środa, 30 sierpnia 2023

Zmarszczki. Paco Roca


    

„Starość się Panu Bogu nie udała” - ten tekst – żałosny, aczkolwiek podszyty delikatną nutą ironii - jak mantra powtarzała moja babcia. To co mu się właściwie udało, myślałem wówczas, skoro knoci na końcówce. Powszechne jest przekonanie, że życie starszego człowieka nie ma już wiele do zaoferowania i na ogół stroni się od tego tematu w towarzystwie, aby nie zepsuć sobie i innym humoru. Dzieła kultury także nieczęsto się z nim mierzą, a już naprawdę rzadko z pełnym powodzeniem. Dominują skrajności – albo dołujący tragizm, albo osłodzona zmurszała bułeczka. Te drugie podejście jest dla mnie wysoce irytujące – starość na wesoło, wspaniała przygoda rozczulających emerytów ukazana w ciepłych barwach jesieni. „Zmarszczki” hiszpańskiego artysty Paco Roki zajmują stanowisko kompromisowe i – jak sądzę – najbardziej uczciwe. Jest to opowieść, która w całej swej pełni ukazuje dramat późnych lat życia, dramat ciężkiej choroby oraz nadchodzącej śmierci. Jednocześnie nie brak tu małych uroków życia oraz – przede wszystkim - wielkiej wiary w niezbywalną siłę więzi międzyludzkich. Dzięki ich trwaniu nadzieja pozostaje ocalona.

    Emilio trafia do domu starców, gdzie ma dzielić pokój z Miguelem. Obaj starsi panowie odznaczają się kontrastowo odmiennym temperamentem. Ten pierwszy jest spokojny i wycofany, drugi to typ wygadanego cwaniaka, który podstępnie wyciąga  pieniądze od innych pensjonariuszy. Obserwujemy jak główny bohater powoli wnika w przestrzeń i klimat instytucji, poznając różne charaktery i słabości przebywających tam ludzi. Nie jest tu za wesoło. Marazm i marne rozrywki w rodzaju oglądania telewizji, czy grania w bingo. Główny niepokój wzbudza jednak pierwsze piętro zakładu, na którym znajdują się osoby nie potrafiące już samodzielnie zadbać o siebie.

    Punktem zwrotnym opowieści Roki jest moment postawienia diagnozy dla Emilio. Czytelnik już wcześniej domyśla się, co to będzie - Alzheimer. Walka, którą nasz bohater podejmie z tą chorobą, przy aktywnej pomocy Miguela, stanie się rozpaczliwą próbą ocalania - nie tylko pamięci i płatającej figle świadomości - ale także czegoś tak koniecznego do życia jak godność. Bohaterowie będą gotowi na każdy fortel, aby opóźnić możliwość trafienia na pierwsze piętro. Paradoksalnie doprowadzi to do szeregu bardziej zabawnych niż traumatycznych sytuacji.

    Paco Roka snuje swoją opowieść w sposób niezwykle subtelny, czasem pełen humoru, lecz nie unikając elementów tragicznych. Forma komiksowa umożliwia spojrzenie na starość poprzez jej - nie dosłowne - lecz symbolicznej przedstawienie. Kosztem drastycznych szczegółów, które musiałyby dojść do głosu w filmie, odsłania się to, co jest najsilniej zarysowane. Tym czymś jest żarliwe pragnienie życia wbrew wszelkim przeciwnościom, życia nie tylko dla siebie, ale także dla kogoś bliskiego, a bliski to niekoniecznie krewny, który nie ma czasu odwiedzić swojego dziadka, lecz ten, który w danym momencie jest obok.   

