wtorek, 31 grudnia 2013

Mężczyzna który słyszał za dużo



Wielkim zaskoczeniem jest dla mnie fakt, że "Berberian Sound Studio" wskoczył do puli plebiscytu na Film Roku. To chyba kontrowersyjny wybór, bo film Petera Stricklanda nie trafił do szerokiej dystrybucji - w Polsce można było go zobaczyć jedynie na festiwalu Nowe Horyzonty.  Jednak ja bardzo się cieszę, że został dostrzeżony. Wielkie propsy dla Piotra Czerkawskiego, który nie bał się go typować w tym podsumowaniu, bo to moje numero uno ze wszystkich nowości jakie w tym roku widziałem.

Poniżej tekst, który chomikowałem w notatniku od dłuższego czasu. Planowałem uzupełnić go o wątki związane z muzyką, która co prawda odgrywa w filmie bardzo istotną rolę, lecz reżyser nie wyeksponował ich tak bardzo, jak z początku planował. Chciałem też jeszcze bardziej pociągnąć temat włoskiego kina ... ale wyszło tak, że napisałem ten tekst, a potem o nim zapomniałem. 

Myślę, że minęło już tyle czasu, że nie zdołam go rozwinąć. Nie będzie też lepszego momentu, by się tym tekstem z Wami podzielić. Potraktujcie jego publikację jako prezent noworoczny:




Barbara Steele, jedna z pierwszych scream queen w historii kina,  zapytana o kulisy realizacji włoskiego filmu grozy "Maska Szatana" wyznała dziennikarzom, że reżyser Mario Bava wymusił na niej nauczenie się kilkunastu rodzajów krzyku. Pani Basia najzwyczajniej w świecie fantazjowała, bo faktem jest, że jej wrzaski wcale go nie interesowały. Zarówno w wersji anglojęzycznej jak i włoskiej film był w całości udźwiękawiany w studiu, a głos do jej roli podkładały inne aktorki. Mario Bava - tak jak wielu innych twórców kina rodem z Italii - programowo rezygnował z nagrywania dźwięku na planie. Ograniczało to wiele zmartwień, a do tego pozwalało reżyserom w pełni skupić się na warstwie wizualnej filmu i nie przejmować się plątaniną kabli czy wchodzącymi w kadr "szczurami na tyczkach". To interesujące zjawisko miało też wpływ na ostateczny odbiór, bo w konsekwencji wtórne podkładanie dialogów i efektów dźwiękowych jeszcze bardziej potęgowało oniryzm charakterystyczny dla włoskiego kina gatunku. Motyw ten w swoim drugim filmie wykorzystał nieznany jeszcze szerszej publiczności, ale znakomicie rokujący angielski reżyser Peter Strickland.

Kino Brytyjczyka ma pewne cechy wspólne z dorobkiem Nicolasa Winding Refna. Podobnie jak Duńczyk Strickland garściami czerpie z kina gatunku, które dekonstruuje i któremu składa swoisty hołd. W zamyśle to twórczość daleka od tarantinowskiego pastiszu, skłaniająca się raczej ku filmowi niezależnemu, tworzonemu w duchu Johna Cassavetesa ( ze wskazaniem na "Zabójstwo Chińskiego Maklera", najbardziej gatunkowy tytuł w jego dorobku). Swoim debiutem - thrillerem przebranym w kostium kameralnego filmu artystycznego, podstępnie wdarł się na festiwalowe salony. W swoim najnowszym dziele odwraca rolę formy i treści, tym samym ukazując drugą stronę swojej twórczości -  "Berberian Sound Studio" to obraz arthouse'owy wystylizowany na włoski horror.

