wtorek, 31 grudnia 2013

Mężczyzna który słyszał za dużo



Wielkim zaskoczeniem jest dla mnie fakt, że "Berberian Sound Studio" wskoczył do puli plebiscytu na Film Roku. To chyba kontrowersyjny wybór, bo film Petera Stricklanda nie trafił do szerokiej dystrybucji - w Polsce można było go zobaczyć jedynie na festiwalu Nowe Horyzonty.  Jednak ja bardzo się cieszę, że został dostrzeżony. Wielkie propsy dla Piotra Czerkawskiego, który nie bał się go typować w tym podsumowaniu, bo to moje numero uno ze wszystkich nowości jakie w tym roku widziałem.

Poniżej tekst, który chomikowałem w notatniku od dłuższego czasu. Planowałem uzupełnić go o wątki związane z muzyką, która co prawda odgrywa w filmie bardzo istotną rolę, lecz reżyser nie wyeksponował ich tak bardzo, jak z początku planował. Chciałem też jeszcze bardziej pociągnąć temat włoskiego kina ... ale wyszło tak, że napisałem ten tekst, a potem o nim zapomniałem. 

Myślę, że minęło już tyle czasu, że nie zdołam go rozwinąć. Nie będzie też lepszego momentu, by się tym tekstem z Wami podzielić. Potraktujcie jego publikację jako prezent noworoczny:




Barbara Steele, jedna z pierwszych scream queen w historii kina,  zapytana o kulisy realizacji włoskiego filmu grozy "Maska Szatana" wyznała dziennikarzom, że reżyser Mario Bava wymusił na niej nauczenie się kilkunastu rodzajów krzyku. Pani Basia najzwyczajniej w świecie fantazjowała, bo faktem jest, że jej wrzaski wcale go nie interesowały. Zarówno w wersji anglojęzycznej jak i włoskiej film był w całości udźwiękawiany w studiu, a głos do jej roli podkładały inne aktorki. Mario Bava - tak jak wielu innych twórców kina rodem z Italii - programowo rezygnował z nagrywania dźwięku na planie. Ograniczało to wiele zmartwień, a do tego pozwalało reżyserom w pełni skupić się na warstwie wizualnej filmu i nie przejmować się plątaniną kabli czy wchodzącymi w kadr "szczurami na tyczkach". To interesujące zjawisko miało też wpływ na ostateczny odbiór, bo w konsekwencji wtórne podkładanie dialogów i efektów dźwiękowych jeszcze bardziej potęgowało oniryzm charakterystyczny dla włoskiego kina gatunku. Motyw ten w swoim drugim filmie wykorzystał nieznany jeszcze szerszej publiczności, ale znakomicie rokujący angielski reżyser Peter Strickland.

Kino Brytyjczyka ma pewne cechy wspólne z dorobkiem Nicolasa Winding Refna. Podobnie jak Duńczyk Strickland garściami czerpie z kina gatunku, które dekonstruuje i któremu składa swoisty hołd. W zamyśle to twórczość daleka od tarantinowskiego pastiszu, skłaniająca się raczej ku filmowi niezależnemu, tworzonemu w duchu Johna Cassavetesa ( ze wskazaniem na "Zabójstwo Chińskiego Maklera", najbardziej gatunkowy tytuł w jego dorobku). Swoim debiutem - thrillerem przebranym w kostium kameralnego filmu artystycznego, podstępnie wdarł się na festiwalowe salony. W swoim najnowszym dziele odwraca rolę formy i treści, tym samym ukazując drugą stronę swojej twórczości -  "Berberian Sound Studio" to obraz arthouse'owy wystylizowany na włoski horror.

Film opowiada historię brytyjskiego dźwiękowca (w tej roli charakterystyczny Toby Jones, kojarzony najbardziej  z "Bez skrupułów", gdzie zagrał Trumana Capote), który zostaje zatrudniony przez włoską wytwórnię do pracy przy wyjątkowo brutalnym i perwersyjnym filmie grozy w reżyserii niejakiego Giancarlo Santiniego. Bohater jest znakomitym rzemieślnikiem, ale nie miał nigdy okazji pracować przy horrorze. Jak dowiadujemy się z kontekstu, na co dzień udźwiękawiał filmy przyrodnicze i programy dla dzieci. Obraz, przy którym przyjdzie mu pracować, nazywa się  "Equestrian Vortex", co w wolnym tłumaczeniu znaczy "Jeździecki Wir", przez co był przekonany, że jego tematyka będzie związana z końmi. Ze strzępków informacji  dowiadujemy się, że oprócz koni pojawiają się w nim: czarownice, inkwizytorzy, elitarna szkoła dla młodych dziewcząt oraz morderstwa i tortury kobiet. Dużo morderstw i tortur kobiet.



Już od pierwszych scen reżyser "Berberian Sound Studio" sugeruje nam, że będziemy oglądać niepokojący, straszny film - dreszczowiec, a może krwawy horror w konwencji slashera. Tymczasem nie uświadczymy w nim ani jednego trupa, chociaż w wyobraźni głównego bohatera padną ich setki. W czasie scen nagrywania postsynchronów nie zobaczymy również fragmentów filmu Santiniego. Obraz zastępuje skomplikowany grafik z linią czasu, na której zamalowane obszary oznaczają poszczególne dźwięki. W jednej z początkowych scen zamazane na nim pola przybierają kształt przypominający plan gotyckiego zamczyska. Wtedy jeszcze tego nie wiemy, ale to po jego labiryntach przyjdzie błądzić bohaterowi filmu Stricklanda.

Dźwięki mające towarzyszyć scenom okaleczania i zadawania ran nagrywane są przy użyciu dźganych, siekanych i miażdżonych owoców oraz warzyw. Najbardziej niepokojące i sugestywne ujęcia to właśnie dość osobliwe i dwuznaczne zbliżenia na martwą naturę, która staje się alegorią ciał zamordowanych ludzi i scen gore. W obiektywie Stricklanda gnijące owoce i warzywa wyglądają niczym milczące, majestatyczne zombie z filmów mistrza włoskiej makabry Lucio Fulciego. W studiu do imitowania dźwięków używa się przeróżnych przedmiotów - od łańcuchów, młotów, po specjalnie skonstruowane przyrządy - które w rękach ekipy realizatorskiej stają się narzędziami tortur. Dźwiękowcy zmuszający aktorki dubbingowe do ciągłych wrzasków są jak inkwizytorzy, a w bohaterze przez atmosferę panującą w pracy stopniowo zachodzą zmiany i przeistacza się w jednego z nich.  W "Berberian Sound Studio" nie zobaczymy też co prawda oskarżonych o czary i torturowanych bohaterek filmu Santiniego, ale symbolizują je kobiety podkładające im głos, które wchodzą w związki z mężczyznami związanymi ze studiem licząc na to, że uleganie ich zachciankom ułatwi im karierę. Ostatecznie są tylko wykorzystywane i poniżane przez włoskich macho, a na końcu naprawdę torturowane - notabene przy pomocy dźwięku, bo Strickland konsekwentnie nie ukazuje na ekranie żadnej przemocy fizycznej.


Informacje, jakie o fikcyjnym filmie ujawnia Strickland wskazują, że "Equestrian Vortex" ma być wypadkową dwóch najsłynniejszych włoskich horrorów gotyckich - "Maski Szatana" (1961) Mario Bavy i "Suspirii" (1977) Dario Argento. Ten pierwszy, niekiedy nazywany "Obywatelem Kanem kina grozy", jest jednym z tytułów, które na początku lat sześćdziesiątych wprowadziły horror na nowe tory - dosadne efekty zapowiadały erę gore i obrzydliwości, a wysmakowana narracja wizualna wyznaczyła nowe standardy języka, którym snuto celuloidowe opowieści niesamowite. Natomiast "Suspiria" jest  obrazem tak wpływowym, że mimo iż minęło trzydzieści pięć lat do od jego powstania, to do dziś pozostaje wzorcem współczesnego filmu gotyckiego, a jego echa mocno pobrzmiewają w tak popularnym obecnie azjatyckim kinie grozy. Obaj reżyserzy, prócz tego, że tworzyli horrory, są też najważniejszymi przedstawicielami nurtu giallo - odmiany hitchockowskiego thrillera, który w pierwszej połowie lat sześćdziesiątych został właśnie przez Bavę przedefiniowany na włoską modłę. Tworząc "Blood and Black Lace" (1964) odrzucił czarno-białą estetykę i psychologiczny aspekt ówczesnego dreszczowca, a całą fabułę zbudował wokół serii brutalnych zabójstw. Film zamienił się w pełną przemocy krwawą wyliczankę, tym samym dając podwaliny pod amerykański slasher. Fabuła "Berberian Sound Studio" w dużej mierze również opiera się na dekonstrukcji gatunku. Film Stricklanda jest bowiem w prostej linii potomkiem "Powiększenia", w którym Antonioni również grał konwencją włoskiego thrillera, zapożyczając z niego atmosferę i estetykę, ale pomijając jego główną cechę - akt zbrodni.

Sama postać reżysera "Equestrian Vortex", Giancarlo Santiniego jest groteskową hybrydą obu wspomnianych mistrzów giallo - jest kobieciarzem zachowującym się jak gwiazda rocka, co było cechą Dario Argento, cieszącego się w latach siedemdziesiątych wielką estymą, ale też przychodzi do studia z psem, jak miał w zwyczaju Mario Bava. Należy przy tym zaznaczyć, że film Stricklanda w żadnym stopniu nie jest próbą realistycznego oddania atmosfery panującej we włoskich studiach filmowych, czy odrysowania sylwetki któregoś z tych reżyserów. Jest za to ekspresjonistycznym przełożeniem lęków związanych z pracą w komercyjnym przemyśle filmowym, tak jak "Głowa do wycierania" Davida Lyncha była celuloidową emanacją jego obaw związanych z ojcostwem.


