niedziela, 19 grudnia 2021

Head Lopper. Tom 4.

 


Chcecie wiedzieć, co w trawie piszczy jeśli chodzi o fantasy? Zapomnijcie przede wszystkim o nudnym i drętwym „Kole Czasu”. Serialowy „Wiedźmin”, mimo iż jest całkiem rozrywkowy, to ostatecznie pierwszej wody kicz. Jeśli mogę coś zasugerować, to radzę sięgnąć po „Head Loppera”, którego czwarty tom ukazał się niedawno. Jak już wspominałem w poprzednich reckach, to właśnie tu bije obecnie serce fantasy i to ten komiks stanie się nieśmiertelnym klasykiem wspominanym za 20 lat.

 



Na początku tytułowy Head Lopper, zwany dalej Dekapitatorem bądź Norgalem (palec w oko Rosińskiemu?), był samotny.... wróć! W gruncie rzeczy już od pierwszego tomu nie był samotny. Postać ta zawsze podróżowała po fantastycznych krainach, mając za towarzyszkę odrąbaną głowę wiedźmy Agaty Błękitnej, która o dziwo gada i odpowiedzialna jest za liczne humorystyczne sceny w tym komiksie. Teraz jednak kompania się mocno powiększyła i mamy już opowieść o klasycznej drużynie fantasy dostającej kolejne zlecenia niczym w tanim erpegu. Jest tu więc pewna wtórność i przewidywalność, ale o dziwo nie kaleczy to opowieści, którą czyta się znakomicie. Wchłania się to jak najlepsze opowieści o Conanie – z dodatkiem bardzo wyraźnej nowoczesności – to rzecz wyraźnie będąca dzieckiem tej epoki. Widać to szczególnie wtedy, gdy przyjrzymy się grafice.

 



Andrew Maclean jako rysownik doczekał się porównań nie tylko z samym Mikiem Mignolą, ale też (przez cartoonowość krechy) z legendarnym Genndym Tartakovskym. Wszystko to i tak nic nie znaczy, bo Maclean po prostu ma swój niepodrabialny styl i założę się, że za kilka lat o tym młodym artyście będziemy myśleć jako o mistrzu komiksów. Do tego miana brakuje mu tylko obszernego dorobku, bo z ołówkiem radzi sobie już teraz znakomicie. Jego prace cechuje znakomita dynamika i rewelacyjne sceny krwawych walk z potworami żywcem wyjętymi z „Berserka” Świętej pamięci Kentarō Miury (kolejne porównanie do geniusza komiksu jakiego doczekał się Maclean). Ogólnie trup ściele się tu gęsto, a cyfrowa jucha zalewa strony. Cyfrowa, bo przecież kolory w tym komiksie to nic innego jak komputerowe pastele. Odpowiedzialny za nie jest niejaki Jordie Bellerie i jest mistrzem w swoim fachu. To rzadki przypadek, w którym zdigitalizowane barwy cieszą moje kaprawe oko i mogę ich autora tylko chwalić, bo nadają rysunkom Maclean'a jeszcze większej osobności i klasy. 

 



„Head Lopper” to jedna z moich ulubionych współczesnych serii, bo kocham komiksy fantasy. To produkt do tego stopnia udany w swojej szufladce, że aż nie ma co szukać mu konkurencji. Tak dobrej komiksowej sieki fantasy nie czytałem od czasu wznowienia Slaina „Rogatego Boga”. Nawet dobre „Conany” Busieka i Aarona nie dorastają Lopperowi do pięt, bo graficznie zatrzymują się na przyzwoitym rzemiośle i w przeciwieństwie do dzieła Macleana nie mają od strony artystycznej nic do zaoferowania. Kupcie sobie „Head Loppera”, nawet tylko po to, żeby móc wnukom opowiadać, że byliście w odpowiednim miejscu i czasie, gdy rodziła się klasyka.

piątek, 17 grudnia 2021

Batman: Death Metal 2.

