wtorek, 7 lipca 2020

Silver Surfer. Moebius, Stan Lee i inni.


To chyba będzie nasza nowa świecka tradycja. Już drugi rok z rzędu mam zamiar w wakacje poczytać więcej komiksów Marvela niż zazwyczaj i zrelacjonować dla Was lekturę. Na pierwszy ogień idzie album z Egmontowskiej linii Marvel Classic – Silver Surfer.

Niniejszy komiks to antologia i jak każda publikacja tego typu zawiera zróżnicowany jakościowo towar. Trochę jednak nie rozumiem, jaki był cel łączenia ze sobą znajdujących się czterech opowieści, bo za nic do siebie nie pasują. Wszystkie łączy co prawda postać tytułowa, ale poza tym widać tu znaczny dysonans. Nie będę Wam ściemniał i wyłożę kawę na ławę – jedna historia jest wybitna i trzy są słabiutkie.


Najważniejszym i umieszczonym na początku tego zbioru komiksem jest „Przypowieść” – dwuzeszytówka narysowana przez Moebiusa do scenariusza Stana Lee. To jedna z najważniejszych historii obrazkowych w moim życiu, gdyż jej pierwsze wydanie wypuszczone przez TM Semic ukazało mi, gdy byłem dzieckiem, że komiks potrafi nieść ze sobą wartości artystyczne przez duże A. Trafiłem na tę opowieść w odpowiednim miejscu i czasie. To chyba nawet pierwsza pozycja, która podczas lektury dała mi świadomość, że właśnie obcuję z czymś szczególnym. Tak, obok komiksu Batman „Machiny” McKevera to było moje pierwsze świadome spotkanie z odważną, dającą do myślenia sztuką. Scenariusz nastukany przez nikogo innego jak samego Stana Lee może wydawać się dziś pretekstowy. Wszak chodziło w nim głównie o to, żeby Moebius sobie porysował Silver Surfera, ale ze względu na to, że autor mądrze pogrywa z wątkiem religijnym, można go uznać za całkiem inteligentne rzemiosło. Ba! Nawet za coś kontrkulturowego! Aż dziw pomyśleć, że to wszystko działo się w samym sercu Marvela.
 Nie scenariusz jest tu jednak istotny, a stojące na najwyższym poziomie grafy. Z racji tego, że mam do tego komiksu duży sentyment, to umiejscawiam je wysoko wśród albumów Moebiusa. Jego rzemiosło jest tu jednak odrobinę inne niż w albumach frankofońśkich. Znajdziemy tu inne kadrowanie, nieco odmienne podejście do kompozycji plansz, jakby Jean chciał nieco dostosować się do nowego rynku (sam przyznaje, że inspirował się komiksem „Vuzz” Philippe Druilleta). Niemniej to cały czas wybitna robota i każdą planszę z powodzeniem wieszałbym sobie na ścianie, bo to arcydzieła popartu.

Po tej genialnej historii, gdy już uda się Wam zebrać szczęki z podłogi, następują jeszcze trzy. „Łowcy Niewolników” ze scenariuszem Lee i grafami Keitha Polarda to narysowana jak typowe czytadło kosmiczna nawalanka bez ikry. Przeglądając ten album pobieżnie, myślałem, że sprawę uratuje trzeci – krótka powieść graficzna „Requiem” (wydana u nas już kiedyś przez Muchę) opowiadająca o ostatnich dniach Srebrnego Surfera. Komiks ze scenariuszem J. Michela Straczynskiego i hiperrealistycznymi rysunkami Esada Ribicia. Tak się nie stało. Wątek miał być nostalgiczny, ale zupełnie mnie nie ruszył, a rysunki Ribica po dłuższym obcowaniu okazały się kiczowate. Czwarta – „W imię twoje” – to absolutne okropieństwo, od którego oczy bolą. Scenariusz napisał Simon Spurrier – autor tekstu do niezłego komiksu „Coda” (klik), który jednak nie stanął tym razem na wysokości zadania i nie stworzył niczego zajmującego. Najgorsze są tu jednak rysunki, za które odpowiada jegomość o dość podejrzanym rasowo imieniu i nazwisku, czyli Tan Eng Huat. Są najzwyczajniej nieczytelne i to, że znalazły się w jednym albumie z pracami Moebiusa, woła o pomstę do nieba.


