wtorek, 15 stycznia 2019

BBPO: Plaga żab. Tom 3



(...)Autorzy bardzo sprawnie wykorzystują wątki rozpoczęte w „Hellboyu” proponując nam rozwinięcie ich i uzupełnienie regularnej serii, poszerzając tym samym mitologię świata stworzonego przez Mignolę. Dodatkowo, każda z postaci jest bardziej rozpisana, zapewniono im przeszłość i ciekawe, nieraz mrożące krew w żyłach przygody. Komiks ten jest więc w ostatecznym rozrachunku znakomitą mieszanką konwencji sensacyjnej z horrorem, retro-futuryzmem i fantasy. Udanie funkcjonują tu obok siebie drużynowa rozwałka z ciężkimi karabinami w rękach głównych bohaterów, jak i nastrojowe, quasigotyckie opowieści o duchach. Zagadki i tajemnice z przeszłości grają tu taką samą rolę jak zbrojna walka przeciwko tytułowym ludziom-żabom. Istotne jest tu też pogłębienie psychologii postaci, opisanie pustki jaka powstała w drużynie po odejściu Hellboya, acz z czasem postacie się już do tego przyzwyczajają, wszak mają inne wewnętrzne problemy, które zaprzątają im głowę. I jak się okaże Piekielny Chłopiec nie będzie jedynym członkiem którego stracą.(...)

środa, 9 stycznia 2019

Conan tom 2. Miasto złodziei




Drugi tom Conana według Busieka wjechał na moją półkę. Acz tym razem mniej tu jego scenariuszy, bo teksty do kilku numerów napisali gościnnie Mike Mignola i Timothy Truman. Czekałem na ten komiks, bo pierwsza odsłona, mimo iż utyskiwałem na grafikę, bardzo mi się podobała. Spędziłem z tym albumem kilka świątecznych wieczorów, słuchając przy tym Summoning. Jedno bardzo ładnie pasowało do drugiego, więc jeśli będziecie szukali soundtracku do tego komiksu, to w ten austriacki zespół walcie jak w dym.

Jak nietrudno się domyśleć, w drugim tomie najsłynniejszy barbarzyńca popkultury kontynuuje rajd przez fantastyczne krainy, plądrując, paląc i biorąc sobie piękne kobiety. Tym razem jednak mniej tu magii i miecza, a więcej złodziejskich, zuchwałych wyczynów. Conan trafia bowiem do tytułowego miasta złodziei, gdzie zaczyna się parać nowym fachem i po nocach opierdalać wszelkiego rodzaju świątynie, których normalni, lokalni złodzieje nie chcą ruszać ze względu trudność w upłynnieniu takiego towaru. Conan ma to gdzieś, wręcz stawia sobie za punkt honoru zdobycie najdziwniejszych klejnotów. Po jakimś czasie znajduje nawet pasera, który kupi od niego najbardziej wyszukane błyskotki. Szasta forsą i żyje w imię zasady „ruchać, jebać, nic się nie bać”.



Wszystko to czyta się na jednym wdechu i zapewniam, że seria, mimo pewnych wyczuwalnych zmian dalej trzyma wysoki poziom. Bardzo fajny jest też gościnny występ Mike'a Mignoli, który napisał do tego tomu historię o wielkich, potwornych żabach żyjących w pradawnej świątyni – bardzo Lovecraftiańską w wydźwięku, przez co nie odszedł daleko od tego co prezentuje w BBPO i Hellboyu. Co znamienne, w tej odsłonie mniej jest tekstu, a więcej opowiadania obrazem. Czuć od razu, że kto inny pisał te części, bo run Busieka charakteryzuje się dużą gęstością tekstu. Natomiast wersja Timothy Trumana bardziej wpisuje się w ogólny charakter serii i w ogóle nie poczułem, że to on przejął pałeczkę.




Tak jak przy pierwszym tomie zupełnie nie podobają mi się grafiki. To dość przeciętna, ciśnięta na komputerze, rzemieślnicza robota. Oszczędzę sobie nawet sprawdzania nazwisk rysowników i spuszczę na to zasłonę milczenia. Za to dowalę jeszcze raz koloryście Dave'owi Stevartowi. Bardzo cenię gościa, ale tu się zdecydowanie nie popisał i osobiście uważam te komputerowe (okropnie stylizowane na malarski styl) barwy za totalną porażkę. Mam wrażenie, że ten rodzaj rysunków nie pasuje do tego typu opowieści, ale o dziwo da się to czytać bez zgrzytania zębami. Może więc szukam dziury w całym?

