niedziela, 29 marca 2020

Podróże Franka. Jim Woodring


Komiksy Woodringa są osadzone w specyficznym uniwersum, które wykreował na potrzeby swoich historii. Mimo iż bohaterami jego opowieści są kreskówkowe zwierzątka – nie licząc realistycznie narysowanego człowieka-wieprza – zamieszkałe w cukierkowo prezentującej się krainie, to ich przygody zdecydowanie nie są przeznaczone dla dzieci. Co więcej, to bardzo ciężka psychodela.


„Podróże Franka” to piękne, surrealistyczne szorty, których lekturze towarzyszą podobne odczucia do tych, wywoływanych we mnie przez celuloidowe sny Davida Lyncha – ze wskazaniem na jego krótkometrażowe filmy. Cechuje je podobny oniryzm i niepokojąca cielesność. W gruncie rzeczy jednak i to porównanie nie odda w pełni tego, z czym przyjdzie wam obcować. Świat Franka jest bowiem unikalny, a atmosfera w nim panująca niełatwa do podrobienia.

Opisanie tego, co dzieje się w historyjkach opowiadanych przez Woodringa jest bardzo trudne. Spersonifikowane są tu nie tylko postacie – gryzoniowaty Frank, człowiek-wieprz – ale też architektura i istoty, które nie mają wcale odpowiedników w znanym nam świecie. Na przykład przedziwne, przypominające jakieś figury geometryczne zwierzątka, które towarzyszą Frankowi albo chuda, diaboliczna postać z twarzą księżyca, grająca na banjo na jednej z pierwszych stron tego albumu. W miarę rozwoju akcji bohaterowie przemieszczają się, łamiąc czas i przestrzeń, przechodzą do innych wymiarów i to nie są najdziwniejsze rzeczy jakie robią. Żeby lepiej opisać, musiałbym Was wypytywać z osobna, jakie narkotyki braliście, ale nie mamy na to czasu, a i recenzentowi chyba nie wypada zadawać takich osobistych pytań. Zapewniam jednak, że jest dużo dziwniej, niż sobie to wyobraziliście.



Ostrzegam więc wszystkich uczulonych na mocniej odjechaną sztukę – nie znajdziecie tu typowych fabuł, bo brnięcie przez dorobek Woodringa przypomina ostre halucynacje, ale trzeba pamiętać, że oniryzm jest słowem kluczem do odczytywania twórczości Amerykanina. Jego prace wydają nam się bliskie i znajome (przynajmniej ja tak je odbieram), dlatego, że nie są niczym innym, niż naszymi snami zaklętymi w krótkie komiksy. Za pomocą perypetii swoich bohaterów Woodring przywołuje też różne dziwne emocje i stany – głównie te z granicy jawy i snu – jakich doznajemy w naszym życiu. Udaje mu się to również z tymi uczuciami, do których nie chcielibyśmy chętnie wracać. Przywoływane przez niego wizje są nieraz tak eskalowane, że wywołują w czytelniku silny dyskomfort. To wszystko dlatego, że nikt z nas nie chciałby się utożsamiać przykładowo z żarłocznym człowiekiem-wieprzem, ale Woodring każe nam przyglądać mu się, jakby sugerował, że w każdym z nas jest jego cząstka. Jakby zmuszał nas do zadumy nad naszą cielesnością i fizjologią. Mistrzostwo tego autora tkwi między innymi właśnie w tym, jak łatwo przychodzi mu manipulowanie naszymi emocjami.



Twórczość Woodringa jest awangardowa, ale to nie przegadane pseudointelektualne bzdety, a czysty zachwyt nad możliwościami medium – od strony formalnej to całe kilogramy komiksowego mięsa. Autor nawet nie stosuje efektownych kompozycji plansz – wszystko dzieje się w równiutko ułożonych, kwadratowych kadrach, co absolutnie nie przeszkadza w zachwycie nad jego rzemiosłem. To nie jest improwizacja czy eksperyment, bo brak tu nawet jednej fałszywej nuty. Wszystko wydaje się w tych komiksach na miejscu, mimo iż często fabuła jest absolutnie niedorzeczna.