Powtarzam się, wiem, ale tego wymaga sytuacja – ten album ma do zaoferowania tylko komiks z rysunkami Moebiusa stworzony do scenariusza Stana Lee. Obok reszty zebranych tu opowieści w najlepszym wypadku przejdziecie obojętnie. Zamiast ponad 300 stronicowego czytadła zbierającego średnie (a niektóre i złe) historyjki, wolałbym dostać „Przypowieść” wydaną w jakimś ogromnym formacie. Ten komiks zdecydowanie na to zasługuje. Reszta mogłaby nie istnieć.

Sabrina. Nick Drnaso




Nawet nie wiem, kiedy dokładnie się to stało, ale w ostatnich latach zmieniłem się z pana od komiksu niezależnego w gościa od ambitnego mainstreamu. Czasem traktuję go chłodno, ale jednak więcej o nim piszę niż o indykach. Niemniej staram się trzymać rękę na pulsie i wyławiać co ważniejsze pozycje niezależne. Co by się nie działo, nie mogłem przejść obojętnie obok „Sabriny”, pierwszego w historii komiksu nominowanego do nagrody Brookera.

Tytułowej kobiety niemal nie ma w tym albumie. Pojawia się na okładce i kilku pierwszych stronach, by zniknąć i więcej się w tym komiksie osobiście nie pojawić. Jednak jej widmo będzie wisieć nad wszystkim, co dzieje się pod okładką. Sabrina została bowiem porwana i brutalnie zamordowana, a opowieść traktuje głównie o facecie, który przyjął pod swój dach jej chłopaka – swojego starego kumpla. Gość jest totalnie załamany, nie wie co ze sobą zrobić i popada w skrajną depresję. Dobroczyńca, na co dzień pracujący w Departamencie Obrony, bierze na siebie nie tylko piętno opiekowania się chorym z rozpaczy kumplem, ale też staje się jego tarczą, bo wszelkie media chcące drążyć temat i rozmawiać z jego przyjacielem w rezultacie odbijają się od naszego opiekuna i atakują właśnie jego. To wszystko generuje sporo trudnych sytuacji, z którymi będzie musiał zmierzyć się bohater. Nie jest to nic spektakularnego, bo w rezultacie bliżej „Sabrinie” do komiksu obyczajowego (acz w swojej kategorii to pozycja z górnej półki), ale gwarantuję, że to rzecz zajmująca czytelnika i dająca do myślenia o współczesności. Być może to dzieło bardziej aktualne za wielką wodą, bo przemyca na swoich kartach sporo amerykańskiej mentalności, ale i tak obcuje się z nim jak z najlepszym kinem niezależnym spod znaku Sundance.


Moim zdaniem sama historia – mimo iż oryginalna, bo tak nie opowiadał o mocno medialnych morderstwach jeszcze nikt – nie jest tu najważniejsza. Istotniejsze jest komiksowe rzemiosło, w którym młodziutki (30 lat jak na komiksiarza to dość mało) Nick Drnaso jest bardzo biegły. Jego warsztat to czerpiące garściami z Herge klasyczne ligne claire, które wykorzystane zostaje w bardzo inteligentny sposób. Osadzenie tego typu rysunków w takiej, a nie innej konwencji sprawia jednak, że pomyślimy o tym twórcy jako o spadkobiercy trochę starszej od niego izraelskiej artystki Rutu Modan (kliku klik). Jest to bardzo trafne porównanie, bo gdybyście mnie chcieli zrobić w bambuko i ukazali prace Drnaso bez adnotacji czyja to robota, to strzelałbym właśnie, że to komiks, który wyszedł spod ręki Modan.