 


 

Jak długo można gadać, że kolejna część komiksu to po prostu „jeszcze więcej tego samego”, zanim nawet dobra zabawa zacznie nam wychodzić bokiem? Szefostwo DC Comics myśli chyba, że takie uparte dojenie pomysłu może trwać wiecznie, bo przecież to uniwersum dziś właściwie opiera się w dużej mierze na niedorzecznych eventach. Co więcej, najbardziej bzdurny i przesadzony pomysł, odwołujący się zresztą do słusznie minionej mody na fabularne ekstremy, sprzedaje się całkiem nieźle. Taki właśnie obraz nasz, drodzy współkonsumenci – do męczonego wielokrotnie motywu alternatywnych światów i kosmicznych kryzysów wystarczy dorzucić jakiś gimmick, a łykniemy to bez żadnej popity.

Wielka orkiestra świrniętej przemocy trwa więc dalej. Batman, Który się śmieje porzuca swój kultowy, kolczasty design w stylu bondage (pokochany przez odbiorców z powodów nadających się do wnikliwej psychoanalizy) na rzecz mrocznego minimalizmu. W braku niepraktycznych dodatków kryje się bowiem potęga, najgorsza wersja Bruce'a Wayne'a zyskała bowiem (nie)boskie moce i przymierza się do buntu przeciwko swojej tymczasowej mamusi, Perpetui. Garstka ocalałych spandeksiarzy rusza więc do boju o wolność, sprawiedliwość i możliwość bezkrytycznej interpretacji amerykańskiego snu. Tym razem będzie to prawdziwy wyścig z czasem, a jego trasa przebiegnie przez największe kryzysy w historii multiwersum.



Nie mam już słów na te niedorzeczności, usprawiedliwianie całkowitego braku logiki wypracowanym przez lata wachlarzem zdupnych zdolności musi mieć jakieś granice, prawda? Najwyraźniej nie, bo ciągle to czytam i z jakiegoś powodu bawię się dobrze. Nadal potrafię zignorować to, że rozwiązania fabularne nie mają nawet szansy nas zaskoczyć. Przywykłem bowiem do braku oczekiwań. Spodziewam się już twistów wynikających tylko i wyłącznie z asów wyciąganych ciągle z licznych rękawów. To zresztą nic, bo przecież nawet gdy w ramach całkowicie pozbawionego sztywnych zasad świata braknie nam możliwości ogarnięcia kałszkwału, możemy sobie jeszcze przywołać siłę wyższą od tej do tej pory najwyższej. No bo kto nam zabroni? Jakaś komisja obrony wartości literackich?

Najgorsze jest to, że właściwie nie mam więcej zarzutów. „Death Metal” w drugim tomie to scenariuszowo nadal sztampowy, trykociarski paździerz i potwierdzenie wszystkiego, co w komiksie superbohaterskim najgorsze. Tendencyjna, pretekstowa wydmuszka, której jedynym celem jest regularne doprowadzanie do epickich scen i naciąganie granic mrocznej przesady przy jednoczesnym zachowaniu możliwie dochodowej kategorii wiekowej. Jeżeli dla was to brzmi okropnie, całkiem słusznie zresztą, trzymajcie się od całej serii z daleka. Ja, sięgając granic akceptacji własnej niewybredności, będę ją czytał z wielką chęcią.

 




Czemu to sobie robię? Bo to prosta rozrywka, bo cała ta draka z negatywnymi wszechświatami, pierdyliardem wersji Batmana i problematycznym metalem jest tak absurdalnie bzdurna, że nie targa ze sobą żadnego ciężaru intelektualnego. Drugi tom co prawda, pomimo ogólnej eskalacji fabularnej, trochę mniej częstuje nas cudownie kretyńskimi scenami, ale ogólnie w dalszym ciągu można liczyć na okazjonalnie humorystyczną jazdę bez trzymanki. Doceniam też nieustanne wplatanie w ten bajzel (i powracających) postaci, bo właśnie takie komiksy przed laty motywowały mnie do poznawania innych serii. Żałuję tylko, że chemia między bohaterami to temat dla Snydera chyba kompletnie nieistotny, no może poza Flashem. Ludziom z DC przecież żyła by pękła, gdyby przy okazji jakiegoś wielkiego wydarzenia nie została poruszona dynamika relacji Barry'ego Allena i Wally'ego Westa. Chłopakom nigdy nie jest dane się na dobre dogadać.