Śpioch. Tom 1. Brubaker/Wilson/Philips




W zeszłym roku nadrobiłem „Zabij albo zgiń” i powtórzyłem „Kapitan Ameryka: Zimowy żołnierz”. Oba autorstwa Eda Brubakera. Podobało mi się, ale dopiero przeczytany w tym roku po raz pierwszy „Śpioch” przypomniał mi dlaczego jestem psychofanem tego scenarzysty i chcę mieć na półce wszystkie jego dzieła (jeszcze kilka mam do nadrobienia). To wybitne połączenie komiksu szpiegowskiego z czarnym kryminałem i w (najmniejszym stopniu, ale jednak) komiksem superbohaterskim. Jak zapewnia sam scenarzysta – rzecz mocno inspirowana „Strażnikami” Alana Moore'a, z tym że szala została przesunięta, najmocniej jak się dało, w stronę noir.

W pierwszych czterech zeszytach zebranych w tym tomie mamy zamkniętą historię opublikowaną pierwotnie jako „Na celowniku” („Point Blank”). Od strony konstrukcji to mocno postmodernistyczny czarny kryminał, w którym główny bohater dalszej części albumu jest tylko postacią drugoplanową. Nie będę owijał w bawełnę – dla mnie to rzecz wybitna, która zwaliła mnie na kolana niczym najlepsze dzieła filmowe z nurtu neonoir, jak dajmy na to „Memento”, z którym komiks ten ma sporo wspólnego. Rekomendując inną serię Brubakera, mającą premierę u nas w zeszłym roku (a ja ją czytałem już dawno po angielsku) – „Criminal” – zwykłem mawiać, że dla mnie to pozycja lepsza od „Sin City” Franka Millera. Podobnie jest w przypadku „Na celowniku”.



Po tych czterech zeszytach następuje zmiana głównego bohatera i przesunięcie środka ciężkości na szpiegowskie elementy historii. Główne watki zaczynają oscylować wkoło kreta umieszczonego w organizacji przestępczej, w której skład wchodzą w większości obdarzeni supermocami złoczyńcy. W tych numerach „Śpioch” jest więc thrillerem szpiegowskim, ale narracja pozostaje aż do końca mocno zakorzeniona w typowym noir, dzięki czemu dostajemy pięknie rozpisane monologi wewnętrzne głównego bohatera. Jakość opowieści zdecydowanie nie spada w stosunku do pierwszej historii, a może nawet wzrasta ze względu na rewelacyjne grafiki, bo na scenę wkracza stały współpracownik Brubakera – Sean Phillips.

Rysujący „Na celowniku” Colin Wilson nie jest zły, ale ja bardzo lubię tandem Bru/Phillips i uważam ich w tym przypadku za jedyne słuszne duo. Sean jawi się jako nienachalny rzemieślnik posługujący się nieco europejskim, realistycznym stylem, który nie przytłacza opowiadanej przez Bru historii artystowskimi wyczynami. Jednak po dłuższym obcowaniu z jego pracami zaczyna się doceniać jego styl idealnie nadający się do opowiadania czarnych kryminałów i traktować jako mistrza komiksu. Tak jak nikt nie narysowałby lepiej „Criminal”, tak nikt lepiej nie pocisnąłby „Śpiocha”.



Wszystkiego dopełniają okładki. W „Na celowniku” tworzył je Simon Bisley, w dalszych zeszytach robi to sam Phillips i wychodzi mu to bezbłędnie. Obaj, prócz tego, że są znakomitymi narratorami, są też utalentowanymi malarzami. Ostatecznie jednak dzieła Phillipsa wygrywają z Bisleyem, bo to Sean zdecydowanie urodził się po to, by ilustrować noir.

