czwartek, 24 maja 2018

Towarzysze Zmierzchu. Bourgeon

 Egmont wznowił niedawno znakomity album "Towarzysze Zmierzchu". Z tej okazji powtarzam tekst, który napisałem o tym komiksie 9 (!!!) lat temu. Jestem trochę zdziwiony jego jakością, bo to jedna z pierwszych recenzji które w ogóle napisałem. Tekst przeszedł jedynie lekką korektę i prezentuję go Wam w niemal niezmienionej formie.

Pan Bourgeon, z zawodu wyuczonego witrażysta, mający w zwyczaju budowanie makiet co ważniejszych budowli które rysuje, serwuje nam historie niemającą nic wspólnego z komiksami do których przyzwyczaił mnie typowy historyczno/fantastyczny nurt europejski (dziś już jest trochę inaczej, bo wyszły u nas serie pokroju „Wież Bois-Maury” które maja z „Towarzyszami” sporo wspólnego – dopisał Krzysztof 9 lat później). Ta piekielnie ciężka w odbiorze trylogia zdecydowanie wykracza po za ramy typowej opowieści obrazkowej. Nie ma tu skrótów, nie ma też odwrotnej sytuacji czyli przerostu treści nad rysunkiem, jest za to - w szczytowych momentach - misternie sklecona intryga z postaciami z krwi i kości, wraz z ich małostkami i pragnieniami na czele.

''War, war never changes''. Równie dobrze od tych słów mógłby się zaczynać każdy z tomów tej opowieści... ale zaczyna się od : 'Powiadają, że trwała sto lat... Nie różniła się niczym specjalnym od poprzedniej. Ani tej która nastąpi po niej''. W pierwszej opowieści, na dość mglistym tle zawieruchy wojny stuletniej, Bourgeon przedstawia trzech bohaterów: oszpeconego rycerza (skądinąd przedstawionego jako zbrodniarza wojennego), tchórzliwego wieśniaka Aniceta i młodą dziewczynę imieniem Mariotte. Zbieg okoliczności, a może raczej przeznaczenie przeplotło ich drogi w tej z pozoru po macoszemu nakreślonej we wstępie rzeczywistości, a potem wpycha nas w oniryczny, zaludniony mitycznymi stworzeniami świat sennych majaków rycerza, które udzielają się całej kompanii. 



Rysunek z pozoru wydaje się klasyczny, z narracją jest jednak zupełnie inaczej. Już w drugim albumie widzimy bezkompromisowość i brak chęci do brania jeńców spośród czytelników. Twórca nam samym każe układać historie w całość, mieszając retrospekcje z bieżącą akcją. Jednak nie leci w samopas, bowiem puzzle pod koniec się zazębiają, z przyjemnością cofamy się kilkadziesiąt kartek w tył i czytamy tą historie jeszcze raz. Potem następuje nieoczekiwane. Cały tryptyk wieńczy, monumentalny czteroczęściowy ''Ostatni śpiew Malaterreów''. Opowieść ta, jak słusznie sugeruje mesje Szyłak w swojej recenzji na Gildii Komiksu, powinna być podawana w oderwaniu od pierwszych epizodów. Burgeon poszerza galerie postaci, rezygnuje w dużej mierze z onirycznego fantasy na rzecz rozbudowanej dworskiej intrygi. Zaskakuje mnogością wątków, brawurowym rysunkiem architektury (nierzadko na całą plansze), wulgarnością średniowiecznej mieszczańskiej rzeczywistości i przede wszystkim dużo poważniejszą treścią.

Komiks Bourgeona jest cyniczny i z pozoru obdarty z pozytywnych postaci. Jednak szybko zgnilizna świata przedstawionego przerasta nieciekawe charaktery głównych bohaterów. Do tego wychodzi na jaw przeszłość oszpeconego rycerza, nieuchronna przyszłość, wreszcie wychodzą na wierzch intencje i pragnienia wszystkich postaci. Wielu recenzentów twierdzi że wojny w tym komiksie nie ma. Nieprawda. Mimo że nie dotykamy jej może dosłownie, to cały czas nad komiksem wisi apokaliptyczna, specyficzna atmosfera zniszczenia i beznadziei.


W posłowiu do owego komiksu Wojciech Birek wskazuje jego pokrewieństwo z ''Imię Róży'' Umberto Eco. Jest w tym trochę prawdy, ale mi ten komiks bardziej kojarzył się z ''Siódmą pieczęcią'' Bergmana. Z tym że... Pewnie was zdziwię, ale w przypadku ''Towarzyszy zmierzchu'' mamy do czynienia, może z mniej uniwersalnym i mniej filozoficznym ale za to dużo cięższym w odbiorze tworem. Już tylko biorąc pod uwagę poziom nawarstwienia brutalności i seksu czyni ''Siódmą pieczęć'' przy ''Towarzyszach...'' filmem familijnym.

czwartek, 17 maja 2018

Corto Maltese. Na Syberii. Tom 6



Przygodę z Corto Maltese Pratt rozpoczął od stworzenia pełnometrażowego albumu, kultowej i nagradzanej „Opowieści Słonych Wód”, ale potem przez dłuższy czas w ramach tego cyklu opowiadał tylko krótkie historie. Szósty tom zatytułowany „Na Syberii” to jego powrót do tworzenia pełnometrażowych scenariuszy. Komiks ten to rozrysowana na 100 stron wielowątkowa, pełna zwrotów akcji historia, która pokazuje, że Pratt radzi sobie świetnie z dłuższymi formami.

Akcja rozpoczyna się w Hong Kongu, gdzie Corto zostaje zatrudniony przez tajną organizację zwaną Czerwonymi Latarniami. Jego zadaniem będzie polegać na przejęciu carskiego złota transportowanego pociągiem na mroźnej Syberii szarpanej przez konflikty zbrojne. W owym czasie w tym regionie obecne były różne nacje: Japończycy, Rosjanie, Amerykanie, Chińczycy i Mongołowie, i wszystkie odegrają jakąś rolę na kartach tego komiksu. Jak to zwykle u Pratta bywa Corto pozna również autentyczne postacie historyczne. Najważniejszą w tym tomie jest słynny dowódca Azjatyckiej Dywizji Konnej Baron Roman Ungern von Sternberg, na poły szalony mistyk uważający się za wcielenie Czyngis-chana, na poły zbrodniarz wojenny, który marzy o zbudowaniu imperium Mongolskiego. Gdzieś w tle przemknie również dawno niewidziana drugoplanowa postać tej serii – Rasputin, który na kartach komiksu Pratta został całoetatowym, chadzającym własnymi ścieżkami awanturnikiem, więc jego losy przecinają się nieraz z przygodami Corto. 



Rysunki Pratta są znakomite i nie pozostawiają mi złudzeń – to jeden z Bogów komiksu. Swobodne, pozornie lekko niedbałe, gdzie trzeba świetnie uzupełnione czernią, bądź gęstszą kreską wyglądają jak żywcem wyciągnięte z jakiegoś brulionu podróżnika i znakomicie obrazują awanturniczą treść przygód Corto. Warto wspomnieć, że Pratt miał ogromny wpływ na historię komiksu, i echa jego grafik pobrzmiewają w warsztacie Franka Millera czy Mike'a Mignoli.

Album ten ukazał się już kiedyś w naszym kraju. Tym razem dostajemy wersję koloryzowaną, bo trzeba pamiętać, że opowieści o Corto w oryginale były tworzone w czerni i bieli. Mimo iż początkowo utyskiwałem na te z pozoru „niepotrzebne” barwy, to po pewnym czasie przekonałem się do nich. Teraz już nie mam zastrzeżeń. Kolorowe wydanie „Na Syberii” prezentuje się oszałamiająco – stroje i mundury z epoki w barwach przedstawiają się znakomicie i przyznam, że nie już nie wymieniłbym tego komiksu na czarno-białą edycję.

Bodaj jedynym minusem wydania Egmontu pozostaje brak wstępów, a o ile pamiętam to ten do pierwszego wydania tego tomu był szczególnie interesujący, bo obszernie opisywał losy Barona Romana von Ungerna-Sternberga, które swoją drogą są jeszcze ciekawsze niż to co przedstawił Pratt w swoim komiksie. 



Od wielu lat jestem fanem tej serii, dlatego niezmiernie cieszy mnie, że w końcu dane nam jest przeczytać ją w całości. To żelazna klasyka, która zestarzała się bardzo szlachetnie, a do tego Pratt bardzo dobrze się rozwijał i z tomu na tom staje się coraz bieglejszy w opowiadaniu za pomocą komiksu. Czytałem zbliżające się tomy w pierwszych wydaniach i zapewniam, że to co najlepsze jeszcze przed nami.

Blacksad. Czerwona dusza. Tom 3



Przygotujcie sobie szklaneczkę dobrej whiskey, puśćcie jakiś dobry dark jazz. Egmont ma dla Was coś specjalnego – trzeci tom jednej z najciekawszych serii noir jakie widział świat komiksu: „Blacksad. Czerwona Dusza”.

„Blacksad” co prawda na jednym poziomie jest wzorcowym czarnym kryminałem, ale na drugim bardzo nietypowym przedstawicielem tego gatunku. Jego unikalność uderza w czytelnika już przy pobieżnym kartkowaniu – oto świat przełomu lat 40 i 50 zaludniony przez narysowane realistyczną kreską humanoidalne zwierzęta. Głównym bohaterem jest oczywiście prywatny detektyw – czarny kot John Blacksad, który przeżywa w tym nietypowym uniwersum przygody godne Philipa Marlowe'a. Dodatkowo, pisarz Juana Diaz Canalesa odważnie wychodzi poza ramy gatunku, chcąc opowiadać o czymś więcej niż tylko zagadki kryminalne, przez co draki w które wplątuje bohatera często mają kontekst antyrasistowski. Co więcej wychodzi mu to bardzo nienachalnie, bo biorąc pod uwagę to, że wszystko dzieje się w świecie zaludnionym przez różne gatunki zwierząt, historia ta ma bardzo duży potencjał do opowiadania o konfliktach mających źródło w odmienności. 



W tomie „Czerwona Dusza” scenarzysta zagrał jeszcze odważniej. Fabuła kręci się wokół „polowań na czarownice” epoki Makkartyzmu, i problemu związanego z energią jądrową, przez co jeszcze wyraźniej autor odnosi do ważkich tematów i historii stanów zjednoczonych. Ktoś dokonuje morderstw wśród grupy komunistów (głównie naukowców i artystów) związanych z popularyzacją – mimo świadomości idącego wraz z nimi zagrożenia - elektrowni atomowych i naszemu bohaterowi przyjdzie rozwiązać tą zagadkę. Mimo upolitycznienia fabuły są tu oczywiście obecne wszelkie szablony charakterystyczne dla noir, łącznie z piękną damą w opałach.

Znakiem rozpoznawczym tej serii są wybitne rysunki autorstwa Juanjo Guarnido. Jak już wspomniałem, bohaterami komiksu są humanoidalne zwierzęta, ale od innych opowieści obrazkowych z animorfami w roli głównej odróżnia ją to, że narysowana jest do bólu realistyczną - wręcz hiperrealistyczną – kreską. Ten nietypowy zabieg staje się więc główną cechą rozpoznawczą tej serii, grubą linią oddzielając się od wszystkiego co zostało powiedziane w tym temacie. Postacie Guarnido w większości nie są śmiesznymi zwierzątkami, to szczerzące kły wilki, smukłe koty, postawne niedźwiedzie i szczwane lisy. Co znamienne, bardzo dobrze udaje mu się samym rysunkiem oddać charakter cechujący danych bohaterów. Również tła, na których ożywa Ameryka pierwszej połowy XX wieku są oddane z wielką dbałością o szczegóły, co sprawia, że świat przedstawiony w tym komiksie jest bardzo autentyczny i tętniący życiem. 



Jeśli chodzi o nagrody to cykl o Blacksadzie otrzymał niemal wszystkie znaczące. Ma na koncie zarówno statuetki Angoulême jak i nagrody Eisnera. To już słynna i uznana seria, więc recenzentowi pozostaje jedynie przyklaskiwać wszelkim wyróżnieniom i zapewnić czytelnika, że warto ten komiks postawić na półce obok takich klasyków jak „Sin City” Franka Millera.

poniedziałek, 14 maja 2018

BBPO Plaga żab tom 1


Na półki księgarskie trafił kolejny tom opowiadający o dziejach organizacji znanej jako Biuro Badań Paranormalnych i Obrony. To instytucja znana z kart komiksów o Hellboyu, ale cykl o jej losach jest serią poboczną i cechuje go to, że Piekielny Chłopiec niemal w nim nie występuje. Tom pierwszy (BBPO 1946-1948) opisywał nam czasy nim bohater wkroczył do akcji. „Plaga żab” skupia się na wydarzeniach po tym jak opuścił organizację.

Seria o Hellboyu miała bardzo bogate i dobrze zarysowane tło, więc nic dziwnego, że po pewnym czasie postanowiono je eksploatować. Motyw odejścia Piekielnego Chłopca jest dobrze ograny od strony fabularnej, bo jego rezygnacja z pełnienia funkcji pozostawia dużą pustkę w organizacji. Tak więc jej członkowie będą musieli mierzyć się nie tylko z demonami i potworami a z brakiem lidera, podupadającymi moralami i utratą dobrego przyjaciela.

Pod nieobecność Hellboya głównymi bohaterami tej serii stają się inni agenci: Abe Sapien, rybo-człowiek i najlepszy przyjaciel piekielnego chłopca, golem Roger, który w jednym z regularnych tomów został odkryty w Rumunii, Liz Sherman posiadająca trudne do okiełznania umiejętności pirokinetyczne, Johann Kraus czyli silne medium które po wyjściu z ciała utraciło swoją materialną powłokę, oraz doktor Kate Corrigan, specjalistka w dziedzinie folkloru i okultyzmu.

Zbiorek ten na początku serwuje nam kilka krótkich, niezobowiązujących opowieści, będących niejako wstępem do dłuższej historii, mając na celu pogłębić nieco psychologię postaci, skupić na elementach na które nie było miejsca w regularnej serii i przygotować nas nadchodzące wydarzenia. Odcinki te są stworzone przez sztab zdolnych twórców pracujących pod okiem Mignoli. Potem fabuła przechodzi do spirytus movens tego tomu, czyli tytułowej „Plagi żab”. Krótkie opowieści są niezłe, ale nie spowodowały, że moje serce zabiło szybciej. Dopiero dłuższa historia (pisana przez samego Mignolę i ilustrowana przez Guya Davisa), która zapewne będzie się rozwijać w następnych tomach, wysadziła mnie z butów i przekonała, że seria ta jest czymś znacznie lepszym niż nastawionym na odcinanie kuponów i dojenie kieszeni fanów rzemieślniczo wykonanym towarem. Mamy tu pełnokrwiste, świetnie napisane postacie, fabułę bardzo dobrze nawiązującą do głównego cyklu, znakomite rysunki i bardzo przekonująco kreowany świat. 



Serie poboczne mają to do siebie, że są zazwyczaj gorsze od głównego cyklu. BBPO udowadnia, że wcale nie musi tak być, bo zaserwowano nam pierwszoligowy materiał, którego lektura sprawie wielką satysfakcję. Czuć w nim, że Mignola dobrze pilnował swojej spuścizny i znakomicie pogrywa z otwartymi w głównej serii wątkami. Opowieści te nie tylko umilają oczekiwanie na kolejną polską premierę następnego tomu Piekielnego Chłopca, ale same stanowią genialne historie, których za nic nie powinniście przegapić. Zdecydowanie zasługują na to żeby postawić je obok Hellboya.

Transmetropolitan. Tom 1. Warren Ellis




Warren Ellis (proszę nie mylić z nazywającym się tak samo muzykiem współpracującym z Nickiem Cave'm) na zachodzie jest dość cenionym scenarzystą, ale mam wrażenie, że w naszym kraju stosunkowo mało popularnym. Ukazało się u nas sporo jego komiksów, ale nigdy nie osiągnął statusu jakim cieszą się Neil Gaiman, Alan Moore czy Garth Ennis. Dodatkowo miał pecha, bo większość rozpoczętych serii zostało niedokończonych. Ten los spotkał między innymi jego najsłynniejsze dzieło, pisane w ramach linii Vertigo „Transmetropolitan”, które zaczęła ponad dekadę temu wydawać u nas Mandragora. Obecnie serię przejął Egmont, prezentuje ją od początku, i prawdopodobnie w końcu przeczytamy ją w całości po polsku.

