poniedziałek, 11 grudnia 2017

Życie i czasy Dona Rosy

Tekst pierwotnie ukazał się na łamach RYMSu.



Komiks dziecięcy w naszym kraju wciąż jeszcze kojarzy się z nieśmiertelnym Kaczorem Donaldem, który przy okazji jest adresatem większości inwektyw kierowanych w stronę opowieści obrazkowych. Oskarża się go o infantylizm, a jego twórców o wyrobnictwo. Jakość publikacji bywa różna, ale w ciągu niemal stu lat istnienia korporacji Disneya przez ich deski kreślarskie przewinęły się prace autorów nieprzeciętnych, a także takich, których twórczość jest dziś uznawana za wybitną. Jednym z nich jest Don Rosa.  

Obywatel Sknerus  

Jego najważniejszy komiks, "Życie i czasy Sknerusa McKwacza", to biografia fikcyjnej osobistości, najbogatszego kaczora świata, wymyślonego w latach czterdziestych przez Carla Barksa. Na filmie zamieszczonym na YouTubie, w którym Rosa oprowadza widzów po swoim domu, można dostrzec, że w jego pracowni, prócz niesamowitego zbioru kaczych dewocjonaliów, znajdziemy pokaźną kolekcję kina z początków XX wieku. Są tam dzieła Davida W. Griffitha, Charliego Chaplina, Fritza Langa, Harolda Lloyda. To zapewne przejaw miłości do klasycznego kina, ale również encyklopedia pomagająca w pracy, niezastąpione źródło informacji na temat strojów i innych realiów ówczesnego życia. Rosa jest bowiem do tego stopnia wierny komiksom Barksa, że niemal wszystkie swoje historie osadza na przełomie XIX i XX wieku.  

Pochodzący ze starego szkockiego klanu Sknerus McKwacz to postać wykreowana w czasach wielkiego kryzysu, ma więc trudny charakter i cechuje go szorstkość ludzi żyjących w tamtym okresie. Jego historia to również historia kolonizacji i emigracji zarobkowej – zanim osiadł w Ameryce, podróżował po całym świecie. Elementy, wokół których Rosa buduje fabuły swojego cyklu, były wspominane na łamach komiksów Barksa. Czasem wydarzenie, o którym Sknerus ledwie napomknął, urasta w komiksie Rosy do pełnometrażowej historii. Z serii opowieści stworzonych w charakterystycznym dla "Kaczora Donalda" kilkunastostronicowym standardzie, zebranych i wydanych w tym grubym albumie, wyłoniła się pełna goryczy epicka saga, ujęta w konwencję powieści awanturniczej.  

Brzmi poważnie. Czy to jeszcze komiks dla dzieci? – spytamy. Sam autor w wywiadach przyznaje, że nie zaprząta sobie tym głowy. Tworzy po prostu przejmujące historie, które sam chciałby przeczytać. Nie ma tu prostego dydaktyzmu, a nad całym cyklem wisi głęboki, uniwersalny morał, przypominający o tym, co jest w życiu najważniejsze i ile możemy przegapić, jeśli będziemy pędzić ślepo za pieniędzmi. Warto podkreślić, że nie są to komiksy szczególnie trudne w odbiorze. Przepełnione są humorem sytuacyjnym i mają wartką akcję, dzięki czemu z satysfakcją mogą je czytać nawet młodsze dzieci. Jednak dla mnie "Życie i czasy…" to przede wszystkim opowieść o samotności. W komiksie tym, uchodzącym dziś za arcydzieło, prócz hołdu dla Barksa i książek przygodowych odnajdujemy odwołania do Dickensa, twórczości (i życia) Jacka Londona, do "Obywatela Kane’a" Orsona Wellesa – i to zapewne mały odsetek odwołań, które tam znajdziemy, bo o relacjach komiksów Rosy z innymi dziełami powstały już prace doktorskie. Intertekstualność jego komiksów nie działa w jedną stronę. Kilka lat temu serwisy filmowe obiegła anegdota, że pomysł na "Incepcję" zaczerpnięty jest z jednego z komiksów z Kaczorem Donaldem. Oczywiście chodziło o komiks Rosy, "Czy to jawa, czy sen?" ("The Dream of a Lifetime"). 