Równie genialna co warstwa graficzna jest płaszczyzna opowiadania obrazem. Prócz typowo ilustracyjnych zagrywek autor sięga też pewną ręką po narrację za pomocą szumu informacyjnego (w której mistrzem jest nie kto inny jak sam Frank Miller), tym razem wykorzystując do tego formę mediów społecznościowych i maili. To swoisty znak czasów i rzecz bardzo podkreślająca fakt, iż to komiks aktualny, dziejący się właśnie dzisiaj, opowiadający o zastałej przez nas rzeczywistości, której wszyscy jesteśmy uczestnikami.

Jeśli jesteście zainteresowani komiksem niezależnym spod znaku Tomine, Clowesa i Burnsa (niedługo Drnaso będzie wymieniany jednym tchem obok tych panów), to nie mam pewnie co Was namawiać do kupna „Sabriny”, bo w ten tydzień od premiery zdążyliście już ją kupić, albo już macie ją na celowniku. Jeśli jednak dopiero wchodzicie w komiks niezależny, to również śmiało możecie sięgnąć po dzieło Drnaso. To jeden z najlepszych albumów tego roku i mam nadzieję, że wkrótce pojawi się u nas debiut tego artysty, „Beverly”, który zdobył nagrodę Los Angeles Times przyznawaną za najlepszą powieść graficzną. Jestem tego komiksu bardzo ciekaw.


piątek, 26 czerwca 2020

Mroczna Otchłań. Tom 1. Christophe Bec.




„Mroczna Otchłań” to album zbierający trzy tomy serii znanej na rynku frankofońskim jako „Carthago”. Rzecz w większości opowiada o losach Kim Melville – oceanografki, która zostaje wynajęta przez bajońsko bogatego kolekcjonera. Jej zadaniem jest zdobyć dla niego najrzadszy okaz. Nadane bohaterce przez twórców nazwiska słynnego pisarza, autora „Moby Dicka”, nie jest przypadkowe.  Kim będzie bowiem podążać śladem ogromnego morskiego stworzenia – prehistorycznego rekina, Megalodona, który rzekomo wymarł 5 milionów lat temu. Stanie się on jej obsesją i pchnie na najgłębsze dno oceanu, gdzie czekać będą na nią jeszcze większe dziwy.

 

W notce wydawcy „Mroczna Otchłań” zostaje opisana jako „thriller ekologiczny”. Może to i trafna klasyfikacja, ale po mojemu seria francuzów to nic innego jak nowoczesne podejście do konwencji awanturniczej. Poetyka jest ta sama – z tym że zamiast staromodnych batyskafów bohaterowie poruszają się pod powierzchnią morza przy pomocy wykreowanych w wyobraźni twórców, najnowocześniejszych wynalazków techniki. Znajdą się tu również bohaterowie z niezwykłymi zdolnościami, ale nie będę zdradzał co i jak, żeby nie psuć Wam zabawy z lektury.



Grafika w serii to bardzo nowoczesne podejście do frankofońskiego rzemiosła. Kreska jest realistyczna i pięknie obrazuje podmorskie głębiny, znajdujące się na nich dnie tajemnice oraz niezwykłą florę i faunę. Efekt psują jednak komputerowe kolory, które za cholerę mi się nie podobają i według mnie niszczą pracę bardzo zdolnych rzemieślników.

Za scenariusz tego komiksu odpowiada Christophe Bec. To twórca znany już polskiemu czytelnikowi z kilku pozycji, ale tak się składa, że ja nie miałem jeszcze okazji czytać żadnego z jego dzieł.  Nie do końca po drodze mi ze współczesnymi, generycznymi frankofonami, ale przyznam Wam w tajemnicy - po lekturze „Mrocznej Otchłani” nieco żałuję, że ominęły mnie inne jego prace. Czytając ten komiks, mocno odpocząłem psychicznie po lekturze bardzo ciężkiego „Doom Patrolu” i muszę przyznać, że lekkość tego dzieła jest jedną z jego największych wartości. Jeśli więc chcecie odsapnąć po ciężkim dniu przy czymś odmóżdżającym, to w „Mroczną Otchłań” walcie jak w dym.



