewne napięcie, chęć wyrzygania się i literackiej zemsty na społeczeństwie, a może bardziej na ludziach u góry, którzy ustalają nieciekawe zasady tej gry? Czuć, że robiąc z V kulturowego erudytę, słuchającego przeróżnej muzyki, czytającego ambitne książki, grającego na fortepianie i śpiewającego kabaretowo-musicalowe piosenki kuglarza, Moore portretował samego siebie. Znając dziś jego skory do buntu charakter nie mam co do tego wątpliwości. Autor więc, tak jak postać za maską, skrywa się za swoim bohaterem, realizując zapewne swoje głęboko skrywane fantazje. Czyni też przy okazji z protagonisty postać tragiczną, trochę szekspirowską, a może nawet faustowską? Bardzo ciekawie w tym kontekście wypada również forma wydania zbiorczego „V jak Vendetta”. Album zaprojektowany jest tak, że jeśli podniesiemy go na wysokość twarzy, nadrukowane na froncie oblicze głównego bohatera w zbliżeniu, będzie pełniło rolę maski. To dość wymowny zabieg, dający do zrozumienia, że wszyscy jesteśmy V.


Sama maska, którą, jak głosi kolejna legenda, podarował protagoniście rysownik David Lloyd, to oblicze Guya Fawkesa, niedoszłego zamachowca znanego z tego, że 5 listopada 1605 roku uczestniczył w spisku mającym na celu wysadzenie Izby Lordów. Został złapany i skazany na tortury, a jego postać buntownika przetrwała w miejskim folklorze. Symbol maski przerósł nie tylko komiks ale i swoją legendę – dziś jest wykorzystywany przez anonimowych protestantów na całym świecie z grupą internetowych aktywistów Anonymous na czele. Zdaję sobie sprawę, że pewnie duża w tym zasługa kasowej ekranizacji tego dzieła, wyprodukowanej przez Siostry (wówczas jeszcze braci) Wachowskich, od której jednak sam Moore stara się jako autor odcinać, ale musimy uczciwie przyznać – korzenie słynnych „kuloodpornych idei” tkwią w komiksie.


My znamy „V jak Vendetta” jako kolorowy album z dużą dawką zieleni, zebrany w formie grubej powieści graficznej, ale oryginalnie była to czarno-biała opowieść publikowana w częściach w magazynie „Warrior” który, jak wspominałem we wstępie, wyzionął jednak ducha zanim rzecz dobiegła do finału. Tak, za pierwszym podejściem Moorowi nie udało się jej ukończyć. Dziś tylko na ilustracjach dołączonych w dodatkach możemy podziwiać dzieło Lloyda w oryginale. Jestem pewien, że musiało robić zupełnie inne wrażenie w pierwotnej formie, gdzie łagodnie zaokrąglone brzegi rysunków Lloyda upodabniały się nieco do szablonów służących do nanoszenia farb na mury, często z treściami mającymi być formą protestu. Przypadek to czy świadomy zabieg, tego nie wiem. Niemniej te rysunki bez kolorów zdecydowanie działają na wyobraźnie. Nie jest to może opus magnum ani dla Lloyda (acz ten komiks zapewni mu nieśmiertelność) ani dla Moore'a (mimo iż jest chyba pierwszym jego arcydziełem), ale wszystkie warstwy bardzo dobrze współgrają ze sobą. Jest w tym magia chwili i krzyk zdesperowanego, zapędzonego w kozi róg przez społeczeństwo człowieka. To też w gruncie rzeczy bardzo smutny komiks, bo mimo iż Alan Moore pisał go za czasu rządów Żelaznej Damy, Margaret Thatcher, w ówczesnych nieciekawych realiach go otaczających, to ta opowieść jest dalej aktualna. Polska Anno Domini 2023 odbija się w nim jak w lustrze i obawiam się, że będzie tak również w następnych latach. Jest w tym siła komiksu Moore'a – jest cały czas aktualny, ale niezbyt dobrze świadczy to o kondycji gatunku ludzkiego.

czwartek, 2 listopada 2023

Król w czerni. Donny Cates.