 Artysta czy rzemieślnik?  

W takich korporacjach jak imperium Disneya nie ma sentymentów, nawet dla twórców tej klasy co Rosa. I sam Rosa bardzo źle wypowiada się o tym koncernie. Przez wiele lat udawało mu się unikać kontaktu z firmą matką, współpracował za to z wydawcami mającymi prawa do kaczych komiksów – najpierw z amerykańskim Gladstone Publishing, potem z europejskimi filiami. W czasach, gdy zaczął tworzyć komiksy ze Sknerusem, zabraniano twórcom nawet podpisywać się pod swoimi pracami (wielu ludzi tego nie dostrzega, ale Disney do dziś niechętnie eksponuje nazwiska autorów). Prócz tego Rosa, tworząc komiksy, musiał dostosowywać się do norm i rozpisywać swoje opowieści na określoną liczbę stron, by mieściły się w wydaniach zeszytowych. Żeby opowiadać bardziej rozbudowane historie, nauczył się upychać na planszach jak najwięcej wydarzeń. Stał się w tym prawdziwym mistrzem. Jego kadry są często bardzo złożonymi piktogramami, w których wiele dzieje się na drugim planie.  

Można by pomyśleć, że w komiksach Rosy liczy się głównie gawędziarstwo, bogata narracja. Trzeba jednak obiektywnie stwierdzić, że mimo braku wykształcenia plastycznego rysuje on znakomicie. Jego grafiki są tak efektowne, że wielu czytelników uznaje go za najlepszego ilustratora kaczych komiksów. Z wykształcenia Rosa jest inżynierem i odbija się to na jego sposobie pracy. Gdybyśmy przyjrzeli się temu, czego używa w pracowni (na przykład niezliczonej ilości szablonów, które wykorzystuje do rysowania monet i innych detali), stwierdzilibyśmy, że jego warsztat jest wielce osobliwy.  

Kreska w komiksach Rosy jest bardzo gęsta. Widać też, że przykłada on wielką wagę do szczegółów, krajobrazów i architektury. Jego styl jest najchętniej zestawiany z grafikami Barksa, ale doczekał się również porównań z najważniejszym twórcą komiksowej kontestacji – ojcem obrazoburczego "Kota Fritza", Robertem Crumbem. Zestawianie artysty odpowiedzialnego za „dedisneizację” komiksowych animorfów z twórcą pracującym dla tego koncernu wydaje się niedorzeczne, ale sam Rosa przyklaskuje temu porównaniu. Zdaje mi się, że zgodziłby się z tym i sam Crumb, ponieważ często przyznaje, że jest samoukiem, którego w dzieciństwie kształtowała twórczość Barksa.  

W 1995 roku Rosa został uhonorowany nagrodą Eisnera, najważniejszym branżowym wyróżnieniem. Mimo że zdobył uznanie w rodzimym środowisku komiksowym, spotkał go los podobny do losu wielu amerykańskich pisarzy – jest twórcą popularnym głównie w Europie. Największą estymą cieszy się we Włoszech, w Skandynawii i w Niemczech. Ciekawe jest również to, że jego komiksy tworzone przed okresem disnejowskim współcześnie zostały wznowione tylko w Norwegii. Na szczęście dla reszty świata – w angielskiej wersji językowej.  

Polska, jeśli chodzi o liczbę wydanych dzieł Rosy, nie należy do czołówki. Ale jeśli liczbę jego prac opublikowanych w naszym kraju porównamy na przykład z liczbą opublikowanych w Polsce dzieł Carla Barksa (ukazało się u nas bardzo mało dłuższych, czyli ważniejszych historii jego autorstwa), uznamy, że mieliśmy całkiem sporo szczęścia, bo wyszły u nas niemal wszystkie komiksy Rosy. Niestety, poza dość łatwo dostępną zbiorczą edycją "Życia i czasów Sknerusa McKwacza" historie jego autorstwa są rozproszone w wydaniach zeszytowych. 