Owszem, pewnie zamiast tego komiksu można było wydać jakąś super klasykę frankofońską, ale jeśli mam być szczery, to „Mroczną Otchłań” czyta się znakomicie. Nie jest to arcydzieło i bliżej temu tytułowi do czytadła niż do dzieł wybitnych, ale w czasie lektury bawiłem się na tyle dobrze, że nie dam powiedzieć złego słowa o tym komiksie.

Hellblazer. Garth Ennis. Tom 2.





„Hellblazer” to najdłuższa seria wydawana przez świętej pamięci Vertigo, a Garth Ennis, autor niniejszego tomu był scenarzystą, który najdłużej pisał opowieści o ulicznym magu Johnie Constantine. Z tego, co do tej pory czytałem, to właśnie jego wersja (zaraz po runie Jamiego Delano) jest najlepszą interpretacją tej postaci. No i póki nie ma u nas tomów zbierających cykl pisany przez Delano, to właśnie od Ennisa radziłbym Wam zaczynać czytanie tej serii.

 

Ennisowski run „Hellblazera” to prawdziwa perełka. Momentami to najlepsze rzeczy, jakie Irol napisał w swojej karierze. I drań to wiedział, bo wykorzystywał znajdujące się tu motywy jeszcze nie raz. W najciekawszych odsłonach Ennis nie ma litości dla Constantina i spycha go na samo dno, a potem mu się przypatruje. Czyni postać bezdomną na 6 miesięcy i w drastyczny sposób ukazuje jej upadek, przypominając czytelnikom, że to nie jest żaden superman, tylko człowiek i mimo iż w gruncie rzeczy cynik i drań, to jednocześnie bardzo wrażliwe bydle. W kilku zeszytach tego tomu dostajemy więc nic innego jak dramat społeczny, pozbawiony wszelkich ogranych motywów tej serii. Constantine popada w totalny alkoholizm i chleje płyn do zapalniczek. Serio. Gdy czytałem te fragmenty, przypomnieli mi się wszyscy moi kumple, którzy upadli, a ja im nie pomogłem. Ok, czułem się bezradny wobec ich problemów, ale i tak zaczęły mnie dręczyć wyrzuty sumienia, bo dostrzegłem, że schemat ich upadku był bardzo podobny. W komiksie obraz człowieka bezdomnego to jeszcze rzadszy motyw niż w kinie, co winduje cykl Ennisa dość wysoko i czyni z niego coś więcej niż tylko niezobowiązującą rozrywkę. Owszem, to nie jest tak drobiazgowa i wybitna rzecz jak autobiograficzny „Dziennik z zaginięcia” Azumy, ale z braku laku trzeba te dwa komiksy ze sobą zestawić. Choć „Hellblazer” w tej konfrontacji nie wygra, to też nie jest czymś złym i nieszczerym. To dobra, chwytająca za serce robota.




Większą cześć albumu zilustrował nikt inny, jak znany ze współpracy z Ennisem przy „Kaznodziei” Steve Dillon. Ja nie jestem jego fanem, ale to rysownik, który zastąpił bardzo źle radzącego sobie z ołówkiem Williama Simpsona. Wierzcie mi, nie cieszyłem się tak nigdy na fakt, że jakiś komiks będzie rysował Dillon. Simpson nie umiał pocisnąć nawet tej samej postaci dwa razy tak, żeby wyglądała jednakowo. Przy nim Dillon jawi się jako dojrzały, doskonały rzemieślnik, który znalazł się w odpowiednim czasie i miejscu. To właśnie przez prace przy „Hellblazerze” dostał do rysowania „Kaznodzieję” i szczerze powiem, że dziś patrzę już na jego późniejszą twórczość przychylniej.