Strickland swój znakomity debiut ("Katalin Varga", 2009 r.) zrealizował za własne pieniądze, przez co była to bardzo oszczędna produkcja. Przy swoim drugim dziele uzyskał wsparcie brytyjskich producentów, ale nie spowodowało to zmiany jego podejścia do materii filmowej. Cała akcja filmu rozgrywa się wyłącznie w pomieszczeniach i na korytarzach studia dźwiękowego. Pomijając więc udział cenionego dziś Toby'ego Jonesa, film nie ma elementów, które mogłyby być drogie i zapewne dzięki temu reżyser zachował całkowitą wolność artystyczną i mógł stworzyć kolejny nieszablonowy film. "Berberian Sound Studio" nie jest jednak pozbawione efekciarstwa, a może jest go nawet więcej niż w przeciętnej współczesnej produkcji tego typu. Zamysł polegał na tym, by środek ciężkości przenieść z poziomu wizualnego na słuchowy. Ujęcia trikowe zastąpiono tutaj dźwiękowymi efektami specjalnymi. To chyba pierwsza udana produkcja tego typu od czasu "Rozmowy" Francisa Forda Coppoli (również będącej swoistym hołdem dla "Powiększenia"), która tak bardzo skupia się na akustycznym elemencie narracyjnym. Tam również zagrano konwencją dreszczowca, w której wojeryzm (tak charakterystyczny dla poetyki thrillera) w dużym stopniu zastąpiono podsłuchiwaniem. Główny bohater "Berberian Sound Studio" jest też bardzo podobny do protagonisty z filmu Coppoli: jest osobą nieśmiałą, skrytą i wycofaną, a zadanie które zostało mu powierzone kłóci się z jego systemem wartości. Jednak jego profesjonalizm nie pozwala mu porzucić pracy, w której stopniowo zatraca się tak bardzo, że zostaje przez nią opętany i zaczyna tracić zmysły. W filmie Stricklanda wizja ta spotęgowana jest dodatkowo klaustrofobiczną atmosferą, bo postać grana przez Toby'ego Jonesa nie wychodzi właściwie ze studia i coraz bardziej oddala się od od świata zewnętrznego i rzeczywistości, którą w filmie symbolizuje korespondencja od jego matki, opisująca sielankową wiejską codzienność. W pewnym momencie treść jednego z listów sprawia, że i ten obraz zostaje zburzony i przestaje się różnić od makabrycznego filmu, przy którym pracuje. 

 Gdy myślimy o ambitnym wykorzystaniu poetyki włoskiego filmu grozy wspominamy najczęściej "Nie oglądaj się teraz" Nicholasa Roega, czy "Lśnienie" Stanleya Kubricka.  "Berberian Sound Studio" jest jednak bliższy horrorom psychologicznym Davida Lyncha, którego - o czym się dziś często zapomina, wpisując całą jego twórczość na poczet kina stricte artystycznego - też inspirowało włoskie kino gatunkowe (Bava w szczególności). Dobrym skojarzeniem będzie również "Lokator" Romana Polańskiego, ale większe związki odnajdziemy we wtórnym wobec niego, ale równie znakomitym obrazie "Barton Fink", opowiadającym o cierpiącym na niemoc twórczą i powoli popadającym w szaleństwo świeżo upieczonym hollywoodzkim scenarzyście. U Stricklanda, podobnie jak w filmie braci Coen, możemy szukać kabalistyczno- ezoterycznych metafor, bo surrealistyczna fabuła może sugerować, że bohater jest duszą uwięzioną w zaświatach. W studiu panuje mistyczna i tajemnicza atmosfera. Przez cały seans zastanawiałem się, czy pracownicy odprawiają jakiś pogański rytuał, przy którym przyszło asystować naszemu niczego nie świadomemu dźwiękowcowi. W filmie kilkakrotnie pojawia się ujęcie, na którym tajemnicza dłoń w skórzanej rękawiczce (nieodłączny atrybut mordercy we włoskich thrillerach) kończy dzień pracy w studiu wyłączając dźwignią projektor filmowy. Idąc tropem mistycyzmu, możemy zinterpretować tę postać jako Boga, czy też demiurga, w gnostyckim rozumieniu tego słowa - Lucyfera, na którego chwałę pracuje cała ekipa. Poszlaki są oczywiście mgliste, ale jeśli zaznaczymy, że Strickland przyznaje się do fascynacji kinem transgresji spod znaku Kenetha Angera ("Lucifer Rising"), to zmusi nas to do zatrzymania się przy tym aspekcie i przynajmniej rozważenia takiej możliwości.



Mnogość przeróżnych mniej lub bardziej prawdopodobnych interpretacji jest jedną z cech "Berberian Sound Studio". Strickland rozrzuca bowiem fałszywe tropy, tak jak zwykli to czynić twórcy giallo, kierując podejrzenia na co rusz to inne postacie i odwracając tym samym uwagę widza od prawdziwego mordercy. Ja osobiście najchętniej odczytałbym ten film po prostu na poziomie egzystencjalnym. Mimo tego, że może wydawać się dziełem trudnym i enigmatycznym, to dla miłośnika kina grozy jego wydźwięk jest dość oczywisty: horror jest jak dubbing, który przekłada nasze największe lęki i pragnienia na język filmu.

niedziela, 29 grudnia 2013

Komiks Roku

Miło mi poinformować, że zostałem zaproszony do grona jurorów w plebiscycie na Komiks Roku organizowanym przez magazyn HIRO. Zasady są proste: pięciu krytyków typuje pięćdziesiąt tytułów ( po dziesięć każdy), a Wy z tej puli wybieracie swoją dziesiątkę. Z racji tego, że najlepsze tytuły w dość naturalny sposób rozłożyły się na wszystkich pięciu typujących, mój ścisły, prywatny top 10 wyglądałby trochę inaczej. Takie zestawienie opublikuję za kilka dni. Tymczasem  zapraszam do głosowania:





możecie również zagłosowac na płytę roku klik i film roku klik

Plebiscyt od lat wzbudza kontrowersje. Minusem oczywiście jest brak możliwości uzasadnienia swoich wyborów. W tym roku największe wątpliwości dotyczą dwóch pozycji które ja wytypowałem, pozwolę więc sobie umieścić tutaj krótkie uzasadnienie.

Cheap East - darmowa antologia komiksowa rozdawana w strategicznych miejscach (modne knajpy, kawiarnie i księgarnie, domy kultury, itd. - mówiąc krótko, wśród ludzi, którzy chętnie wydają pieniądze na kulturę) może zrobić wiele dobrego dla komiksu w tym kraju. Wiele więcej niż bardzo dobry 40-to stronicowy album za 50 zł który przeczytam ja, Ty, krewni i znajomi królika.


 W Cheap East można znaleźć między innymi komiksy Jacka Świdzińskiego, Jaromira 99, Mikołaja Tkacza. Sporo odbiorców może pierwszy raz zetknąć się z takim obliczem medium - nie z gazetowym stripami i nie z superhero, z którymi komiks dalej się kojarzy. Może to coś zmienić w ich postrzeganiu tej dziedziny sztuki .  Ja sam stykam się tam z pracami artystów, których twórczość z tego czy innego powodu do mnie jeszcze nie dotarła. To obok WKKM najważniejsze wydarzenie komiksowe roku jeśli chodzi o szukanie nowych czytelników. Myślę też, że grupa do której jest kierowany jest wdzięczniejsza niż ludzie, którzy sięgnęli po WKKM zachęceni filmami o trykociarzach.

W tym roku David Bowie został poproszony o stworzenie swojego literackiego top 100. Komiksowymi akcentami nie były o dziwo "Maus", czy "Strażnicy", a magazyn RAW - cykliczna antologia redagowana przez Arta Spigelmana. To oczywiste, że RAW i Cheap East to zupełnie inny kaliber, ale podejrzewam, że przyświecały nam podobne intencje. Być może w pierwszej chwili nie jest to tak oczywisty wybór (można wszak posądzić Davida o to, że nie czytał nowych "Rewolucji") ale wystarczy się nad tym chwilę zastanowić, by zrozumieć jego zasadność.

Nie bardzo rozumiem co przemawia przeciwko temu, by uwzględnić tę pozycję w takim zestawieniu, wszak jest to komiks - antologia komiksowa dokładnie. To, na jakim papierze jest wydrukowana, niewiele zmienia (bo mam wrażenie, że gdyby kosztowała xx zł i była na kredzie i w twardej oprawie, nikt nie miałby wątpliwości czy zasługuje na umieszczenie w tym zestawieniu). Bardzo się cieszę, że to właśnie ja wpadłem na pomysł, by wrzucić do puli Cheap East i nie wyobrażam sobie tej listy bez niego.

Warto dodać że za samą nazwą idzie ciąg skojarzeń: Cheap East to również pierwsza w Polsce galeria komiksu i stojące za magazynem wydawnictwo Centrala, które na 2014 rok planuje zacząć wydawać polskie komiksy na rynku anglojęzycznym (zaczynają od albumu "Przygody na bezludnej wyspie" Sieńczyka).  Ale to tylko tak na marginesie...