    Hiszpański artysta przyzwyczaił nas do swojego sposobu narracji, w której akcja składa się z szeregu celnie spuentowanych epizodów oraz onirycznych retrospekcji. Język komiksowy Roki jest prosty, lecz niezwykle sugestywny. Gdy nasz bohater ma problemy z pamięcią, widzimy to w subiektywnych kadrach point-of-view, w których z wolna zacierają się rysy twarzy innych ludzi i pozostaje sam tylko kontur postaci. Na samej okładce komiksu widzimy Emilio, któremu z czubka głowy wylatują stare pożółkłe fotografie niczym jesienne liście gnane podmuchami wiatru. Tego typu zabiegi w filmie mogłyby wydać się efekciarskie, w Zmarszczkach wypadają przekonująco.

    Paco Roka zmienił swój sposób rysowania, nieco go upraszczając. Jeśli porównamy „Zmarszczki” do wcześniej u nas wydanych tytułów, takich jak „Dom” czy „Powrót do Edenu”, to zauważymy też, że komiks ten jest krótszy, w formacie pionowym (a nie poziomym jak dotychczas), na który artysta poświęcił – jak mniemam - trochę mniej czasu. Brak tu Wielkiej Historii, która często służyła rysownikowi za istotne i silnie oddziałujące na bohaterów tło opowieści. Niezmienna za to pozostaje stonowana kolorystyka oraz – przede wszystkim - głęboka wrażliwość w sposobie opowiadania, wynikająca zapewne z osobistego – popartego autentycznym doświadczeniem – podejścia do opisywanej problematyki.  

    Fanów autora Kolei losu nie trzeba specjalnie zachęcać do sięgnięcia po jego najnowszą pracę. Wypada jednak zaznaczyć, że jest to rzecz szczególna, bo dotykająca problemu, z którym każdy z nas najpewniej będzie się musiał zmierzyć. Dobra sztuka może służyć temu, aby oswoić dany temat  i wzbogacić jego pojmowanie o nowe perspektywy. Mieliśmy w kinematografii przynajmniej parę arcydzieł, które potrafiły tego dokonać. Mam tu na myśli np. „Prognozę pogody” w reżyserii Antoniego Krauzego. W filmie pensjonariusze uciekają z domu starców, co ukazane jest jako wyzwolenie z opresyjnego systemu, ale także jako symboliczna próba wymknięcia się z objęć śmierci (w Zmarszczkach również mamy motyw seniorów na gigancie). Jest też wybitny koreański dokument pt. „Nie opuszczaj mnie: 6 historii o prawdziwej miłości”, który w poruszający sposób ukazuje silnie uczucie łączące wiekową parę. Miłość jest tu wartością ocalającą, która zostaje skonfrontowana z koniecznością odejścia z tego świata. „Zmarszczki” dołączają do tych wielkich dzieł, dodając od siebie to, co tylko umiejętnie zastosowana poetyka komiksowa jest w stanie wyczarować. Paco Roka niewątpliwie dobry jest w te klocki.  


Autor: Jakub Gryzowski

piątek, 18 sierpnia 2023

Celestia. Fior.

 


Swoiste poetyckie post-apo Manuela Fiora nie ma w sobie ni krzty tego, co oferują popkulturowe opowieści tego typu. Jest natomiast liryczne i impresyjne, zupełnie pozbawione epickości, spektakularności, czy – jak kto woli – gatunkowości typowej dla tego typu tworów. Zresztą czego można się spodziewać po komiksie zaczynającym się od cytatu z Pasoliniego? Jaki artysta może szukać dla swojej twórczości podpory w tym facecie?


„Celestia” to w gruncie rzeczy opowieść drogi, ale to zdecydowanie podróż intelektualna, oniryczna i odbywająca się prawdopodobnie w podświadomości twórcy, której elementy zostały przekute na tę całkiem grubą książeczkę. Można szukać tu zapewne schematów jungowskich, ale nie będę tego robił, bo jestem za głupi na takie analizy. Zostawię to mądrzejszym. Zaznaczę jednak, że dzieło Fiora nie jest ciężkim, przeintelektualizowanym komiksem. Czyta się to jak lekką fikcję, baśń, prostą opowieść ubraną w niesamowite malunki nawiązujące do dorobku impresjonistów. Dużą rolę odgrywa tu też światłocień, który podkreśla bryły i budynki – miejskie krajobrazy będące bardzo ważną częścią tej opowieści.