Jak już wspominałem przy recenzji „Hitmana”, kiedyś miałem sporo do zarzucenia dziełom Gharta Ennisa. Dziś kupuję jego styl i dowcip wraz z całym dobrodziejstwem inwentarza. Autor wytworzył sobie taką konwencję, w którą jako czytelnik wchodzę jak w masło i bardzo dobrze się w niej czuję. Dzięki temu chce się wracać do jego twórczości. To dla mnie autor kultowy i chcę przeczytać wszystko, co ten pojebany Irol napisał. Mam nadzieję, że w jego twórczości kryje się jeszcze coś na miarę „Hellblazera”.


środa, 17 czerwca 2020

Doom Patrol. Tom 2 i 3. Grant Morrison.





Doom Patrol to stworzona na krótko przed X- Menami (w latach 60.) odjechana drużyna superbohaterów-dziwadeł, której drugie życie na przełomie lat 80/90 zafundował Grant Morrison, pisząc cykl uchodzący dziś już za legendarny. To właśnie jego runem Egmont przedstawia nam tę ekipę. O pierwszym tomie pisałem obszernie tutaj klik. Czy w następnych coś się zmieniło?

Tom drugi i trzeci są jeszcze bardziej gnostyckie od części pierwszej. Historie snute przez Morrisona opowiadają bowiem o kalekich, rozpadających się światach, które ratuje równie kaleka drużyna bohaterów. Czyta się to niestety nieco gorzej od pierwszego tomu (albo ja nie miałem nastroju na komiks Szalonego Szkota). Mniej tu natomiast tego, co najfajniejsze w tej drużynie – ukazania ich odmienności jako ciężaru egzystencjalnego, a więcej szalonych przygód. Paradoksalnie mniej psychologizowania szkodzi jakości tej serii.



We wstępie do tomu pierwszego Morrison twierdził, że scenariusze „Doom Patrolu” powstawały pod wpływem seansu animowanych filmów Jana Švankmajera, słynnego surrealisty, geniusza celuloidu. Dzieło Szkota nie osiąga poziomu filmów Czecha, ale zdecydowanie czuć jego wpływy. Nie tylko w atmosferze, ale też w tworzonych przez Morrisona wrogach Doom Patrolu, którzy są bardzo fantazyjni i surrealistyczni. Niebagatelny wpływ na tę serię miały też zapewne zażywane przez Morrisona narkotyki. Jako namacalny dowód tego pojawia się tu między innymi rower twórcy kwasa Alberta Hoffmana, który staje się kanwą całego pojechanego zeszytu świadczącego o tym, że autor lubi sobie zarzucić coś mocniejszego.

Bardzo ciekawa jest nakreślona już w tomie pierwszym, a powracająca również w drugim, postać złoczyńcy, przywódcy bractwa dada. Pan Nikt, bo o nim mowa, tym razem pragnie wystartować w wyborach na prezydenta USA i szczerze powiem, że gdy tylko się pojawia, kradnie wszystkim show. Genialnym pomysłem jest też uczynienie jednym z członków Doom Patrolu niezwykłego miejsca zwanego Dannym Ulicą. To żyjąca, przemieszczająca się po świecie ulica będąca przy okazji transwestytą. Ten pomysł to totalne szaleństwo, ale o dziwo działa i Danny staje się jednym z pełnoprawnych bohaterów tej opowieści. Run Morrisona pełen jest więc świetnych pomysłów na postacie i szalonych motywów fabularnych, za które można chwalić cykl, ale ogólnie coś mi w tych komiksach zgrzyta. Coś, co nie pozwala mi się nimi do końca zachwycać.



Jestem absolutnie daleki od stwierdzenia, że „Doom Patrol” to dzieło wybitne, a przecież za takie uchodzi. To inteligentne, bo inteligentne, ale tylko czytadło. Jeśli więc sięgając po tę serię, spodziewacie się czegoś na miarę „Strażników” to srogo się zawiedziecie. Mimo wszystko bardzo cieszę się, że Egmont zdecydował się wydać ten komiks, bo ciężko byłoby mi to przeczytać po angielsku, a chcę nadrabiać klasykę. Nawet tylko po to, żeby dowiedzieć się, że Morrison nie jest moim ulubieńcem. Niemniej, będę pewnie śledził następne jego komiksy, bo co by nie mówić o jego twórczości – a wydaje mi się, że jeśli się uprzeć to można dużo złego – to trzeba przyznać, że mimo wszystko intryguje.

wtorek, 16 czerwca 2020

Superman. Rok Pierwszy. Miller/Romita Jr.




Występów gościnnych na Arkham nie było od wielu lat. Tę osobę będę jednak pewnie gościł częściej bo cenię jej opinię i skil pisarski. Rafał Piernikowski, bo o nim mowa, w wolnych chwilach, gdy nie pisze na swój autorski fanpage o muzyce (klik) albo gdy nie trzaska znakomitych tekstów na Nerdheim (klik) sprawia, że moje teksty da się czytać bez zgrzytania zębami, bo to właśnie on robi korektę moich wszystkich  wypocin. Przyszło mi już kilka razy na myśl żeby namówić go do napisania czegoś autorskiego na Arkham.  W końcu się przełamałem, zapytałem a Rafał się zgodził. Pech chciał, że padło na komiks od którego oczy krwawią, ale tak jak myślałem - Rafał napisał o nim lepiej niż ja bym to zrobił. 

 Kultowość zżera jakość na śniadanie i wciąż zapycha rynek wydmuszkami napędzanymi jedynie paliwem legend o dawnej świetności. Tak, taki wstęp nie pozostawia wiele wątpliwości i wyraźnie spoiluje resztę tekstu. Jakoś przeżyję ten brak recenzenckiego suspensu, Superman: Rok pierwszy to komiks napisany przez człowieka, który już dawno zapomniał, jak to jest być mistrzem i narysowany przez (tfu) artystę, który na swoją sławę (moim skromnym zdaniem) nigdy do końca nie zasłużył.

Pokaźny, wydany w sporym formacie (216 × 276 mm) album to kolejne podejście do zaproponowania nieco alternatywnej historii początków kariery człowieka ze stali. W zauważalnie pośpiesznym tempie obserwujemy więc koniec planety Krypton, dzieciństwo Clarka Kenta, jego dojrzewanie, przygodę w Marynarce Stanów Zjednoczonych (?), wojaże w Atlantydzie (??) i wreszcie dotarcie do Metropolis. Ogromną rolę gra tutaj dystans do ludzkości, jaki młody nadczłowiek odczuwa ze względu na swoje pochodzenie i możliwości, a także przytłaczająca presja odpowiedzialności idącej za wielką mocą. Tak, Miller wyraźnie nie ogarnął, że Spider-Mana zna już większość ludzi na świecie.


Historie serwujące nam zmienione genezy uznanych bohaterów sprawdzają się, jeśli faktycznie wprowadzają jakieś różnice wpływające pozytywnie na wszystko, co uczyniło te postacie kultowymi, albo jeśli dokonują przewrotu ciekawego ze względu na potencjalny inny punkt widzenia. Millerowi zabrakło zarówno odwagi na zrobienie tego drugiego, jak i pomysłu, by sprawnie zrealizować to pierwsze. Po prostu dodał do utartego już kanonu kilka zupełnie niepotrzebnych pomysłów.




