niedziela, 31 stycznia 2021

Terra Incognita. Łukasz Ryłko

 

 


Łukasz Ryłko to doświadczony ilustrator książek Science fiction i nie tylko. Jak podaje Wikipedia, komiksem zajmuje się z zamiłowania. „Śmiercionośni” - wydani w 2007 roku przez Kulturę Gniewu – to jego najważniejsza praca komiksowa. Jednak opus magnum nadchodzi dopiero teraz, razem z premierą ponad trzystu stronicowej opowieści pt. „Terra incognita”, która zabiera nas w psychodeliczną podróż w kosmos. Ostrzegam, że po drodze można dostać zawrotów głowy i – niestety – nazbyt szybko zapragnąć jak najszybszego powrotu na ziemię.


Historia zaczyna się od krótkiego epizodu. Człowiek w pośpiechu ubiera buty i wybiega z domu. Na mokrej klatce schodowej wpada w poślizg, upada i traci przytomność. Budzi się jako robot - „Jedynka” na obcej planecie, co w pełni uświadamia sobie dopiero po jakimś czasie. Nasz bohater rozpoczyna tułaczkę po pustynnej „Terra Incognita”, na której spotyka rozliczne ślady innych cywilizacji, surrealnych – niemal baśniowych - ruin, wraków skatów kosmicznej ekspaty itp. Do tej pory narracja komiksu rozwija się dosyć wolno. Potem ilość nonsensownych zdarzeń rośnie w kosmicznym tempie. Pojawia się magiczna substancja – „szalej”, zaklęcia „hokus-pokus”, tajemnicze „lelki”, nie-miejsce zwane „Olimp”, fantazyjne roboty, stwory, astronauci i zdarzenia rozgrywające się jakby poza czasem i przestrzenią, w sferze onirycznej, choć tak naprawdę nie wiadomo, co u Ryłki jest jawą, a co snem. 


 

Wydaje się, że wyobraźnia artysty nie zna granic. Ten, w sposób wyraźny sam ich sobie nie stawia, dając się ponieść licznym - nie zawsze się domykającym - wątkom swej historii. W „Terra Incognita” znajdziemy parę ironicznych przytyków do konsumpcyjnej ery Facebooka oraz mniej lub bardziej jasnych aluzji do owoców naszej kultury, które u Ryłki funkcjonują w zupełnym oderwaniu, w stanie zaledwie zalążkowym (np. portret Cybulskiego w charakterystycznym kostium z Rękopisu... wystaje sobie spoza pustynnych fałd piasku). Dla spragnionych typowej „strzelanki” SF, też coś się znajdzie. Są lasery i walki robrów - spokojnie.

Jest więc wszystko. Problem jednak polega na tym, że jako czytelnik, po kilkudziesięciu stronach tego graficznego eksperymentu, straciłem dlań zainteresowanie. To problem narracji, w której może zdarzyć się po prostu wszystko, a zarazem wszystko jest umowne. Świat umowny i lewitujący, brak ośrodka ciężkości oraz jakichkolwiek proporcji - gubią dramaturgię. Przestałem ją więc śledzić, starając się rozkoszować poszczególnymi elementami tej postmodernistycznej układanki. Jednak i w tym wypadku spotkał mnie zwód. Powód jest prosty – Łukasz Ryłko to nie Has ani Lem, których nazwiska nieroztropnie przytoczono na czwartej stronie okładki. Nie jest to autor posiadający odpowiedni zasób artystycznej erudycji i wrażliwości, żeby poprowadzić taką historię w sposób szalony i fantazyjny, a jednocześnie zajmujący i głęboki. Więcej tu „Jumanji” niż Schulza, więcej nonsensownego humoru à la Terry Gilliam niż intelektualnej satyry Dzienników gwiazdowych. Mimo szczytnych aspiracji, w komiksie nie widać jak pęcznieje „Dramat czasu i wyobraźni” (tytuł książki M. Marona o W.J. Hasie). Trudno mi się też dopatrzeć w tym dziele jakiejś głębszej refleksji na temat istoty człowieczeństwa oraz tego, czy – jak widnieje w oficjalnym opisie - „Robot to człowiek zamknięty w maszynie?”. 


 

Rysunki Ryłki to sprawna rzemieślnicza robota. W porównaniu z jego wcześniejszymi pracami, tutaj kreska jest luźniejsza, szybsza, przez co też nieco mniej precyzyjna. Odbija się w niej - nie tak znowu dalekie - echo polskiego undergroundu komiksowego. To oczywiste, że autor wiele czasu poświecił nad tą praca i nie szedł na skróty - często nawet proste czynności bohaterów, rozbite są na wiele osobnych kadrów. Jest tu parę ciekawych pomysłów dotyczących układu i zestawienia poszczególnych rysunków na planszy, a co kilkanaście stron natykamy się na zajmujący całą kartkę abstrakcyjny obraz („bohomazy” utrzymane w podobnej konwencji), który wyraża upływ czasu, amnezję „Jedynki” lub przejście do innego świata. Styl Ryłki ulega mutacji, miejscami wydaje się być bardziej drobiazgowy, gdzie indziej po prostu inny, gdy np. autor chce wydzielić z całej opowieści jakiś odrębny epizod. Podsumowując, stron graficzna komiksu to rzetelna robota, która jednak nie powala nas swoim rozmachem i nieuczciwe byłoby ją zestawiać z dokonaniami takich artystów jak np. Moebius.