 Pisząc ten tekst, próbowałem zebrać wypowiedzi twórców i publicystów na temat Dona Rosy. I okazuje się, że wszyscy dobrze znają to nazwisko, wiedzą, jak cenionym jest autorem, ale nie są w stanie powiedzieć, co go spośród ludzi pracujących z kaczymi komiksami wyróżnia, dlaczego warto sięgać akurat po jego historie. Co ciekawe, pokolenie dzisiejszych dwudziestolatków, których dzieciństwo zbiegło się z pierwszym polskim wydaniem "Życia i czasów Sknerusa McKwacza", zdaje się w pełni rozumieć jego fenomen. Pozostaje mieć nadzieję, że wznowienie tego komiksu sprawi, że po dzieła autorstwa Rosy sięgną kolejne rzesze czytelników – dzieci i dorosłych

wtorek, 5 grudnia 2017

Wolverine - Jason Aaron

Tekst pierwotnie ukazał się na łamach Wirtualnej Polski 





Marzenia czasem się spełniają. Potwierdza to historia kariery Jasona Aarona - w 2001 r. autor wziął udział w konkursie zorganizowanym przez Marvela i na pewnym konwencie wrzucił jednostronicowy scenariusz o Wolverinie do skrzynki zbierającej zgłoszenia. Wygrał, a komiks który powstał na jego podstawie można przeczytać w opisywanym tomie.  Zachęciło go to do kolejnych kroków, zaczął pisać scenariusze i kilka lat później dorobił się własnych serii, które uzyskały kultowy status. W końcu dotarł na sam szczyt i zaproponowano mu pisanie skryptów do największych tytułów z rynku komiksu superbohaterskiego. Między innymi właśnie do Wolverine'a.  

Tom opatrzony numerem jeden to opasła antologia zbierająca komiksy narysowane do scenariuszy Aarona, który pisaniem przygód Rosomaka zajmował się wiele razy na przestrzeni ostatnich dwóch dekad. Zazwyczaj w tego typu publikacjach jakość prezentowanych historii jest różna, ale tym razem poziom jest bardzo równy. Niestety, wszystkie zebrane tu opowieści łączy jedno - są bardzo przeciętne. W trakcie lektury cały czas towarzyszyło mi wrażenie, że to rzecz, którą Aaron tworzy, by zapłacić rachunki, a nie historia powstała z potrzeby serca. Owszem, czuć, że dobrze mu się ten komiks pisze, bo tworzy świetne wewnętrzne monologi Rosomaka, ale sama fabuła to typowa superbohaterska pulpa z dużą ilością prania się po mordach. Coś, co widzieliśmy już setki razy na kartach innych komiksów. Nie jest to co prawda pozycja bardzo zła, ale do miana bardzo dobrej też jej daleko. Dużym minusem jest też fakt, że Aaron pisał te komiksy z doskoku, pojawiając na łamach serii niejako gościnnie, przez co akcja nie zachowuje ciągłości fabularnej - wszystko jest dziurawe jak szwajcarski ser, bo nie znamy kontekstu opowiadanej historii i czytamy tylko wycinek większej całości, a nie pełnoprawną powieść graficzną. Być może Aaron (jak zapewnia we wstępie) pisząc Wolverine'a spełnia swoje marzenia, ale historie te nie trzymają poziomu jego znakomitych autorskich projektów, genialnych serii: "Skalp", "The Goddamned" i "Bękarty z południa". 



W czasie pracy nad przygodami rosomaka Aaron pracował z różnymi rysownikami. Chciałbym napisać o nich coś dobrego, ale prawda jest taka, że ich prace są również przeciętne co scenariusze Aarona. Być może pod komputerowo nakładanymi kolorami czai się gdzieś zdolny twórca, ale mi nie było dane zachwycić się stylem któregokolwiek z prezentowanych tu rysowników. Jest rzemieślniczo i poprawnie, bez jakichkolwiek fajerwerków.