Nie wiem jednak, dlaczego Fior zdecydował się na tego typu opowieść i zagadką pozostaje dla mnie, po co chciał ją wpisać w ramy post-apo. Nie ma on wszak czytelników wśród odbiorców takich historii, bo jego komiks adresowany jest do ludzi z inną wrażliwością. Modlący się do puplpowego bożka będą zawiedzeni tą opowieścią, bo brak tu przemocy, zombi i wybuchów. Boje się również, że może zadziała to w obie strony i odstraszy to od jego komiksu ludzi szukających artystycznych doznań. Ja łykam komiksy bez względu na tematykę (nie ważne o czym – ważne, że dobry), ale dla wielu osób może to być przeszkodą.


Kultura Gniewu przyzwyczaiła nas do niebanalnych komiksów i również w tym wypadku nie zawodzi, bo to coś więcej niż tylko przyzwoite rzemiosło. Być może nie będzie to dla mnie jeden z albumów roku, ale to unikalne przeżycie i będę je jeszcze długo wspominał. Muszę jednak przyznać, że nie jest to komiks dorównujący genialnemu, poprzednio wydanemu u nas dziełu Fiora „Pięć tysięcy kilometrów na sekundę”, które wywoływało u mnie większe emocje. To jednak chyba jedyny poważny minus tej opowieści.

Niewidzialni. Grant Morrison

 


 

Ostatnio przeczytałem, że Morrison, biedaczysko, jest w Polsce niezrozumiany. Ja sam, pisząc ostatnią recenzję drugiego tomu „Niewidzialnych”, się do tego przyłożyłem, bo ostro po nim pojechałem. Kompletnie minąłem się z na maksa zamulającym wątkiem porwania King Moba, moim zdaniem był to straszny grafomański niewypał. Obraziłem się wręcz na Morrisona za wszystko, co przy okazji tej odsłony wylazło na wierzch z jego twórczości niczym grube nici, którymi szyta była tamta opowieść. Obszedłem się z nim brutalnie również ze względu na wypowiadanie przez niego opinie o Moorze.

Dziś, gdy kurz po tym moim paszkwilu sprzed kilku miesięcy opadł, sięgnąłem po tom 3. Powiem szczerze – mimo iż do końca nie zmieniłem zdania o Szalonym Szkocie – trochę się z nim pogodziłem. Nie uważam jednak, żeby „Niewidzialni” byli komiksem wybitnym. Być może w swojej kategorii, czyli komiksu o grupie quasi-superbohaterów, sporo namieszali, ale to dalej nie jest dla mnie arcydzieło gatunku.

„Niewidziani” to gęsta od narracji literackiej opowieść, która na siłę, nienaturalnie, chce być czymś, czym nie jest. Chce odgrywać rolę wysokooktanowej, intelektualnie rozbudowanej epopei i dostarczać materiału pobudzającego szare komórki. Dla mnie w dużej mierze była (w drugim tomie) jednak bełkotem. W trzecim tomie jest tego bełkotu mniej, ale to dalej rzecz złożona z nieprzystających do siebie elementów, które nijak wspólnie nie działają. Wciąż podoba mi się tu więcej rzeczy niż w poprzedniej odsłonie. Ujęła mnie między innymi opowieść o podróżach w czasie (to przy okazji niezły komiks „kostiumowy”) ­– ciekawe podejście do ogranego motywu literatury fantastycznej. Finał zmagań King Moba i jego grupy z „wąsaczami” też nie był tak przeszarżowany, jak sądziłem po trzonie tego wątku zawartym w tomie drugim. Podjęcie tematu wielowymiarowości, którego często dotyka również wspomniany Moore, też zaliczę do elementów udanych. Możemy odhaczyć i motywy gnostyckie, te jednak w komiksach podejmowane są nader często, tu po prostu zostały nazwane po imieniu. Razem to wszystko jest niecodziennym miszmaszem. Musimy dodać do tego dość przewidywalną, poprawną i nudną jak flaki z olejem formę graficzną (nie mówię o kompozycji plansz, te potrafią zaskoczyć, chodzi mi o krechę) i powiedzieć, że najzwyczajniej w świecie to komiks przesolony na wszystkich fabularnych poziomach. Bo to jest istny postmodernistyczny koszmar z powciskanymi na siłę motywami, które mają zbliżyć czytelnika emocjonalnie do historii. Bo po co wciśnięte jest tu np to, że King Mob słuchał Morriseya i myślał o samobójstwie? Z gustem muzycznym Morrisona zresztą również się mijam... Chyba dużo zależy przy odbiorze tego komiksu od wrażliwości odbiorcy i jego odporności na ładowanie wszystkiego do jednego wora. Dla mnie bowiem wybrzmiewa to jak istna kakofonia motywów złożonych na siłę. Czuję się najzwyczajniej w świecie przebodźcowany.