Marvel Zombies -  W WKKM pojawiło się sporo klasycznych, bardzo dobrych komiksów Marvela - tych jak wiadomo jest całkiem sporo. Gorzej z tym, co obecnie dzieje się w "Domu Pomysłów". Postawiłem na MZ, bo to mój ulubiony współczesny komiks ze stajni Marvela, tak się niestety składa, że jest na tyle kontrowersyjny i specyficzny, że wielu czytelników go po prostu nie znosi. W recenzji opublikowanej na łamach ArtPapieru pisałem: 

"Kilka tygodni temu Marvel Zombies trafił w końcu do polskich czytelników i wzbudził wiele kontrowersji. Jedni go kochają, drudzy nienawidzą. Część odbiorców mówi o wspaniałych dialogach i błyskotliwym scenariuszu, inni twierdzą, że to komiks nudny, głupi i o niczym. Jako miłośnikowi horroru trudno mi się silić na obiektywizm. Mogę oczywiście przytaczać wyświechtane frazesy na temat gore, mówić, że żywe trupy są krzywym zwierciadłem współczesnego społeczeństwa nastawionego jedynie na konsumpcję, ale wszyscy tę koncepcję znają i nic to w postrzeganiu tego tytułu nie zmieni.  Możliwe, że niezadowoleni czytelnicy trafili na historię stworzoną na przecięciu gatunków i czują się nieswojo na tym egzotycznym, pulpowym południku. Nie mam więc zamiaru drzeć szat, bo według mnie ta historia broni się sama. Nigdy bym nie przypuszczał, że z połączenia konwencji superhero z zombie może wyjść coś tak błyskotliwego. Kirkman połamał schematy, zdeptał mity Marvela i przy okazji stworzył satyrę na polskie środowisko komiksowe. Tylko skąd on mógł wiedzieć jak tu jest, ja się pytam? Skąd?"

Mam nadzieję, że to wystarczy zarówno za uzasadnienie, jak i komentarz do całej sytuacji. 


 Na wszelki wypadek przypominam też, że to moja lista i miałem prawo umieścić na niej tytuły, które są DLA MNIE istotne. Sam WKKM nie prenumeruję (kupiłem zaledwie dwa interesujące mnie numery), bo sporo z klasyki Marvela mam już na półce. "Born Again" czytałem bardzo dawno (w sejfie mam pierwsze zeszytowe wydania), a "Marvel Zombies" w tamtym roku - moje uczucia do tego komiksu są więc znacznie świeższe.

Oczywiście rozumiem wkurw czytelników, bo "Born Again" zapewne zasługuje na to, by znaleźć się w tym zestawieniu (co zresztą sugerowałem w kuluarach - ale szanuję decyzję kolegów, którzy zdecydowali się wytypować inne tytuły ) jednak nie rozumiem,  dlaczego to właśnie ja miałbym swoją listę zapchać superhero - wyróżniłem wszak aż na dwie pozycje z tego gatunku. Chciałem prócz trykotów wskazać na inne zjawiska: wspomniany Cheap East i komiks internetowy "Ultra Minion". 


Na forum Gildii (klik) profesor Jerzy Szyłak wytknął kilkakrotnie brak w zestawieniu komiksu Mateusza Skutnika Rewolucje w kosmosie. Ja sam do "wielkich nieobecnych" dorzuciłbym znakomity album Czerwony Pingwin musi umrzeć! Śledzińskiego, o którym po prostu - wstyd przyznać - zapomniałem. Obydwaj autorzy są w jakiś sposób pokrzywdzeni, prawda. Niemniej przyznam szczerze że akurat nowych "Rewolucji" po prostu nie czytałem. Nie dlatego, że nie cenię prac Mateusza, a dlatego, że cały czas kompletuję poprzednie tomy serii. Albumy wydane przez Egmont są obecnie dostępne tylko na rynku wtórnym i osiągają wysokie ceny (jak na moje standardy, bo dla kogoś nie musi być to duża kwota). Podczas tegorocznych wakacji wypatrzyłem w księgarni jeden z brakujących tomów za cenę okładkową klik. Nabyłem go bez wahania, a potem na wywczasie "nic sobie nie kupowałem, nie chodziłem do kina" - wybrałem komiks zamiast "Pacific Rim" którego w swojej dziurze zobaczyć nie mogłem. Może niepotrzebnie się usprawiedliwiam i do tego przyznaję (znajomi mi to odradzali), ale faktem jest, że nie mam ambicji przeczytania wszystkiego JUŻ TERAZ. Nie wiem czy to źle o mnie świadczy, bo mam wrażenie, że pochłaniam dostatecznie dużo kultury. W tym roku przeczytałem ponad 150 komiksów...  




piątek, 20 grudnia 2013

Bartnik Ignat i skarb puszczy - Tomasz Samojlik



Mam szczególny stosunek do regionu, w którym dzieje się akcja komiksów Tomasza Samojlika. Bywam tam przynajmniej raz do roku. Żaden ze mnie globtroter, niewiele w życiu widziałem, ale szczerze powiem, że Podlasie to jedno z moich ulubionych miejsc na Ziemi - dobre wędliny, tanie fajki zza wschodniej granicy i piękne krajobrazy. Lasy są tam gęste, tajemnicze i mroczne niczym z obrazów Theodora Kittelsena. Gdybym miał kiedykolwiek porzucić Arkham, to zamieszkałbym właśnie tam.

Z racji tego, że uniwersum serii o ryjówkach osadzone było w umownym, fantastycznym mikrokosmosie animorfów, nie poczułem, że dotyczy tego miejsca, do którego tak kocham wracać (wiem, ślepy ignorant ze mnie). "Bartnika Ignata" - prawdopodobnie dlatego, że opowiada o ludziach i legendach puszczy - odebrałem już bardziej osobiście. Moim zdaniem dopiero tym komiksem Samojlikowi udało się oddać część magicznej atmosfery, jaka tam panuje.

Tym razem autor mocno osadza akcję w kontekście historycznym, bowiem opowieść dzieje się w czasie zaborów. Złowieszczy Generał Sobakiewicz, w podzięce za zasługi wojenne dostaje od Carycy Katarzyny część Puszczy Białowieskiej. By się wzbogacić, postanawia jak najszybciej wyciąć las w pień. Sobakiewicz jest okrutnikiem i despotą, któremu szybko udaje się podporządkować okolicznych mieszkańców i zmusić ich do masowego wyrębu drzew. Jedyną osobą, która może stawić mu czoła, okazuje się żyjący w sercu puszczy poczciwy Bartnik Ignat. 




Warstwa plastyczna albumu utrzymana jest w tym samym stylu co seria o ryjówkach, z tą różnicą, że tym razem Samojlik zrezygnował z animorfów. Bohaterów opowieści rysuje jako mocno cartoonowe karykatury ludzkich postaci. Niby nic się w samej konwencji graficznej nie zmieniło, mam jednak wrażenie, że warsztat rysowniczy Samojlika posunął się nieznacznie do przodu. Postacie są co prawda równie uproszczone, ale jest tu więcej elementów tła, większą rolę gra tu też światłocień. Bardzo przypadł mi do gustu pomysł, by przy wydawaniu "Bartnika..." zrezygnować ze śliskiego papieru, bo złagodziło to intensywność komputerowo nakładanych kolorów.

"Bartnik Ignat i skarb puszczy" to nie tylko komiks dla najmłodszych, to też pełnoprawna powieść graficzna, utrzymana w duchu baśniowego fantasy z dużą ilością interesujących faktów historycznych. Z powodzeniem mogą ją czytać dzieci starsze (od 7 lat wzwyż), ale nie widzę powodu, by ją w jakiś sposób hermetyzować. Tak więc rodzicu - stając przed półką w dziale dziecięcym (bądź komiksowym) pamiętaj, że wybierając "Bartnika Ignata" kupujesz ten album również dla siebie.




Samojlik nie byłby sobą, gdyby nie umieścił tu szeregu nawiązań do popkultury, które sprawią, że poczujesz się bardzo dobrze w jego uniwersum. Nad komiksem wisi duch starego serialu o Robin Hoodzie. Niektóre postacie i sceny wydają się żywcem wyjęte z filmów Monty Pythona, a szwarccharakterowi towarzyszy banda inspirowana awanturnikami, którzy skupiali się w koło filmowego Barona Münchhausena. Zresztą, cała fabuła świadczy o tym, że Samojlik obdarza baśnie Terry'ego Gilliama szczególnym uczuciem, bo oparta jest o schemat, który wielokrotnie pojawiał się w filmach tego reżysera. 

Całe szczęście, że nie oceniam komiksów punktowo, bo szczerze powiedziawszy wahałbym się, czy dać temu albumowi najwyższą ocenę. Z prostej przyczyny - jestem pewien, że Sajmolik się cały czas rozwija i nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Bałbym się najzwyczajniej, że przy następnym komiksie jego autorstwa skończyłaby mi się skala.


czwartek, 12 grudnia 2013

Jaś Ciekawski. Podróż do serca oceanu - Matthias Picard





Trójwymiarowość w sztukach wizualnych  nie jest żadną nowością - stereoskopię znano już w XIX wieku, a pierwszy komercyjny pokaz filmu w 3D odbył się w 1922 roku. Jednak dopiero w ostatnich latach technologia ta triumfalnie wróciła do kin i zdaje się, że tym razem podbiła je na dobre. Można narzekać na wartość artystyczną tego typu filmów, ale trzeba pamiętać, że podobne reakcje towarzyszyły pojawieniu się technikoloru. Wszelkie niepewności co do potencjalnej wartości takich produkcji szybko rozwiał Werner Herzog oznajmiając, że to przyszłość kina dokumentalnego i realizując "Jaskinię zapomnianych snów".

Co prawda wartościowych filmów wykonanych w tej technice jest obecnie jak na lekarstwo, ale oto na naszym rynku pojawia się komiks dla dzieci Matthiasa Picarda, do którego dołączono specjalne okulary i opatrzono magicznym napisem elektryzującym każde dziecko: "książka 3D".

"Jaś Ciekawski" to twór podstępny, bez pardonu wkradający się w łaski małych czytelników, a przy tym rzecz niesamowicie intrygująca i przemyślana od strony artystycznej, przy okazji realizująca program, który dla filmowej technologii 3D zaplanował Herzog. Tytułowy Jaś Ciekawski to bowiem taki mały Jacques Cousteau, który zakłada skafander do nurkowania i schodzi na dno oceanu. Fabuła jest więc jedynie pretekstem do tego, by czytelnik podziwiał fantazyjnie narysowaną oceaniczną faunę i florę.