Film opowiada historię brytyjskiego dźwiękowca (w tej roli charakterystyczny Toby Jones, kojarzony najbardziej  z "Bez skrupułów", gdzie zagrał Trumana Capote), który zostaje zatrudniony przez włoską wytwórnię do pracy przy wyjątkowo brutalnym i perwersyjnym filmie grozy w reżyserii niejakiego Giancarlo Santiniego. Bohater jest znakomitym rzemieślnikiem, ale nie miał nigdy okazji pracować przy horrorze. Jak dowiadujemy się z kontekstu, na co dzień udźwiękawiał filmy przyrodnicze i programy dla dzieci. Obraz, przy którym przyjdzie mu pracować, nazywa się  "Equestrian Vortex", co w wolnym tłumaczeniu znaczy "Jeździecki Wir", przez co był przekonany, że jego tematyka będzie związana z końmi. Ze strzępków informacji  dowiadujemy się, że oprócz koni pojawiają się w nim: czarownice, inkwizytorzy, elitarna szkoła dla młodych dziewcząt oraz morderstwa i tortury kobiet. Dużo morderstw i tortur kobiet.



Już od pierwszych scen reżyser "Berberian Sound Studio" sugeruje nam, że będziemy oglądać niepokojący, straszny film - dreszczowiec, a może krwawy horror w konwencji slashera. Tymczasem nie uświadczymy w nim ani jednego trupa, chociaż w wyobraźni głównego bohatera padną ich setki. W czasie scen nagrywania postsynchronów nie zobaczymy również fragmentów filmu Santiniego. Obraz zastępuje skomplikowany grafik z linią czasu, na której zamalowane obszary oznaczają poszczególne dźwięki. W jednej z początkowych scen zamazane na nim pola przybierają kształt przypominający plan gotyckiego zamczyska. Wtedy jeszcze tego nie wiemy, ale to po jego labiryntach przyjdzie błądzić bohaterowi filmu Stricklanda.

Dźwięki mające towarzyszyć scenom okaleczania i zadawania ran nagrywane są przy użyciu dźganych, siekanych i miażdżonych owoców oraz warzyw. Najbardziej niepokojące i sugestywne ujęcia to właśnie dość osobliwe i dwuznaczne zbliżenia na martwą naturę, która staje się alegorią ciał zamordowanych ludzi i scen gore. W obiektywie Stricklanda gnijące owoce i warzywa wyglądają niczym milczące, majestatyczne zombie z filmów mistrza włoskiej makabry Lucio Fulciego. W studiu do imitowania dźwięków używa się przeróżnych przedmiotów - od łańcuchów, młotów, po specjalnie skonstruowane przyrządy - które w rękach ekipy realizatorskiej stają się narzędziami tortur. Dźwiękowcy zmuszający aktorki dubbingowe do ciągłych wrzasków są jak inkwizytorzy, a w bohaterze przez atmosferę panującą w pracy stopniowo zachodzą zmiany i przeistacza się w jednego z nich.  W "Berberian Sound Studio" nie zobaczymy też co prawda oskarżonych o czary i torturowanych bohaterek filmu Santiniego, ale symbolizują je kobiety podkładające im głos, które wchodzą w związki z mężczyznami związanymi ze studiem licząc na to, że uleganie ich zachciankom ułatwi im karierę. Ostatecznie są tylko wykorzystywane i poniżane przez włoskich macho, a na końcu naprawdę torturowane - notabene przy pomocy dźwięku, bo Strickland konsekwentnie nie ukazuje na ekranie żadnej przemocy fizycznej.