Różnorodność to ta przysłowiowa metoda skryta w sięgającym granic szaleństwie i niejako znajduje to też odbicie w warstwie graficznej. Nie mam nic przeciwko Gregowi Capullo, choć fanem największym nie jestem, chłop daje radę. Z radością zauważyłem jednak, że jego nazwisko na okładce drugiego tomu nijak się ma do rozłożenia pracy w środku albumu. Większość roboty odwalili tu inni rysownicy, w tym dwie naprawdę utalentowane bestie – Riley Rossmo i Francis Manapul, z Juanem Gedeonem na honorowym, trzecim miejscu. W połączeniu z naprawdę genialną robotą kolorystyczną w wykonaniu Iana Herringa i Ivana Plascencii powstał przykład na to, jak to superbohaterstwo może wyglądać wyraziście, troszkę inaczej od przebrzydłej, gładziutkiej sztampy bez popadania w karykaturalność w stylu (tfu) Humberto Ramosa na przykład. Maksimum stylu, wzorowa dynamika, niestandardowe podejście do cieniowania i bach, można przynajmniej sobie z radością oglądać komiks, którego czytać czasem nie warto.



Nikt raczej nie oczekiwał, że batmanowe „Death Metal” przy drugim tomie nagle stanie się rzucającą na kolana epopeją, która snuć będzie dojrzałe rozważania ujęte w niestandardową narrację. Czy jednak, oczekując po prostu durnej zabawy, można ten komiks ludziom polecić? I tak, i nie – jeśli lubicie superhero, ale choć trochę przejadły się wam zabawy w „lepiej, mocniej, bardziej niedorzecznie”, to pewnie odpadliście już przy części pierwszej (albo jej metalowych poprzednikach) i nie macie powodu czytać tego tekstu. Jeśli do tej pory ten wydmuszkowy event was bawił, bezmyślna hulanka szarych komórek raczej nie znajdzie tu powodu do refleksji nad sensem marnowania czasu na takie opowieści. Tak było w moim przypadku, choć frajda z tej eskapady powoli zwalnia.



 

Autor: Rafał Piernikowski

niedziela, 12 grudnia 2021

Ptaszyna. Poelgeest/Bertram

 


 

Rzecz sporych gabarytów. Spasiona, ciężka księga wydrukowana na offsecie – kąsek cieszący oko kolekcjonera. Tak ładnego albumu nie miałem w rękach od dłuższego czasu i powiem szczerze, że wydanie budzi respekt. Komiks ten dostał dodatkowo Eisnera za „najlepszą limitowaną serię” i był nominowany do miana „komiksu roku” z okazji Harvey Awards. To obiecuje czytelnikowi bardzo dużo.

„Ptaszyna” to komiks brutalny i pełen akcji. Przy tym jednak jest pięknie namalowany i poetycki. Zdecydowanie obcujemy tu z przebojową rzeczą, która pojawi się w niejednym podsumowaniu roku (o ile recenzenci zdążą ten komiks przeczytać, bo ukazał się stosunkowo późno). To rozrywka kalibru rzadko chwytanego przez poszukującą komiksów artystycznych Centralę. Tym razem jednak Centralsi postanowili postawić na coś bliższego gustom mainstreamowego odbiorcy i mam wrażenie, że wszystko wyszło dobrze zarówno dla czytelników, jak i dla wydawcy. Oto dostajemy opasłe dzieło science-fiction w wielkim formacie, będące na jednym z poziomów krytyką fundamentalizmu religijnego, po które sięgną chętnie zarówno fani współczesnego niezależnego komiksu, jak i starzy wyjadacze od „Wiecznej Wojny”. I chyba obie grupy będą zadowolone po lekturze, bo to nie tylko niegłupi, ale i piękny komiks, praca zdecydowanie dojrzała artystycznie. Popatrzcie zresztą tylko na te mięsiste (i przy okazji pełne jakiejś niepokojącej cielesności) rysunki. Od razu widać, że to wysoka klasa rzemiosła. Trochę będzie teraz zabawnie, bo to trzecia recka z rzędu, w której wspominam Moebiusa, ale rysunki Iana Bertrama znów mi się kojarzą z twórczością wybitnego Francuza. Nie bijcie i się nie śmiejcie tylko, popatrzcie. Czyż tak nie jest?