Superman nie jest moim ulubionym bohaterem. Za czasów TM-Semic zaczytywałem się w jego zeszytówkach, uwielbiam wątek jego śmierci i następujące po nim Rządy Supermanów, ale zdecydowanie nie nazwałbym się specjalistą od ostatniego syna Kryptonu. Jestem jednak całkowicie pewny, że rozumiałem popularność postaci. Supek, a właściwie Clark, pomimo przytłaczającej potęgi, był po prostu fajnym gościem – ostoją logiki, spokoju i rozsądku, osobą ciepłą i pełną empatii. Jednocześnie miał słabości i czasem był bardziej ludzki, niż cała populacja faktycznie zrodzona na tym globie. No i tu wchodzi Miller, przekonany o jakości swoich pomysłów. Decyduje, że Kal-El od samego początku czuje się lepszy od kruchego pospólstwa, o własnych siłach wychodzi z kapsuły i telepatycznie przekonuje swojego przyszywanego ojca do zaopiekowania się sierotą z kosmicznej kapsuły. No cholera jasna! Dalej też nie jest lepiej. Clark z trudem radzi sobie ze swoją odrębnością, daje się z łatwością zmanipulować Lexowi Lutherowi i bez żadnych refleksji skacze z kwiatka na kwiatek, gdy tylko natrafi w nowym otoczeniu na jakąś powabną damulkę z imieniem zaczynającym się na literkę „L”. Jest po prostu mało bystrym bucem i jedynie potęga odróżnia go od milionów mało rozgarniętych i mało interesujących mośków.



Sporo zgrzytów rodzi też sama narracja i wplecione w nią szczegóły. Z jednej strony muszę przyznać, że śledzenie komiksu z kadru na kadr nie jest jakąś wielką bolączką. Miller potrafi jeszcze dość dobrze poprowadzić akcję i to jest właściwie jedyny plus Roku Pierwszego. Całokształt się jednak sypie – kolejne etapy wskakują do fabuły „bo tak”, nie ma śladu żadnych konsekwencji poprzednich wydarzeń. Wszystko, co dzieje się w tym komiksie, ma na celu jedynie wprowadzenie średnio trafnych pomysłów scenarzysty. W natężonym tempie zabrakło logicznego ciągu i choćby drobnych trudności, przez co jedynym problemem Supermana jest tutaj jego własne nastawienie, naiwność i totalny brak tych cech, za które pokochały go miliony. Nie mamy czasu go polubić, nie mamy okazji mu współczuć i tylko śledzimy, jak to wielkim źródłem cierpienia jest dla niego niemożliwość nakopania do dupy każdemu, kto mu w życiu przeszkadza. Straszliwie męczy też nieco grafomańska maniera narratora silącego się nieustannie na poetycki patos jedynie po to, by potem stwierdzić przy okazji podziemnych wstrząsów, że „planeta pierdzi”.



Wspomniałem już na wstępie, że nie znoszę Romity Jr, więc raczej trudno będzie mi znaleźć jakieś plusy oprawy graficznej, może oprócz względnie porządnych kolorów. Już na sam start dostajemy obrazek z wszechpotężnym Kal-Elem, który ze względu na nienawiść rysownika do podstaw poprawnej anatomii nie ani trochę nie promieniuje epickością i na dodatek nie ma bioder, a jego noga wykrzywia się w nienaturalny sposób. Nie sposób odróżnić twarze dzieci od dorosłych, dynamika w kadrach praktycznie nie istnieje, a bardziej skomplikowane kompozycje pojawiają się tylko i wyłącznie wtedy, gdy absolutnie wymaga tego scenariusz. John Romita Jr jest według mnie leniem powielającym w nieskończoność oczywiste błędy, a jego kreska sprawdza się tylko i wyłącznie w krótkich, mrocznych i mocno kameralnych historiach, gdzie w cieniach umiejętnie ukrywa swoje braki warsztatowe.




W pewnym momencie pojawiła się w mojej obolałej głowie wątpliwość – a może Miller faktycznie chciał dokonać jakiegoś drobnego przewrotu i powiedzieć o Supermanie coś, czego nie powiedział jeszcze nikt przed nim? To zwątpienie w słuszność własnej oceny nie trwała jednak długo. Rok Pierwszy nie zmienia w postaci człowieka ze stali absolutnie nic, powtarza stare elementy i dopisuje do nich całkowicie niekonsekwentne i niespójne bonusy. To doskonały dowód na to, że ikony popkultury znalazły się na piedestale z określonych powodów i gmeranie przy ich genezie musi być poparte wyżynami kreatywności, które Miller może i miał tworząc m.in. Sin City. Teraz pozostały mu już jedynie podstawowe umiejętności narracyjne, a to zdecydowanie nie wystarczy, aby sprzedać mi komiks rysowany przez Johna Romitę Jr.