 

„Terra Incognita” okazała się dla mnie jałowa. Humor, który mógł wszystko uratować, uznałem za infantylny. Ogólnie sama historia jest mało „wkręcającą”. Niewykluczone jednak, że to co nie przekonało mnie, innych ujmie swoim iście bajecznym splendorem. Być może komiks ten należy konsumować po spożyciu sporej dawki jakiś substancji („lelków”; „szaleju”; lub czegoś w tym guście). Ja wypadłem z tej karuzeli zanim ta zaczęła się na dobre kręcić. Może Wam łatwiej przyjdzie, jeśli nie zrozumieć, to przynajmniej zwyczajnie zachwycić się rupieciarnią pomysłów i narracyjnym skokiem w kosmos Łukasza Ryłki. 

 

Autor: Jakub Gryzowski

czwartek, 28 stycznia 2021

Niedoskonałości. Adrian Tomine

    


Zawsze wielką radość sprawia mi pisanie o komiksach, które w sposób bezsporny i jednoznaczny są bardzo dobre. „Niedoskonałości” Adriana Tomine poznałem późno, bo dopiero teraz przy okazji drugiego wydania tej genialnej książki. Jest to pozycja, którą można ze spokojnym sumieniem polecić dosłownie każdemu, nawet osobom nie mającym nigdy w rękach czegoś takiego jak powieść graficzna. Nie znaczy to jednak, że obcujemy tutaj z produktem dla mas, rzeczą łatwą czy błahą. „Niedoskonałości” to doskonała i przede wszystkim mądra rozrywka, która kumuluje w sobie wszystkie zalety tego medium, i jednocześnie można ją zestawić z każdym innym wybitnym osiągnięciem tzw. kultury wysokiej.

    W 2020 roku wydawnictwo Kultura Gniewu wydało „Śmiech i śmierć”. To od tej pozycji – niechronologicznie - zacząłem swoją przygodę z amerykańskim autorem, który z miejsca mnie uwiódł. Nie mogłem wyjść z podziwu dla jego niezwykłej zdolności do tego, aby przy pomocy zaledwie paru kadrów i ograniczonej ilości słów, opowiedzieć mniej więcej tyle, co zawiera opasły rozdział wielkiej powieści. „Śmiech i śmierć” to zbiór nowel (niektóre składały się z pasków publikowanych w prasie), który udowadnia, że Tomine jest mistrzem w posługiwaniu się skrótem. „Niedoskonałości” to z kolei jedna zamknięta opowieść rozgrywająca się przede wszystkim w środowisku Kalifornijczyków pochodzenia azjatyckiego. 


 

Główny bohater Ben Tanaka, dyrektor małego kina, przechodzi kryzys w swoim związku z Miko. Przyczyny są skomplikowane. Ona oskarża go o erotyczne zainteresowanie dla białych dziewczyn, ale także wyrzuca mu trudny charakter irytującego malkontenta i cynika. On gwałtownie wszystkiemu zaprzecza i tym samym jeszcze bardziej pogarsza sytuację. Czytelnik obserwuje jak ta niedoskonała relacja doznaje powoli narastającej korozji. Powiernikiem rozterek Bena jest jego najlepsza (i jedyna) przyjaciółka Alice Kim – lesbijka, studentka, która częściej niż egzaminy, zalicza kolejne partnerki. Sprawy dodatkowo się komplikują, gdy na scenę wkracza nowa pracownica kina. Piękna, młoda i biała Autumn, która identyfikując się jako performerka, wytrąca protagonistę z utartych ścieżek życiowej rutyny. Taki jest fabularny punkt wyjścia dla dalszych perturbacji i psychologicznego ścierania się osobowości w rysunkowym świecie Adriana Tomine.  


Jakimś sposobem autorowi „Niedoskonałości” udaje się z postaci na papierze, uczynić żywych - absolutnie niepapierowych - ludzi. Obyczajowy klimat może komuś nasunąć na myśl filmy Woodego Allena. To tylko pozorne podobieństwo. Kino nowojorczyka nierzadko przegaduje problemy istotne, osładza je, pokazując niejako w krzywym zwierciadle. Z kolei Tomine w swoim komiksie buduje skondensowaną syntezę: przyziemnych, czasem nawet śmiesznych, ale bardzo ludzkich problemów, z poczuciem wypalenia oraz perspektywą osamotnienia i pustki. Innymi słowy, mimo że „Niedoskonałości” są obyczajówką, w której mamy i humor i zdarzenia zupełnie zwyczajne, to autor nie łagodzi dramatycznego wydźwięku opowiadanej historii.  

 


 

 
Na tylnej stronie okładki, Adriana Tomine porównuje się do jeszcze innego filmowca - Erica Rochmera. Jeśli chodzi o zmysł wizualny jest to uzasadnione. Co do samego ujęcia kwestii ludzkiego miotania się na ziemskim padole, to francuski reżyser zawsze był dla mnie uosobieniem - nie do końca jawnego, lecz tym bardziej fundamentalnego – moralizatora. Tego w „Niedoskonałościach” nie znajdziemy. Główny bohater komiksu, mimo że niepozbawiony wad - a może właśnie dzięki nim – staje się dla nas kimś bliskim, któremu jako czytelnicy kibicujemy, nawet jeśli ten postępuje w sposób niemoralny i destrukcyjny. Zawsze niebezpieczne są takie dociekania, ale trudno mi się uwolnić od podejrzeń, że szereg cech Bena Tanaki, stanowi transkrypcję cech autora, który uprzednio dokonał głębokiej autoanalizy własnej osobowości. Nawet fizycznie są do siebie podobni. Tu zapewne znajduje się źródło tego, że opowiadana historia, tak bardzo dotyka nas swoją wiarygodnością i przypomina prawdziwe życie. Twórca nie chce nas uraczyć jedynie zajmującą opowiastką, lecz przede wszystkim zdać odważną relację ze swoich wnikliwych obserwacji rzeczywistości, wraz ze wszystkimi poważnymi konsekwencjami jakie się z tym wiążą.  