 



Bertram rysuje wszystko z nie lada swadą, przedstawiając bohaterów i tła niczym wyjęte z jakiejś wielkiej baśni sci-fi autorstwa Jodorowskyego. Fantazji mu nie brak, przy czym kij z dupy został w całości wyjęty i to nie jest space operowa, ciężka, nudna lektura. Jest tu za to dużo dynamiki i krwawych, szalonych scen, które narysowane są po mistrzowsku. Ciekawe jest, że komiks ten nie dostał nagrody właśnie za rysunki. Bo to warstwa graficzna jednak zdaje się ostatecznie ważniejszym elementem całości. 




 

Prócz wykorzystanej tu mocno europejskiej szkoły rysunku, gdzieś tam pod powierzchnią bije też mangowy duch, co widać na przykład w twarzy tytułowej „Ptaszyny”, która musowo kojarzyła mi się z Alitą. Czuć tu również „Berserka” Miury. Eklektyzm jest zresztą wielkim plusem tego komiksu, bo przenikają się tu różne trendy, które mogły zostać połączone tylko w ostatnich latach. W końcu również w fabule czuć, że „Ptaszyna” to dzieło młodego, a wszak już burzliwego XXI wieku.




Kowboj z Szaolin. Pierwsza Podróż. Geof Darrow

 


 

Nie będę ukrywał – dziwaczna fabuła sprawiła, że pisząc o tym komiksie, jestem zbity z tropu. Podoba mi się graficznie, do połowy nawet sporo się uśmiałem, ale im dalej w las tym dziwniejszy robi się scenariusz. To trochę tak, jakby Jodorowsky i Terry Gilliam mieli dziecko, które ma mocne skłonności do tarantinowszczyzny.

Wspominam o Jodorowskym, bo zdaje się, że sporo tu buddyjskich jazd, których jako laik w temacie zanadto nie rozpoznaję. Gilliama wymieniam, gdyż za wielką, fantastyczną przygodą czai się tu jeszcze dość specyficzny, ale wspaniały humor. Tarantino, ponieważ głównym motorem napędowym opowieści jest walka, jaką toczy na miecze tytułowy Kowboj z Shaolin. Jedna z najdziwniejszych walk w historii kina... tfu komiksu! Jest w tym dziele jednak coś, co każe mi myśleć o całej opowieści w charakterze w pewnym sensie filmowym (Widzieliście "Boxer Omen"?). To znowuż może być scenariusz stworzony ad hoc, żeby autor mógł sobie dziwactwa porysować i nie ma on mieć za wiele sensu. Tak też może być. Z jednej strony daleko mi już do takiej awangardy, z drugiej graficznie to jest taki poziom, że trudno nie kończyć tej opowieści na stojąco, bijąc autorowi brawo.




Jego rzemiosło po prostu budzi duży respekt. Geoff Darrow ma jednego z dłuższych na dzielni, po „Kowboju z Szaolin” nikomu już nic nie musi udowadniać i ma pewnie zarezerwowany kawałek tortu już do końca życia. W swojej karierze pracował już zresztą nawet z Frankiem Millerem. Umówmy się też, że o jakości tego komiksu również bardziej stanowiły grafy Darrowa niż scenariusz Millera. Ze względu na grafikę będę Wam też „Kowboja z Szaolin” jednak polecał, bo pewnie wielu z Was chciałoby mieć ten album na półce, jeśli w Waszym guście jest to, co widzicie na przykładowych planszach czy fantastycznej okładce (prócz amerykańskiego komiksu jest tu coś z Moebiusa? Prawda?). W tym przypadku jaki jest koń, każdy widzi. Chciałem teraz napisać, że fabuła nie ma nic do zaoferowania, ale skłamałbym i jednak wypierdolił niesłusznie ten album do szuflady z niezjadliwym bełkotem. Taki jednak do końca ten komiks nie jest, bo czytanie go (przynajmniej większości) sprawia przyjemność. Mnie momentami dodatkowo śmieszył do łez (monolog osła o Robercie Mitchumie).




Ostatecznie jednak, jeśli byście mnie pytali, to wolałbym zobaczyć rzemiosło Geoffa Darrowa w towarzystwie opowieści, która ma ręce i nogi. Koleś ma w sobie wszystko, czego trzeba, by stać się mistrzem komiksu. Wszystko, prócz dobrego scenariusza. 





Rozmowa z Marią Rostocką.

 


Dziś coś specjalnego. Maria Rostocka - autorka wspaniałego komiksu pt. „Koniec Lipca”, który znalazł się w oficjalnej selekcji festiwalu w Angoulême - odpowiedziała na parę pytań dotyczących jej pracy.

Jakub Gryzowski: Jest Pani malarką oraz autorką krótkich form komiksowych. Dlaczego tym razem zdecydowała się Pani na dłuższą formę wypowiedzi? Czy przestrzeń jednej planszy wydaje się czasami zbyt mała dla ujęcia pewnej problematyki?

Maria Rostocka: To tak wygląda jedynie z zewnątrz. Większość twórców ma szuflady pełne tekstów czy rysunków których nikt nie widział. Zawsze chciałam robić albumy komiksowe, musiałam jedynie nabrać pewności siebie by uwierzyć w to że mogę go stworzyć całkowicie sama. Bez niczyjej pomocy.

JG: Historia opisana w Końcu lipca wypada bardzo autentycznie. Czy można powiedzieć, że jest to na poły komiks autobiograficzny?

MR: Bardzo się cieszę, że opowieść wypada autentycznie. Niemniej zupełnie, ale to zupełnie nie jest autobiograficzna. Chciałam stworzyć fabułę, która miałaby podobną strukturę do książek Jane Austen. Portret pewnej grupy ludzi, który staje uniwersalnym portretem psychologicznym. Umiejscowiłam całość w wymyślonym miejscu, choć dość mocno inspirowanym podwarszawską wsią którą znam, bo stamtąd pochodzi część mojej rodziny. Głównie chodzi o chaotyczną strukturę miejscowości, powstającej przez ostatnie 100 lat, bez sensownego planu zagospodarowania przestrzeni.

JG: Czy wybór narracji komiksowej ułatwia opowiedzenie czegoś, co przy użyciu innego medium nie jest tak łatwo dostępne?

MR: To jest taka jednoosobowa produkcja filmowa, bez potrzeby kompromisów związanych z budżetem, bo eksperymenty formalne nie wiążą się z kosztami, i nie trzeba pracować w zespole. Można więc być panem całego projektu. Dodatkowo w komiksie jest jeszcze wiele do odkrycia, wiele miejsca na nowe sposoby łączenia słowa i obrazu. To jest bardzo ekscytujące.

JG: „Koniec Lipca” spotkało niezwykłe wyróżnienie (festiwal w Angoulême). Czy planuje Pani powrócić do swych postaci w następnym komiksie, bądź też dziele innego typu?

MR: Nie mam tego w planach. Właściwie w ogóle nie przyszło mi to do głowy. To zamknięta całość. Spędziłam z moimi bohaterami dużo czasu i zżyłam się z nimi, ale to już koniec.

JG: Czy komiks autorski, który Pani proponuje ma swego czytelnika w Polsce? Jak Pani sądzi do kogo trafiają tego typu historie?

MR: Nie zastanawiam się nad tym zbytnio. Ale faktycznie wielu potencjalnych odbiorców mojej książki jeszcze nawet nie wie że istnieje taki gatunek. Więc czekam cierpliwie aż w końcu ludzie, które zawsze odwracają się plecami do półki z komiksami sięgną po powieść graficzną i zmienią zdanie.
Na szczęście Polska nie jest bańką, mamy internet, pilnie śledzimy kulturę najnowszą innych krajów Europy, i USA. Zawsze będą wśród nas zatwardziali konserwatyści, przekonani że powieść dla dorosłych powinna zawierać jedynie litery. Ale to mnie w ogóle nie obchodzi, nie gadam z konserwatystami.