Informacje, jakie o fikcyjnym filmie ujawnia Strickland wskazują, że "Equestrian Vortex" ma być wypadkową dwóch najsłynniejszych włoskich horrorów gotyckich - "Maski Szatana" (1961) Mario Bavy i "Suspirii" (1977) Dario Argento. Ten pierwszy, niekiedy nazywany "Obywatelem Kanem kina grozy", jest jednym z tytułów, które na początku lat sześćdziesiątych wprowadziły horror na nowe tory - dosadne efekty zapowiadały erę gore i obrzydliwości, a wysmakowana narracja wizualna wyznaczyła nowe standardy języka, którym snuto celuloidowe opowieści niesamowite. Natomiast "Suspiria" jest  obrazem tak wpływowym, że mimo iż minęło trzydzieści pięć lat do od jego powstania, to do dziś pozostaje wzorcem współczesnego filmu gotyckiego, a jego echa mocno pobrzmiewają w tak popularnym obecnie azjatyckim kinie grozy. Obaj reżyserzy, prócz tego, że tworzyli horrory, są też najważniejszymi przedstawicielami nurtu giallo - odmiany hitchockowskiego thrillera, który w pierwszej połowie lat sześćdziesiątych został właśnie przez Bavę przedefiniowany na włoską modłę. Tworząc "Blood and Black Lace" (1964) odrzucił czarno-białą estetykę i psychologiczny aspekt ówczesnego dreszczowca, a całą fabułę zbudował wokół serii brutalnych zabójstw. Film zamienił się w pełną przemocy krwawą wyliczankę, tym samym dając podwaliny pod amerykański slasher. Fabuła "Berberian Sound Studio" w dużej mierze również opiera się na dekonstrukcji gatunku. Film Stricklanda jest bowiem w prostej linii potomkiem "Powiększenia", w którym Antonioni również grał konwencją włoskiego thrillera, zapożyczając z niego atmosferę i estetykę, ale pomijając jego główną cechę - akt zbrodni.

Sama postać reżysera "Equestrian Vortex", Giancarlo Santiniego jest groteskową hybrydą obu wspomnianych mistrzów giallo - jest kobieciarzem zachowującym się jak gwiazda rocka, co było cechą Dario Argento, cieszącego się w latach siedemdziesiątych wielką estymą, ale też przychodzi do studia z psem, jak miał w zwyczaju Mario Bava. Należy przy tym zaznaczyć, że film Stricklanda w żadnym stopniu nie jest próbą realistycznego oddania atmosfery panującej we włoskich studiach filmowych, czy odrysowania sylwetki któregoś z tych reżyserów. Jest za to ekspresjonistycznym przełożeniem lęków związanych z pracą w komercyjnym przemyśle filmowym, tak jak "Głowa do wycierania" Davida Lyncha była celuloidową emanacją jego obaw związanych z ojcostwem.


Strickland swój znakomity debiut ("Katalin Varga", 2009 r.) zrealizował za własne pieniądze, przez co była to bardzo oszczędna produkcja. Przy swoim drugim dziele uzyskał wsparcie brytyjskich producentów, ale nie spowodowało to zmiany jego podejścia do materii filmowej. Cała akcja filmu rozgrywa się wyłącznie w pomieszczeniach i na korytarzach studia dźwiękowego. Pomijając więc udział cenionego dziś Toby'ego Jonesa, film nie ma elementów, które mogłyby być drogie i zapewne dzięki temu reżyser zachował całkowitą wolność artystyczną i mógł stworzyć kolejny nieszablonowy film. "Berberian Sound Studio" nie jest jednak pozbawione efekciarstwa, a może jest go nawet więcej niż w przeciętnej współczesnej produkcji tego typu. Zamysł polegał na tym, by środek ciężkości przenieść z poziomu wizualnego na słuchowy. Ujęcia trikowe zastąpiono tutaj dźwiękowymi efektami specjalnymi. To chyba pierwsza udana produkcja tego typu od czasu "Rozmowy" Francisa Forda Coppoli (również będącej swoistym hołdem dla "Powiększenia"), która tak bardzo skupia się na akustycznym elemencie narracyjnym. Tam również zagrano konwencją dreszczowca, w której wojeryzm (tak charakterystyczny dla poetyki thrillera) w dużym stopniu zastąpiono podsłuchiwaniem. Główny bohater "Berberian Sound Studio" jest też bardzo podobny do protagonisty z filmu Coppoli: jest osobą nieśmiałą, skrytą i wycofaną, a zadanie które zostało mu powierzone kłóci się z jego systemem wartości. Jednak jego profesjonalizm nie pozwala mu porzucić pracy, w której stopniowo zatraca się tak bardzo, że zostaje przez nią opętany i zaczyna tracić zmysły. W filmie Stricklanda wizja ta spotęgowana jest dodatkowo klaustrofobiczną atmosferą, bo postać grana przez Toby'ego Jonesa nie wychodzi właściwie ze studia i coraz bardziej oddala się od od świata zewnętrznego i rzeczywistości, którą w filmie symbolizuje korespondencja od jego matki, opisująca sielankową wiejską codzienność. W pewnym momencie treść jednego z listów sprawia, że i ten obraz zostaje zburzony i przestaje się różnić od makabrycznego filmu, przy którym pracuje. 