Nie czytałem literackich przygód Conana, ale zdaje się, że autorzy starają się wiernie adaptować opowiadania Roberta E. Howarda. Z tym, że układają je i łączą w ten sposób, by sprawiały wrażenie ułożonych chronologicznie. Dla mnie wszystko tu gra i buczy i nie mogę się doczekać następnych części. Niemniej zaznaczam - „Conan” to komiks fajnie napisany, ale kiepsko zilustrowany. Jeśli oczekujecie tu przy ołówku jakiegoś spadkobiercy Frazetty, to srogo się zawiedziecie.



poniedziałek, 7 stycznia 2019

Kaznodzieja tom 5



(...)To między innymi eklektyzm gatunkowy sprawia, że seria ta ma szeroki target, niemniej nie jest pozycją dla każdego. Powodem jest szalony Irlandzki scenarzysta Garth Ennis, którego poczucie humoru, często bez litości dotyka zjawisk będących taboo naszej kultury: jak religia i seks. Autor nie ma za grosz sumienia i uderza konserwatywnych czytelników poniżej pasa, boksując przy tym w krocze niczym w worek treningowy (spodobało by mu się to porównanie). Jeśli więc posiadasz uczucia religijne, to zapewniam, że zostaną urażone i nie masz tu czego szukać.(...)

DO LEKTURY CAŁEGO TEKSTU ZAPRASZAM NA MORTAL>>>>

czwartek, 3 stycznia 2019

Łasuch. Tom 2. Jeff Lemire

 Tekst pierwotnie ukazał się na łamach Fenixa.
 
 
 

Jeff Lemire do niedawna znany był w naszym kraju jako twórca niezależnej, obyczajowej powieści graficznej „Opowieści z Hrabstwa Essex”. W tym roku wszystkoto  się zmieniło, bo na rynek trafiło kilka pozycji, które ten autor napisał dla dużych wydawnictw. Jedną z nich jest „Łasuch”, stworzony dla Vertigo, słynnego imprintu DC Comics, kierowanego do dorosłego czytelnika, szukającego w medium rozbudowanych, dojrzałych historii.

„Łasuch” to seria w konwencji postapo, opowiadająca o świecie, w którym ludzkość została zdziesiątkowana przez tajemniczą zarazę, a wszystkie dzieci, które przyszły na świat po niej, rodzą się z przeróżnymi cechami zwierzęcymi. Głównym bohaterem jest chłopiec, który ma na głowie jelenie rogi. Dorastał pod kloszem, z dala od brutalnej rzeczywistości, w małej chatce w lesie, pod okiem swojego ojca mającego hopla na tle religijnym. Gdy tata umarł zrządzeniem losu chłopca znalazł szorstki w obyciu, były hokeista Tom Jeppard i razem ruszyli przez zrujnowaną Amerykę, szukając legendarnej Ostoi – osady, w której zwierzęce dzieci mogą żyć bezpiecznie.
 


Na rynku pojawił się właśnie drugi tom „Łasucha”. Na przestrzeni dwóch części w fabule zdążyło już kilka razy zaiskrzyć, dostaliśmy emocjonujące zwroty akcji, a postacie zostały porządnie rozbudowane. Postapokaliptyczne tło tej serii nie jest zbyt oryginalne, niemniej warto odnotować, że Lemire nie opowiada bardzo spektakularnej historii z kataklizmem na pierwszym planie. Stawia raczej na kameralność i interesują go głównie relacje między sportretowanymi tu postaciami. To sprawia, że mimo pewnej dozy wtórności, historia chłopca-jelonka jest całkiem świeża, wzruszająca i interesująca od strony fabularnej.

Z pośród setek komiksów dużych wydawnictw „Łasucha” wyróżnia warstwa graficzna. Ilustrowaniem serii zajął się sam Lemire, którego kreska przynależy raczej do świata komiksu niezależnego. Warstwa plastyczna dobitnie podkreśla, że mamy do czynienia z dziełem autorskim i czyni z tych albumów dzieła jeszcze bardziej oryginalne i godne uwagi. Autor pracował ostatnio z innymi rysownikami, ale akurat tą serię postanowił narysować sam, i wydaje mi się, że historia chłopca-jelonka była jego prawdziwym oczkiem w głowie. Ten komiks ma najzwyczajniej duszę, której brakuje wielu utworom należącym do głównego nurtu.
 