Warstwa graficzna komiksu po raz kolejny nasuwa skojarzenia z dziesiątą muzą. Czarno-białe realistyczne rysunki zamknięte są w kadrach podobnej wielkości i uszeregowane obok siebie niczym klatki filmowe. Nie ma tu jakieś specjalnej ekstrawagancji, wielkich, całostronicowych obrazów, radykalnej zmiany stylu, ani rozbijania ram kadru. Narracja zbliża się do obiektywnej na tyle, na ile takowa w jakiejkolwiek autorskiej opowieści jest możliwa. Jest w tym wszystkim pietyzm i wyrobiony warsztat absolutnego fachowca w swej dziedzinie. Dominują - jak w serialu - plany bliskie, zbliżenia twarzy wyrażające emocje, których zniuansowanie Tomine potrafi doskonale uchwycić (od gwałtownych wybuchów, wrzasków, po grymasy dezaprobaty, cień nadziei majaczący gdzieś w okolicach oczu itp.). Tutaj pozwolę sobie na już ostatnie skojarzenie z filmem, tym razem – jak sądzę – trafione. Chodzi o „Sceny z życia małżeńskiego” Ingmara Bergmana. Mistrz szwedzkiego kina w swym głośnym serialu sprzed lat - podobnie jak Tomine - posługuje się oszczędnymi środkami, prostym podziałem planów, statycznymi zbliżeniami twarzy, aby jak najwierniej - w sposób niezmącony ekspresjonistycznymi poszukiwaniami wizualnymi - przedstawić głęboką prawdę ludzkiego wnętrza. Ostatecznie, to co widz/czytelnik dostrzeże w tych twarzach, zleży bardziej od niego samego, niż od artysty.  



    Adrian Tomine często bywa porównywany do wybitnych przedstawicieli świata literatury. Nie są to określenia na wyrost. Rzeczywiście, jego komiksy to przykład wielkich aspiracji tego medium, które w tym wypadku – i nie tylko w tym - znajdują swoje spełnienie. O doskonałości „Niedoskonałości” świadczą cechy charakterystyczne dla każdego innego wybitnego dzieła. Chodzi tu przede wszystkim o wielopiętrową możliwość odczytania komiksu, do czego jesteśmy zaproszeni przez jego twórcę. I tak - dla jednych „Niedoskonałości” będą świetną społeczną obserwacją funkcjonowania mniejszości etnicznych w Ameryce, dla innych opowieścią o problemie komunikacyjnym i braku zrozumienia między osobnikami homo sapiens, dla jeszcze innych – o niedoskonałościach ludzkiego charakteru, o kulturowej roli kobiet, o kryzysie męskości itd. Najciekawsze jest to, że powieść graficzna Tomine sprawdza się na każdej z tych płaszczyzn interpretacyjnych. Znajdziemy w niej to co powyżej i wiele więcej, niczym na obrazie, który zdaje się być bardziej rzeczywisty niż sama rzeczywistość.     



Autor: Jakub Gryzowski

sobota, 23 stycznia 2021

BBPO. Piekło na ziemi. Tom 5.

 



Bałem się lektury ostatniego tomu „BBPO” . Tytuł, przez te kilka lat ukazywania się na naszym rynku, ze zwykłego spin-offu „Hellboya” urósł w moich oczach do jednej z najlepszych mainstreamowych serii w historii komiksu. Brak w nim było jakiejkolwiek fałszywej nuty, a inteligentnie, przepełnione spektakularną akcją, świetnie napisane scenariusze dopełniała rewelacyjna szata graficzna. 

 


 

Bałem się. Nie tylko zawiedzionych oczekiwań, ale też tego, że będę ryczał jak bóbr, patrząc na śmierć moich kolejnych ulubionych członków biura. Okazało się, że dostałem coś, czego zupełnie się nie spodziewałem. Mianowicie, prócz dość umiejętnego dogasania wątków, wszystko wieńczy napierdalanka na levelu, którego nie powstydziłby się „Dragon Ball”. O dziwo, wyszło to wszystko tak zgrabnie i spójnie, że wielka bitwa z potworami nie pokaleczyła poetyki tej serii. Obdarzeni supermocami bohaterowie wyrzynają zastępy pojawiających się na Ziemi potworów i obserwuje się to z niekłamaną przyjemnością. Reszta postaci może tylko przyglądać się apokalipsie. Ze względu na globalne zagrożenie baza biura się ewakuuje. W tle majaczą wątki niedobitków ekipy, którą wiele tomów temu porzucił Hellboy. Do tego dochodzą fajowe motywy z postaciami dodanymi do uniwersum już na łamach „BBPO”, na przykład pracującego dla Rosjan demona w ciele małej dziewczynki. To zresztą postać, którą z całej sagi lubię najbardziej i żałuję, że tak mało poświęcono jej miejsca. Na szczęście wykorzystano ją przy samym grande finale. 