Słyszałem opinie, że filmowe 3D bywa dla widza przytłaczające. W przypadku książeczki do oglądania przepych ten sprawi jedynie, że chętnie sięgniemy po nią jeszcze nie raz. "Jaś Ciekawski" to zaledwie kilkudziesięciostronicowy album, ale zdecydowanie jest to pozycja wielokrotnego użytku. Na poziomie wizualnym dzieje się tu tak dużo, że za pierwszym, czy nawet drugim, trzecim razem, nie jesteśmy w stanie wychwycić wszystkich szczegółów.


(Obrazek poglądowy. 
Urok "Jasia" można docenić dopiero po założeniu specjalnych okularów)

W zależności od wieku czytelnika (i jego wrażliwości na sztukę) warstwa plastyczna może być odbierana dwojako. Dla dziecka będzie to niesamowita eskapada pobudzająca wyobraźnię, a przy tym posiadająca walory edukacyjne, gdyż ilustracje pełne są egzotycznych rybek i innych podwodnych stworzeń. Dla osoby dorosłej "Jaś Ciekawski" to intensywna psychodeliczna sesja, będąca połączeniem Beatlesowskiej "Żółtej Łodzi Podwodnej" ze spuścizną ekspresjonistów i elementami awangardowej sztuki współczesnej. 3D tak wzmacnia doznania, że z prostej graficznej opowiastki czyni prawdziwą surrealną ucztę. Dziecko zwiedzi wraz z Jasiem zatopioną antyczną metropolię, która osobie obeznanej z popkulturą zapewne skojarzy się z miastem R'lyeh znanym z mitologii Howarda Phillipsa Lovecrafta. Gdzie malec będzie widzieć podwodne wulkany, tam rodzic zobaczy minimalistyczne abstrakcje podrasowane trójwymiarowością. Paradoksalnie, obie te interpretacje w żaden sposób nie kolidują ze sobą i funkcjonują w całkowitej symbiozie - nie czynią z "Jasia Ciekawskiego" komiksu trudnego i przerażającego dla młodszych odbiorców, jak i nie czynią zeń tworu trywialnego dla dorosłego czytelnika. Milusiński odbierze ten komiks jako "podróż do serca oceanu", a dla brodatego trzydziestolatka będzie to eksperyment mający na celu "wyważenie drzwi percepcji".

Grudzień to okres rozliczeń i podsumowań. Właśnie zbieramy pokłosie zapowiadanej na ten rok ekspansji komiksu dziecięcego. Akcja zaczęła się dość nieśmiało, ale ostatnie miesiące dały mi w końcu poczuć, że pomysł wydawców na reanimowanie tej gałęzi medium powiódł się. Po lekturze "Jasia Ciekawskiego", niedawno wydanej "Hildy Folk" i "Bartnika Ignata i skarbu puszczy" mogę z ręką na sercu powiedzieć, że mamy w Polsce komiksy dla dzieci z prawdziwego zdarzenia i że stają się one ponownie - taką mam nadzieję - ważnym elementem pejzażu kulturalnego.


wtorek, 3 grudnia 2013

Pasterz - Anna Sailamaa




„Pasterz” jest komiksową pocztówką z fińskiej prowincji, tej głębokiej, która – podobnie jak popegeerowska polska wieś – nie interesuje nikogo. Komiks cechuje poetycki dokumentalizm kojarzący mi się z filmem „Kes” Kena Loacha, sztandarowym dziełem z nurtu brytyjskiego kina społecznego. Anna Sailamaa również opowiada o relacji człowiek – ptak, z tą jednak różnicą, że w jej albumie ptak jest martwy. Bohater opowieści znajduje go, idąc rano do pracy w lokalnej piekarni. Wieczorem kupuje flaszkę, siada obok truchła i upija się do nieprzytomności.

Album Sailamy jest próbą metaforycznego oddania społecznych nastrojów. Znam uczucie, o którym opowiada, więc nietrudno mi odczytać ową metaforę: ludzie z prowincji migrują do większych miast, tak jak ptaki, które odlatują na południe. Ten, kto zostaje, komu nie udało się z jakiegoś powodu wyjechać w odpowiednim momencie, jest niczym martwy łabędź. W zawartych w „Pasterzu” scenkach z życia prowincji, a nawet w poszczególnych, pozornie opisowych kadrach, możemy odnaleźć wskazówki do odczytywania przeszłych i przyszłych losów bohatera. Wszystkiemu temu towarzyszy silne uczucie straty, niepokoju oraz zmarnowania życiowych szans.



W innych gałęziach kultury o takich dziełach jak komiks Anny Sailamy zwykło się mówić, że to „sztuka dla sztuki”, „twór kierowany do krytyków”, za nic mający oczekiwania przeciętnego odbiorcy. Może i jest w tym trochę racji. W związku z tym, czytelniku, lojalnie uprzedzam: „Pasterz” nie jest tytułem dla osób szukających w tym medium ciekawych historii i ładnych rysunków. To dzieło osobne, poetyckie, nie żywiące jakichkolwiek komercyjnych aspiracji, twór artysty poszukującego, ale niekoniecznie znajdującego.

Nie jest to też rozbuchana narracyjnie powieść graficzna, którą w Polsce zazwyczaj utożsamiana się z tak zwanym „ambitnym komiksem”. „Pasterz” to album awangardowy, stworzony z eksperymentalnym zacięciem, stawiający na impresyjność. Warstwa plastyczna jest tu ponura, uboga i turpistyczna, a kompozycje poszczególnych ilustracji na planszy wywodzą się bezpośrednio z filmowych sposobów kadrowania, tak jakby do ich stworzenia posłużyła seria reportażowych zdjęć z miejsca, w którym diabeł mówi dobranoc.

 Dzięki wydawnictwu Centrala przynajmniej raz na jakiś czas recenzent może się poczuć jak prawdziwy „krytyk sztuki”. Oto bowiem w ofercie poznańskiej oficyny pojawia się kolejny komiks nie mający na celu przypodobania się komukolwiek. I z dużą dozą prawdopodobieństwa okaże się on tytułem, który zginie w zalewie pozycji bardziej przyjaznych czytelnikowi.



„Pasterz” nie jest komiksem ani złym, ani dobrym, choć o jego domniemanej wartości mogą świadczyć nagrody, które autorka zdobyła w krajach skandynawskich. To dzieło mające stanowić pretekst do dyskusji, do której chyba nikt nie jest u nas gotowy: ani czytelnicy, ani krytycy. A nawet gdyby znalazł się śmiałek skłonny podnieść rękawicę, nikogo tego typu dyskusje nie będą obchodzić. Podobnie jak fińska i polska prowincja. 

niedziela, 24 listopada 2013

Gabinet osobliwości doktora Gabelli - Jednorożec #3 i #4

Tekst kończący moją przygodę z "Jednorożcem". Jeśli nie mieliście jeszcze w rękach tej serii to zachęcam by najpierw zajrzeć do recenzji tomu 1 i 2.



Gdy w końcu dotarło do mnie, że muszę napisać następny tekst o tej serii, złapałem się za głowę. Najłatwiej byłoby go kopnąć z półobrotu, ale wewnętrzny głos podpowiada mi, że postąpiłbym wobec "dzieła" Gabelli i Jeana nieuczciwie. Nie uprzedzajmy jednak faktów... Spróbujmy oddać temu komiksowi sprawiedliwość i zacznijmy od początku.

Jednorożec to enfant terrible frankofońskiej oferty Taurusa. Komiks kuriozalny - aż trudno uwierzyć, że ktoś w ogóle zdecydował się go u nas wydać. Jego niezwykłość nie leży jednak w tym, że jest to komiks dziwny (acz to też jest prawdą) czy awangardowy (awangardowy na pewno nie jest - zaręczam). Teoretycznie to cykl przynależny do głównego nurtu. Pozornie sprawia wrażenie opowieści płaszcza i szpady wymieszanej z fantasy, ale tak karkołomnie opowiedzianej, przeszarżowanej i pokręconej, że trudno ją jednoznacznie sklasyfikować gatunkowo.

sobota, 9 listopada 2013

SUPERHEROSI: POŻERACZE MIĘSA





Myślę, że stwierdzenie "połączenie Martwicy Mózgu z komiksem superbohaterskim" mimo, że efektowne, to nie oddaje w pełni fenomenu "Marvel Zombies", bo trzeba zaznaczyć, że to nie krwawa rąbanka jest największym atutem tego tytułu. To komiks zabawny, odważny, punkowy, świeży i - co chyba najbardziej zaskakuje - na swój sposób inteligentny, bo wchodzący w dialog z mitologią uniwersum Marvela.


We wstępie do oryginalnego zbiorczego wydania „Marvel Zombies” Robert Kirkman (główny winowajca zombie-epidemii w dzisiejszej kulturze), zdradzając kulisy powstawania serii, wyjawił, że gdy na horyzoncie pojawiła się propozycja napisania takiej historii, pierwszym pomysłem, jaki przyszedł mu do głowy, była parafraza „Ostatniego człowieka na Ziemi”. Głównym bohaterem miał być czarnoskóry Luke Cage (znany również jako Power Man), samotnie walczący z potworami w świecie, w którym niemal całą ludzkość pochłonęła zaraza. Pomysł wydawał się wdzięczny, ale dość oklepany. Na szczęście redaktor serii zaprotestował i stanowczo zasugerował Kirkmanowi, by stworzył fabułę opowiedzianą z perspektywy zombie. Był to jeden z niewielu przypadków, gdy wydawca, wywierając presję na twórcy, miał stuprocentową rację. Zamiast typowej rzemieślniczej dłubaniny powstało coś naprawdę oryginalnego, przewrotnego oraz rozsadzającego gatunkowe ramy – i mówię tu zarówno o superhero, jak i o horrorze.