„Śpioch” jest serią u podstaw, rozgrywającą się w świecie, gdzie istnieją super moce i super ludzie – dokładnie w imprincie DC Wildstorm. To jednak zupełnie nieważne i nie ma wielkiego wpływu na fabułę i równie dobrze opowieść ta mogłaby się rozgrywać w naszym świecie. Nie uświadczymy tu bowiem typowych laserów z dupy, czy jak w przypadku wspomnianych „Strażników” retro superbohaterskiej stylistyki. Złoczyńcy – na czele z głównym, Tao, stworzonym przez samego Wielkiego Maga Alana Moore'a na łamach WildC.A.T.s - głównie paradują w drogich garniakach, a nie latają w rajtuzach. Owszem, Brubaker miał zapewne zlecone napisanie spin-offu historii superbohaterskiej, ale zgrabnie oszukał system i napisał, to w czym jest najlepszy – czarny kryminał z bardzo niejednoznacznymi moralnie postaciami. Udało mu się tym samym stworzyć jedno z najlepszych swoich dzieł. Z utęsknieniem czekam na tom drugi i niesamowicie jestem ciekaw, gdzie autor poprowadzi swoją historię. Tymczasem bierzcie pierwszy tom „Śpiocha”. Jest wart każdej wydanej na niego złotówki.

niedziela, 8 marca 2020

Negalyod. Vincent Perriot




Zacznijmy od zasygnalizowania najważniejszego. Tego, co od razu rzuca się w oczy po otworzeniu tego albumu: warstwa graficzna w dziele Vincenta Perriota to totalny masakrator i na bank rzuci czytelnika lubującego się w komiksie frankofońskim na kolana.

Próbując scharakteryzować jego prace i jego styl powiedziałbym, że to połączenie francuskiego niuskula z oldskulem. To trochę tak, jakby ktoś z wrażliwością Joanna Sfara (najbardziej to chyba czuć w postaciach i kolorystce) rysował komiks, w którym kompozycje plansz i tła zaczerpnięte są z twórczości Moebiusa (ileż tu Arzacha! Ile Incala!) i Philippe Druilleta (wspomniane układy kadrów na stronie). Założę się, że reakcją na rzemiosło francuza będzie najczęściej opad szczęki i to głównie dla jego rysunków warto sobie sprawić ten album. Jedyne co mógłbym mu zarzucić to fakt, iż wszystko, co zostało tu przedstawione, już gdzieś widzieliśmy. Autor nie jest wielkim wizjonerem SF, a kimś, kto zapatrzył się w mistrzów tego gatunku. Nie wydaje mi się jednak żeby był to poważny minus, tym bardziej że Perriot rżnie od najlepszych. Trudno wszak w dzisiejszych czasach wyczarować coś unikalnego.



Z warstwą fabularną również nie jest źle, ale komiks pod tym względem już tak nie olśniewa, jak w przypadku grafik. Z początku to quasi-western niedaleki wcale od przebojowego Mandaloriana (kocham ten serial, już o tym pisałem na fanpage'u), który z czasem przeistacza się w dużą, epicką (jak zwykle w grę wchodzi ratowanie świata) opowieść kojarzącą mi się z komiksową twórczością Jodorowskyego, acz to rzecz zdecydowanie mniej nadęta i przystępniejszą niż większość – jednak trudnego w odbiorze – dorobku Chilijczyka.


Prócz tego bardzo widać, że autor pochodzi z mojego pokolenia (jesteśmy rówieśnikami) i wychowaliśmy się na tych samych tworach kultury. Prócz klasyków komiksu pokroju Moebiusa i Philippe Druilleta czuć tu fascynację kinem Hayao Miyazakiego, filmami z nurtu nowej przygody (gwiezdnymi wojnami w szczególności!) czy parkiem Jurajskim (wszak główny bohater popierdala na dinozaurze i pasie niczym krowy stworzenia wyglądające jak triceratopsy). To wszystko sprawia, że szybko udało mi się wsiąknąć w portretowany przez niego świat i bardzo go polubić.