Na koniec, ostatecznie rozliczając się z tym tytułem i niejako broniąc twórców przypomnę, że Wolverine nigdy nie miał szczęścia do dobrych historii i komiksy wybitne w których gra główne skrzypce, można policzyć na palcach jednej ręki. Niemniej, to właśnie dlatego z dużą nadzieją sięgałem po ten tom i jest mi najzwyczajniej przykro, że tak niemiło zawiodłem się na pracy Aarona, który przecież jest wybitnym scenarzystą i stać go zdecydowanie na więcej. Wielka szkoda, że ta bajka się tak pięknie zaczęła, a kończy się tak smutno. 


Head Lopper - & Wyspa albo Plaga Bestii



 Tekst pierwotnie ukazał się na Wirtualnej Polsce


Na rynku komiksowym pojawił się nowy gracz – Non Stop Comics. Wydawca działa odważnie i wprowadza na półki księgarskie całą gamę tytułów ze skupiającej niezależnych twórców amerykańskiej oficyny Image. Jednym z nich jest "Head Lopper" prezentujący dość nietypowe spojrzenie na komiks w konwencji fantasy. 

Wielki dekapitator Norgal (czyżby prztyczek w kierunku Thorgala?), zabójca monstrów przypominający aparycją i charakterem słynnego Conana barbarzyńcę, przybywa na wyspę Barra wykonać serię zleceń, ponieważ krainę tą prześladuje plaga potworów. Można by pomyśleć, że jest typowym samotnym bohaterem, gdyby nie zawartość jego worka w którym tkwi urżnięta głowa wiedźmy Aghaty Błękitnej. Mimo iż łeb został dawno ucięty, to nie przeszkadza mu być niezwykle gadatliwym, przez co wiele razy staje się źródłem komicznych sytuacji. Podczas pobytu na Barra Norgal szybko wchodzi w konflikt z tamtejszymi duchownymi, ale pozostaje na wyspie bo zleceń jest dużo. Jedno z nich otrzymuje od samej królowej, lecz nie wie, że przy okazji wpląta się w znacznie większą kabałę niż przypuszczał. Ktoś czai się na jego głowę. Dosłownie i w przenośni, bo łotr chce zabrać mu łeb czarownicy, który może zostać użyty w niecnych celach.


Na pierwszym planie "Head Lopper" jest opowieścią heroic fantasy, ale trudno postrzegać go tylko w tych ramach. To również historia stworzona w duchu komiksu niezależnego, a także znakomita czarna komedia ze świetnie wykreowanym uniwersum i znakomicie zarysowanymi, sympatycznymi głównymi bohaterami - dokładnie z jednym bohaterem, i wspomnianą uciętą głową. To także opowieść pełna akcji, w której odcięte monstrom łby liczą się w dziesiątkach sztuk. Wszytko to sprawia, że świat "Head Loppera" jest miejscem do którego chce się wracać, więc z niecierpliwością wyczekuję już następnego tomu. Trudno mi dopatrzeć się minusów tej historii, i chyba jedynym jest fakt, że nie jest to komiks głęboki i poruszający ważkie tematy, ale tych przecież na rynku jest sporo, a oprócz wydawanego przez studio laine „Slaine'a” brak u nas naprawdę dobrego pulpowego fantasy.

Styl Andrew Macleana to rozbuchany, zwariowany cartoon z semirealistycznie, ale też bardzo ekspresyjnie narysowanymi bohaterami. Rysunki te najczęściej porównywane są do grafik twórcy "Hellboya" Mike'a Mignoli. Przytaknę, ale dodam, że mi przypominają też trochę naznaczoną cartoonem kreskę wielkiego europejskiego twórcy - Davida B. Grafiki te znakomicie komponują się z komputerowo nałożonymi kolorami za które odpowiedzialny był Mike Spicer. Barwy są dość rozbuchane i jaskrawe, ale idealnie dopełniają dzieła, bo znakomicie podkreślają cartoonowość rysunków Macleana. Co istotne nie naśladują mrocznych barw jakie nakładane są na pracę Mignoli, przez co oddzielają twórczość obu panów grubą kreską.