 


 

 

Strona graficzna jak zwykle stoi na wysokim poziomie i mimo iż nie ma tu na gramofonach ani Mignoli, ani Guya Davisa, to miłośnicy serii powinni być ukontentowani. Nad warstwą kolorystyczną czuwał oczywiście Dave Stewart i nie zszedł z wysokiego, trzymanego przez lata poziomu. Może nie jest to arcydzieło, może nie wieszałbym sobie każdego obrazka nad łóżkiem, ale zapewniam: wszystko na płaszczyźnie wizualnej gra i buczy.

Nie powiedziałbym, że jestem zawiedziony, ale ostatecznie jednak uczucia mam mieszane. Chciałbym dostać coś bardziej poruszającego od strony emocjonalnej, ściskającego serce. Tak się nie stało i mimo iż umiera kilka kluczowych dla fabuły postaci, to łezka nie zakręciła mi się w oku ani razu. Było dramatycznie, ale niedostatecznie mocno. 

 


 Niemniej wszystkich tych, którzy nie czytali jeszcze „BBPO” zachęcam do sięgnięcia po tę serię. Lepiej smakuje oczywiście w towarzystwie Hellboya, ale ostatecznie pal go licho, bo ten spin-off go na wielu płaszczyznach przerasta. Dla mnie saga o biurze to definicja dobrego mainstreamowego komiksu. W nadchodzącym roku życzę Wam i sobie większej ilości tak dobrych serii.

czwartek, 21 stycznia 2021

Joker. Zabójczy uśmiech. Lemire/Sorrentino

 


Zauważyłem, że coraz więcej recenzji mam ochotę zacząć od słów „Uwielbiam Jeffa Lemire, ale…”. Chyba pora na restrukturyzację rankingu ulubionych autorów, bo ile można usprawiedliwiać średnio udane wyskoki całkiem logiczną chęcią zarobku? Ustalmy więc raz na zawsze, bo to już wyraźna zasada. Autorski Lemire jest zwykle przynajmniej porządny, a Lemire na licencji częściej kuleje, niż przebija czołem linię mety. „Joker - Zabójczy uśmiech” to przełomowy komiks, przynajmniej w kwestii kruszenia mojego uwielbienia dla autora.

Pewien ambitny lekarz imieniem Ben postanawia wyleczyć Jokera. Jeśli chociaż trochę ogarniacie komiksy ze stajni DC, to właściwie nie muszę Wam bardziej szczegółowo pitolić o (raczej iluzorycznych) meandrach fabuły. Wszyscy wiemy, jak wielkie szanse na sukces ma taka eskapada i jak może się skończyć dla naiwnego harcerzyka. Kryzys rodzinny? Żeby tylko, z Księciem Zbrodni realizującym swoje makiaweliczne, długofalowe projekty nigdy nie ma tak łatwo. Zarówno protagonistę, jak i w sumie mało obecnego w fabule Batmana, czeka spacerek w głębiny własnych umysłów, zalanych zderealizowanym, psychodelicznym obornikiem przez nową ikonę entuzjastów profilówek z maską Guya Fawkesa.



Idealne połączenie wszystkiego, co już czytaliśmy o Jokerze z wszystkim, co zwykle proponuje nam Lemire, a do tego wyglądające jak wszystko, co rysuje Andrea Sorrentino. Dla jednych to będzie cuchnąca lenistwem wada, dla innych miłe, nowe ujęcie znanych wątków. Ja ląduję gdzieś pośrodku, bo „Zabójczy uśmiech” to niezły pomysł, do którego sprawnej realizacji zabrakło jakiejkolwiek głębi. Batmana nie ma tu prawie wcale, a nałogowo siejący postrach w Gotham klaun jest tylko tłem dla swoich złowieszczych knowań. Fabule i postaciom brakuje osobowości mogącej posłużyć za fundament zainteresowania odbiorcy. Jedynym solidnym i oryginalnym elementem jest lekkie skupienie na artystycznej, performensowej stronie głównego przeciwnika Gacka – stronie, którą widujemy ostatnio bardzo rzadko.

No bo nawet lejtmotyw tytułu rozpisany jest powierzchownie. Popkultura lubi uciekać od poważnego traktowania zaburzeń psychicznych i Lemire niestety nie jest tu wyjątkiem. Udręka protagonisty została spłaszczona do formy mdłego naleśnika, by wpasować się w zbieraninę absurdów, mających teoretycznie potwierdzić powagę problemu. Ciężaru tu się nie odczuwa, autor bezpośrednio nam o nim mówi. Może i czyta się to sprawnie, a narracja (poza całkowicie zbędnym „Zabójcą uśmiechu” na koniec) trzyma się kupy, ale z kilku fajnych kęsów pełnowartościowego żarcia nie będzie.




Napędzane powyższymi zgrzytami malkontenctwo nie zdążyło zacisnąć hamulców przed rozruchem procesu analizy ilustracji i przyjebało lekko w teoretycznie oczywistą prawdę. Sorrentino to świetny rysownik, mało kto by się kłócił, ale jak już kiedyś mówiłem – widzieliście jeden rysowany przez niego komiks, to widzieliście też resztę. Arcymistrzowski szoł twardych konturów, zaskakujących kompozycji i kreatywnej zabawy formą komiksową do każdego miasta przyjeżdża z tym samym repertuarem, więc stali bywalcy mogą czuć się znudzeni wciąż powtarzanymi sztuczkami. Nie będę się jednak zapędzał, bo to wciąż górna półka wizualnej uciechy w obecnym mejnstrimie.