 

niedziela, 5 grudnia 2021

Spidergedon. Gage/Barberi/Molina

 

 
Nikt nie ma takiego talentu, a właściwie czelności, aby uparcie realizować niedorzeczne pomysły, a potem jeszcze uparcie je doić za pomocą sequeli i innych (choć wcale nie innych) pomysłów. Nikt poza DC Comics, Marvelem no i może większością szołbiznesu, dzięki którym to dostajemy takie cuda jak Spiderversum i jego kontynuację, Spidergedon. Ciąg dalszy, o który nikt nie prosił, którego nikt nie potrzebował i który (co jest chyba najgorsze) tytułuje się za pomocą dużo bardziej pokracznej gry słów.

Swoją drogą, czemu to właśnie Spider-Mana spotyka największa plaga naśladowców, klonów i wersji alternatywnych? Ja tam obwiniam kostium, walnie się duże ślepka na obcisły spandeks, doda gdzieś owadopodobny symbol i bach, każdy wie, o co chodzi. Uniwersalność jako zguba wyjątkowości.

No ale do rzeczy, o co chodzi? Jak na komiksy superbohaterskie przystało, żadne wydarzenie nie ma absolutnie żadnego znaczenia. Bohaterowie poświęcili poprzednio życia, by powstrzymać twardziusznych wąpierzy żywiących się totemiczną mocą pająków (whatever that means)? Ich pech, bo Spider-Persony z przeróżnych wszechświatów muszą się ponownie zebrać, a włodarze wydawnictwa nie mają nowych pomysłów na powody dla takich zjazdów rodzinnych. Morlun i ferajna wracają więc do życia i zaczynają ssać, podobnie jak kreatywność stojąca za całym konceptem, a wszystko (poza scenariuszem oczywiście) jest trochę winą Otto Octaviusa. Ten, od czasów klawego „Superior Spider-Mana”, wciąż stara się bowiem być bohaterem i w tym celu bez przerwy robi totalnie niebohaterskie rzeczy, jak klonowanie na przykład.

Wiecie już więc mniej więcej, czego się spodziewać. Znacie pająka, znacie wielkie, epickie eventy, w których rozmach jest odwrotnie proporcjonalny do trwałości konsekwencji. „Spidergedon” niczym nie różni się od innych serii tego typu, może poza stroną przedstawiającą obsadę – tu wypełniają ją właściwie same pajęczaki w różnych wariacjach genderbendingu, gatunkobendingu i ogólnego bendingu kontekstu kulturowego. Wraca więc Spider-Punk (oficjalnie po prostu Spider-Man, ale bądźmy szczerzy), Pajęczy Świniak, Spider-Ghost, ten noirowy Spider co go Nicolas Cage dubbingował i wielu, wielu, napraaaaawdę wielu innych. Kolorowy, pajęczynowy zawrót głowy, tak do porzygu, a jestem przecież ogromnym fanem postaci.

Bądźmy bowiem poważni, ile można? Eksploatacja w kółko wałkowanych pomysłów, które już u samej podstawy są infantylne, powinna dawno znudzić się oddanym miłośników trykociarstwa, a nowych musi w jakimś stopniu odstraszyć poziomem skomplikowania. Oczywiście, doszukując się nieustannie plusów, znalazłem takich sporo. Chemia między różnymi wersjami ścianołaza jest świetna, bardzo dużo czasu ekranowego dostaje doskonale przedstawiony Miles Morales, tempo narracji i jej układ nie męczą czytelnika, głaskając go po główce w nagrodzie za skupienie za pomocą lżejszych fragmentów. Ogromną zaletą jest też oczywiście frajda z poznawania wariacji Spider-Mana, choć sceptyków superbohaterstwa grzać to raczej specjalnie nie będzie. Co z tego, skoro te wszystkie fajne elementy dygotają niestabilnie na rusztowaniu skonstruowanym z głupot?

