wtorek, 10 września 2019

Kapitan Ameryka. Tom 1. Zimowy Żołnierz. Ed Brubaker




Skończyły się wakacje, ale ja jeszcze nie pożegnałem się z komiksami Marvela i zapewne o czymś od czasu do czasu Wam napiszę, bo wychodzi tego u nas sporo, a moja ciekawość co do mainstreamu jeszcze nie została zaspokojona. Dziś przypatrzymy się „Kapitanowi Ameryce”, tomowi „Zimowy Żołnierz” pisanemu przez jednego z moich ulubionych anglosaskich scenarzystów: Eda Brubakera. To bardzo ceniony i nagradzany autor. Na naszym rynku możecie poczytać całkiem dużo jego dzieł. Ja od siebie polecam najbardziej serię „Criminal”, która obecnie wydaje Mucha.

Wróćmy jednak do Marvela. „Zimowy Żołnierz” to całkiem dojrzała powieść graficzna, którą można czytać z powodzeniem, nie znając innych komiksów o Kapitanie Ameryce. Główna linia fabularna opowiada o zdobyciu przez pewnego rosyjskiego dowódcę kosmicznej kostki, artefaktu równie potężnego co niebezpiecznego. Drugim ważnym wątkiem jest intryga o tytułowym Zimowym Żołnierzu, której idei Wam nie zdradzę, acz pewnie wiecie już o co w niej chodzi jeśli znacie film. I tu podkreślę – nawet jeśli widzieliście ekranizację, to powinniście sięgnąć po komiks, bo przedstawia opowieść znacznie lepiej i głębiej. Poza tym Brubaker kładzie duży nacisk na portrety psychologiczne swych postaci, a tego zdecydowanie zabrakło w kinie. 



Lubię Kapitana Amerykę, ale nie będę zgrywał speca od jego przygód i szczerze przyznam, że trudno mi stwierdzić jak ten run wypada na tle innych komiksów o legendarnym superżołnierzu. Mimo iż nie znam kontekstu, wyczytuję z treści, że Brubaker mocno miesza w mitologii tej postaci. Co istotne, nie ma tu nadęcia, którego można byłoby się spodziewać po opowieści traktującej o facecie, który jest symbolem amerykańskiego patriotyzmu. Teraz czytałem „Żołnierza” drugi raz (pierwszy raz wyszedł u nas w ramach WKKM) i powiem szczerze, że obecnie, gdy oczytałem się trochę w komiksach o kalesoniarzach, podobał mi się bardziej.

Rysunki do tego albumu są w całości wykonane komputerowo. Stali czytelnicy wiedzą, że ja nie cierpię cyfry. Te obrazki jednak akceptuję. Rysowników jest kilku i wszyscy nie wychylają się ponad poprawny rzemieślniczy poziom. Mnie najbardziej podobają się sekwencje obrazujące zdarzenia dziejące się w czasie II wojny, które rysuje lubiany przeze mnie Michael Lark, ale to ledwie ułamek całości i poza tym elementem daleko jest mi do zachwytu.



Na grudzień zapowiedziano już tom drugi „Kapitana Ameryki” według Brubakera. Będę zbierał tę serię i muszę przyznać, że według mnie autor radzi sobie w mainstreamowym komiksie znacznie lepiej niż inny mój ulubieniec, który kosi kasę od Marvela, czyli Jason Aaron. Jak wspomniałem, lubię Kapitana Amerykę, ale przyznam, że za tę sympatię w dużej mierze odpowiada właśnie run Brubakera. Niemniej przeczytałbym chętnie jakieś inne ważne opowieści z tą postacią (na półce mam chyba tylko „Kapitan Ameryka: Biały”). Muszę się chyba zainteresować tym co powychodziło u nas w ramach WKKM. Tymczasem Wam rekomenduję „Zimowego Żołnierza”. Salutuję i czekam do grudnia Kapitanie. 


sobota, 31 sierpnia 2019

Providence. Tom 1. Moore/Burrows




Niniejszy album to kolejny romans Alana Moore'a i Howarda Phillipsa Lovecrafta. O pierwszych komiksach Maga z Northampton inspirowanych prozą Samotnika z Providence pisałem tutaj: klik. Zupełnie mi się nie podobały, ale kiedyś, po pierwszej lekturze „Neonomiconu”, przeczytałem początkowe zeszyty „Providence” i zapamiętałem, że są lepsze. Sięgałem więc po ten komiks z pewnymi nadziejami, przekonany co do tego, iż tym razem zawód nie będzie taki srogi.

„Providence” to przyzwoity komiks, lepszy niż „Neonomicon”, ale już na wstępie dość wyraźnie zaznaczę, że do szczytowych osiągnięć Alana Moore'a mu daleko. Z racji dużej ilości literackich dodatków (przez które długo ten album męczyłem) miałem trochę wrażenie, że czytam dobrze opracowaną przygodę do systemu RPG „Zew Cthulhu”. To nie jest porównanie o negatywnym wydźwięku, ale sorrens, po Magu z Northampton oczekiwałem więcej niż rolejplejowej fabułki. Obcowałem tylko z pierwszą częścią z trzech, więc trudno mi ostatecznie ocenić ten komiks. Dobre wrażenia z lektury rozbudziły we mnie jednak chęć sięgnięcia po następne tomy. Niemniej nie będę miał już zbyt dużych oczekiwań i kurde balans, jestem nieco zawiedziony. To oczywiście nie jest zły komiks, ale podchodzenie z pewną zachowawczością do czegoś, co wyszło spod ręki najzdolniejszego scenarzysty w historii medium, jest trochę śmieszne. To nie dobrze obiecujący debiutant, tylko Bestia z Northampton. