piątek, 30 listopada 2018

Garfield. Tom 1. Jim Davies.

Tekst pierwotnie ukazał się na łamach RYMS.



Garfield narodził się czterdzieści lat temu, 19 czerwca 1978 roku. Z tej okazji Egmont wprowadził na rynek nowe wydanie słynnego komiksu tworzonego przez Jima Daviesa.Wszystko będzie publikowane po bożemu, chronologicznie, pasek po pasku – wcześniejsze wydania prezentowały paski wybrane i były czarno-białe, to jest w pełnym kolorze. Do sprzedaży trafił właśnie pierwszy „tłusty koci trójpak” zbierający trzy tom wydania oryginalnego.

Garfield to tłusty kocurek, łasy na lasagne, a na myszy polujący jedynie hobbystycznie (i bezskutecznie). Paski kręcą się wokół jego codziennych perypetii, naprawdę poważnych zmartwień (czy wstać i zjeść śniadanie, czy może dalej smacznie spać w legowisku?). Jego panem jest Jon Arbuckle, rysownik komiksów, nudziarz, który ma odwieczny problem z tym, że nikt nie chce się z nim umówić na randkę i prawdopodobnie jest to alterego samego Davisa. Z czasem do serii pasków wprowadzeni są inni bohaterowie, z których najważniejszy jest głupiutki piesek Odie, któremu Garfield często płata przeróżne figle.


Powiem szczerze, że jestem nieco zawiedziony tym tomem, bo Davis dość długo się rozkręcał, nim zaczął robić naprawdę śmieszne paski (zaczynają się pojawiać w okolicach trzeciego zebranego tu albumu). Niemniej jednak, kiedy wejdą już na wysoki poziom, to się na nim utrzymują do samego końca. Mimo wszystko i tak bardzo polecam ten komiks, bo wielką przyjemnością jest śledzenie rozwoju Garfielda (jego wygląd ewoluował na przestrzeni lat), pierwszych występów Odiego czy epickich koszy, jakie dostaje Arbuckle od kolejnych dzierlatek. To wszystko ma niebagatelną wartość historyczną i mimo tego, że może nie uśmiejecie się na tym komiksie jak norka, to warto posiadać go w swojej kolekcji. Tym bardziej, że to tylko zapowiedź prawdziwej czytelniczej uczty.

Trudno mi do końca stwierdzić, czy Garfield spodoba się dzieciom – acz ja w dzieciństwie, jako leniwy grubas szalałem za nim, utożsamiałem się z tym grubym kotem. Jeśli więc macie na pokładzie zaokrąglone wszystkojadki kochające włoską kuchnię (proszę nas nie oskarżać o propagowanie otyłości, ale duże jest piękne!), to z Garfieldem walcie do nich jak w dym. No, i raczej komiks ten wręczyłbym dziecku 10+, niż jakiemuś małemu szkrabowi.


Jak wspomniałem, od premierowego komiksu o Garfieldzie mija już czterdzieści lat. Jim Davies nieprzerwanie aż do dziś tworzy paski o nim. Na rynku anglosaskim ukazało się już dwadzieścia tomów. U nas komiks będzie się ukazywał co kwartał, w formie zbierającej po trzy albumy, co pozwala sądzić, że szybko dogonimy zagraniczną edycję. Cieszę się, że kolejna komiksowa klasyka doczekała u nas przyzwoitej edycji i liczę, że wydawcy częściej będą sięgali po zbiorcze wydania pasków. Marzy mi się polska edycja komiksów o „Nancy” Erniego Bushmillera, albo „Pogo” Walta Kelly'ego, które odegrały niebagatelną rolę w rozwoju sztuki komiksowej. Tymczasem przytulam Garfielda.


czwartek, 22 listopada 2018

Corto Maltese. Tom 8. Złoty dom w Samarkandzie. Hugo Pratt




Cykl o Corto Maltese to jedna z najsłynniejszych serii w dziejach komiksu europejskiego. Historia rozpięta na kilkanaście tomów opowiada o przygodach tytułowego nieustraszonego marynarza, dzielnego awanturnika wiecznie goniącego za skarbami, tajemnicami i wikłającego się w różne kabały. Często w tle opowieści o nim przechadzają się autentyczne, historyczne postacie, które bardzo uatrakcyjniają fabułę. Do księgarń trafiła właśnie 8 odsłona tego cyklu.

Tom „Złoty dom w Samarkandzie” rozpoczyna się na początku lat dwudziestych ubiegłego wieku na wyspie Rodos, gdzie Corto szuka tropów mających doprowadzić go do zaginionego rękopisu Lorda Byrona. Stamtąd wskazówki powiodą go do afgańskiego Kafirstanu, gdzie jeszcze za czasów Aleksandra Macedońskiego podobno został ukryty wielki skarb. Przy okazji Corto będzie próbował uwolnić wiezionego w tytułowej Samarkandzkiej twierdzy swojego przyjaciela Rasputina. Tak, jedną z ważnych dla tej serii postaci jest nie kto inny jak sam Grigorij Jefimowicz Rasputin, który na kartach tej opowieści stał się rządnym skarbów awanturnikiem. Co więcej, jest wykorzystywany przez autora by wprowadzać do fabuły elementy specyficznego humoru. Według mnie, gdy tylko pojawia się na horyzoncie, bezwstydnie kradnie ten komiks głównemu bohaterowi.  


Uważam Hugo Pratta, autora serii o Corto Maltese za mistrza komiksu, ale muszę przyznać, że tym razem stworzył historię tak poplątaną i pełną zwrotów akcji, że nieomal się pogubiłem. Niemniej była to przyjemna lektura i jak zawsze cieszyłem się, że wracam do kreowanego przez niego świata pełnego zagadek, burzliwych konfliktów i ukrytych skarbów. Tło historyczne, jak to zwykle bywa w tej serii, jest bardzo istotne, ale tym razem zostałem tak przytłoczony informacjami, że niewiele z nich zostanie ze mną. Karty komiksu zapełniają różne armie i plemiona, a piłeczka w konfliktach między nimi odbijana jest tyle razy, że trudno się we wszystkim połapać.

Stronie graficznej tego albumu nie można nic zarzucić. Pratt miał wyrobiony swój niepowtarzalny styl, mocno opierający się na grubych krechach tuszu. Jest to co prawda realizm, ale okraszony tak unikalnymi cechami, że rysunki są od razu rozpoznawalne, głównie dzięki niebywałemu operowaniu czernią. Mimo iż twórczość Pratta próbowali podrabiać najlepsi (cechy jego stylu obecne są i u Franka Millera i Mike'a Mignoli), to nikomu ta sztuka się jeszcze nieudała. Jego nieco niedbała kreska przypomina wizualne notatki z kajetu dawnego podróżnika. 


Oryginalnie komiks drukowany był w czerni i bieli, my dostajemy wersję koloryzowaną. Na początku byłem zdecydowanie przeciwny temu zabiegowi, ale z każdym tomem coraz bardziej przekonuję się do tych kolorów i obecnie zupełnie mi nie przeszkadzają.

Niniejszy tom był już kiedyś opublikowany w naszym kraju przez wydawnictwo POST. Ominął mnie wtedy, i teraz czytałem go po raz pierwszy. Nie jest to mój ulubiony album z przygodami Corto, ale z lektury jestem zdecydowanie zadowolony.

Warto pochwalić też formę, w jakiej Egmont wydaje albumy o przygodach Maltese – twarda oprawa, dobry papier, świetne kolory. Brakuje w nich jedynie obszernych wstępów, które zawierało wydanie POSTu, i które pozwalały bardziej wczuć się w tło historyczne opowieści (może wtedy coś by pozostało w mojej głupiej głowie po lekturze tego tomu?). Niemniej to maleńki mankament i szczerze nakłaniam Was do kompletowania tej serii. 


Punisher tom 5. Ennis/Parlov




Punisher to najbardziej bezwzględny pogromca w świecie Marvela. Za jego mitem stoi tragiczna przeszłość. Bohater stracił rodzinę (żonę i dwójkę dzieci) podczas porachunków mafijnych. Znaleźli się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze. Od tego momentu ten antybohater żyje wyrzucony poza nawias społeczeństwa i uzbrojony po zęby tępi z determinacją całe zastępy gangsterów, próbując (bezskutecznie, bo  ostatecznie jego wojna nie ma końca i nie przynosi mu to satysfakcji) zemścić się za doznane krzywdy.

W pierwszej połowie niniejszego tomu na jego drodze stanie niewidziany od jakiegoś czasu bandzior Barakuda, którego, o ile dobrze pamiętam, Frank kilka części temu zostawił na pożarcie rekinom. Gangster jednak przeżył, jest mocno wkurwiony i znajduje świetny, wyszukany sposób by zemścić się na Castle'u. Nie zdradzę jednak sedna opowieści, żeby nie psuć Wam zabawy. 



Następna część tomu mocno odnosi się do wojny Wietnamskiej, w której Frank brał udział i która pozostawiła na jego życiorysie głębokie ślady. Prócz tego ktoś wykorzystuje sympatie, jakie Castle żywi do amerykańskich żołnierzy i napuszcza na niego elitarny odział komandosów, wiedząc, że samozwańczy stróż prawa nie będzie chciał ich skrzywdzić.

Jeśli czytaliście poprzednie tomy autorstwa Gartha Ennisa, to wiecie czego się spodziewać. Irlandczyk odrzucił swój rubaszny, komediowy styl skupiając się bardziej na opowiedzeniu mocnej, sensacyjnej historii. Efekt jest znakomity i przedstawia Ennisa jako nieprzeciętnego rzemieślnika, który potrafił wczuć się w trochę inną stylistykę, niż ta, którą obiera zazwyczaj. To rzecz pisana z szacunkiem do starszych odsłon Punishera, niebagatelizująca jego wojennej przeszłości, udanie pogłębiająca rys psychologiczny i umacniająca mit największego twardziela w uniwersum Marvela.



Głównym ilustratorem tej odsłony przygód Punishera jest Goran Parlov. Jest świetny w tym co robi, a do tego jego prace przypominają nieco rysunki Joe'go Kuberta. To jest s mojej strony bardzo duży komplement, bo uważam tego twórcę za jednego z mistrzów mainstremowego rysunku. Ilustracjom Parlova nie zaszkodziły nawet komputerowo nakładane kolory, które zresztą też wypadają nieźle. To chyba najlepiej zilustrowana odsłona ze wszystkich pisanych przez Ennisa. Cieszy mnie fakt, że w końcu podczas lektury współczesnego, komercyjnego komiksu oczy nie krwawią od końskiej dawki kiczu.

Wraz z niniejszym tomem kończy się przygoda Gartha Ennisa z Punisherem. To był bardzo dobry ciąg zeszytów (łącznie 60). Będę tęsknił za tą serią, bo czytając ją dobrze się bawiłem. Chciałbym teraz zobaczyć na naszym rynku starsze odsłony przygód Franka, które na zachodzie Marvel wypuszcza obecnie w formacie Epic Collection, ale chyba dostaniemy teraz serię pisaną przez Jasona Aarona.  Czytałem ją kiedyś i wspominam chłodniej, niż wersję Ennisa, niemniej z radością przywitam polskie wydanie i chętnie ją sobie powtórzę.

czwartek, 15 listopada 2018

Człowieka, który zabił Lucky Luke'a. Matthieu Bonhomme



 Nie zbieram regularnych przygód Lucky Luke'a tworzonych przez Morrisa i Goscinnego, które obecnie ukazują się na rynku. Nie mam na to ani kasy ani czasu, bo jestem zajęty innymi komiksami. Jednak opatrzona niesamowitą okładką, współczesna interpretacja losów słynnego kowboja autorstwa Matthieu Bonhomme, która wyszła niedawno od razu wpadła mi w oko. Miałem ją sobie kupić, ale Egmont zrobił mi niespodziankę i dorzucił ten album do egzemplarzy recenzyjnych, o które prosiłem. Bardzo się ucieszyłem, mimo iż nie planowałem pisać o tym komiksie, bo nie jestem wdrożony w regularną serię. Skoro już tak wyszło, to spróbuję Wam o tym albumie opowiedzieć.

Nasz samotny jeździec przybywa do małej osady Froggy Town. Tak się składa, że niedawno miał miejsce napad na dyliżans transportujący złoto. Miejscowy szeryf nie przejawia dużego zainteresowania sprawą, więc mieszkańcy miasteczka postanawiają wynająć Luke'a, by odnalazł sprawców. Ślad prowadzi na posesję pewnego poszukiwacza złota. Przeczy to oficjalnej wersji, według której w sprawę podobno zamieszani byli Indianie. Intryga zaczyna robić się coraz ciekawsza, a do tego dochodzą miejscowi rewolwerowcy, którzy chętnie zmierzyliby się z Lukiem. Stanowi to tym większy problem, że w mieście nie było od dawna dostawy tytoniu, i naszemu kowbojowi na fajkowym głodzie trzęsą się ręce (uroczy wątek!). Czy ktoś skorzysta z okazji i w końcu naprawdę zabije legendę Dzikiego Zachodu? 



Serię o samotnym kowboju znam tylko z kilku albumów, które czytałem w dzieciństwie, ale wydaje mi się, że Bonhomme w swojej pracy w mniejszym stopniu niż w oryginale skupia się na komedii, a w większym na westernie. Mamy tu całą plejadę gatunkowych charakterów, począwszy od szalonych poszukiwaczy złota, poprzez rewolwerowców, na Indianach skończywszy. Jedną z głównych ról w całej historii odegra też postać inspirowana słynnym rewolwerowcem-suchotnikiem Dockiem Hollideyem – tu jest człowiekiem, którego zdrowie zrujnowały papierosy. Natomiast sam tytuł opowieści nawiązuje do klasycznego westernu „Człowiek, który zabił Liberty Valance'a”. 



  Warstwa graficzna „Człowieka, który zabił Lucky Luke'a” to prawdziwa perełka. Na kartach opowieści Bonhomme'a odżywa Dziki Zachód, małe osadnicze miasteczka, a w nich drewniane saloony i ich podejrzana klientela. Na pierwszy rzut oka widać, że autor nieco urealnia historię. Morris posługiwał się stricte cartoonową kreską, natomiast autor „Człowieka, który zabił Lucky Luke'a” rysuje semi-realistycznym stylem, acz dalej zachowuje pewną kreskówkowość, która jest nieodłącznym znakiem rozpoznawczym tej słynnej serii. Wszystko, łącznie z kolorystyką wypada fenomenalnie i album czyta się dzięki temu bardzo przyjemnie.

  Osobiście bardzo doceniam to, jak autor pogrywa sobie z mitami Dzikiego Zachodu i zapewniam, że komiks, mimo iż jest dość niezobowiązującą lekturą, to spodoba się fanom westernów.



Daredevil. tom 6. Brubaker/Lark



Dzięki niniejszej serii wydawanej przez Egmont i znakomitemu serialowi telewizyjnemu, którego możemy już oglądać trzeci sezon (jest zajebisty!) dostałem na punkcie Daredevila prawdziwego pierdolca. Oczywiście, to drugoligowy bohater Marvela, ale to, że nim jest daje twórcom dużą swobodę w pisaniu o jego losach i możliwość opowiadania niebanalnych historii. Zresztą, dzieje się to nie pierwszy raz, bo podobną wolność przy tworzeniu jego przygód miał przecież Miller, najważniejszy twórca w historii Diabła z Hell's Kitchen. Brubaker idzie jego śladem i tworzy cykl naznaczony tragediami rodem z kina noir, gangsterką i scenami akcji żywcem wyjętymi z filmów których tematyką są sztuki walki.

Nie ma tu wcale laserów z dupy, wielkich bitw o losy świata, które mogą być kojarzone z flagowymi tytułami od Marvela. Zamiast tego są tabuny ninja z klanu Dłoń, złowieszcza Lady Bullseye oraz znakomicie rozpisany Kingpin, który staje się na kartach tego komiksu bardzo niejednoznaczną, tragiczną postacią. Jest w końcu miasto, tętniące życie, pokryte śniegiem, brudne i zdeprawowane – duża w tym zasługa rysunków Michela Larka. Jest i on, diabeł w czerwieni mocujący się zarówno z bandziorami jak i z życiem prywatnym, w które ingerują źli ludzie, by jak najmocniej go skrzywdzić. To już standard, że łotrzy czepiają się bliskich Murdocka – to i ujawnienie tożsamości Daredevila zdaje się zresztą głównym tematem całego runu zarówno Bendisa jak i Brubakera. Istotna jest też „dzienna” praca Matta, który jest przecież prawnikiem i często ze złem musi zmagać się na wokandzie. 



Większością grafik w tym tomie zajął się Michael Lark. Już wspomniałem jak wygląda miasto w jego interpretacji i muszę tylko dodać, że jest znakomitym rzemieślnikiem. Bardzo dobrze obcuje mi się z jego kreską i mimo iż wszystko jest wykonane komputerowo – a nie przepadam za taką techniką – to muszę przyznać, że bardzo cenię jego krechę.

Niniejszy tom zawiera wszystko co fajne w ciągu zeszytów Dardevila oznaczanym jako vol 2., więc jeśli podobały wam się poprzednie odsłony serii to i ten komiks weźmiecie z całym dobrodziejstwem inwentarza. Według mnie wart jest każdej złotówki i to jedna z najlepszych serii jakie ukazały się w tym roku w naszym kraju. 



Szóstym tomem wydawca kończy prezentowanie nam nowszych komiksów (jak wspomniałem oznaczonych w historii publikacji jako vol. 2) i teraz ma zamiar cofnąć się do czasów w których nad Diabłem z Hell's Kitchen pracował Frank Miller (czyli jeszcze vol.1). Oczekuję jego ciągu zeszytów, ale trochę żałuję, że nie dane mi na razie będzie poznać tego co dalej działo się z Murdockiem. Co prawda na ostatnich stronach tego tomu jest napisane „koniec”, ale jestem bardzo ciekawy jak inni współcześni twórcy obeszli się z Daredevilem i mam nadzieje, że po runie Millera doczekamy jeszcze kontynuacji tej serii. 


poniedziałek, 12 listopada 2018

Upgrade (2018) reż. Leigh Whannell



Wydawałoby się, że dobry film fantastyczny musi być podparty solidnym budżetem, robić duże wrażenie od strony wizualnej, kreować rozbudowany futurystyczny świat. Historia filmu pokazała jednak już nieraz, że da się opowiadać takie historie również w kameralnych warunkach, a niewielki budżet może stać się jedynie wyzwaniem dla sprawnych, ambitnych twórców. Australijski „Upgrade” napisany i wyreżyserowany przez Leigha Whannella (najbardziej znany jest jako scenarzysta i aktor) jest właśnie jednym z takich filmów science fiction, którym do zbudowania przekonującej opowieści duży budżet wcale nie był potrzebny.

piątek, 9 listopada 2018

Ultimate Spider-man. Tom 2. Bendis



Jak już kiedyś pisałem, od dzieciństwa nie czytałem aż tylu komiksów superbohaterskich co teraz. A może czytam ich nawet więcej niż wtedy. No ale wychodzi tyle ciekawych pozycji, że aż żal byłoby po nie nie sięgnąć. Pewnie jest coś niepokojącego w trzydziestolatku czytającym komiksy o gościach w rajtuzach (kiedyś nawet Moore o tym mówił, że to infantylizm i ogólnie wstyd przed Ryśkiem), no ale będę musiał z tym jakoś żyć, bo nie będę ukrywał, że często bawię się przy nich jak prosie. Sięgam nawet po tytuły adresowane do nastolatków – bo nie ma co się oszukiwać, to dla nich strwożony został Spider-man pisany przez Briana Michaela Bendisa.

W dzieciństwie byłem prawdziwym Spider-manowym świrem, dlatego jestem dość sceptyczny wobec nowych komiksów o nim. Najzwyczajniej boję się zniszczyć piękne wspomnienia jakie mam z tamtego okresu, więc po komiksy o Pająku sięgam z niepokojem (zawiódł mnie już między innymi KevinSmith). W przypadku Bendisa jest jednak inaczej, bo cenie go i ufam jego zdolnościom. Co ważne, już pierwszy tom Spider-mana pisanego przez niego mnie nie zwiódł (kliku klik), dlatego bez obawy sięgałem po drugi. 



Bendis bardzo sprawnie porusza się po mitologii Spider-mana, co rusz wyciągając z niej kluczowe dla niej figury: jest tu obecny zarówno Zielony Goblin, Doktor Octopus, Kraven Łowca ale też Gwen Stacy czy Mary Jane. W tym tomie wykracza nawet poza nią wrzucając do historii również Nicka Fury'ego z S.H.I.E.L.D. Wszystkie te elementy układanki powodują, że czytając ten komiks mamy wrażenie obcowania z wzorcową historią o Pajęczaku, która sprawia odbiorcy nie lada przyjemność. Również elementy obyczajowe są dobrze ulokowane i na tyle umiejętnie dozowane, że nie spowalniają akcji, wręcz przeciwnie, bardzo uatrakcyjniają i urealniają komiks. Mogę się tylko domyślać, jak utożsamiają się z nimi licealiści, ale podejrzewam, że są na tyle sprawnie poprowadzone, że dobrze sprawują swoją funkcję. 



Wielkim minusem tego komiksu są jednak rysunki autorstwa Marka Bagleya. Owszem, jest dobrym rzemieślnikiem, ale styl jakim się posługuje ma w sobie znamiona wszystkiego co było złe w grafice poprzedniej dekady. Jest nieznośnie kiczowato (co znamienne nieco mangowo – w złym tego słowa znaczeniu, to nie są nawiązania do Katsuhiro Ōtomo, nic z tych rzeczy) a do tego musimy dodać okrutne komputerowe kolory, od których aż oczy krwawią. Historia na szczęście jest opowiedziana na tyle przejrzyście, że da się na ten element przymknąć oko, niemniej jeśli kupujecie komiksy głównie dla rysunków, to ten album Was na pewno zawiedzie.

Scenarzysta skutecznie zmierzył się z dość trudnym zadaniem, i pokazał, że w Marvelu był właściwą osobą na właściwym miejscu. Tak jak w przypadku Daredevila, popisał się znakomitym zrozumieniem tematu i mimo iż tworzył historie nawiązujące do klasyki, to ostatecznie podawał je w bardzo smacznym, unowocześnionym stylu. Nie musiał przy tym deptać żadnych świętości i zapewniam, że jego komiksy o trykociarzach tworzone dla Marvela zadowolą zarówno początkujących czytelników, szukających dynamicznej rozrywki, jak i konserwatystów szukających w nich powrotu do historii które kochali w dzieciństwie. 


niedziela, 4 listopada 2018

Niech ciała się opalają (2017)



„Niech ciała się opalają” to trzeci film duetu scenariuszowego i reżyserskiego, który tworzą Hélène Cattet i Bruno Forzani, ale dopiero pierwszy bardzo dobry. Dla widzów znających ich poprzednie dzieła będzie nie lada zaskoczeniem, gdyż autorzy z kina artystycznego przeskakują do utworu niemalże typowo gatunkowego. Zazwyczaj takie posunięcie mogłoby być uznane za cofnięcie się w rozwoju. Nie w tym przypadku.

sobota, 3 listopada 2018

Mort Cinder



Niniejszy album udowadnia, że jeszcze są komiksowi klasycy, których dzieła nie ukazały się na naszym rynku. Publikowana w latach 60. w odcinkach w prasie opowieść, snuta przez dwójkę Argentyńskich twórców: scenarzystę Héctora Germána Oesterhelda i rysownika Alberto Braccie, to jedno z brakujących ogniw komiksu dla dorosłych, jakością zostawiająca w tyle większość cenionych tytułów z czasu bumu powieści graficznych dla dojrzałego czytelnika, który nastąpił kilka dekad później. Dzieło mroczne, wielowymiarowe i dojrzałe. Rzecz zupełnie niezwykła wśród graficznych opowieści w odcinkach.

Mooreonomicon #6.2 Saga o Potworze z Bagien tom 2.



Potwór z Bagien został stworzony przez nieżyjących już Lena Weina i Berniego Wrightsona w latach 70. Robiona przez nich w trybie dwumiesięcznym seria dobiła zaledwie do 24 numerów. Po tym ciągu zeszytów ślad po Potworze zaginął i świat popkultury przypomniał sobie o nim dopiero w 1982 roku, gdy na ekrany kin weszła ekranizacja jego przygód autorstwa Wesa Cravena. Chcąc zarobić na odnowionej popularności Bagniaka postanowiono wznowić publikację cyklu. Nową odsłonę dociągnięto do 20 numeru i wtedy na scenę wszedł on. Cały w czerni, kudłaty, z długą brodą – młody angielski scenarzysta Alan Moore, który dziś uznawany jest za jednego z najważniejszych scenarzystów w historii komiksu.

Mandy (2018) reż. Panos Cosmatos


Można było zachwycić się już jego debiutem. Panos Cosmatos (swoją drogą pochodzący z filmowej rodziny, bo to syn reżysera „Cobry” i „Rambo II”) ze swoim „Beyond the Black Rainbow” przebojem wdarł się do świadomości miłośników niezależnego kina grozy. Była to balansująca na granicy science fiction i horroru, halucynogenna, momentami bardzo abstrakcyjna, wizualna orgia z syntezatorową muzyką w tle, która nie pozostawiała żadnego widza obojętnym. Ten film albo się pokocha i kupi od pierwszych scen, albo znienawidzi i wyłączy go po kwadransie.

czwartek, 1 listopada 2018

Invincible. Tom 1. Robert Kirkman




Nie czytałem jeszcze „Żywych trupów”. Wspominam o tym, bo głównie z tego komiksu znany jest u nas autor scenariusza do „Invincible”. Zastanawiam się, czy w ogóle czytałem coś wcześniej Roberta Kirkmana i nie przypominam sobie żadnego tytułu. „Invincible” jest więc pierwszą jego pracą z którą się stykam.

Główny bohater jest połączeniem Supermana (ma bardzo podobne moce) i Spider-mana (jest nastolatkiem, więc ma podobne do młodego Parkera licealne problemy). Swoje zdolności odziedziczył po ojcu, który pochodzi z innej planety, z której został wysłany na ziemię by chronić jej mieszkańców przed wszelkim złem. Na ziemi poznał kobietę z którą spłodził syna. Gdy bohater wchodzi w dojrzałość ( fabuła startuje gdy jest rok przed studiami) zaczynają się u niego objawiać niezwykłe zdolności, a co za tym idzie, podobnie do swojego ojca zaczyna robić super-bohaterskie wypady. Tak wygląda zawiązanie fabuły, ale Kirkman na początku nie odkrywa przed czytelnikami wszystkich kart i zapewniam, że w trakcie rozwoju wydarzeń zrobi się zdecydowanie ciekawiej i bajka w której żyje bohater pęknie niczym bańka mydlana.



Jak na razie „Invincible” nie jest przeintelektualizowany – a to przecież cecha tego dobrego, ważnego super-hero spod znaku uczniów Alana Moore'a – na chwilę obecną to głównie przewrotna zabawa konwencją. Od strony literackiej album nie jest też zbyt gęsty, przez co czyta się go bardzo lekko. Są tu też obszerne fragmenty obyczajowe, które sprawiają, że komiks ten jest jeszcze bardziej interesujący, ale nie przytłaczają sedna sprawy (a tak jest np. w Daredevilu czy Hawkeyu gdzie często stanowią główny filar opowieści).

Seria ta mogłaby być częścią uniwersum Marvela lub DC, ale skoro można to robić na własną rękę autorzy zdecydowali pracować dla Image, które zapewniało im wolność i prawa do tworzonego przez nich tytułu. Niemniej bardzo widać, że postacie są wzorowane na znanych herosach, momentami tak bardzo, że dziwię się, że (chyba) obeszło się bez pozwu. Jeden z bohaterów jest przykładowo bardzo wyraźną kopią Rorschacha, który podobnie do tej kultowej postaci z „Watchmenów” prowadzi śledztwo w sprawie zabójstwa super-bohaterów. Niemniej zabiegi te są bardzo udane i sprawiają, że każdy fan komiksów o trykociarzach poczuje się w świecie „Invincible” jak w domu. 



Narracja obrazem i rysunki (których autorami są Ryan Ottley i Cory Walker) są dość nowoczesne, dynamiczne i od strony formalnej nie ma na co narzekać. Wszystko jest klarowne i czyta się bardzo przyjemnie. Nawet kolory, pomimo tego, że są komputerowe to wypadają bardzo udanie, i nie kaleczą oczu co wrażliwszym na kicz czytelnikom.

„Invincible” często określany jest jako jeden z najlepszych komiksów super-bohaterskich. Mimo wysokiego poziomu jego genialność chyba się jeszcze w pierwszym tomie nie objawia – acz historia ma mieć 12 części, więc jeszcze wszystko może się wydarzyć. Jak na razie to tylko dobre, sprawne czytadło. Daleko temu komiksowi do arcydzieł Moore'a (na podobnej rozpiętości stron Alan stworzył wszak wybitne, zamknięte historie), acz z drugiej strony fajnie, że autorzy nie chcą odcinać kuponów (mimo jawnych nawiązań) od dzieł genialnego Brytyjczyka i robią wszystko po swojemu. To co najfajniejsze w tej historii to pewna radość, wyraźna frajda jaką mają twórcy z opowiadania o super-bohaterach. Mimo iż nie stałem się jeszcze fanem Kirkmana to na pewno będę śledził tą serię.