„Gideon Falls” wrzucone do blendera z dobrze znanymi komiksami o niebezpieczeństwach płynących z chęci obnażenia synaps fikcyjnie potłuczonego socjopaty w fioletowym gajerku. Dzieło ostatecznie mniej atrakcyjne od swoich najlepszych wzorców, zdecydowanie zbyt płytkie i ślepo nastawione na realizację jednego założenia. Całkiem przyjemna w odbiorze, wizualnie satysfakcjonująca wydmuszka, która ostatecznie realizuje może połowę ostrożnie składanych obietnic. Mamy teraz, z wiadomych powodów, względną modę na Jokera i może w efekcie wpadną nam w łapska jakieś naprawdę porządne dzieła. Czekam na coś faktycznie analizującego złożoność zgrzytów między synapsami i efekty oddziaływania tak uszkodzonej jednostki na innych, może nawet na poziomie społecznym. „Joker – Zabójczy uśmiech” to tylko niezłe czytadło, koncert oparty na jednym chwycie. Kompleciści Lemire’a i Pana Śmieszka niech biorą, reszta może sobie bez żalu odpuścić.



Autor: Rafał Piernikowski

wtorek, 19 stycznia 2021

Loteria. Miles Hyman

 


 Gdy dostajemy komiksową adaptację literatury, to całkiem prawdopodobne, że prędzej czy później, ktoś zamknie temat banalnym stwierdzeniem: „książka była lepsza”. Ten nieznośny frazes, niczym ogłupiająca mantra, klepany jest przy okazji niemal każdej ekranizacji mniej lub bardziej wybitnej książki. Podobnie jeśli chodzi o komiks - niemal automatycznie przygotowujemy się na skrót, znaczne zubożenie literackiego pierwowzoru. I rzeczywiście - nierzadko właśnie z czymś takim mamy do czynienia. Jednak, jeśli jesteś przede wszystkim miłośnikiem powieści - bynajmniej nie powieści graficznej – nawet najlepsza adaptacja nie przypadnie Ci go gustu (nie mówiąc już o ekranizacji). Najczęściej faworyzujemy te medium, z którym zetknęliśmy się w pierwszej kolejności, czyli najpierw głęboko przeżywamy oryginał, aby potem łaskawie rzucić okiem na „przeróbkę”. Sprawa się komplikuje, gdy recepcja „przeróbki” uprzedza pierwowzór. Może się okazać, że to drugie – wbrew oczekiwaniom - nie budzi już takich emocji, a nawet czegoś mu brakuje. Nasze subiektywne interpretacje chadzają różnymi ścieżkami. Pokrótce opiszę dokąd mnie zawiodły podczas lektory Loterii Milesa Hymana na podstawie opowiadania Shirley Jackson.    

  

Shirley Jackson nie jest u nas autorką nieznaną, chociaż zapewne mało rozpoznawalną. Mimo mrocznego powabu okładek polskich wydań jej książek („Zawsze mieszkałyśmy w zamku”; „Nawiedzony dom na wzgórzu” - zekranizowany przez Netflix), nie jest to typowa pisarka grozy, jak głośny Stephen King, czy nie mniej słynny Neil Gaiman, z którymi nieraz bywa zestawiana. Trzeba jednak zacząć od tego, że Shirley Jackson urodziła się w 1916 roku, więc parę pokoleń wcześniej niż wspomniani panowie. Specyfikę jej prozy buduje subtelny mariaż realizmu z motywami nadnaturalnymi. Loterię opublikowała w „The New Yorker” w 1948 roku. W Polsce ukazała się ona nakładem PIW-u w połowie lat 70' w zbiorze krótkich opowiadań: „Loteria, czyli Przygody Jakuba Harrisa”. Krótki, liczący sobie zaledwie kilka stron tekst tytułowy zamieszczony jest na końcu książki. To właśnie on stanowił podstawę dla komiksowej adaptacji autorstwa Milesa Hymana, wnuka pisarki.
Kościec fabularny omawianej historii nie jest zbyt rozbudowany. Jesteśmy świadkami jednej sytuacji, rozgrywającej się w jednym miejscu. 27 czerwca to dla małego amerykańskiego miasteczka dzień corocznej loterii. Każdy obywatel ciągnie los i tylko jeden jest oznaczony czarnym kółkiem. To właściwie tyle, jeśli chodzi zdarzenia. Nie będę zdradzał samego finału, mimo że sam zrobiłem sobie spoiler, czytając przed adaptacją komiksową, opowiadanie Shirley Jackson. Dodam tylko, że zakończenie tej historii w sposób diametralny odmienia cały jej wydźwięk oraz nasz sposób myślenia.
Na okładce powieści graficznej Milesa Hymana widnieje podpis: „Najbardziej kontrowersyjna rzecz opublikowana kiedykolwiek w <<The New Yorker>>”. Nie oszukujmy się, dziś opowieść ta nie wywołałaby masowego szoku ani oburzenia. Nie znaczy to jednak, że się zestarzała, czy też straciła całą swoją moc emocjonalnego wyrazu. Problem z pisaniem o tej fabule polega na tym, że ukryta jest w niej jakaś wielka, budząca grozę tajemnica i – mówiąc wprost - nie wiadomo do końca o czym jest. Bez wątpienia to parabola. Oczywiście, wyobrażam sobie recenzje, które pozwalają sobie na łatwe, szybko narzucające się interpretacje. Bezimienne miasteczko symbolizuje całą Amerykę, a być może cały świat. Społeczność - żyjąca z płodów ziemni - z pozoru wydaje się zupełnie zwyczajna. Jednak rytuał loterii, który wg jednej z postaci przynosi urodzaj, odsłania drugie, mroczne i skryte oblicze mieszkańców (trochę jak w filmach Davida Lyncha). W tym miejscu niejeden „spłyciarz” (terminologia Witkacego), rozpisywałby się na temat krytyki zhierarchizowanego społeczeństwa konserwatywnego, zakulisowej tyranii elit oraz dyskryminacji i niesprawiedliwego traktowania kobiet. W tej jakże krótkiej historyjce, znajdziemy odpowiednią ilość tropów i wskazówek, aby i takie odczytania uzasadnić. Jednak opowiadanie amerykańskiej pisarki nie byłoby uznane za arcydzieło, gdyby królowała w nim tak daleko posunięta jednoznaczność. Wg mnie, w opisywanym przez Jackson zdarzeniu, dotykamy pierwotnych trzewi ludzkiej wspólnoty, która nie może trwać w swojej wykrystalizowanej postaci, bez regularnego odprawiania – ściśle sformalizowanych i jednocześnie magicznych - rytuałów. Są one wyrazem konieczności odkupienia za pomocą sakralnej roli ofiary, wybranej mocą przypadku, lub z woli niebios. Nic więcej nie dodam, mam nadzieję, że brzmi to zarówno zagadkowo jak i zachęcająco zarazem. Nakłaniam do własnych poszukiwań znaczenia tej opowieści.     