Być może mijam się z tym jak za przeproszeniem z free jazzem, może jestem jako czytelnik na etapie, w którym męczą mnie tego typu opowieści, ale kompletnie nie uznaję tego komiksu za wybitny. Przyjemność z czytania trójki była większa niż przy poprzednim tomie, lecz zaznaczę też, że z jedynką obcowało mi się lepiej. Ten cały anarchizm, do którego nachalnie odwołuje się Morrison, nie jest też artystycznie interesujący. Nie dlatego, że brakuje mu potencjału, po prostu nie został on wykorzystany. To dalej od strony formy komiks mainstreamowy, co podkreślają szczególnie niespecjalne, nudne grafiki. Do tego jest przegadany, a od strony artystycznej najzwyczajniej nieciekawy. Tak sobie myślę, że ktoś tu chciał kogoś nabrać, próbował sprzedać ten tytuł jako dzieło kontrkulturowe. Awangardowe serce gatunku bije jednak w komiksie niezależnym, a Bogiem komiksu mainstremowego, szczególnie od strony rzemieślniczej, pozostaje Moore. Amen. 

wtorek, 1 sierpnia 2023

Daredevil. Tom 3. Mark Waid.

 


Run Marka Waida był w moim odczuciu przez wszystkich umiarkowanie chwalony i w opinii krytyków zawsze pozostawał w cieniu mistrzów. Faceta poklepywano po plecach, ale podkreślano, że nie pisze tak dobrze jak Miller, Brubaker i Bendis. Wraz z tomem trzecim szala się przechyla i moim zdaniem Waid wchodzi ze swoim pisaniem na poziom mistrzowski.


Pojawiają się u Waida bowiem w końcu poważniejsze tematy. Nie jest to jednak noir ani nie typowe peleryniarstwo, a świetnie napisana obyczajówka. Scenarzysta w końcu odważył się zagrać na uczuciach swoich czytelników. Wpieprzył Murdocka w nieciekawą sytuacje i zafundował odbiorcom emocjonalne rodeo. Tego brak było w poprzednich tomach, całkiem niezłych, ale płytkich od strony psychologicznej. Pulpowość jest tu jedynie tłem dla poważnych rozkmin o przyjaźni, chorobie, odpowiedzialności za innych. O trudnym życiu i losie gościa ukrywającego się za maską Śmiałka. O bolączkach jego bliskich przyjaciół, którzy cały czas dostają rykoszetem. Waid rozbił bank i jeśli nie dostał za to wora trofeów, to kapituły zrzeszone przy amerykańskich nagrodach pobłądziły. Może i da się lepiej w superhero, ale dziś mało kto już tak dobrze potrafi ogrywać kalesoniarskie schematy i towarzyszące im problemy związane z ukryta tożsamością.