„Negalyod” to dobry komiks, ale raczej nie wejdzie do mojej ścisłej dziesiątki tegorocznych premier. Niemniej radzę po niego sięgnąć, i to chyba rzecz o tak szerokim targecie, że zaleciłbym lekturę każdemu z Was. To kawał bardzo dobrego mainstreamowego rzemiosła.



piątek, 6 marca 2020

DMZ. Tom 1. Wood/Burchielli




Przy serii „Ludzie Północy” dawałem szansę Woodowi równo trzy razy. Ostatecznie pozbyłem się tego cyklu z kolekcji, bo nie jest to nic wybitnego, ale zapamiętałem nazwisko scenarzysty. Nie powiem, w sumie czytało się to nawet przyjemnie a autor siłujący się ze wcale nie łatwym dziś tematem (wszak mało co dorównuje serialowi „Wikingowie”) zdobył moją sympatię. Gdy wyszło „DMZ”, postanowiłem znów spotkać się z jego twórczością. Dobrze zrobiłem, bo komiks ten jest o niebo lepszy niż saga Wooda o wikingach.

Niedaleka przyszłość. Stanami wstrząsnęła kolejna wojna domowa, która trwa już pięć lat. Strefa zdemilitaryzowana, czyli tytułowe DMZ, umiejscowiona jest na Manhattanie. Przybywa do niej młody stażysta-dziennikarz, jego ekipa zostaje jednak zlikwidowana zaraz po przyjeździe i pozostaje mu relacjonować wydarzenia ze strefy walk samodzielnie. Jest jedynym korespondentem w tym rejonie, więc mimo młodego wieku zostaje przytłoczony nie lada odpowiedzialnością. Po pierwszych zadaniach, jakie miał do wykonania, mógłby wrócić do domu, postanawia jednak zostać w szarpanym wojną Nowym Jorku i zająć się niewdzięcznym zadaniem relacjonowania konfliktu.



Pisząc o „Ludziach Północy”, zarzucałem Woodowi, że nieumiejętnie buduje bohaterów. Zrzucałem to na karb faktu, iż opowiadał krótsze historie z różnymi postaciami, co pozbawiało go okazji do porządnego zobrazowania ich rozwoju. W DMZ trzyma się jednego bohatera i szczerze powiedziawszy, to też średnio mu idzie. Matty Roth (nazwany po słynnym pisarzu Philiphie) jest całkowicie nijaki i dowiadujemy się o nim bardzo niewiele. Trzeba jednak pochwalić autora, że bardzo sprytnie wykorzystuje tego jegomościa do innych celów. Przez jego pryzmat buduje świat przedstawiony, który jest nakreślony o niebo lepiej niż postacie. Niedawno pisałem o „Mieście wyrzutków”, że to komiks, w którym to wielkie miasto snuje opowieść. Podobnie jest w DMZ, gdyż to metropolia jest głównym bohaterem historii. Może nawet cały kraj? Bo snuta przez Wooda wizja ma wszak charakter globalny. Warto zauważyć też, że DMZ to bardzo specyficzna historia, powstała niedługo (kilka lat) po zamachach 11 września i ma charakter opowieści z tamtego okresu, gdy rany Ameryki były świeże i tragedia ta mocno rzutowała na zaangażowaną politycznie sztukę.



„DMZ” nie jest idealne i nie zostanie klasyką, ale to mimo wszystko dobry komiks. Ma w sobie coś zarówno z „Ucieczki z Nowego Jorku” Carpentera, jak i z szalonych relacji Pająka Jeruzalema, które śledziliśmy na kartach „Transmetropolitan”. Co ciekawe, autor tego drugiego sam czytał DMZ, chwalił i powiedział, że to „polityczne science fiction”. Trafił tym określeniem w dziesiątkę, bo nie ma tu laserów z dupy, ale jest złożona wizja pewnego układu społeczno-politycznego, który, na dobrą sprawę mógłby się naprawdę przytrafić USA. 



poniedziałek, 2 marca 2020

Invincible tom 5 i 6. Kirkman/Ottley



Jestem świeżo po lekturze 5 i 6 tomu „Niezwyciężonego”. Jeszcze buzuje we mnie od emocji, jakie wywołał we mnie ten komiks. Muszę sobie sam to wszystko poukładać, dlatego będą tu spoilery dotyczące serii. Jeśli więc nie czytaliście jeszcze „Invincible”, a uważacie się za miłośników komiksów superbohaterskich, to czym prędzej pędźcie do ulubionych księgarń i bierzcie wszystkie wydane do tej pory tomy. Podziękujecie mi później.

Stary Marka Greysona, znany też jako Omni-Man, dał plamę. Był co prawda superbohaterem, ale też przybyszem z kosmosu obdarzonym niezwykłą siłą (tak wielką, że był najsilniejszym trykociarzem swoich czasów) i ostatecznie okazał się najeźdźcą hodującym sobie ziemian w niecnych celach. Jego syn został poczęty wskutek jego romansu z ziemianką, ale mimo mieszanej krwi odziedziczył po ojcu supermoce, które ujawniły się u niego, gdy dorastał (pod koniec liceum). W kulminacyjnym momencie to właśnie potomek stawił czoła Omni-Manowi, co skończyło się jatką, po której mocno wkurwiony stary Greysona przepadł gdzieś w czeluściach kosmosu. Po jakimś czasie jego syn odnalazł go na innej planecie, gdzie jak się okazało, ojczulek spłodził kolejnego potomka. Pogodzili się, a ojciec wystąpił przeciwko swojej rasie, zaczął kolaborować i zszedł na szlachetną ścieżkę. Planeta, na której się spotkali, została jednak zniszczona, stary Greyson pojmany, a jego nowym dzieciakiem musiał się zająć nikt inny jak nieszczęsny Mark. Zaczął więc powoli przygotowywać młodego do roli ziemskiego superbohatera, z mieszanymi skutkami. Prócz tego chyba najistotniejszego wątku warto zaznaczyć, że na przestrzeni 5 i 6 tomu o Greysona upominają się jego starzy arcywrogowie i bardzo dotkliwie niszczą zamieszkaną przez niego Ziemię. W tle są też wyraziste, obszerne i dobrze poprowadzone elementy obyczajowe, które autor umiejętnie przeplata z trykociarskim życiem głównego bohatera.




Z jednej strony „Invincible” to wzorcowa wielowątkowa, superbohaterska saga, z drugiej jednak rzecz totalnie pozbawiona charakterystycznego dla tego nurtu kija w dupie (a mamy tu niekiedy historie opowiadaną na poziomie kosmicznym, z laserami z dupy i w spaceoperowym anturażu niczym w „Dark Phoenix Saga”) i przy okazji jest to rzecz odmienna od tego, co z komiksem o trykociarzach robił Alan Moore. Seria Kirkmana (tak, to ten typ od „Żywych Trupów”), mimo wszystkich cech gatunku, jest lekturą lekką, łatwą i przyjemną. Komiksem, przy którym odpoczywam psychicznie po cięższych rzeczach. Życzyłbym sobie więcej tak dobrych superbohaterskich opowieści na naszym rynku. Niestety chyba niewiele istnieje rzeczy dorównujących serii Kirkmana. Scenarzysta, nie lada cwaniak, nakradł wszystkiego, co dobre z trykociarskich komiksów robionych dla majorsów, wyrzucił co chujowe (albo nawet naprawił te elementy!), wymieszał i opublikował jako niezależną serię pod flagą wydawnictwa Image. I wszystko totalnie pykło. Dzięki temu ten tytuł zaliczany jest do kanonu, a to wcale nie taka stara seria.