Dzieło Ellisa jest nietypowym komiksem. Głównie dlatego, że jego bohaterem nie jest żaden heros, a niepokorny, szalony i wpływowy dziennikarz zajmujący się zarówno tematyką społeczną jak i polityczną – Pająk Jeruzalem. Autor wrzucił swoją postać, ewidentnie inspirowaną słynnym, kontrkulturowym publicystą Hunterem S. Thompsonem, w etniczny tygiel cyberpunkowego, futurystycznego miasta niedalekiej przyszłości. To na tym samym poziomie komiks komediowy, science fiction co rozbudowany graficzny esej. Losy Pająka Jeruzalema i tematy którymi zajmuje się w swojej pracy stają się dla Ellisa pretekstem do przyglądania się społeczeństwu, światu mediów i ludziom zmagającym się z postmodernistyczną rzeczywistością. Mimo iż zeszyty które zbiera ten album powstawały w drugiej połowie lat 90. to dalej są materiałem bardzo świeżym, odnoszącymi się zarówno do naszej codzienności jak i zagrożeń jakie niesie przed sobą stechnologizowana przyszłość.



Ellis bardzo dobrze rozumie język komiksu, a ze względu na tematykę opowieści może sięgać po różne metody opowiadania swojej historii. Na największą uwagę zasługują fragmenty wystylizowane na artykuły pisane przez Jeruzalema. Nie są to nudne bloki tekstu, bo zostały bardzo sprawnie urozmaicone grafikami – równoważą się tu proporcje między opowiadaniem obrazem a narracją literacką. Co znamienne elementy te eksponują publicystyczny (a wtedy jeszcze nie tak chętnie jak dziś eksploatowany) potencjał jaki kryje się w komiksowym medium. Nawet z perspektywy czasu „Transmetropolitan” jest więc dziełem urozmaiconym i interesującym od strony formalnej. 



Rysownicy pracujący przy tej serii (Darick Robertson i Rodney Ramos) nie są wybitnymi twórcami, niemniej bardzo ładnie udało im się ukazać cyberpunkową, pełną intensywnych barw i tętniącą życiem metropolię w której żyje Pająk i sprawnie zilustrować narracyjne zachcianki Ellisa.

„Transmetropolitan” nie jest arcydziełem, ale to przyzwoita rozrywka, do tego bogata w przesłania, pochylająca się nad społeczeństwem i dumająca nad kondycją cywilizacji. Komiks ten nie sprawił, że stałem się wielkim fanem Ellisa, ale muszę przyznać, że opowieść bardzo ładnie się rozkręca i pewnikiem autor ma w rękawie jeszcze jakieś asy. Chętnie będę obserwował jak je zagrywa.

Punisher Max tom 4 Garth Ennis


Garth Ennis jest w naszym kraju jednym z najpopularniejszych anglosaskich scenarzystów. Irlandczyk słynie z niewybrednego, często rynsztokowego humoru, ale przy tym konstruuje bardzo dobre fabuły. Pisząc Punishera odrobił prace domową, przestał się zgrywać i wysmażył znakomite opowieści, które mocno odstają od tego co prezentował przykładowo w sztandarowym dla swojej twórczości „Kaznodziei”.

Frank Castle znany również jako Punisher to były żołnierz, którego rodzina została przypadkowo zlikwidowana przez mafię. Bohater poprzysiągł zemstę i od tamtego czasu i na własną rękę walczy z przestępczością. Przez lata nieuchwytny stał się miejską legendą budzącą grozę we wszelkiej maści bandziorach. Co istotne Ennis nie gmerał w mitologii Punishera i nie uczynił go (jak to kilka razy miało miejsce) byłym policjantem. Pozostawił go weteranem z Wietnamu, co sprawia, że jego rys psychologiczny pozostaje taki jak w klasycznych historiach.



Czuć, że Ennis jest fanem Punishera, i podchodzi do pisania tych opowieści z dużym szacunkiem. Powstrzymuje się od swoich głupawych żartów tak skutecznie, że tym razem w całym tomie nie znajdziemy nic śmiesznego. Ta odsłona to dwie pełnokrwiste sensacyjne historie. Z pośród innych opowieści o Punisherze wyróżniają się tym, że ważną rolę odgrywają w nich kobiety. W pierwszej historii, wraz z pewną dzielną agentką będzie ścigał rosyjskiego zbrodniarza wojennego zwanego Człowiekiem z Kamienia. W drugiej przyjdzie mu się zmierzyć z wdowami po mafijnych żołnierzach, które planują na nim zemstę za zabicie ich mężów.