Być może „Łasuch” nie jest największym dokonaniem Lemire’a, zresztą mi samemu bardziej podoba się jego superbohaterska seria „Czarny Młot”, która też ostatnio się u nas ukazała. Niemniej to bardzo dobrze napisany i narysowany komiks. Powinni po niego sięgnąć nie tylko miłośnicy postapo. Lemire rośnie w moich oczach i zaczynam uważać go za jednego z najlepszych twórców pracujących dziś w głównym nurcie branży komiksowej.
 


poniedziałek, 24 grudnia 2018

Piękna Ciemność

(...) „Piękna Ciemność” to horror, ale przy okazji też twór surrealistyczny i artystyczny, wymykający się jednoznacznym klasyfikacjom gatunkowym. Upraszczając, to trochę tacy „Pożyczalscy” na kwasowym bad tripie, a w internecie czytałem wypowiedź w której ktoś bardzo trafnie porównał ten album do słynnego “Władcy Much”. Przyklaskuję, bowiem “Piękna ciemność” to okrutna (anty)baśń dla dorosłych, która poprzez bajkowe, z pozoru niewinne stworzenia (które we „Władcy Much” symbolizowały dzieci) opowiada przejmującą historię o tym, jak podły potrafi być ludzki gatunek, w momencie gdy zostaje zostawiony sam sobie. To też trochę postapokalipsa, bo komiks opowiada wszak o końcu świata, jaki do tej pory znały bajkowe ludziki, i o tym, co się potem wydarzyło. Niemniej to przede wszystkim jeden z najlepszych horrorów jakie przytrafiły się komiksowemu medium. Ten album musi mieć na półce każdy miłośnik graficznych makabresek.

środa, 19 grudnia 2018

Invincible tom 2. Robert Kirkman




Szybko poszło. Drugi tom serii „Invincible” uderzył już do księgarń. To komiks w konwencji superhero, ale odcinający się zupełnie od znanych marek i kreujący swoje własne uniwersum. Między grubymi lakierowanymi okładkami (świetne wydanie!) zostaje nam zaserwowana w pełni autorska wizja Roberta Kirkmana, twórcy popularnego i poczytnego za sprawą serialu „Żywe trupy”, który jest adaptacją jego serii.

„Invincible” opowiada o młodym chłopaku (ostatnia klasa liceum), który w wieku 17 lat odkrywa w sobie super moce. Nie jest to dla niego niespodzianką. Jego ojciec jest kosmitą, znanym na ziemi jako Omni-man – czyli jeden z najpotężniejszych superbohaterów. Spodziewał się, że jego syn również odkryje w sobie takie zdolności i od lat przygotowywał go na ten dzień. Pierwszy tom skupiał się na odejściu Omni-mana i zastąpieniu go przez jego potomka (tylko to zasygnalizuję, nie będę więcej zdradzał, na wypadek gdybyście nie czytali pierwszej odsłony). Drugi nie ma jakiegoś konkretnego tematu przewodniego. Owszem, ciągnie wątki z pierwszego,  ale w największym stopniu eksploatuje po prostu radosne, spektakularne przygody superbohaterów. 




Autor wcale nie przejmuje się tym, że niemal wszystko w tej konwencji zostało już powiedziane, i bezczelnie kradnie do swojej opowieści te najlepsze, najefektowniejsze i najciekawsze elementy trykociarskich komiksów. Robi to jednak z wielką gracją, i podczas lektury wcale nie odczuwa się tej wtórności. Wykreowane przez niego uniwersum tętni życiem i zaludnione jest setkami bardzo fajnych superbohaterów i czadowych, groźnych złoczyńców. Bardzo dobrze poprowadzona jest też obyczajówka, która od kilku ładnych dekad jest też ważną częścią składową opowieści o ludziach w trykotach. W życiu głównego bohatera pojawia się bowiem pewna doza bólu i problemów prywatnych, które ukazane są bardzo przekonująco.





Dobry scenariusz to połowa sukcesu. Drugą są przyzwoite rysunki, a te w komiksach superbohaterskich nieczęsto wybijają się ponad przykrą przeciętność. Z „Invincible” jest inaczej. Autor warstwy graficznej, Ryan Ottley posługuje się realistyczną kreską, w której w jakiś magiczny sposób przemyca nieco cartoonowości. Rysownikowi w mistrzowski sposób udaje się też ukazać wielkie bitwy, które toczą bohaterowie tej opowieści, i mi oglądanie jego bardzo dynamicznych grafik sprawia naprawdę dużo przyjemności. Mimo iż rysunki są do bólu nowoczesne to brak w nich obrzydliwej kiczowatości, która cechuje większość komiksów superhero. Pomagają w tym też kolory Billa Crabtree, które mimo iż są bardzo intensywne to nie kaleczą oczu czytelnika.