 


 Jak ta literatura została przeniesiona do historii obrazkowej? Przewrotnie - w nawiązaniu do pierwszego zdania tej recenzji - powiem tak: komiks lepszy niż książka. Miles Hyman - doświadczony w komiksowych adaptacjach klasyki literackiej - paryski grafik, nie dokonał – rzekomo typowego dla tego medium - skrótu, przeciwnie, jego adaptacja zawiera więcej elementów fabularnych niż oryginał. Sama narracja zaś, niczym w filmach „Slow Ciemna”, została poprowadzona jakby w zwolnionym tempie. To czas zawieszony, w którym przedstawione obrazy wydają się niemal ikoniczne. Zdumiewa ogrom estetycznego pietyzmu tych zamrożonych chwil. Lektura tego dzieła, nie sprowadza się więc do prostego śledzenia akcji, tylko skłania nas do szeroko pojętej refleksji na temat tego na co patrzymy. Autor zostawił nam na to sporo czasu i przestrzeni. Widoczny jest w tym ogromny szacunek i zrozumienie dla historii stworzonej przez jego babcię. 


Nastrój statycznych, pozbawionych dynamiki grafik Hymana, ma w sobie coś bardzo amerykańskiego, przypomina trochę malarstwo Edawarda Hoppera oraz prace Paula Cadmusa. Artysta idealnie odmalowuje scenerię sennego amerykańskiego miasteczka z początków XX w. Kładzie duży nacisk na precyzyjne oddanie detalu. Udaje mu się także uchwycić atmosferę złudnego spokoju i pustki, która po chwili wypełnia się ludzką obecnością. Poprzez sprowadzenie tekstu w dymkach do absolutnego minimum, możemy w pełni oddać się podziwowi dla warstwy estetycznej komiksu. Ma to też swoją wadę. Lektura tych 160 stron - nawet z przystankami na refleksję - to nie więcej niż pół godziny. Myślę jednak, że do pracy urodzonego w Nowej Anglii autora, można wracać wielokrotnie na przestrzeni całego swojego życia, za każdym razem odnajdując w niej coś nowego. 



    Loteria to idealny przykład udanej komiksowej adaptacji literackiego pierwowzoru. Nie traci ona nic z ducha oraz treści opowiadania Shirley Jackson, a jednocześnie wykorzystuje cały arsenał środków wyrazu, charakterystycznych wyłącznie dla tego medium, które w sposób istotny poszerzają pole znaczeniowe dzieła. To jednocześnie wspaniały hołd autora dla swojej krewnej i nadanie jej pracy nowego życia. Nie ukrywam, że dla wielu osób, omawiana powieść graficzna może się okazać lekturą straconą, która posłuży co najwyżej za ciekawą ozdobę na półce z eklektycznie dobranymi książkami. Jednak dla wielu zakochanych w obrazach oraz potencjalności ich głębi, a także dla tych, którzy wciąż od nowa poszukują ostatecznych odpowiedzi na filozoficzne pytania o naszą ziemsko-kosmiczną egzystencję, komiks ten może stanowić ciekawe przeżycie, które frapuje, niepokoi i nie pozwala o sobie szybko zapomnieć. 


Autor: Jakub Gryzowski

środa, 13 stycznia 2021

Powrót Mrocznego Rycerza. Złote dziecko Miller/Grampa

 


Zwykle nie bawię się w kopiowanie oficjalnych opisów, ale z jednej strony szkoda strzępić ryja, a z drugiej przyda się tu wkleić coś miłego na temat tego komiksu, nawet jeśli to wierutne kłamstwo.

Według opisu z Amazona, „Powrót Mrocznego Rycerza. Złote Dziecko” to „triumfalny powrót Franka Millera do świata Mrocznego Rycerza”. Po czym następuje część chwaląca rysownika, Rafaela Grampę, ale ona akurat jest prawdą. Nie mam pojęcia, jak według Was wygląda typowy „triumfalny powrót”, ale ja nie określiłbym tak wtoczenia się na czworaka przez próg w akompaniamencie własnego bełkotu o dawnej świetności i trafności własnych obserwacji społecznych. Zastanawiałem się, czy Millera wypada tak ostro krytykować (w końcu wyraźnie źle się z nim dzieje), ale no bądźmy poważni. Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść. 