„Invincible” reklamowany jest jako „najlepszy komiks superbohaterski we wszechświecie”. Na początku polemizowałem z tą tezą, porównywałem historię z tworami, które wyszły spod ręki Alana Moore'a, ale myślę, że nie ma to już sensu, bo Kirkman bardzo się postarał, żeby zrobić opowieść odmienną od tego, co prezentowała Bestia z Northampton. Wpadłem w tę serię jak śliwka w kompot i nie mogę się doczekać następnych odsłon. Niby jesteśmy już niemal na półmetku, jeszcze sporo materiału przed nami, ale czyta się to wszystko tak dobrze i szybko, że nim się zorientujemy – wspomnicie wtedy moje słowa – będzie już koniec. I nie, nie ma, że boli, że to rozwlekłe i wielotomowe, że są tu teen dramy. Zaufajcie mi – musicie mieć „Invincible” na półce. 


czwartek, 13 lutego 2020

Coda. Tom 1. Spurrier/Bergara




Ledwie co po lekturze nowej odsłony „Sandmana” wspominałem, że nie znam żadnego z twórców, którzy pracują przy tej serii, a kilka tygodni później wpada mi w ręce autorskie dzieło jednego z nich. Nie powiem, żebym się nie ucieszył, w końcu Gaiman w posłowiu twierdził, że przy nowej wersji pracują najlepsi ludzie z branży. Sprawdzenie ile warte jest pisanie Simona Spurriera, wydawało się więc dobrym pomysłem.

Zacznijmy od tego, że mamy tu nietypowe pożenienie dwóch ogranych schematów. W komiksie „Coda” bardzo udanie połączono typową opowieści fantasy z konwencją post-apo – mamy tu fantastyczne uniwersum, które dotknął globalny kataklizm i została w nim w większości zniszczona wszelka magia. Świat tu przedstawiony jest więc dobrze znany każdemu szanującemu się nerdowi i łatwo w niego wejść, ale zarazem jest w nim też pewna świeżość i nieprzewidywalność. Przyznam szczerze, że ja nigdy nie spotkałem się z taką kombinacją i jako fanowi komiksowego fantasy (pewnie nie pamiętacie, bo już kilka razy o tym pisałem, że wolę komiksy z tego gatunku od powieści) i post-apo bardzo mi się ten pomysł spodobał i kupuję go z całym dobrodziejstwem inwentarza.




Fabularnie komiks też nie wypada źle, ale na razie wszystko jest tylko błyskotliwym pomysłem i opowieść nie zostaje należycie rozwinięta. Mam wrażenie, że to tylko typowo rzemieślnicza robota i uważam, iż Gaiman przesadził, mówiąc o tym autorze jako o jednym z najlepszych w branży. Wszak „Coda” to jego autorskie dzieło, a nie franczyza. Ludzie jak Brubaker czy Aaron, gdy nie goni ich nikt z korpo (bo z rzeczami licencjonowanymi dla dużych graczy różnie w ich wykonaniu bywa), mają nam do zaoferowania niewymiernie lepsze serie.

Z rysunkami jest nieco inaczej. Odpowiedzialny jest za nie Urugwajczyk Matias Bergara. To zdolna bestia, która wybitnie odnalazła się w tej nietypowej konwencji fantasy/post-apo. Proponowane przez niego postacie są semi-realistyczne, co świetnie pasuje do opowiedzianej tu historii, a obrazowane potyczki toczone przez głównego bohatera pełne dynamizmu. Warsztat Bergara charakteryzuje też świetne kadrowanie i niebanalne kompozycje plansz. Kolory nałożył niejaki Michael Doig i są na maksa oczojebne i neonowe, ale przy tym jakimś cudem nie popadają w totalny kicz. Są tak oryginalne, że nie znajduję w pamięci nic, do czego mógłbym je porównać. Ubrane w te barwy rysunki Bergara zyskują na oryginalności i jeśli miałbym wskazać największa zaletę tego albumu, to byłaby nim właśnie warstwa plastyczna, z tymi nietypowymi kolorami na czele.