Pozostał jeszcze grudzień, w którym czytelników zaleje prawdziwa fala nowości, więc wiem, że jeszcze nie czas ferować takie wyroki, ale szczerze przyznam, że jak na razie "Head Lopper" jest najlepszym nowym komiksem jaki przeczytałem w tym roku i wątpię czy cokolwiek go przebije. To pozycja świeża, zabawna, szalona, pełna pasji i energii komiksu undergroundowego, a przy tym pulpowa i wpisująca się w ramy gatunkowe charakterystyczne dla głównego nurtu, co czyni z niej dzieło o szerokim targecie. W swojej kategorii to prawdziwe arcydzieło komiksu XXI wieku.

wtorek, 28 listopada 2017

Malutki Lisek i Wielki Dzik. Tom 3. Świt

Tekst pierwotnie ukazał się na łamach RYMS



Drugi raz przychodzi mi się zetknąć z komiksem stworzonym przez Bernikę Kołomycką. Za pierwszym razem pisałem o albumie narysowanym do scenariusza Marzeny Sowy „Tej nocy dzika paprotka”. Zachwycił mnie wtedy styl Kołomyckiej, i jej pracę doceniłem zdecydowanie bardziej niż tekst Sowy. Tym razem obcowałem z jej w pełni autorskim dokonaniem, albumem z serii „Malutki Lisek i Wielki Dzik”.

Komiks podzielony jest na cztery rozdziały: dzień, zmierzch, noc i świt. Książeczka opowiada o tym, jak nasi bohaterowie podczas wędrówki spotkali na swojej drodze małą, jeszcze nieprzeobrażoną Jętkę. To specyficzny owad spotykany na terenach wodnych. W postaci larwy funkcjonuje nawet kilka lat, ale po wykluciu żyje bardzo krótko, czasem nawet tylko jeden dzień. Lisek i Dzik spotykają Jętkę w przeddzień przeobrażenia, potem owad odlatuje, gdy wraca - umiera. Dzięki metaforze życia tego owada Kołomycka bardzo umiejętnie porusza temat przemijania i śmierci. Bohaterom jest bardzo smutno, gdy Jętka umiera, bo bardzo ją polubili, ale ostatecznie zdają sobie sprawę z tego, że taka jest kolej rzeczy. Dostajemy więc książeczkę prezentującą dość nostalgiczną, mądrą i pouczającą opowieść, którą można polecić nawet małym dzieciom, bowiem Kołomycka nie szarżuje i dba o to, by jej historia była prosta i uniwersalna.



Przygody Liska i Dzika ujęte są w stonowanych, zgaszonych barwach i widać, że włożono w te obrazki wiele serca. W warstwie plastycznej odnajdujemy urzekający malarski styl, a Kołomycka nie skłania się ku realizmowi ani szkole cartoonowej – grafiki te najbardziej przypominają mi rysunki ze starych bajek. Na uwagę zasługują szczególnie mroczniejsze sceny, w których zobrazowano smutek i lęk bohaterów. Posługując się akwarelami autorka znakomicie oddaje atmosferę dzikiej przyrody i zmieniające się pory dnia. Są to jednak dość proste malunki, więc zapewne łatwo dzieciom będzie się utożsamić z takim stylem.


„Malutki Lisek i Wielki Dzik” to już trzeci tom przygód tytułowych bohaterów. Poprzednie części niestety mnie ominęły, nad czym bardzo ubolewam, bo zdecydowanie urzeka mnie to, co Kołomycka serwuje w swoich komiksach. Przygody tytułowych zwierzątek są urocze, nacechowane wielką wrażliwością i uważam, że bardzo dobrze się stało, iż Kołomycka pracuje solo. Mam wrażenie, że sama najlepiej wie, jakie historie chce opowiadać, a narzucanie jej czegoś z góry może ją tylko ograniczać artystycznie.

piątek, 24 listopada 2017

Daredevil: Nieustraszony! tom 1 Bendis, Maleev i Mack

 Tekst pierwotnie ukazał się na łamach Wirtualnej Polski.