Koncept jest pozornie prosty. W świecie Marvela pojawia się wirus, który przemienia bohaterów w żywe trupy. Jednak to nie walka z plagą staje się kanwą tej opowieści. Kirkman poprowadził fabułę tak, jakby pisał antywestern z okrutną, chciwą „Dziką bandą” na pierwszym planie. Z postaci utożsamianych z herosami zrobił antybohaterów – krwiożercze potwory rozrywające ludzkość na strzępy. Czytelnik zmuszony jest przyglądać się ich poczynaniom i ostatecznie, chcąc nie chcąc, kibicować im. W przeciwieństwie do zombie znanych z filmów, zainfekowani superbohaterowie zachowali świadomość, jednak niepohamowany głód nie pozostawia im wyboru. Pociąg do ludzkiego mięsa jest tak wielki, że tylko nieliczni z nich są w stanie zadać sobie pytanie: jeść czy nie jeść? Najczęściej wybierają to pierwsze. Tym samym stają się bohaterami tragicznymi, w dodatku równie odrażającymi, co groteskowo zabawnymi.



Podkreślanie wagi warstwy plastycznej w komiksie może wydawać się truizmem, ale w tym przypadku faktycznie jest ona istotniejsza niż zazwyczaj, bo to na tej płaszczyźnie w pierwszej kolejności łączą się obie konwencje. Świetnym wprowadzeniem w meandry serii są już okładki zeszytów autorstwa Arthura Suydama. Pojawiające się na nich motywy to graficzne cytaty z najsłynniejszych frontów komiksów Marvela, które połączono z najróżniejszymi scenami konsumpcji i rozkładu żywych trupów. Okładki te idealnie ukazują zamysł serii i podkreślają, w jak gruby postmodernistyczny nawias ją wpisano.

W środku znajdują się rysunki Brytyjczyka Seana Phillipsa, który  w ostatnich latach dzięki owocnej współpracy z Edem Brubakerem stał się jednym z najbardziej cenionych grafików współczesnego mainstreamu.  To artysta posługujący się realistyczną, klasyczną kreską, ale przy tym niepozbawiony odrębnego stylu. W komiksach tworzonych z Brubakerem dał się poznać jako pokorny wobec historii narrator wizualny, dla którego sama opowieść zdaje się ważniejsza niż artystyczne zadęcie i efekciarstwo. W przypadku Marvel Zombies, z racji tego, że wiele aspektów budujących zarówno fabułę, jak i atmosferę opowieści podlegało wyłącznie warstwie plastycznej, miał okazję pokazać się zupełnie z innej strony. Komiks pełen jest szerokich, filmowych kadrów, dynamizmu i rozkładówek przedstawiających rozszalałą hordę zombie-bohaterów. Poziom graficzny albumu zaniża niestety komputerowe nakładanie tuszu i kolorów, które moim zdaniem spłaszcza, szpeci i krzywdzi prace Phillipsa.


Kilka tygodni temu Marvel Zombies trafił w końcu do polskich czytelników i wzbudził wiele kontrowersji. Jedni go kochają, drudzy nienawidzą. Część odbiorców mówi o wspaniałych dialogach i błyskotliwym scenariuszu, inni twierdzą, że to komiks nudny, głupi i o niczym. Jako miłośnikowi horroru trudno mi się silić na obiektywizm. Mogę oczywiście przytaczać wyświechtane frazesy na temat gore, mówić, że żywe trupy są krzywym zwierciadłem współczesnego społeczeństwa nastawionego jedynie na konsumpcję, ale wszyscy tę koncepcję znają i nic to w postrzeganiu tego tytułu nie zmieni.  Możliwe, że niezadowoleni czytelnicy trafili na historię stworzoną na przecięciu gatunków i czują się nieswojo na tym egzotycznym, pulpowym południku. Nie mam więc zamiaru drzeć szat, bo według mnie ta historia broni się sama. Nigdy bym nie przypuszczał, że z połączenia konwencji superhero z zombie może wyjść coś tak błyskotliwego. Kirkman połamał schematy, zdeptał mity Marvela i przy okazji stworzył satyrę na polskie środowisko komiksowe. Tylko skąd on mógł wiedzieć jak tu jest, ja się pytam? Skąd?



czwartek, 31 października 2013

Halloween dla zaawansowanych



Nie jest to ranking "moich ulubionych horrorów". To lista filmów, które ostatnio mnie zaintrygowały i o których myślałem chwilę dłużej. Część z nich powtarzałem po latach, inne odkryłem całkiem niedawno. Nie łączy ich niemal nic, prócz jednej cechy - nie są to produkcje dla niedzielnych miłośników horroru. To raczej filmy, o których chętnie porozmawiałbym przy piwie z innym wyznawcą celuloidowej grozy. Niemniej, starałem się by lista była różnorodna i mam nadzieję, że każdy z Was coś z niej wybierze na Halloweenowy wieczór. 


Livide (2011)



"Suspiria", pierwsza (i najlepsza) część luźno ze sobą powiązanej "Trylogii Matek", to jeden z najsłynniejszych i najbardziej wpływowych horrorów w historii kina. Patrząc na to dzieło z dystansu, musimy jednak przyznać, że finał filmu Argento jest na jakimś poziomie niesatysfakcjonujący. Trudno dziś domniemywać, dlaczego reżyser potraktował go po macoszemu - czy była to kwestia finansów, czy po prostu braku inwencji twórcy (zresztą, jego filmy nigdy nie były idealne) - niemniej, ilekroć widzę napisy końcowe pozostaję z wrażeniem, że "Suspiria" jest na pewnym poziomie dziełem niepełnym, że starcie bohaterki z wiedźmą skończyło się zbyt łatwo i za szybko. Podobne uczucie musiało towarzyszyć francuskiemu duetowi reżyserskiemu odpowiedzialnemu za "Livide".

Młoda dziewczyna, pracująca jako opiekunka społeczna, podczas praktyk trafia do starego gotyckiego dworku, w którym wegetuje pogrążona w śpiączce staruszka. Jak dowiaduje się od swojej współpracowniczki, wiekowa dama prowadziła w przeszłości renomowaną szkołę baletową i słynęła z ekscentryczności: była podobno wiedźmą, a miejscowa legenda głosi, że gdzieś na terenie starego gmachu ukryła skarb. Jeszcze tej samej nocy bohaterka wraz ze swoimi przyjaciółmi włamuje się do posiadłości, w nadziei, że uda im się odnaleźć rzekome bogactwa. Oczywiście "Livide" nie jest dosłowną kontynuacją "Suspirii", ale od momentu zawiązania fabuły, rozpoczyna się starcie z wiedźmą, a film wyciska esencję z elementu, na którym poległ Argento. W licznych dynamicznych scenach mary nasłane przez matronę atakują intruzów, dom jest pełen pułapek i tajemnic, a podczas finałowej walki zobaczymy efektowne gore.  Treść i symbolika również została rozbudowana: dzięki retrospekcjom dowiadujemy się sporo o przeszłości surowej nauczycielki baletu i skrywanych przez nią tajemnicach, pojawia się tu też charakterystyczny dla włoskiego kina rozbudowany motyw dualizmu osobowości.

 "Livide" jest ultragotycką filmową baśnią wymieszaną z koszmarem sennym. Jest też jednak pełnoprawnym horrorem, z wszelkimi przywarami gatunku i surrealną bełkotliwością charakterystyczną dla włoskiego kina. Nie jest tak wielkim filmem jak "Suspiria", ale dobrym, współczesnym post scriptum, na pewno bliższym duchowo oryginałowi, niż oficjalne zwieńczenie "Trylogii Matek".  




 Ti West:  "The House of the Devil" (2009) i "The Innkeepers"(2011)



Obydwa filmy są godne uwagi i na pewnym poziomie podobne, ale ten drugi podobał mi się trochę bardziej. Ti West niestety nie ma szczęścia do widzów i jego horrory - mimo że nie ma w nich nic awangardowego czy trudnego - pozostają niezrozumiane. Trzeba jednak przyznać, że to specyficzne kino, pełne nostalgii za latami siedemdziesiątymi i osiemdziesiątymi, tworzone w duchu "Halloween" Johna Carpentera  czy "Lśnienia" Stanleya Kubricka.

Rytm filmów Westa jest dość zwodniczy i prawdą jest, że do ich konstrukcji dramaturgicznej podchodzi dość nieszablonowo, ale w pełni świadomie.  Bardzo umiejętnie drażni się z widzem i jego przyzwyczajeniami. Wywołuje napięcie w pojedynczych scenach, nie dążąc jednak do kulminacji, a na pewno nie takiej, jakiej można byłoby się spodziewać. Gdy udaje mu się już dostatecznie zbić widza z tropu, uderza w najmniej oczekiwanym momencie.  Przyzwyczajeni do schematycznego prowadzenia narracji odbiorcy najwyraźniej tego nie doceniają i uznają seanse jego filmów za niesatysfakcjonujące i irytujące.

 Dla mnie West jest sprawnym reżyserem, o znakomitej intuicji, któremu z łatwością przychodzi budowanie atmosfery grozy, a przy tym nie potrzebuje do tego dużego budżetu. Wystarczy mu stylowy dom, młoda kobieta i kamera. Warto zapamiętać jego nazwisko, bo jeśli West będzie ewoluował, to ma szansę stać się jednym z twórców, na których barki spadnie przyszłość komercyjnego kina grozy. Bardzo sobie tego życzę, bo to co prezentuje jest znacznie ciekawsze, niż kolejne filmy w stylu "Piły".

"The Body and the Whip" (1963)



 
Wspominając nazwisko Mario Bavy  najczęściej wymienia się jego dwa gotyckie horrory: "Maskę Szatana" i "Black Sabbath". Niesłusznie, bo reżyser ma na swoim koncie kilka (moim skromnym zdaniem) lepszych obrazów w tej konwencji. Jednym z nich jest "Ciało i Bicz".