Nie zostałem wielkim fanem tego komiksu, ale podobał mi się. Co prawda umiarkowanie, ale wciąż podobał. Chętnie dam szansę drugiemu tomowi, bo jestem ciekaw, jak rozwinie się ta opowieść. Interesuje mnie też czy może faktycznie Spurriera jest taki dobry, jak twierdził Gaiman i czy pokaże jeszcze rogi w następnych odsłonach, serwując coś co wykroczy poza przeciętność. Mocno na to liczę, bo historia zaprezentowana w pierwszej części na pewno ma potencjał do stania się czymś bardzo interesującym. Rysunki i pomysł są znakomite. Teraz trzeba tu już tylko scenarzysty z jajami i nieprzeciętnym talentem. 

Miasto Wyrzutków. Tom 1: Mężczyzna, który gromadził rupiecie. Lambert.




Jacques Peupiler to prywatny detektyw odnajdujący zaginione przedmioty i kawał harpagana. Tak się składa, że posiada bardzo przydatną w swoim fachu umiejętność – mianowicie umie rozmawiać z martwymi rzeczami takimi jak radia, kubki do kawy czy bilbordy reklamowe. Tak, wszystko wkoło do niego mówi. Owszem, zdaję sobie sprawę, że może to brzmi nieco niedorzecznie, ale fabuła ogólnie trzyma się kupy i ten zabieg fabularny uważam za trafiony, bo najzwyczajniej urozmaica dość sztampową historię detektywistyczną. Pewnego dnia główny bohater dostaje niecodzienne jak na siebie zadanie odnalezienie córki pewnej dużej szychy. Dziewczyna prawdopodobnie została porwana i znajduje się w złych rekach. Peupiler rusza jej tropem.

„Miasto wyrzutków” to do bólu urbanistyczny komiks. Najlepiej opiszę jego zwartość, klasyfikując go jako neonoir, a do tego to ten rodzaj opowieści, w którym ważnym bohaterem po jest właśnie miasto, które siłą rzeczy staje się niemym (Ha! Nie do końca. Wszak przedmioty mówią do Jaquesa) narratorem tej opowieści. Wszystko wyszło tak sprawnie, że nie boję się porównać tego albumu do dzieł Franka Millera, który bardzo podobnie traktuje metropolie w swoich komiksach, często oddając jej najczarniejsze zakamarki bardzo drobiazgowo. Jeśli więc szukacie dobrego, mocnego czarnego kryminału to w „Miasto wyrzutków” walcie jak w dym.



Rysunek w tym albumie to dość nowoczesna robota, charakterystyczna dla dzisiejszego komiksu niezależnego. To jednak cały czas przyzwoite rzemiosło, żadna amatorka i trzeba przyznać, że nie rzuciło autora w jakieś niestrawne artystyczne rejony. Jego styl przede wszystkim świetnie nadaje się do opowiedzenia historii, którą nam zaprezentował. Owszem, rysunek może być niestrawny dla fanów realistycznej kreski, bo bliżej mu do obskurwiałego undergroundu niż do Thorgala, ale reszta powinna czuć się ukontentowana. Jeśli zostałbym przyparty do muru i miał do czegoś porównać kreskę Juliena Lamberta, to powiedziałbym, że jego prace to połączenie Scotta Pilgrima z twórczością Franka Millera. Kolory zostały położone komputerowo, ale na tyle umiejętnie, że nie kaleczą tego dzieła, które jest dostatecznie mroczne. To rzecz stworzona z bardzo dobrym wyczuciem, stylowa a gdzie trzeba należycie groteskowa.



Przyznam szczerze, sięgnięcie po ten komiks po „X-Menach” Jima Lee było dobrym pomysłem. Odpocząłem od siermiężnego najtisowego mainstreamu i muszę przyznać, że jestem bardzo zadowolony z lektury. Jedynym moim problemem jest to, że nie wydano całości naraz. Komiks bowiem został podzielony na dwa tomy i mimo domknięcia niektórych wątków pozostaliśmy z otwartą historią. Pewnikiem do premiery drugiej odsłony zapomnę wszystko, co się w tej części wydarzyło. No cóż, podobało mi się na tyle, że przy premierze następnego tomu chętnie powtórzę pierwszy.