W tym miesiącu do księgarni trafił pierwszy tom długo oczekiwanego w naszym kraju "Daredevila" pisanego przez Briana Michaela Bendisa. To współczesna wersja przygód popularnego, a zaniedbywanego przez polskich wydawców, niewidomego herosa broniącego nowojorskie Hell’s Kitchen przed wszelkiej maści bandytami. Opowieści o Daredevilu nie dotyczą wielkich, spektakularnych kosmicznych bitew o losy wszechświata. Dzieją się głównie na brudnych ulicach i skupiają na walce z gangsterami (zarówno tymi maluczkimi jak i potężnymi bossami) i życiu prywatnym ukrywającego się pod czerwoną maską Matta Murdocka, który z zawodu jest prawnikiem. 

 Tom rozpoczyna się historią o tym, jak zaprzyjaźniony z naszym bohaterem dziennikarz Ben Urich pisze artykuł o pewnym chłopcu, który miał okazję spotkać Daredevila, co znacząco wpłynęło na jego życie. Opowieść ta została genialnie zilustrowana przez Davida Macka. Rysownik sięgnął po bardzo odważne środki i mieszane techniki, przez co szata graficzna tej historii ma wiele wspólnego z malarstwem impresjonistycznym. Komiks jest bardzo dobrze napisany i znakomicie poprowadzony od strony narracyjnej, ale to ilustracje sprawiły, że zostałem po prostu zwalony z nóg i obawiałem się, że dalsza część, narysowana przez innego artystę, nie zrobi na mnie już takiego wrażenia. Na szczęście miło się zawiodłem.  

Mimo iż Alex Maleev operuje zupełnie innym, bardziej przyziemnym i tradycyjnym stylem, to jego realistyczna kreska świetnie sprawdziła się przy bardziej dynamicznych, pełnych akcji scenach, do których malarstwo Macka nijak by pasowało. Co istotne, jego prace idealnie współgrają z komputerowo nałożonymi kolorami – co niestety nie jest normą, bo zazwyczaj takie barwy niszczą, lub mocno degradują jakościowo prace nawet bardzo zdolnych grafików. 



 Po znakomicie napisanych ale nietypowych pierwszych zeszytach, będących jedynie przygrywką przed daniem głównym, historia wraca na bardziej tradycyjne tory. W dalsze części serii opowieść napisana przez Bendisa skupia się już głównie na śmiałku z Hell’s Kitchen. Scenariusz jest jednak starannie spreparowany i pojawiają się tu wszystkie najważniejsze postacie z bogatej mitologii Daredevila. W tle głównej intrygi związanej z Kingpinem znajdują się takie słynne persony jak Bullseye i Elektra. Niemniej są obecne tylko jako wspomnienia i to nie trykociarze są tu najważniejsi, bo fabuła to rasowy kryminał noir mocno nawiązujący do tego co z Daredevilem wiele lat temu uczynił wielki poprzednik Bendisa – Frank Miller. Od porównań z nim żaden scenarzysta pracujący przy tej serii się nie uwolni. Na szczęście opowieść pisana przez Bendisa, mimo iż porusza podobne tematy, nie wypada przy klasyce blado.  
 

Komiks kończy się kolejną, tym razem niezbyt fortunną zmianą rysownika. Grafiką w dwóch zeszytach zajął się Manuel Gutierrez, który prezentuje poziom przeciętnego rzemieślnika. Następnie do akcji, na jedną odsłonę serii, wkracza Terry Dodson, który również odstaje od wysokiego poziomu swoich poprzedników. Niemniej zeszyty te nie są już w stanie popsuć dobrego wrażenia jakie zostaje po lekturze tego tomu.  