W założeniu miał to być film mocno nawiązujący do "Studni i Wahadła" Cormana, ale ostatecznie jest sadomasochistycznym, pięknie sfilmowanym love story w duchu "Wichrowych Wzgórz". Eksperymentalnym i nowatorskim - lecz nie silącym się na awangardowość. Surrealistycznym i onirycznym - ale nie pretensjonalnym i bełkotliwym. Widać tu również dużą ewolucję warsztatu reżyserskiego Włocha. W "Masce Szatana" Bava potraktował aktorów i grane przez nich postacie jak rekwizyty, które ustawiał w kadrze. Tu udało mu się wyciągnąć z nich prawdziwe emocje.

W momencie premiery (pół wieku temu!)  film ten musiał robić piorunujące wrażenie, bo do dziś pozostaje dziełem niekonwencjonalnym i nowatorskim. Nawet w kinie powstałym po 2000 roku nie przypominam sobie tak przedstawionych relacji sadomasochistycznych. Na pewno ich echa znajdziemy u współczesnych uczniów Bavy; jednak u Cronenberga i Lyncha takie związki są mroczne, nadbudowane warstwą psychologiczną*, a u Tarantino (mu chyba jest najbliżej, bo ewidentnie nawiązuje do "The Body and the Whip" w "Kill Billu", bardzo podobnie przedstawiając relacje Kiddo-Bill) miały zdecydowanie mniej seksualny wydźwięk. Natomiast u Bavy - mimo tego, że nie brak tu poczucia winy u ofiary - proporcje między love story, erotyką, i przemocą zdają się równe, a do tego nieusprawiedliwione psychologią i pretensjonalnym freudyzmem. Mimo dużej dozy komiksowości i kiczu, zależność między parą sadomasochistycznych kochanków jest relacją stricte erotyczną, a nie groteskowym, obrzydliwym gore, czy przeintelektualizowaną karykaturą. Dzięki temu i dla widza seans staje się erotycznym przeżyciem, a nie traumą.

* Z seksualnością u Cronenberga jest trochę tak, jak z narkotykami w "Requiem dla snu" - to ekspresjonizm, wyolbrzymienie, nastawione na wywołanie efektu.


"Potomstwo" (1979)


Mimo iż Cronenberg jest artystą od początku prześladowanym przez podobne tematy, to jego filmografia jest niezwykle różnorodna. Znajdziemy w niej zarówno niskobudżetowe horrory klasy B, filmy uznawane za wielkie, artystyczne dzieła, jak i tytuły wpisujące się  niemal w kino środka. Zapewne dlatego obraz, który określam mianem "mojego ulubionego filmu Cronenberga" zmienia się regularnie, wraz z ewolucją (czy też degradacją) moich gustów. Na dzień dzisiejszy jest to stworzone w 1979 roku "Potomstwo".

Od dekady jestem zafascynowany europejskim kinem gatunku, a tak się składa, że w filmie tym Cronenberg czerpał garściami motywy znane z hiszpańskiej grozy (motyw złego dziecka-zombie przywodzący na myśl "Czy zabiłbyś dziecko?") i włoskiego horroru (zarówno gotyckiego jak i giallo). Podszedł do tych elementów z pewnego dystansu, dzięki czemu w "Potomstwie" zbliżył się poetyką do słynnego "Nie oglądaj się teraz" Nicholasa Roega i "Lśnienia" Stanleya Kubricka.   

Młode małżeństwo przeżywa kryzys. Ich niezbyt dobre relacje pogłębia fakt, iż cierpiąca na zaburzenia psychiczne kobieta wraz z córką pozostaje w odciętym od świata ośrodku terapeutycznym prowadzonym przez nowatorskiego, kontrowersyjnego, ale też uznanego doktora Raglana (w tej roli Oliver Reed). Pewnego dnia ojciec odbiera córkę z ośrodka. W domu odkrywa na jej ciele ślady wskazujące na pobicie, postanawia więc odebrać dziecko matce. Początek zapowiada łzawy melodramat, lecz wkrótce, w niewyjaśnionych okolicznościach zaczynają być mordowani ludzie związani z przebywającą w ośrodku kobietą.

 Reżyser roztacza przed nami bardzo interesującą wizję lat siedemdziesiątych. Podczas ostatniej powtórki "Potomstwa" z zaskoczeniem odkryłem jak wiele łączy ten obraz z komiksem Davida B. "Rycerze św. Wita"( http://rekopisznalezionywarkham.blogspot.com/2013/02/rycerze-swietego-wita.html ).  Nie przypominam sobie innych tworów, które przekazywałyby tak wyraźnie artykułowane lęki wobec ówczesnej mody na New Age, nowych trendów w medycynie i psychologii. Co ciekawe, rodzaj terapii stosowany na bohaterce filmu Cronenberga do złudzenia przypomina techniki stosowane do dziś przez słynnego filmowca-guru- terapeutę Alejandro Jodorowsky'ego.

 Mimo dość wymownych elementów metafizycznych jakie tu znajdziemy, możemy " Potomstwo" interpretować również na poziomie horroru psychologicznego. Przekornie, element nadnaturalny pojawia się tu dlatego, że Cronenberg chorobę umysłu utożsamia bezpośrednio z cielesnością. Interesują go też traumy i rodzinne wzorce jako dziedziczna, syfilityczna choroba tkwiąca w naszym drzewie genealogicznym, przez którą bezwiednie musimy powtarzać los i błędy naszych rodziców.

Dziś "Potomstwo"  zdaje się dziełem niedocenionym, głównie ze względu na to, że krytyka szczególną atencją darzy późniejsze filmy Cronenberga.  Prawdą jest, że w dorobku Kanadyjczyka to film przejściowy, w którym proporcje między horrorem klasy B a dziełem stricte autorskim, artystycznym są idealnie wyważone. Nie jest to obraz tak przeszarżowany jak "Nagi Lunch", ale też nie tak wygładzony jak "Martwa Strefa". "Potomstwo" jest niesłusznie marginalizowane, bo to film, który zasługuje na to, by znaleźć się w ścisłym kanonie filmowej grozy.



"Żywe Tarcze" (1968)


Zaskoczę was - "Żywe tarcze" Pertera Bogdanovicha właściwie nie są horrorem. To film trudny do zaszufladkowania, osobiście powiedziałbym, że to thriller skłaniający się ku publicystyce społecznej, czy może nawet antropologii kulturowej (sic!). Dlaczego więc znalazł się na tej liście? Ano dlatego, że z kinem grozy ma jednak sporo wspólnego.

Broniąc horroru jako gatunku zawsze powtarzam, że groza i tematy w niej poruszane są jak senny koszmar będący podświadomą projekcją lęków trapiących nie tylko jednostkę, ale całe społeczeństwo (patrz wyżej na tekst na temat "Potomstwa", ale najbardziej znamiennym przykładem zawsze pozostaje ekspresjonizm niemiecki). "Żywe tarcze" są właśnie takim znakiem czasu, o tyle jednak specyficznym, że otwarcie zderzają ze sobą dwie epoki kina grozy, ukazując tym samym jak wiele prawdy kryje się w tej tezie.

Na film składają się dwa prowadzone równolegle, pozornie nie związane ze sobą wątki. Pierwszy opowiada o dniu z życia Byrona Orloka (wybitna rola Borisa Karloffa), leciwego aktora związanego z klasycznym kinem grozy epoki monstrów pokroju Drakuli i Potwora Frankensteina. Drugi jest  paradokumentalnym zapisem poczynań pewnego młodego mężczyzny, który bez powodu morduje swoją bliską rodzinę, a potem uzbrojony wybiera się na miasto. Wszystko zostało uzupełnione wmontowanymi fragmentami filmu Rogera Cormana "Strach", mającymi obrazować jedną z ostatnich ról Byrona Orloka.

Schyłek lat sześćdziesiątych jest burzliwym okresem w historii Stanów Zjednoczonych. Film Bogdanovitcha pojawił się w kinach zaledwie kilka miesięcy przed słynną "Nocą Żywych trupów" i niemal równo rok przed zabójstwami, jakich banda Charlesa Mansona dokona w domu Romana Polańskiego. Mimo iż Bogdanovitch ewidentnie gloryfikuje starą szkołę horroru, to tak naprawdę jego film jest gorzką zapowiedzią,  przeczuciem tego, jak bardzo zmieni się amerykańska kultura i sam horror. W zapomnienie odchodziły klasyczne westerny, a wkrótce monstra rodem ze studia Universalu ostatecznie* przejdą do lamusa, zastąpione przez wszelkiej maści psychopatów, seryjnych morderców i nihilistyczne filmy gore.

 Oglądając dziś "Żywe tarcze" nie mogę się oprzeć wrażeniu, że to jeden z najważniejszych filmów w historii kina, a przy tym niestety praktycznie nie znany w naszym kraju. Ja sam wyłowiłem ten tytuł ze znakomitej książki Piotra Sawickiego "Odrażające, brudne, złe. 100 Filmów Gore" i wszystkim zainteresowanym tematem bardzo tę pozycję polecam, bo to jedna z najciekawszych polskich publikacji na temat kina gatunku.

*Wszak tendencja rozwijała się niemal od czasu "Psychozy" (1960)



Pierwotnie tekst ukazał się na serwisie Noir Cafe wraz z horrorowymi zestawieniami Mateusza R. Orzecha i Arka Szpaka. Przy okazji polecam też osobistą listę ulubionych horrorów XXI Wieku Marcina Zembrzuskiego którą opublikował na blogu Kinomisja - klik.

wtorek, 29 października 2013

Dracula s01e01





Zaledwie kilka dni temu NBC wystartowało z serialem o księciu Drakuli. Widziałem pierwszy odcinek i już teraz wiem, że nie będzie to przebój na miarę "Walking Dead". Nie jest to też rzecz, która aspirowałaby do bycia inteligentną rozrywką, jak dajmy na to "Gra o Tron". Wszystko wskazuje, że Drakula z NBC będzie steampunkowy (w złym tego słowa znaczeniu), niekanoniczny i w złym guście.