Do tego to jeden z najlepiej narysowanych mainstreamowych komiksów jakie czytałem w tym roku. Szczególnie w oko wpadła mi krecha Chrisa Samnee, który balansuje między realizmem a delikatnym cartoonem. A może ta kreskówkowość to efekt kolorystyki Javiera Rodruigeza? Może tak być. Niemniej doceniam bardzo talent plastyczny tego duetu i na długo zapamiętam dzień spędzony nad tym tomikiem przygód Rogatego.


Bardzo mnie jara fakt, że dostajemy te wszystkie Daredevile w tak ładnej edycji. To moja ulubiona seria w historii superhero z tych długich i posiadających wielu autorów. Cieszy mnie też, że run Waida wskoczył na tak wysoki poziom. Powinniście sięgnąć po całość serii o Śmiałku z Hells Kitchen. Było kilka mielizn, ale na przestrzeni tych wszystkich dekad rzecz ma wręcz niewyobrażalnie równy poziom. Takiego superhero sobie życzę jak najwięcej.

Skorpion. Tom 2. Marini.

 

 
Kontynuuję wątek z poprzedniej recenzji. Są jednak czytadła, które są w stanie wykrzesać ze mnie więcej entuzjazmu niż pandemiczne wspomnienia Bat-rodziny. Zaliczający się do nurtu płaszcza i szpady „Skorpion” jest dowodem na to, że nie trzeba mi wielkich, snobistycznych, awangardowych podniet, by dobrze się bawić. Wystarczy pulpowa fabuła i rewelacyjne w swojej klasie rysunki Mariniego (no lubię, nic na to nie poradzę) i jestem kontent.


Awanturnik, łotrzyk, kobieciarz: Skorpion dalej pląta się w machloje związane z Watykanem i rządzącymi nim bonzami. Tym razem przyjdzie mu szukać krzyża, na którym zmarł w kaźni nie kto inny jak Święty Piotr. Trop relikwii wiedzie do Stambułu a potem do Anatolii, by ostatecznie pchnąć Skorpiona i jego drużynę do Ziemi Świętej. Cała intryga pełna jest rozpierduchy, świetnie odmalowanej architektury i pięknych kobiet.


Nie będę ukrywał, że lubię produkty spod znaku „płaszcza i szpady”, ale nie obcuję z nimi tak często, jakbym chciał. Choć filmy tego typu są raczej trudno dostępne, to bardzo fajnie, że niektórzy komiksiarze pamiętają o tej konwencji. Co do samego Mariniego, moim zdaniem facet urodził się, żeby rysować takie rzeczy i to, co stworzył w „Skorpionie” (mimo oczywistych inspiracji, od Otomo po Disneya) jest nie do podrobienia. Dla mnie to jedna z najlepszych rzeczy tego typu jakie spotkałem od czasu „Trzech muszkieterów” z Michelem Yorkiem, obok komiksików pokroju „Płaszcz i Szpony” czy drugiego tomu „Donżona” (jak słusznie zauważył jeden z czytelników Arkham, tam też te elementy były obecne). Polecam je wszystkim spragnionym takich opowieści po bezskutecznych poszukiwaniach w telewizyjnym strimingu. Konwencja płaszcza i szpady żyje sobie bowiem w świecie komiksowym i wygląda na to, że ma się bardzo dobrze.


Nie będę ukrywał, że dla mnie „Skorpion” to wymarzona wakacyjna lektura. Mamy tu piękne kobiety, które Marini rysuje równie zmysłowo co Manara, prezentując przy tym swój specyficzny styl ze znakomitym zrozumieniem tego, jaki potencjał erotyczny kryje się w jego warsztacie. Mamy przygodę, a dla spragnionych kontrowersji mamy anty-chrześcijańskie elementy świata przedstawionego, bo w Skorpionie kościół to prawdziwa czarna mafia, która nie waha się korzystać ze skrytobójstwa i podstępów. Gwarantuję, że jeśli lubicie frankofońskie czytadła, to chcecie ten komiks przeczytać.

 

Amazing Spider-Man Epic Collection. Plaga pająkobójców.