Przyznam szczerze, że bardzo się cieszę, że ta seria się w końcu u nas ukazuje, bo przywróciła mi wiarę w komiks super bohaterski. Zamiast siermiężnej pulpy, do której przyzwyczaiły historie o trykociarzach, dostałem twór, który nie tylko umiejętnie pogrywa z tradycją opowieści o Daredevilu, ale i dojrzałe dzieło autorskie, które z powodzeniem mogę określić jednym z najlepszych komiksów jakie przeczytałem w tym roku.

czwartek, 23 listopada 2017

Lux in tenebris - 2 - Wilcza gontyna




IX wiek. Bohaterowie serii Rycerz Wojmir i mnich Jakusz, podążają z grupą zbrojnych w okolice Grodów Czerwieńskich. Mają się tam spotkać z orszakiem księżniczki Dobroniegi, która ma zostać wydana za księcia Kazimierza. Plany zostają pokrzyżowane przez grupę pogan, którzy atakują odział eskortujący białogłowę. Odpowiedzialni za atak, zezwierzęceni, groteskowi ludzie z plemienia Wilkunów mają co do niej pewne plany, więc porywają księżniczkę. Ich śladem ruszają nasi protagoniści. 

„Romowe”, pierwszy tom serii „Lux in Tenebris” nie zrobił na mnie dobrego wrażenia. Nie zachwycał ani pretekstowy, miejscami irytujący (źli poganie, szlachetni i dobrzy chrześcijanie) scenariusz Sławomira Zajączkowskiego, ani rysunki Huberta Czajkowskiego. Między innymi dlatego „Wilcza gontyna”, druga odsłona tej serii, przeleżała na mojej półce dobre dwa lata nim po nią sięgnąłem. Niedawno ukazał się trzeci tom tej historii, przypomniałem sobie więc o tej zaległości i postanowiłem ją nadrobić. 



Stwierdzenie, że jakaś seria „ z czasem się rozkręca” nie jest najfortunniejsze ani dla twórców, ani dla recenzenta. Niemniej w przypadku „Lux in Tenebris” trzeba przyznać, że drugi tom jest napisany znacznie lepiej niż pierwszy. Zajączkowski, autor znany głównie z historycznych komiksów wydawanych przez IPN, nigdy nie stał w grupie twórców którymi jestem zainteresowany, ale tym tomem zyskał moją uwagę. Przede wszystkim, pisząc „Wilczą gontynę” uniknął przykrej sztampy i infantylizmu, który cechował pierwszą odsłonę tej serii. Rozkręcił się, wczuł w realia i stworzył opowieść do głębi emocjonującą, mroczną i pełną dramatyzmu. Co prawda podział na dobrych chrześcijan i złych pogan jest dalej widoczny, ale plemię krwiożerczych Wilkunów zostało wykreowane bardzo przekonująco i faktycznie budzi grozę u czytelnika.

Przyznam się jednak, że po „Lux in Tenebris” nie sięgałem ze względu na scenariusz. Rysownik Hubert Czajkowski jest dla mnie bardzo ważną postacią. To legendarny grafik znany mi z magazynu o grach RPG „Magia I Miecz”, który kształtował moją wrażliwość na sztuki wizualne gdy byłem dzieckiem. Od tego czasu minęły pewnikiem z dwie dekady. Styl Czajkowskiego ewoluował, zmienił się, zdaje się, że powodem jest fakt iż zaczął korzystać przy pracy z komputera. Zmiana warsztatu wymusiła rysowanie grubszą kreską, co zdecydowanie szkodzi i odejmuje uroku jego rysunkom. Mimo iż jego grafiki już mnie tak mocno nie urzekają, to przyznam, że dalej czuję do jego prac sentyment. Tym bardziej smuciło mnie, że w pierwszym tomie nie do końca radził sobie jeszcze z komiksową narracją. Trzeba jednak pamiętać, że Czajkowski za komiks na poważnie wziął się bardzo późno, bo pierwszy tom „Lux in Tenebris” był jego albumowym debiutem– ilustrowanie książek i artykułów to wszak inna para kaloszy, a przez lata tym się głównie zajmował. Czytając „Wilczą gontynę” odczułem, że rysownik dokonał sporego progresu i coraz lepiej zaczął rozumieć język komiksu. Co więcej, turpistyczne, ekspresyjne rysunki świetnie zgrały się ze scenariuszem Zajączkowskiego, opisującym brudne, mroczne średniowiecze. 