 


Śmiesznie się czytało „Króla w czerni” przy równoczesnym młóceniu do bladego świtu w „Marvel’s Spider-Man 2” na PS5. Nie wiem, czy wieści do was dotarły, ale według wielu ludzi w internecie Marvel, Sony albo studio Insomniac wisi Donny’emu Catesowi sporo hajsu albo przynajmniej tonę uznania za zerżnięcie jego pomysłów na potrzeby gry. Czy słusznie? Raczej tak, skomplikowany temat, ja jednak nie o tym. Kalka jest wyraźna, ale na tyle pokrętna, że moje słowa nie są absolutnie spoilerem dla ludzi, którzy po poznaniu jednego z tych tytułów chcą wziąć się za drugi. Różnice między nimi za to pomogły mi lepiej dostrzec pozytywne i negatywne cechy wielkiego zwieńczenia starcia zapowiadanego w Marvelu od bardzo długiego czasu.

Skoro już udało mi się uniknąć spoilerów na wstępie, a przynajmniej taką mam nadzieję, przy opisie fabuły też opanuje długość swojego jęzora. Wystarczy wam wiedzieć, że jeśli cokolwiek w tym tekście będzie brzmiało dla was niezrozumiale, to „Król w czerni” będzie wymagał od was przypomnienia sobie lub zapoznania się ze wszystkim, co Donny Cates nawyczyniał w lore Venoma i innych glutów (tak będzie). Eddie Brock jest ojcem, nie przychodzi mu to łatwo, a z głębi kosmosu od dłuższego czasu swoje mroczne dupsko w stronę Ziemi wlecze Knull, wszechpotężne bóstwo symbiontów o aparycji przesadnie zębatego frontmana kapeli deathmetalowej lubującej się w jarmarcznych przebierankach. Czas inwazji wreszcie nadszedł i absolutnie nikt na niebieskim globie nie może czuć się bezpieczny.

Ze wskazanych na wstępie różnic głównie chodzi mi o skalę prezentowanych wydarzeń i rozmach prowadzących do nich przygotowań. Gra – ze względu na zamkniętą, krótką formę fabularną – zabiera się za eskalacje bardzo szybko i na szczęście też nie sięga w jej ramach do skali globalnej. „Król w czerni” za to jest finałem niemalże trzyletnich oczekiwań (a nawet siedmioletnich, jeśli wziąć pod uwagę retcon autorstwa Catesa). Zwieńczeniem jednej z najbardziej odważnych decyzji fabularnych w historii Venoma, do której przyrównać można w ostatnich latach chyba jedynie mistyczne konotacje promieniowania gamma wciśnięte w jestestwo Hulka przez Ala Ewinga. Był to krok kontrowersyjny, ale moim zdaniem również bardzo potrzebny w Domu Pomysłów powiew świeżości zgodny z duchem zawsze mile widzianego kosmicznego horroru.

Nie tylko tytuł nawiązujący do spłycanego przez lata dzieła Roberta W. Chambersa łączy Catesa z Lovecraftem. Knull jest istotą przedwieczną, starszą nawet od Maryli Rodowicz, podobnie do niej jest też personifikacją ciemności, pierwszą świadomością zrodzoną w pustce. To pozwala mu naginać mrok do swojej woli i z drugiego krańca wszechświata wpływać na niższe byty, czyli właściwie na wszystkie istoty w jego przypadku. Nie ma bata, żeby jakieś przypakowane przebierańce z podrzędnej planetki mogły mu podskakiwać. Już sam fakt, że zębaty hegemon kosmicznych fąfli staje naprzeciw armii trykociarzy ujmuje mu tonę powagi, ale mimo to jego przytłaczającą potęgę nadal w tym komiksie czuć. Nie pamiętam innego dużego eventu Marvela, w którym bohaterowie na start już wydawali się mieć tak bardzo przerąbane i ten ciężar nadaje „Królowi w czerni” wyjątkowy charakter. Nie dziwi zaangażowanie największych koksów na planecie. Nie dziwi, gdy ponoszą porażki. Zainteresowanego trykotami czytelnika akcja będzie trzymać za gębę bez litości. Przynajmniej na początku.