 Gdy myślimy o ambitnym wykorzystaniu poetyki włoskiego filmu grozy wspominamy najczęściej "Nie oglądaj się teraz" Nicholasa Roega, czy "Lśnienie" Stanleya Kubricka.  "Berberian Sound Studio" jest jednak bliższy horrorom psychologicznym Davida Lyncha, którego - o czym się dziś często zapomina, wpisując całą jego twórczość na poczet kina stricte artystycznego - też inspirowało włoskie kino gatunkowe (Bava w szczególności). Dobrym skojarzeniem będzie również "Lokator" Romana Polańskiego, ale większe związki odnajdziemy we wtórnym wobec niego, ale równie znakomitym obrazie "Barton Fink", opowiadającym o cierpiącym na niemoc twórczą i powoli popadającym w szaleństwo świeżo upieczonym hollywoodzkim scenarzyście. U Stricklanda, podobnie jak w filmie braci Coen, możemy szukać kabalistyczno- ezoterycznych metafor, bo surrealistyczna fabuła może sugerować, że bohater jest duszą uwięzioną w zaświatach. W studiu panuje mistyczna i tajemnicza atmosfera. Przez cały seans zastanawiałem się, czy pracownicy odprawiają jakiś pogański rytuał, przy którym przyszło asystować naszemu niczego nie świadomemu dźwiękowcowi. W filmie kilkakrotnie pojawia się ujęcie, na którym tajemnicza dłoń w skórzanej rękawiczce (nieodłączny atrybut mordercy we włoskich thrillerach) kończy dzień pracy w studiu wyłączając dźwignią projektor filmowy. Idąc tropem mistycyzmu, możemy zinterpretować tę postać jako Boga, czy też demiurga, w gnostyckim rozumieniu tego słowa - Lucyfera, na którego chwałę pracuje cała ekipa. Poszlaki są oczywiście mgliste, ale jeśli zaznaczymy, że Strickland przyznaje się do fascynacji kinem transgresji spod znaku Kenetha Angera ("Lucifer Rising"), to zmusi nas to do zatrzymania się przy tym aspekcie i przynajmniej rozważenia takiej możliwości.



Mnogość przeróżnych mniej lub bardziej prawdopodobnych interpretacji jest jedną z cech "Berberian Sound Studio". Strickland rozrzuca bowiem fałszywe tropy, tak jak zwykli to czynić twórcy giallo, kierując podejrzenia na co rusz to inne postacie i odwracając tym samym uwagę widza od prawdziwego mordercy. Ja osobiście najchętniej odczytałbym ten film po prostu na poziomie egzystencjalnym. Mimo tego, że może wydawać się dziełem trudnym i enigmatycznym, to dla miłośnika kina grozy jego wydźwięk jest dość oczywisty: horror jest jak dubbing, który przekłada nasze największe lęki i pragnienia na język filmu.

9 komentarzy:

Daniel Muszyński pisze...

Spoko recka. Sam chciałem coś o tym filmie skrobnąć, ale na pewno nie dałbym rady tyle z niego wycisnąć.