„Lux in Tenebris” nie jest wybitną serią, ale drugi tom udowadnia, że ma potencjał by stanąć w szranki z frankofońskimi czytadłami tego typu. Odbiorcom pozostaje jedynie trzymać kciuki i liczyć na tendencję zwyżkową w kondycji obu twórców. Oby tylko wiatr dostatecznie mocno wiał w ich żagle.

środa, 8 listopada 2017

Gnat Tom 2

Tekst pierwotnie ukazał się na Wirtualnej Polsce

 

Mimo iż ostatnio na naszym rynku ukazuje się dużo komiksów, to dalej mamy zaległości z kanonu. Do niedawna taką pozycją był słynny, obsypywany nagrodami "Gnat" Jeffa Smitha. Teraz, dzięki Egmontowi wszyscy możemy przekonać się na własnej skórze, ile wart jest ten słynny komiks. Do księgarni trafił właśnie drugi, opasły tom tej iście epickiej opowieści.

  Świat wykreowany przez Smitha początkowo jest bardziej bajkowy i nawiązuje do kaczych komiksów Disneya i słynnej w anglosaskiej kulturze serii pasków Walta Kellyego "Pogo". Jednak z każdym tomem przeistacza się coraz bardziej w mroczne fantasy czerpiące zarówno z "Władcy pierścieni" Tolkiena jak i "Opowieści z Ziemiomorza" Ursuli K. Le Guin. Co prawda to dalej znakomita opowieść, ale szczerze powiem, że mi bardziej podobał się bajkowy, kreskówkowy wymiar tej historii. Niemniej czytelnicy zakochani w dziełach fantasy nie powinni mieć z tym problemu – no chyba, że będzie przeszkadzała im wtórność, ale zapewniam, że "Gnat", mimo zapożyczeń fabularnych, to bardzo oryginalny komiks.  



W dziele Smitha pojawiają się dwa rodzaje bohaterów. Pierwsze, tytułowe gnaty, narysowane są bardzo cartoonową kreską, przypominając tym samym postacie ze starych kreskówek. Drugie, typowo ludzkie, narysowane są semirealistycznym stylem. Te pierwsze są głównie odpowiedzialne za humor sytuacyjny, te drugie pchają do przodu akcję przygodową. Obie warstwy bardzo dobrze ze sobą współgrają i przenikają się, sprawiając, że od strony plastycznej i fabularnej "Gnat" jest dziełem niepowtarzalnym. 

Zanim Smith zajął się na poważnie komiksem, pracował w małej firmie produkującej animowane filmy reklamowe. Bardzo odbija się to na jego warsztacie i w najlepszych rysunkowo miejscach "Gnata" mamy wrażenie obcowania – szczególnie mimika bohaterów – z czymś co naśladuje starą szkołę Disnejowskiej animacji. 


Oryginalnie komiks ukazywał się w czerni i bieli. My dostajemy wersję koloryzowaną. Czytałem już kiedyś ten komiks w oryginale i muszę przyznać, że z nałożonymi barwami wygląda obłędnie i mogę tylko chwalić wydanie Egmontu. Podobnie sprawa ma się z polskim, znakomitym tłumaczeniem, w którym zlokalizowano wszystkie specyficzne dla tej serii niuanse językowe, w tym przełożono oryginalne "Bone" jako swojsko brzmiący "Gnat".  

Być może nie wszyscy dorośli przyjmą "Gnata" z otwartymi rękami, jednak pozostaje jeszcze drugi target tego dzieła: dzieci. One oszaleją na jego punkcie i zapewniam, że na rynku obecnie trudno szukać lepszej pozycji dla najmłodszych. A to, że rodzic może (a nawet powinien!) podkraść sobie ten tom z dziecięcej półki bardzo dobrze świadczy o tym komiksie.