 


 

Żeby nikt nie czuł się pokrzywdzony, od razu uprzedzam: czytacie recenzję komiksu o Spider-Manie napisaną przez gościa z pajęczakiem wydziaranym na przedramieniu. Jestem fanbojem, wychowały mnie komiksy z tym bohaterem i za cholerę nie będę obiektywny. Kontekst określony, więc do rzeczy.

Cholera jasna, nadal trudno mi się czyta to ramolstwo. To początek lat 90., więc ściany tekstu z poprzednich dekad w większości zostały już pochowane w stopniowo rosnącej ilości sakiewek albo wypchnięte z kadrów przez tony mięśni przypominających złośliwe nowotwory w kuriozalnie estetycznej konfiguracji. Grzechów stęchłej komiksowej narracji nie pozbyliśmy się jednak jeszcze całkowicie, do tego daleko. Mimo to nie odradzam lektury „Plagi pająkobójców” i to wcale nie tylko ze względu na bias wspomniany na wstępie, chyba...

Czas akcji tego zbioru najłatwiej chyba nakreślić wspominając, że rzecz dzieje się zaraz przed totalnie kultowymi „Maximum Carnage“ i „Venom: Lethal Protector“. Fabułę określiłbym zresztą prędzej jako „Inwazja starych Parkera“, bo to ich obecność spaja cały tom. Mechaniczni likwidatorzy pajęczaków zajmują może połowę czasu antenowego. W międzyczasie Peter ma słuszne rozterki odnośnie powrotu rodziców, Mary Jane, również sensownie, zamartwia się o męża fruwającego nocami po mieście w kolorowej piżamie, Strange dziwuje, Jonah Jameson hejtuje, a Venom uczy się sporo o byciu bohaterem w przeciągu kilku sekund.

Właśnie ten ostatni fragment podsumowuje moje główne wąty wobec tych bolączek starszych komiksów, które na tym etapie jeszcze nie do końca zostały z medium wyplenione. Jakby się David Micheline nie starał, widać, że on i inni autorzy dostali od szefostwa listę konkretnych celów do osiągnięcia w fabule i często lecą na skróty robiąc przy okazji pretekstowe fikołki. Poziom ekspozycji w dymkach już nieco zelżał, ale wciąż sporo miejsca potrzebnego dla dobrych dialogów poświęcono raczej łopatologicznym tłumaczeniom kto, z kim, dlaczego i kiedy. To było ogromnie przydatne, gdy byliśmy dzieciakami fartem łapiącymi z kiosków (albo z pudła na świetlicy) przypadkowe i wyrwane z kontekstu zeszytówki, ale w obecnej formie brak subtelności narracyjnej męczy prawie równo mocno, co absurdalnie oszczędne fatałaszki żeńskich postaci. To drugie zresztą też jakimś dziwnym trafem za gnoja mi nie przeszkadzało i żeby było sprawiedliwie, muszę wspomnieć, że przykładowo taki Flash też tu biega w odsłaniającym brzuszek topie.

To oczywiście zarzuty, które absolutnie nie odstraszą marvelowych oldbojów z tęsknotą spoglądających w stronę papieru kiepskiej jakości i burgerów z bud na dworcu, co to obok mięsa nawet nie leżały. Dostajemy do bólu klasycznego Spider-Mana z toną akrobatycznych potyczek i masą chwilowo arcyważnych trykociarzy z ławki rezerwowej, kogo by tam obchodziło, że większość z nich właściwie od razu popadła w zapomnienie. W ramach poruszanych tu wątków mają swoje pięć minut, dostarczają sporo nostalgicznej rozrywki i nawet poważniejszych rozterek. Fakt, wszystkie morały są wyłożone całkowicie expressis verbis, ale taki urok trykociarstwa z tamtych lat. To, że postać co stronę powtarza nam, że jest smutna, czyli nie jest wesoła (żeby było jasne), ponieważ wydarzyło się to i tamto, wcale nie umniejsza powagi jej stanu emocjonalnego. Nic a nic, przysięgam!