Chociaż mi się wydawało, że przesłanie jest dosyć jednoznaczne i oczywiste - to ostra krytyka horroru, jego twórców i fanów. Cały film to taka demistyfikacja elementów, które od zawsze rozbudzały wyobraźnię fanów - krwawe sceny gore, to grupka smutnych facetów szatkujących warzywa, a genialny reżyser, to arogancki bufon, który skrywa swoją mizoginie za, jak sam twierdzi, sztuką. Natomiast główny bohater, to niby zwyczajny, miły facet, ale kiedy w jego życiu pojawia się horror, to mimowolnie się zmienia aż w końcu zaczyna się płynnie posługiwać językiem horroru (jak fan gatunku, który rozpoznaje jego konwencję), a wtedy coraz bardziej zatraca się w tym świecie, uodparnia na jego okropieństwa i przejmuje najgorsze nawyki (seksizm itp.).

Krzysztof Ryszard Wojciechowski pisze...

No raczej nie. Sam Strickland jest wielkim miłośnikiem horroru, to gatunek, który go kształtował na równi z kinem artystycznym... tak się składa, że przy okazji jest też miłośnikiem muzyki eksperymentalnej.

W wielu krajach, gdzie nie było tak łatwo być awangardowym twórcą muzyki, kompozytorzy musieli się imać komercyjnych zajęć. Horror stał się dla nich pewną enklawą, w której mogli eksperymentować, tworzyć muzykę awangardową i ją sprzedawać.

To jest ten element, który pominąłem w tekście... faktem jest natomiast, że te wątki jakoś zostały pominięte w finalnym dziele. Dźwiękowiec jest tu jednak rzemieślnikiem.

Jasne, że film Stricklanda jest krytyką i metaforą... ale na pewno nie metaforą niechęci do horroru. Gatunek jest mu bardzo bliski. Pisałem we wstępie - poprzedni jego film ("Katalin Varga") to podstępna próba ubrania thrillera, kina zemsty, w estetykę poetyckiego kina artystycznego. Jeśli go jeszcze nie oglądałeś, to szybko odpal, bo całkiem możliwe, że to lepszy film od "Berberian", który ja gloryfikuję ze względu na miłość do włoskiej grozy.

"(...)genialny reżyser, to arogancki bufon, który skrywa swoją mizoginie za, jak sam twierdzi, sztuką." - o tym chyba też pisałem. To jest groteskowe przejaskrawienie. Te cechy na które wskazujesz przypiąłem do Dario Argento, który zresztą na zachodzie jest traktowany całkiem poważnie, a jego filmy rozpatrywane jako dzieła stricte artystyczne.

Krzysztof Ryszard Wojciechowski pisze...

... inna sprawa że we włoskiej kinematografii panowały kipeksie warunki pracy (ludziom nie płacono itd). To groteskowa i przerysowana ale mam wrażenie całkiem prawdziwa pocztówka z tamtych czasów. Jak to powiedział Karol Wojtyła po seansie "Pasji" : Tak było.

P.S. Są już jakieś informacje na temat następnego filmu Stricklanda. Wszystko wskazuje na to, że będzie nawiązywał do wybitnego thrillera "The Collector" (1965) Williama Wylera.

Daniel Muszyński pisze...

Nie widziałem pierwszego filmu Stricklanda, ale planuje to nadrobić.

Domyślałem się też, że (Strickland) jest fanem horroru, ale to nie zmienia faktu, że to co ten film przedstawia to praktycznie taka wystylizowana wizja, gdzie najbardziej popularne krytyczne opinie posiadane przez kogoś nastawionego bardzo negatywnie do gatunku są przedstawione nie tylko jako prawda, ale wręcz jako horror :P

Jakoś super obeznany z włoskim kinem gatunkowym nie jestem, ale zdaję sobie sprawę w jakich warunkach się u nich filmy kręciło i jak Argento bywa postrzegany jako reżyser, między innymi, dlatego wydaje mi się ciekawe, że Strickland sportretował to w tak niepochlebny sposób - bo jak dla mnie to w tym filmie ani nie ironizuje, ani nie dokumentalizuje.

"Jak to powiedział Karol Wojtyła po seansie "Pasji" : Tak było."

Słyszałem, że to nieprawda, że on niczego takiego nie powiedział. A szkoda, bo dzięki temu ten film był dużo zabawniejszy :)

Krzysztof Ryszard Wojciechowski pisze...