Teraz spójrzmy na sprawę odwrotnie, bo ogólnie (jeśli naprawdę lubicie pająka) da się dobrze bawić przy tej lekturze. Christos Gage jakimś cudem zrobił z tego składną historię. Szczegóły jednak miejscami rażą, jak na przykład tępota teoretycznie genialnego Octaviusa i to, że ginie najlepszy Spider-Man ze wszystkich (nawet jeśli nie ma to żadnego znaczenia). Najbardziej jednak wkurzył mnie punkowy Pająk pisany przez Jeda MacKaya. To postać z ogromnym potencjałem buntowniczym, a tu zrobiono z niej przerysowany żart w świecie, w którym rzeczywistość jest przepuszczona przez krawędziowy filtr sztucznego, czasopismowego punk-rocka. To takie boomerskie „zrozumienie” tematu, w którym nieudolnie kryje się pogarda. Na całe szczęście nikt nie próbował się tu w podobny sposób zagłębiać w świat hinduskiego Spider-Mana. Poza irytującymi błędami jest też sporo zmarnowanego potencjału – z totalnie krypnej, najbardziej robaczej wersji Petera zrobiono na przykład comic-relief, a dopiero skandalicznie krótka historyjka dodatkowa jedynie napoczęła znacznie ciekawsze wątki dotyczące tej postaci.

Jak zwykle mam też problem z oceną warstwy graficznej w albumie zbierającym zeszyty rysowane przez przynajmniej kilkunastu ilustratorów. Z jednej strony różnorodność jest fajna i pomaga utrzymać uwagę czytelnika przy śledzeniu fabuły opartej na wymuszonym pomyśle. Z drugiej strony, to superhero od wielkiego wydawnictwa, czy mamy prawo faktycznie liczyć na jakąś różnorodność? I tak, i nie. Kręgosłup całej historii, na szczęście, narysowany jest świetnie. Jorge Molina i Carlo Barberi (oczywiście nie sami) grają w podobnym rytmie, kreśląc schludne, technicznie dopięte na ostatni guzik kadry, których układ czasem wyrywa się z nudnego standardu, a dynamika nie powoduje oczopląsu. To nadal jednak całkowicie pozbawione oryginalności, bezpieczne trykociarstwo. Przyjemność obcowania z nieco inną, mniej oklepaną stylistyką w wykonaniu takich artystów jak Sheldon Vella, Juan Gedeon, Tonči Zonjić, czy uwielbiany przeze mnie Clayton Crain, mamy do czynienia na przestrzeni króciutkich fragmentów. Chciałbym rzec, że w „Spidergedon” nie ma przynajmniej wywołującego łzawienie paskudztwa, ale jest Mark Bagley, bo Marvel by eksplodował, gdyby w zbiorczym tytule o Parkerze nie pojawiły się rysunki tego gościa. Zbyt wielu recenzentów pomija kolorystów, więc z radością pochwalę Tríonę Farrell, Iana Herringa i Andresa Mossy po prostu za wyróżnienie się w tym zalewie cyfrowej poprawności.

Wkurzył mnie ten komiks. Nie lubię czuć się jak idiota, a nie za bardzo potrafię uparcie wierzyć w swój gust i elokwencję, gdy dobrze bawię się przy czymś tak kretyńskim. Zacznijmy więc, na sam koniec, usprawiedliwianie się – gdyby nie fakt, że „Spidergedon” to pierdzielnik nakreślony na kanwie ponownego wskrzeszania pomysłu stojącego w sprzeczności z jakimkolwiek poziomem literackim, to dałoby się go nazwać niezłym komiksem. Scenarzyści (prawie wszyscy) i ilustratorzy starają wydobyć z tego zapajęczonego bagna jakiś fun i często nawet im się to udaje. Przypuszczam, że kolejny raz przemawia do mnie bezwarunkowa miłość do Spider-Mana (hej, uwielbiam drugą Sagę Klonów), ale ten strzelający siecią akrobata w pstrokatym wdzianku ma w sobie ogromny magnetyzm. Z pewnością w tym częściowym zadowoleniu nie jestem sam.

Autor: Rafał Piernikowski