 


Zacznijmy od tego, że mam problem z konkretnym opisem fabuły. O czym jest „Złote Dziecko”? O wielu rzeczach wrzuconych z jakiegoś powodu to wspólnego, postapokaliptycznego worka. O rebelii maluczkich podsycanej przez Jokera i Darkseida, o trykociarskim ruchu oporu i o przytłaczającej spuściźnie wielkich bohaterów, chyba. Wątki lawirują w orbicie strzelającego promieniami Omega złodupca, przykoksanego dziecka Supermana, które temu złodupcowi spuszcza łomot i Carrie Kelly w ubranku nowej Batwoman. Teoretycznie jest to też kontynuacja „Rasy Panów”, ale spójność widzę tu tylko w niskiej jakości.


Jest mi naprawdę trochę przykro, bo to zdecydowanie nie jest komiks napisany przez pozbawionego umiejętności amatora. To dzieło człowieka, z którego promieniującej kreatywności i pomysłowości pozostały jedynie przebłyski. „Złote Dziecko” czyta się jak te wszystkie ikoniczne, genialne historie z lat naszej młodości. Komiksy wypełnione szalonymi pomysłami zlepionymi konkretnym pomysłem i wizją. Tutaj niestety całkowicie brakuje spoiwa, Miller jara się jak dziecko kreacjami swoich wykokszonych postaci i stara się, nieskutecznie, połączyć to z własnymi opiniami na temat aktualnej narracji o społecznym niepokoju. 



Jaka jest więc wartość płynąca z tego komiksu? Berbeć z wodogłowiem dezintegrujący Darkseida, równie zajebista córa Kenta i Wonder Woman oraz nowa pani nietoperz. Skoro wartości doszukujemy się już tylko w postaciach, to z żalem muszę stwierdzić, że nawet z Jokera tu nie ma radości. W obliczu przytłaczającej potęgi stał się pieskiem na posyłki i nawet jeśli ujada, to w sumie stracił charakter i mogłoby go na stronach w ogóle nie być. Scenarzysta, w pogoni za swoimi pomysłami, pogubił rozeznanie w wiarygodnym prowadzeniu postaci, a i same pomysły przeleciały mu gdzieś przez palce. Ostatecznie wygląda to jak efekt kilku idei kiełkujących ze wspólnego konceptu, tylko po drodze zginął sam koncept.

Najbardziej chyba szkoda roboty rysownika, bo Rafael Grampá to mistrz nad mistrze i niezależnie od kulejącego podłoża fabularnego, dał z siebie wszystko. Jeśli jeszcze nie wiecie, wychodzące spod jego ręki rysunki to zbieranina ogromnej ilości kresek, które w mocnym konturze składają się na nieco karykaturalną, ale bardzo charakterną całość. To takie rysowanko w duchu zinowej fascynacji, ino podbite do jakościowej potęgi profesjonalizmem i pieczołowitością. Dynamika zachwyca, tła nie ustępują szczegółowością pierwszemu planowi, a mimika wręcz zakrzywia graficzną czasoprzestrzeń. Zdecydowanie potrzebujemy więcej tak odważnie narysowanych komiksów.

 



No więc wygląda to niesamowicie, wydane jest ładnie i nawet pod względem pisaniny upadłego mistrza ma jeden plus „Powrót Mrocznego Rycerza. Złote Dziecko” to bardzo krótki komiks. Na tyle krótki, że w mózgu nie załącza się tryb żałości spowodowanej dłuższym obcowaniem z totalną niespójnością. Na tyle krótki, że w sumie możliwe jest skupienie się na podziwianiu kapitalnej roboty rysownika. Niestety po odłożeniu tomu na półkę, obok napisanych kiedyś przez Millera sztosów, do czytelnika dociera z opóźnieniem ten głuchy huk powolnego upadku legendy. Bardzo nieprzyjemny dźwięk.



 Autor: Rafał Piernikowski

niedziela, 10 stycznia 2021

Śpioch. Tom 2. Brubaker/Phillips

 


 

Jest piątkowy wieczór, a ja (niemal jak prawdziwy pisarz) spędzam go nad edytorem tekstu, próbując nadrobić zaległości narosłe przez świąteczne lenistwo. Na szczęście moja rola dziś jest dość wdzięczna, bo przyjdzie mi opowiadać Wam o bardzo dobrym komiksie, mianowicie o drugim tomie „Śpiocha” pisanym przez Eda Brubakera i ilustrowanym przez Seana Phillipsa.

Ten komiks niezwykle cenionego przeze mnie duetu (o pierwszym tomie pisałem tutaj klik) to pełnokrwisty szpiegowski thriller noir. Szczerze powiem, że nie są tu nawet szczególnie ważne same wydarzenia, a raczej wybitna narracja, zaczerpnięta z klasyków czarnego kryminału. Zarówno jej literacka część jak i ta graficzna stoją na najwyższym poziomie i według mnie w mainstremowym komiksie mało kto z duetem Brubaker/Phillips może się równać. Dodatkowo „Śpioch” to zdecydowanie jedno z ich szczytowych osiągnięć, z którym konkurować może chyba tylko opus magnum tego duetu, czyli wybitne „Criminal”. 