 
Nie pamiętam bowiem również innego wielkiego eventu superbohaterskiego, który skończyłby się tak szybko i to w efekcie deus ex machiny wziętej z tak głębokich czeluści metaforycznej dupy zabiegów literackich. Rozwiązanie nie jest może całkowicie przez Catesa zmyślone, ma jakiś tam sens w szerszym nawiasie kosmicznych bzdur Marvela, ale wkład własny bohaterów w ostateczny sukces jest znikomy. To też obnażył mi kontakt z produkcją studia Insomniac. W przeciwieństwie do gry, zwycięstwo tutaj nie wymaga wysiłku, przybywa samo w ostatecznym momencie i nie niesie ze sobą żadnych poświęceń. Z tym ostatnim można się nie zgodzić jedynie po zapoznaniu się z również zawartą w tym tomie kontynuacją burzliwego konfliktu. Szczegółów zdradzać nie będę, zwieńczenie jest interesujące i warto je poznać samemu.

Głównym jego plusem jest relacja Eddiego z jego synem, Dylanem, podobnie zresztą jak w całej reszcie runu Catesa. Przez te dziesiątki lat, które minęły od powstania „Zabójczego obrońcy” autorzy bali się chyba trochę podjąć pałeczkę ruszoną pierwotnie przez Davida Michelinie. Venom niby był bohaterem, ale skala jego moralności pozostawała w bardzo chwiejnym miejscu i lata akrobacji z innymi kolorami symbiontów niewiele zmieniły. Moim zdaniem dopiero Cates pchnął Eddiego w heroizm za pomocą banalnie prostego pomysłu. Rodzicielstwo jest tak wiarygodnym motywatorem, że nawet ratując calutki świat Venom pozostaje Venomem w całej swojej zębato-mackowatej złowrogości. Również relacje z innymi postaciami, ze Spider-Manem na czele, są jak zwykle u tego autora niezwykle angażujące. Można nawet czasem zapomnieć, że czytamy o zmyślonych dziwakach prężących muskuły w kolorowych getrach.

Graficznie wygrywa tutaj krótki fragment kosmicznej rozpierduchy zaserwowany na końcu albumu przez Keva Walkera. Stęskniłem się za symbiontami spod ołówków Ibana Coello i Ryana Stegmana, ale przy ich kapitalnej robocie musiałem i tak przynajmniej wspomnieć o tej perełce. Nawet jak na Walkera to złoto niespotykane, stylistycznie wyjątkowe i pocieniowane jak u Mignoli. Cała reszta głównej części albumu zachwyca wszystkim, może poza leciutko zbyt cartoonowym podejściem do mord, zwłaszcza u pana Coello. Bardziej za to podoba mi się u niego gruba, pewna krecha. Razem ze Stegmanem dostarczają ilustracje wypełnione intensywnymi ujęciami ruchu, zębatej agresji tysiąca macek i obowiązkowych w kosmosie Marvela laserów z dupy. W solidnym konturowaniu ta rozpierducha jest zwyczajnie wyraźniejsza, detale też robią większe wrażenie. Obaj jednak reprezentują szkołę opozycji w stosunku do typowego trykociarskiego realizmu i za to należy im się szacunek. 

 
Ostateczny werdykt? No z pewnością jest to lepsze od czwartego tomu „Venoma”, którego zawartość była wyraźnie zapychaczem przed wydarzeniami z „Króla w czerni”. Finałowe, wyczekane starcie z Knullem wita czytelników potężnym jebnięciem w pysk (takim przyjemnym, bez kinkshamingu proszę), potem serwuje kilka mocnych ciosów, ale bardzo szybko traci kondycję i pada na deski w kiepskim stylu. Wciąż uważam jednak, że Donny’emu Catesowi udało się mniej więcej zakończyć przygodę z Venomem w blasku chwały, paradując ze swoimi biegłościami na widoku. Jak na kosmiczną naparzankę rajtuzowców z kolejnym omnipotentnym niszczycielem wszelkich rzeczywistości historia ląduje zaskakująco daleko od żenady. Jestem ogromnie ciekawy, jak te wątki pociągnie Al Ewing.

 

Autor: Rafał Piernikowski