Wydawca reklamuje „Invincible” jako „prawdopodobnie najlepszy komiks superbohaterski we wszechświecie”. Aż tak dobrze nie jest. Wizji Kirkmana dużo brakuje do (nie szukając daleko) tego co w swoich dziełach superbohaterskich prezentował Alan Moore. Niemniej wydaje mi się, że jedną z zalet „Invincible” jest właśnie to, że nie naśladuje dokonań Maga z Northampton. To nie jest przeintelektualizowana dekonstrukcja mitu superbohaterskiego (przynajmniej na razie) tylko komiks, który ma sprawiać czytelnikowi dziką frajdę. Czytając go nie sposób nie odnieść wrażenia, że tworząc go również autorzy dobrze się bawili.





wtorek, 18 grudnia 2018

Battle Angel Alita. Tom 1

Tekst pierwotnie ukazał się na łamach Fenixa.



Pewnego dnia, domorosły technik Ido, w pewnych kręgach zwany „doktorkiem” znajduje na złomowisku korpus starego cyborga o twarzy pięknej dziewczyny. Zabiera go do domu i reperuje, fundując mu nowe mechaniczne ciało. W psychice robota panuje pustka, nie pamięta nawet swojego imienia. Ido swoje dzieło nazywa więc Alita. Tak zaczyna się jedna z najklasyczniejszych mang z nurtu fantastycznego, która właśnie została wznowiona przez JPF w ekskluzywnym wydaniu. Ja dzięki temu tomowi obcowałem z nią po raz pierwszy.

Jak nietrudno się domyśleć, historia ta będzie współczesną wariacją na temat Pinokia, bo twórca, niczym Gepetto będzie się przyglądał temu jak jego dzieło niezgrabnie idzie przez darowane przez niego nowe życie. Tak się składa, że Ido prócz tego, że zajmuje się techniką, jest też łowcą nagród polującym na przestępców. Jego „dziecko” szybko zapragnie iść w jego ślady, dostanie więc silne ciało bojowe, które sprawi, że bohaterka będzie pełnić rolę śmiertelnej broni i polować na przestępców plątając się przy tym w różne kabały.

„Battle Angel Alita” można z powodzeniem zaliczyć do cyberpunku, nie jest to jednak dzieło – przynajmniej w pierwszym tomie –  szczególnie drążące filozoficzne aspekty tego nurtu. Owszem, to świat w którym cyborgi potrafią kochać, ale przedstawione jest to jako dość oczywisty fakt i autor za bardzo nie zastanawia się nad tym czy jest to możliwe. Alita nie szuka człowieczeństwa, ona od początku jest bardziej wrażliwa niż otaczający ją ludzie. Zresztą dość szybko znajduje sobie kogoś do kogo może wzdychać, i staje się to jednym z głównych wątków tej odsłony jej przygód.

Mimo iż pojawiają się tu wątki romansu to ostatecznie komiks ten to jednak rzecz nastawiona głównie na akcje. Przy czym, warto zaznaczyć, że manga ta, mimo iż ma na karku już niemal 30 lat zanadto się nie zestarzała, i mimo iż pojawiają się tu długie walki, to już w drugiej zebranej w tym tomie historii (która jest fabularnie dojrzalsza niż pierwsza) nie znajdziemy ni krzty specyficznej „dragon ballowej” motoryki, a i w pierwszej pojedynek jaki stoczyła Alita nie był zbyt męczący – a uwierzcie, w tej formie sztuki pojedynki potrafią się ciągnąć w nieskończoność. Walki oczywiście są niezwykle efektowne, ale nie tylko one stanowią o sile tego komiksu. Książka ta jest znakomicie narysowana i możemy w niej podziwiać sugestywnie odmalowany cyberpunkowy świat, pełen nieczynnych fabryk, brudnych gett i obskurnych barów. W takiej scenerii stawiana jest tytułowa bohaterka, która przedstawiona jest dość miłą, do bólu mangową kreską, co bardzo kontrastuje z otaczającym ją ponurym światem. Szczególnie rozczulająca jest jej twarz – to wszak tytułowy anioł. W niej objawia się właśnie ten słynny styl, który fachowo nazywa się słowem „kawaii” – co oznacza coś słodkiego, uroczego. I jeśli szukałbym drugiego dna w tym – raczej jednak rozrywkowym i nie aspirującym do bycia filozoficznym traktatem – dziele to wskazałbym właśnie na wątek zetknięcia piękna z brutalnością i brzydotą.

Lubię mangę, ale za mało jej czytam. Z ciekawością więc sięgałem po niniejszy tom, wiedząc, że będę miał do czynienia z żelazną klasyką tego gatunku. Nie nazwę tego komiksu arcydziełem, jednak ogólnie jestem bardzo zadowolony z lektury, bo to dobra, mocno rozrywkowa opowieść i na pewno sięgnę po następną część. Jeśli dopiero teraz dowiedzieliście się o nowym wydaniu to muszę Was zmartwić. Edycja w twardej oprawie była limitowana i dostępna tylko w przedsprzedaży. Na rynku  na szczęście jest jeszcze wersja miękko okładkowa.