Najgorzej z całego albumu prezentuje się warstwa graficzna. Nie to żeby Leandro Fernandez i Lan Medina byli złymi rzemieślnikami, ale ich prace, przynajmniej pod komputerowymi kolorami (zawarte na ostatnich stronach szkice wyraźnie sugerują, że ich rysunki znacznie lepiej wyglądają saute), nie wypadają najlepiej. Takie jednak mamy czasy, że na komiksy głównego nurtu nakłada się cyfrowe barwy i moje marudzenie nic nie zmieni. 



Przyznam, że jestem fanem Punishera od najmłodszych lat, przez co bardzo dużo wymagam od albumów o jego przygodach. Ennis już raz mnie zawiódł, pisząc miniserię „Witaj w domu Frank”, którą stworzył w charakterystycznym dla siebie śmieszkowatym stylu. Na szczęście obecnie prezentowane historie to osobny ciąg zeszytów, pochodzący z Marvelowskiego imprintu Max i ich charakter różni się od tamtej opowieści. Zawarte w tym tomie scenariusze są bardzo solidnie napisane i całą serię z ręką na sercu mogę polecić nie tylko fanom Ennisa, a każdemu kto chciałby przeczytać dobry komiks sensacyjny. O miłośnikach Punishera nawet nie wspominam, bo zapewne domyślają się, że dla nich to lektura obowiązkowa.

Książę Nocy 1-3 Yves Swolfs



Obcując z twórczością Yvesa Swolfsa nie trudno dostrzec, że autor ten jest zapalonym kinomanem. Nietypowym, bo rozkochanym w pulpowych, b-klasowych filmach, przy tym odważnie naśladującym je, i tworzącym swoje (nazwijmy to umownie) komiksowe sny o kinie. To imitacje, preparowane niemal na tej samej zasadzie co włoskie podróbki amerykańskich gatunków filmowych, które popularne były w latach 60 i 70.

W swojej pierwszej serii, westernowym cyklu „Durango” autor zabierał czytelników do świata przypominającego spaghetti westerny. Natomiast w „Księciu Nocy” odwołuje się do wampirzych filmów ze stajni brytyjskiej wytwórni Hammer Film Productions. Dodatkowo Swolfs wszystko okrasza pewną dawką krwi i golizny, której filmowe pierwowzory nie mogły jeszcze oferować ze względu na cenzurę. Można powiedzieć, że nieco podkręca nurt do którego się odnosi, czyniąc go bardziej atrakcyjnym dla współczesnego odbiorcy. Przy tym wszystkim jego twórczość utrzymana jest w ramach frankofońskiego stylu zerowego, którego cechami rozpoznawczymi są: realistyczna, dokładna kreska zachowująca proporcje ciała rysowanych postaci, grzeczna, czytelna narracja (acz akurat z tym Swolfs lubi sobie pofolgować i efektownie komponować kadry na planszach) i niezbyt wymyślne kadrowanie. Mając w pamięci pierwsze części „Durango” trzeba zauważyć, że autor przez lata poczynił postępy, skutecznie rozwijał swój warsztat, i obecnie uznawany jest już za tuza w swojej klasie. Albumy o „Księciu Nocy” potwierdzają jego status. 



Swolfs jest bardzo przekonywający w tym co robi i zapewniam, że stworzył świat do którego miłośnicy starej szkoły horrorowego kina będą chcieli wracać. Niemniej, czyni to też z jego dzieła komiks o bardzo sprecyzowanym targecie: chętnie sięgną po niego zarówno miłośnicy klasycznego komiksu europejskiego jak i kinomani zakochani w gotyckich horrorach. Innych czytelników ta seria może niestety wynudzić. Dzieło Swolfsa nie jest bowiem arcydziełem, to tylko przyzwoita rzemieślnicza robota.

Komiksy z serii „Książę Nocy” ukazały się już kiedyś na naszym rynku, i niniejsza recenzja dotyczy wznowienia, które zainicjowane zostało całkiem sprawnym, wcześniej nie publikowanym prequelem stworzonym w 2015 roku. Do tej pory ukazały się trzy tomy nowego wydania – prócz prequela wszystkie zbierają po dwie części serii. Ostatnia odsłona pojawi się w lipcu. Sam poznaję te opowieści po raz pierwszy i przyznam, że jako iż jestem wielkim miłośnikiem brytyjskiego kina grozy, a i komiksami z rynku frankofońskiego nie gardzę, to z niecierpliwością czekam na finał.