" dlatego wydaje mi się ciekawe, że Strickland sportretował to w tak niepochlebny sposób "

W tekście sugerowałem że to raczej projekcja lęków związanych z pracą w komercyjnym przemyśle filmowym. Więc osobiście tak to widzę.

Musiałbym ci teraz powtarzać wszystkie swoje tezy które wymieniłem w tekście. Myślę, że tu sytuacja się odwraca, zapętla i jedno jest podyktowane drugim (to co dzieje się na ekranie jest utożsamiane z tym co dzieje się w studiu nagrań)... ale nie sądzę żeby chodziło o piętnowanie gatunku. Nie zapominajmy że "Berberian" też jest jednak horrorem. Horror często bywa krzywym zwierciadłem rzeczywistości.



"gdzie najbardziej popularne krytyczne opinie posiadane przez kogoś nastawionego bardzo negatywnie do gatunku są przedstawione nie tylko jako prawda, ale wręcz jako horror"

Myślę, że nie będziemy o patologiach rozmawiali, bo to nie ma najmniejszego sensu i nijak ma się do "Berberian Sound Studio". Ten film to groteska ale jednak będąca hołdem a nie krytyką dla włoskiego filmu grozy .

Daniel Muszyński pisze...

"nie sądzę żeby chodziło o piętnowanie gatunku. Nie zapominajmy że "Berberian" też jest jednak horrorem. Horror często bywa krzywym zwierciadłem rzeczywistości."

Może piętnowanie czy krytyka to rzeczywiście są zbyt mocne określenia i Berberian to zdecydowanie horror, ale filmowe horrory bardzo często cechuje swoista samodeprecjacja skierowana wobec gatunku, widzów (np. różne slasherowe sekwencje POV, przez które widz ma się identyfikować z mordercą), czy twórców (każdy film, gdzie morderca nagrywa swoje ofiary albo postacie techników z Cabin in the Woods), a ten film, moim zdaniem, idzie najdalej w takiej samodeprecjacji i traktuję ją najpoważniej.

nichtig pisze...

Zacna recenzja, z (być może) szerszym komentarzem wstrzymam się do czasu wrażeń z projekcji samego filmu; póki co tylko drobna uwaga:
demiurg w gnostyckim rozumieniu to nie Lucyfer, a wprost przeciwnie, jothe... Co innego Abraxas. Sporo było wariantów i sekt, ale nie przypominam sobie, by którakolwiek dokonywała zasadniczej wariacji na tym gruncie.

Krzysztof Ryszard Wojciechowski pisze...

nichtig dopiero teraz widzę że pisałeś:

"Gnoza Lucyferiańska" Rudolph Steiner

Lucyfer stoi na progu Nocy i Poranka. Ten, Który Niesie Światło, symbol Thelemickiej siły i boskiej Wiedzy, ukazuje się. Lucyferiańska Era jest nadejściem tego, co Bławatska nazwała "Phosphorus", kosmicznej siły Iluminacji. Lucyfer jest żywiołem powietrza, podczas gdy Szatan, dwulicowa i skażona forma Światłonośnego, jest żywym ogniem. Ta dwoistość jest stale zmienną istotą postępu i ewolucji. Imię Lucyfer ukazuje nam się, jako rzymskie "Ten, Który Niesie Światło". Lucem Fero... Dzierżący Pochodnię. Bóg Gnostyków. Biblia niewiele o nim wspomina oprócz kilku wzmianek w oryginale:

Ty jesteś namaszczonym cherubinem, który zaćmiewa wszystko inne. Tako zostałeś ustanowiony. Ty byłeś na szczytach Boga. Ty chodziłeś, przed, za i wśród gorejących głazów. Byłeś perfekcyjny od dnia stworzenia, nim grzeszność Cię dopadła. "



cytat stąd: http://okulta.pl/lucyferianizm/item/288-cienista-droga-lucyfera

Krzysztof Ryszard Wojciechowski pisze...

... nie zmienia to faktu że pewnie coś pokićkałem.