Autor:Rafał Piernikowski

wtorek, 26 maja 2020

DMZ. Tom 2. Wood/Burchielli




„DMZ” to komiks osadzony w niedalekiej przyszłości, tylko pisany z perspektywy lat 2000, gdy – co bardzo istotne – jeszcze świeże były lęki po 11 września. Autor scenariusza, Brian Wood wpadł na pomysł rozpętania w fikcyjnej Ameryce kolejnej wojny domowej, której epicentrum znalazło się w Nowym Yorku, między innymi na Manhattanie, pępku świata. W środek gorących, często mocno upolitycznionych wydarzeń Wood wpycha swojego bohatera Matthew Rotha (nazwanego po Philiphie Rothcie), młodego dziennikarza, który staje się jedyną osobą trzymającą rękę na pulsie strefy wojny. Wykorzystując fikcyjny konflikt i bohaterów gromadzących się wkoło Matthy'ego Wood opowiada historie o zwykłych ludziach próbujących przeżyć w nieciekawych, iście wojennych czasach. I tu leży siła tego komiksu, bo ukazanie codzienności pod ostrzałem snajperów to jego największa wartość.



Przy pierwszym tomie (jak i przy recenzowaniu jego serii „Ludzie północy”) zarzucałem Woodowi, że nie napisał dobrze bohaterów. Teraz muszę wszystko odszczekać, bo spora część tomu (kilka zeszytów) skupia się tym razem na postaciach pobocznych. Każdemu z osobna poświęcony jest cały zeszyt. Niby nie dużo, ale daje to większy wgląd w ich charaktery i życie. Niemniej i tak służą scenarzyście głównie do innych celów – opowiadania przez ich pryzmat o konflikcie, opinii publicznej kształtowanej przez dziennikarzy i o mieście targanym wojną, które dalej jest głównym bohaterem tej historii. Czyni to z „DMZ” komiks niecodzienny w katalogu świętej pamięci Vertigo, który można postawić obok „Transmetropolitan”. Trzeba jednak zaznaczyć, że dziełu Wooda brak groteskowości komiksu Ellisa, a sam Matthew nie jest takim skończonym cynikiem, jak Pająk Jeruzalem. Niemniej, mimo iż jego seria nie jest komediowa, od tych porównań Wood się nie uwolni. Trudno mi jednoznacznie powiedzieć czy przegrywa, czy wygrywa, mimo iż nie jestem psychofanem obu tytułów. Opowieści różnią się już przy samym rdzeniu. Dzieło Ellisa w dużej mierze było portretem postaci, a w przypadku Wooda to szkic targanego konfliktem miasta.



Większością grafik w tym tomie zajął się Riccardo Burchielli. To bardzo zdolny rysownik, w którego warsztacie czuć między innymi fascynację streetartem, co idealnie pasuje do uber miejskiej atmosfery tej opowieści. Burchielli nadaje się do ilustrowania „DMZ” znacznie bardziej niż do wikińskiej opowieści, bo warto zaznaczyć, że brał też udział w nadawaniu kształtu warstwie plastycznej „Ludzi północy”.

Mam wrażenie, że za bardzo posłodziłem w tym tekście Woodowi, więc na koniec dorzucę trochę dziegciu do beczki miodu. Ten komiks nie jest wybitny. Jest dobry, ale to wszystko. Owszem, będę go prawdopodobnie czytał do końca, ale wątpię, czy zostanie w mojej kolekcji. Wood to niestety tylko rzemieślnik i jego autorskim dziełom brak szaleństwa i genialności „Skalpu” Aarona czy „Ciminal” Brubakera. Jednak jeśli jesteście fanami Vertigo, to chcecie „DMZ” przeczytać, żeby uzupełnić sobie obraz katalogu Waszej ulubionej oficyny.