Dobra, trochę kpię, ale musicie mi wybaczyć. Siedzę w rozkroku między ogromną satysfakcją z drogi, jaką komiksy przebyły od lat 90. i tą samą nostalgią, która nastawia was przeciwko powyższym przytykom. Obawiam się po prostu, że tytuły pokroju „Plagi pająkobójców“ za cholerę nie trafią do świeżaków. Chciałbym, żeby było inaczej, ale nie mogę nieopierzonym odbiorcom z pełną świadomością polecić zakupu tego tomu. Z drugiej strony chce im też powiedzieć: „Hej, dajcie staremu Parkerowi szansę!“. To bowiem historie idealnie ukazujące przyjazną, ale niebanalną istotę tej postaci, jej rewolucyjną równowagę między okolicznościami everymana i godnym podziwu heroizmem. To pięknie wydana pigułka nostalgii, która przypomina mi, czemu pokochałem to uniwersum. Z masą kultowych postaci (wincyj Skorpiona chcę!) i absurdalnie bzdurnych fabularnych jedostrzałów włącznie. Do tego całkiem porządnie nakreślona relacja Petera i Mary Jane, klawe przypomnienie o charakterze jego przyjaźni z Flashem Thompsonem, wgląd w psychikę cioci May, no sporo wrażliwości.

Przypomniały mi się też czasy, kiedy kreska Marka Bagleya jeszcze nie uległa szklistookiej infantylizacji. To okres szczytu jego umiejętności – czas, gdy w podświadomość fanów Marvela na całym świecie wrył się jeden z najbardziej ikonicznych wizerunków Pająka. Duże gały, smukła sylwetka z mocno zarysowanymi mięśniami, zwykle wygięta w niesamowicie akrobatycznej pozycji. W realiach technicznej niedoskonałości tamtych lat rzadko było lepiej od strony graficznej. Dynamika nie zawodzi, tła nie straszą pustkami, stosunkowo częste potknięcia (również kolorystów) nie zwracają uwagi. Napotkacie w tym tomie też sporo wręcz kultowych kadrów i okładek, co tylko podsyca jego nostalgiczną wartość. Oczywiście Bagley nie jest tu jedynym rysownikiem, nazwisk pod okładką znajdziecie od groma, jak to zwykle bywa w przypadku takich luźno powiązanych sklejek. Szczególną uwagę jednak zwróciłem tu tylko na odpowiedzialnego za magiczny wstęp Michaela Baira. Trochę o nim zapomniałem, a to tuz mocarnego cieniowania i oldskulowej szczegółowości. Zdecydowanie bardziej nadaje się do ilustrowania historii o laserach z dupy w kosmosie albo do mistycznych przygód czarowników w obcisłym spandeksie, ale to szczegół. Jest ładnie, o ile nie macie odruchów wymiotnych na widok nieco staroszkolnego podejścia do peleryniarzy.

To już jakaś reguła, bo ponownie względnego starocia w sumie polecam, ale bardzo ostrożnie. To kolejny album bez ogródek wycelowany w kieszenie już mocno obciążone hipotekami, wydatkami na wyprawki szkolne dla dzieci i rachunkami za prywatne wizyty u dobrego ortopedy. Problem w tym, że nawet wśród nas biedaków znajdą się jednostki zbyt już odzwyczajone od absurdów superbohaterskich tamtych lat, od czytankowego charakteru przenikającego nawet poważne wątki. To chyba jednak będzie mniejszość, a jej brak wśród grupy odbiorców nadrobi ten drobny procent młodszych pasjonatów, któremu nie przeszkadza staroszkolny charakter tomu. Ja ostatecznie z „Plagi pająkobójców” jestem raczej zadowolony, a to wypadkowa średniej satysfakcji z lektury i ogromnej radości z posiadania kolejnej porcji istotnych wspomnień na coraz bardziej zatłoczonej półce.  

 

Autor: Rafał Piernikowski