Skłamałbym jednak gdybym powiedział, że źle się na pierwszym odcinku bawiłem. Nie tak dawno zaliczyłem wszystkie filmy z Drakulą wyprodukowane przez wytwórnię Hammer, gdzie dzieją się cuda na kiju - przykładowo, jedna z części, będąca koprodukcją ze studiem Braci Shaw, jest niczym innym jak połączeniem horroru ze starą szkołą kina kung fu. Jestem więc uodporniony na wszelkie nietoperze guano. Co więcej, niezwykle bawi mnie każda pulpowa szarża na mit Hrabiego.

Już w pierwszym odcinku twórcy zaserwowali widzom walki na miecze samurajskie, złączyli postać Włada Palownika z Nikolaiem Teslą (o dziwo wyszedł im z tego Tony Stark) i ostro zamieszali w mitologii Drakuli. Nie będę zdradzał szczegółów intrygi, ale zasygnalizuję, że piony na szachownicy zostały rozstawione bardzo zaskakująco. Wszystko to może wskazywać że będziemy mieli do czynienia z postmodernistyczna dekonstrukcją, ale lojalnie uprzedzam: to nie jest szalony tarantinowski pastisz. Nie znajdziemy tu za grosz dystansu. Jak na razie wszystko w tym serialu jest śmiertelnie poważne i nadęte.

Serial NBC najbardziej przypomina dość nisko ocenianą powieść Kima Newmana "Anno Dracula" (od razu zaznaczam, że ja ją bardzo lubię) oraz fatalną i kuriozalną, ale cenioną przez widzów filmową adaptację komiksu Alana Moore'a "Z piekła rodem" (tu wypada podkreślić, że nie znoszę tego filmu, za to polecam komiks). O "Drakuli" Francisa Forda Coppoli proszę zapomnieć - to oczywiście wybitny film, ale w jakiś sposób skrzywdził niedzielnych widzów, udowadniając im, że tego typu kino może być dobre. Jest to szczególnie widoczne w naszym kraju. Produkcja NBC to zły film, a Polacy (przynajmniej jeśli o horror chodzi) nie mają tradycji obcowania ze szmirą.  Póki co komentarze nie są jednak aż tak hejterskie jak się spodziewałem. Na razie widzowie zdążyli zaatakować Jonathana Rhys-Meyersa odtwarzającego Drakulę, za to, że nie jest Garym Oldmanem. A przecież to charyzmatyczny, dobry aktor, który może być jedną z niewielu jaśniejszych stron tej produkcji i osobiście jeszcze bym go nie skreślał. Boję się na samą myśl o tym, co byłoby, gdyby w szpony tych ludzi dostał się film z Belą Lugosim czy Christopherem Lee.

p.s. chciałbym zobaczyć serial historyczny o Vladzie Palowniku. History Channel, słyszycie mnie?



poniedziałek, 28 października 2013

Detektyw Miś Zbyś i Tej nocy dzika paprotka



 Na łamach wortalu o książkach dla dzieci i młodzieży RYMS piszę o dwóch komiksach dla najmłodszych. Pierwszy to "Detektyw Miś Zbyś na tropie, Lis, ule i miodowe kule" autorstwa Macieja Jasińskiego i Piotra Nowackiego,  drugi to  "Tej nocy dzika paprotka" napisany przez Marzenę Sowę i zilustrowany przez Berenikę Kołomycką. 











czwartek, 17 października 2013

This is Asgard!




Wbrew pozorom tytułowy Asgard to nie mityczna siedziba nordyckiego panteonu, a imię żyjącego na marginesie wikińskiej społeczności jednonogiego mężczyzny, trudniącego się zabijaniem wszelkiej maści potworów. Pewnego dnia zostaje on wynajęty do pozbycia się węża morskiego, terroryzującego północne wody, a tym samym nie pozwalającego Wikingom wyruszać na wyprawy i połowy. Walka jest trudna, a potężny potwór zdaje się być nie do uśmiercenia - przez co bohater zaczyna myśleć, że ma do czynienia z mitycznym wężem świata.

Pierwotnie komiks miał opowiadać o Arghunie Drewnianej Stopie - jednej z drugoplanowych postaci z sagi Rosińskiego i Van Hamme'a. Do realizacji projektu w ramach Światów Thorgala jednak nie doszło. Scenarzysta - Xavier Dorison - który przymierzał się do pisania tej serii, został więc z pomysłem na opowieść o kalekim wojowniku. Postaci, w którą wgryzł się tak mocno, że żal byłoby tego nie wykorzystać. Mam wrażenie, że na rozgryzanie psychologii i dążeń tego bohatera poświęcił znacznie więcej czasu, niż na pisanie samego scenariusza.


   DO PRZECZYTANIA CAŁEGO TEKSTU ZAPRASZAM NA ŁAMY POLTER.PL>>>


wtorek, 1 października 2013

Cyberpunk dla potłuczonych - czyli „A niech Cię, Tesla!” Jacka Świdzińskiego




W czasach, gdy steampunk i retrofuturyzm wszelakiej maści stały się jednymi z najczęściej eksploatowanych nurtów fantastyki naukowej, Nikola Tesla znów rozpala wyobraźnię twórców z całego świata. Jego osoba pełni funkcję romantycznej ikony ekscentrycznego geniuszu, archetypu maga elektryczności. Gdy przeglądamy komiks Jacka Świdzińskiego, zaludniony przez śmieszne, małe, umownie narysowane postacie, nie dostrzegamy w nim związku z rozbuchanym, przeestetyzowanym steampunkiem i bratnimi mu nurtami. Pozory jednak mylą, bo gra z mitem Tesli (mimo iż ten pojawia się zaledwie na kilku planszach, do tego najczęściej kompletnie pijany) i fantastyką naukową jest motorem napędowym tego niezwykle inteligentnego i zabawnego komiksu.

Mimo iż „A niech Cię, Tesla!” posiada cechy parodii, a rysunek pozornie sprawia wrażenie amatorskiego, undergroundowego bazgrolenia, to trzeba zaznaczyć, że od strony fabularnej komiks skonstruowany jest po mistrzowsku. Świdziński prowadzi równolegle cztery wątki: pierwszy to snuta przez pewnego naukowca alternatywna historia powstania thereminu (elektronicznego urządzenia muzycznego – proszę posłuchać jak gra na nim wirtuozka tego instrumentu Clara Rockmore http://www.youtube.com/watch?v=uuKBPEDU-W0); drugi zawiera scenki obyczajowe z życia starego małżeństwa; trzeci jest pastiszem  historii szpiegowskiej, czwarty natomiast przedstawia teorie spiskowe opowiadane przez groteskowego, wysoko postawionego urzędnika państwowego.

wtorek, 3 września 2013

Zdolne łapy Szłapy - trylogia Bler



(...) Początkowo seria wykorzystywała ograne motywy znane z kart amerykańskich komiksów, przełożone na naszą polską rzeczywistość. Trylogia opowiada o mieszkańcu Krakowa, który w tajemniczych okolicznościach zostaje obdarzony nadludzką mocą. Za całą sprawą stoi tajna organizacja, która pomaga mu ukierunkować działanie i wykorzystać nowo nabyte umiejętności do pomagania ludziom. Wbrew pozorom, głównym atutem serii nie jest jednak to, że opisuje ona przygody polskiego superbohatera. Autor stworzył komiks, który aspiruje do bycia czymś więcej niż sztampową trykociarską opowieścią o walce dobra ze złem.

Szłapa oczywiście korzysta ze sprawdzonych zachodnich patentów, odcina kupony, podpiera się dosłownymi cytatami, ale z tomu na tom historia rozwija się w zupełnie innym kierunku, niż można by się spodziewać. Autor gra superbohaterską konwencją, mieszając ją z innymi gatunkami – sensacją pokroju „Tożsamości Bourne’a”, thrillerem psychologicznym oraz horrorem z elementami zapożyczonymi z lovecraftiany („Pamiętasz legendę o smoku pod Krakowem? Tu rzeczywiście coś było… Nie jakaś przerośnięta jaszczura. To było coś potwornego, nie do ogarnięcia…”).



środa, 28 sierpnia 2013

Pięć to liczba doskonała.

Na Croma! Pięć lat! O Matkobosko Szorstkowłosa!  Pół dekady! Trudno mi uwierzyć, że blog przetrwał aż tyle. Mimo że w piąty rok swojego istnienia Arkham weszło z niemal miesięczną ciszą w eterze, to zapewniam, że to przejściowy okres. Piszę więcej niż zwykle, ale na efekty będzie trzeba jeszcze poczekać i nie wszystko co spłodzę wyląduje w internecie.

Jeszcze nie miałem okazji się pochwalić (bo sam  nie do końca jeszcze w to wierzę) a urodziny Arkham to chyba dobry moment: niedawno zostałem poproszony o napisanie wstępu do polskiego wydania bestsellerowego amerykańskiego komiksu "Kick-Ass" autorstwa Marka Millara i  Johna Romity (Juniora). Nie mogłem odmówić. Nigdy nawet nie marzyłem, że napiszę wstęp do czegokolwiek, a co dopiero do amerykańskiego komiksu głównego nurtu. Mimo że minęło już trochę czasu, to  pisząc te słowa jeszcze muszę się szczypać żeby uwierzyć, że napisałem intro do historii, którą zilustrował jeden z idoli mojego dzieciństwa -  John Romita Jr, autor rysunków do "Daredevil: Man Without Fear" (ze scenariuszem Franka Millera) i "The Punisher War Zone".  "Kick-Ass" to zresztą bardzo udany hołd dla tych komiksów i wielu innych rzeczy, którymi zaczytywałem się gdy byłem jeszcze małym Krzysiem Rysiem. Jeśli więc tak jak ja kochaliście Daredevila, Wojownicze Żółwie Ninja, Spider-Mana i Punishera, to sięgnijcie po ten album, bo to uwspółcześniona krwawa wariacja na temat tych bohaterów, będąca zabawną i zarazem gorzką opowieścią na temat okresu dorastania. Warto się temu komiksowi przyjrzeć również dlatego, że dla dzisiejszych dzieciaków "Kick-Ass" i jego ekranizacja są tym, czym dla mojego pokolenia były komiksy Semika.