 


 

 Mimo iż to nie fabuła jest tu najistotniejsza, to trzeba zauważyć, że to dość ciekawa hybryda. Autorzy bowiem tworzą szpiegowski spin-off dla superbohaterskiego uniwersum Wildstorm. Mocno inspirowana „Strażnikami” Alana Moorea opowieść o podwójnym agencie zakamuflowanym w szajce przestępczej składającej się z superłotrów. Rzecz pełna fabularnych twistów, mięsistej narracji i postaci niejednoznacznych moralnie oraz ideowo.  

 


 

 

Prócz wybitnego czarnego kryminału, który został nam zaserwowany, chciałbym zwrócić uwagę na to, że w niniejszym tomie nieco więcej miejsca poświęcono Tao. To superłotr stworzony nie przez kogo innego jak przez samego Alana Moore'a w czasach, gdy ten pisał swój run WildC.A.T.s. Brubaker postanowił przypatrzeć się genezie złoczyńcy i uwikłał w nią mocno Lyncha, jedną z postaci drugoplanowych, przełożonego głównego bohatera. Być może nie jest to studium na miarę „Strażników”, ale fragment ten był bardzo intrygujący.

Już przy recenzowaniu pierwszego tomu wiedziałem, że „Śpioch” będzie dla mnie jedną z najlepszych serii AD 2020. Przy dwójce nie zmieniłem zdania i uważam te albumy za pozycje, które na regale powinien mieć każdy miłośnik komiksu, nie tylko kryminału czy superhero. Bardzo fajnie, że to zamknięta w dwóch tomach, niedługa całość, powieść graficzna nie stworzona na siłę (acz Brubaker w posłowiu wspomina, że został namówiony do rozdmuchania serii). Można się zastanawiać, czy to rzemieślnicza robota, czy dzieło autorskie, ale sądząc po jakości tego, co zaprezentowali obaj panowie, nie ma sensu postrzegać tytułu w takich kategoriach. „Śpioch” to mistrzostwo świata. Sięgnijcie po ten komiks i przekonajcie się sami. 

 


 

 

Jim Cutlass. Tom 2 Moebius/Rossi

 



Szybko przypomnę Wam, z czym mamy do czynienia. Moebius (tu podpisujący się prawdziwym nazwiskiem – Jean Giraud) i Jean-Michel Charlier, czyli niestety nieżyjący już autorzy cyklu o „Blueberrym” (dalej go nie przeczytałem), postanowili stworzyć inną, niezwiązaną z ich flagowym tytułem serię westernową. Fabułę osadzili na głębokim południu, w Luizjanie, zaraz po wojnie secesyjnej. Jednak już w pierwszych tomach była to opowieść odmienna od klasycznego westernu. Opowieść rozgrywająca się nie tylko w szemranych spelunach Nowego Orleanu, ale i w bogatych niegdyś dworkach plantatorów, traktująca nieraz o trudnym losie ludzi po wojnie secesyjnej i wymykająca się łatwemu szufladkowaniu moralnemu (źli bywali tu zarówno biali jak i czarni). 

  

Po śmierci Charliera Moebius nie porzucił serii. Dokooptował sobie za to rysownika, znakomitego Christiana Rossiego a sam zaczął tylko pisać. O dziwo wysoki poziom utrzymał się, jak możemy stwierdzić dzisiaj, aż do samego końca. Rossi okazał się wybitnym rysownikiem realistycznym, który godnie zastąpił Moebiusa przy desce kreślarskiej i ołówku. Moebius natomiast wykazał się talentem scenopisarskim na bardzo wysokim poziomie, którego próżno szukać w jego eksperymentalnych, często olśniewających graficznie, ale kulejących fabularnie pracach.

 


 

Nie lubię sytuacji, gdy niedługa seria dzielona jest na mniejsze części, bo zazwyczaj wypstrykam się z wszystkich spostrzeżeń, pisząc o pierwszym tomie i potem tylko się powtarzam. Z „Jimem Cutlassem” jest inaczej. Coś, co zaczęło się jak (nietypowy, ale jednak) western, przestało nim być niemal zupełnie. Mamy tu za to elementy horroru, bo pojawiają się zombie, Nowo Orleańskie voodoo oraz motywy rozgrywające się na granicy jawy i snu. Wszystko to idealnie współgra ze sobą i zapewniam, że warto dać się autorom zabrać na głębokie, mistyczne południe, które, mimo iż jest w gruncie rzeczy wyobrażeniem europejskich twórców na ten temat tego miejsca, wypada bardzo przekonująco. Z jednej strony śledzimy poczynania tytułowego rudego Jima Cutlassa, z drugiej zaś pełnoprawnym bohaterem serii staje się, tylko wspominany w pierwszym tomie, murzyn-albinos Biały Aligator, który z pomocą mistycznych mocy i podżegania byłych niewolników do krwawego buntu ma zamiar utworzyć autonomiczne państwo czarnych. Jest przy tym postacią zdecydowanie negatywną, łotrem, przez co komiks ten wymyka się normom poprawności politycznej, nakazującej mówić o byłych niewolnikach w samych superlatywach, opisując ich wyłącznie jako uciśnionych, zdeptanych.


 


Jeśli podobała Wam się jedynka Cutlassa, to dwójka wysadzi Was z kapci. To komiks genialnie narysowany i napisany ze swadą. Zdecydowanie czołówka (u mnie w pierwszej trójce) komiksów, jakie ukazały się u nas po raz pierwszy w 2020 roku.