Od dłuższego czasu "Kick-Ass" jest już na półkach sklepowych i ponoć sprzedaje się bardzo dobrze.


Do końca listopada Arkham będzie rzadko aktualizowane (raz- dwa razy w miesiącu). Obiecuję jednak, że po nowym roku nadrobię zaległości i postaram się wrócić do regularnych wpisów. Bardzo dziękuję wszystkim, którzy mnie wspierają. Wydawcom, czytelnikom, ludziom z którymi pracuję i przyjaciołom (niektórych z Was znam tylko z internetu, ale uważam za przyjaciół - mam nadzieję, że o tym wiecie).  Dzięki, że jesteście!

Keep Crom!

Wszystkim nieposiadającym konta na Facebooku, a tęskniącym za moimi wynurzeniami przypominam, że  sporo dzieje się na fanpage'u Rękopisu: klik. Żeby tam zerkać nie trzeba się rejestrować. Jutro tradycyjnie ogłoszę tam rocznicowy konkurs.

piątek, 2 sierpnia 2013

Mooreonomicon # 4: Saga o Kapitanie Brytanii

Kolejny Mooreonomicon. Tym razem na występach gościnnych w ArtPapierze. Pierwotnie tekst miał ponad 10 tys. znaków, bo o Kapitanie można pisać dużo, ale skrócony do formy recenzji wydaje mi się atrakcyjniejszy dla czytelnika. 



Pojedynczy odcinek przygód Kapitana Brytanii miał zaledwie osiem stron. W jednym z epizodów Alan Moore rozpisał planszę z dziesięcioma wąskimi panoramami, na których w sekwencjach przedstawione jest jedynie odpalanie papierosa. Rodzi się pytanie, gdzie był wtedy edytor? Dobrze musiało się pracować w brytyjskim odłamie Marvela na początku lat osiemdziesiątych. Lektura „Captain Britain: A Crooked World” wskazuje na to, że panowała tam wówczas duża swoboda artystyczna. Dziś Moore ma na pieńku z Marvelem, tak samo jak ze wszystkimi innymi dużymi amerykańskimi markami komiksowymi. Niemniej w tamtych czasach brytyjska placówka „Domu Pomysłów” stała się dla niego azylem, dzięki któremu mógł zarabiać na utrzymanie rodziny. Było to na tyle intratne zajęcie, że zgodził się przejąć serię o postaci, która wydawała mu się skrajnie nieciekawa i niewiarygodna od strony psychologicznej. Napakowany milioner-naukowiec w niedorzecznym kostiumie niemal w całości pokrytym grafiką z brytyjską flagą, który został obdarzony nadludzką mocą przez przypadkowo napotkanego Merlina (aż sprawdziłem, czy ów Merlin nie był napromieniowany i go nie ugryzł). Któż nie chciałby tego pisać?

Przejmowanie serii było jak przechwytywanie kierownicy samochodu pędzącego w stronę przepaści. Kapitanowi groziło śmiertelne niebezpieczeństwo. Przebywał właśnie w alternatywnej rzeczywistości, w której złoczyńca Mad Jim Jaspers ukatrupił wszystkich superludzi i przejął władzę nad światem. Moore, zamiast wcisnąć hamulec, spokojnie pozwolił samochodowi spaść w przepaść. Zabił Kapitana, po czym (niespodzianka!) wskrzesił go i wysłał z powrotem do współczesnej mu Anglii (a raczej do ówczesnej marvelowskiej Brytanii osadzonej w głównym kontinuum zwanym Earth-616) i zaczął na nowo ustawiać figury na szachownicy dopasowując przebieg rozgrywki do swoich celów. Moore pozbył się jego niedorzecznego pomagiera (bajkowo przedstawianego roześmianego Elfa), podarował mu rodzinę (a raczej siostrę, bo Kapitan, wedle obowiązujących superbohaterskich schematów, był oczywiście sierotą) i kilka powodów, dla których warto mieszać się w międzynarodowe i międzygalaktyczne rozróby. Mimo tak drastycznych jak na tamte czasy środków i brawurowego wprowadzenia, scenariusz był początkowo zachowawczy, przez co „Captain Britain: A Crooked World” czytany jako wydanie zbiorcze wydaje się być dziełem nierównym.


Po bardzo interesującym prologu, Moore funduje nam trochę superbohaterskiej bitki sprowokowanej przez S.T.R.I.K.E - angielską, skorumpowaną wersję S.H.I.E.L.D. Potem wciąga Kapitana w proces sądowy w konwencji space opery, przypominający finał słynnego „Dark Phoenix Saga”. O ile te dwie opowieści są dobre i zabawne, to dopiero finałowa historia jakością zbliża się do najlepszych prac Moore'a. Jednym z bohaterów trzeciej miniserii jest sama Wielka Brytania. W komiksie jest krajem mrocznym, skorumpowanym, targanym społecznymi problemami. Na tym poziomie jest to opowieść mająca wiele wspólnego z „V jak Vendetta” - stricte autorskim dziełem, które Moore pisał w tamtym okresie dla magazynu „Warrior”, oraz z tworzonym dekadę później „Prosto z piekła”. Wątki społeczno-polityczne nie są tu tak daleko posuniętymi metaforami, jak w przypadku amerykańskich „X-Menów”, w których za pomocą niechęci ludzi do mutantów podejmowano problem rasizmu i nietolerancji. Moore wali prosto z mostu. Obok zakorzenionego już w Marvelu Hellfire Club pojawia się tu wspomniane  S.T.R.I.K.E i (co najciekawsze) dochodząca do władzy British National Party - skrajnie nacjonalistyczna partia, która w latach osiemdziesiątych, po ogólnym rozczarowaniu burzliwymi przemianami kulturowymi lat 60. i szybko wygasłym punkowym buntem, zdobywała dużą popularność wśród klasy robotniczej. W komiksie jej przywódcą jest alter-ego Mad Jima Jaspersa, z którym Kapitan spotyka się w równoległym świecie. Co ciekawe, twarz polityka do złudzenia przypomina oblicze wodza przedwojennej brytyjskiej partii faszystowskiej - Oswalda Mosleya. Autor wykorzystuje ideę światów alternatywnych do komentowania współczesnej mu rzeczywistości, podkreślając zarazem, że historia lubi się powtarzać.





Rozpatrując ten komiks od strony rozwoju warsztatu genialnego Brytyjczyka, dojdziemy do wniosku, że to pozycja, dzięki której przygotował się do pisania „Sagi o Potworze z Bagien” który, podobnie do Kapitana, wydawał mu się postacią nieatrakcyjną i niewiarygodną od strony psychologicznej. Występują tu bardzo podobne rozwiązania scenariuszowe, bo Moore utwierdził się w tym, że najradykalniejsze posunięcia są często najlepsze. Duże zbieżności z „Potworem z Bagien” znajdziemy też w warstwie graficznej. Głównie dlatego, że Moore w podobny sposób eksperymentuje z narracją wizualną. Rysownik Alan Davis wtóruje dzielnie jego pomysłom. Jego kreska z tamtego okresu może się dziś nie podobać (trąci zresztą tanią masówką), ale kompozycje plansz nie odstają poziomem od prac rysowników, z którymi przyjdzie Moore'owi współpracować w tamtym okresie. Warstwa wizualna odzwierciedla stany emocjonalne postaci i buduje atmosferę pod rozbudowaną narrację literacką jaką serwuje scenarzysta. Przykładowo, układ paneli raz przypomina zbite w drobiazgi lustro, innym razem są to bardzo wąskie kadry, na których znajdziemy zabiegi zaczerpnięte z języka filmu, imitujące ruch kamery i sprawiające wrażenie stopniowego przybliżania się widza do obiektu. Mad Jim Jaspers wywołuje u bohaterów psychodeliczne halucynacje, co również znajduje odzwierciedlenie na surrealistycznych, widowiskowych planszach. Sprawiło to, że czytając „Captain Britain: A Crooked World” miałem wrażenie obcowania z komiksem stworzonym raczej dla wczesnego Vertigo, niż dla „Domu Pomysłów”.


W przeciwieństwie do ukazujących się w tym samym czasie w Ameryce komiksów ze stajni Marvela, „Captain Britain: A Crooked World” jest dziełem intelektualnie pełnym, nie uproszczonym. Nie wnosi jednak wiele do tego uniwersum, nie zmieni też spojrzenia wyrobionego czytelnika na twórczość Moore'a. Jednak ze względu na trudną dostępność „Marvelmana”/„Miraclemana” może być jedyną okazją do sprawdzenia tego, jak legendarny scenarzysta szukał swojego miejsca w komiksie mainstreamowym. Warto też zauważyć, że mamy do czynienia z komiksem, który ukazywał się między 1982 a 1984 rokiem. Myśląc o początkach kontestacji w głównym nurcie komiksów o superbohaterach, zazwyczaj wskazujemy na dwa amerykańskie tytuły: „Strażników” duetu Alan Moore-Dave Gibbons oraz „Batman: Powrót Mrocznego Rycerza” Franka Millera. "Captain Britain" w rękach Moore'a stał się reprezentantem dojrzałego oblicza konwencji, do którego czytelnicy są dziś przyzwyczajeni i które cenią najbardziej.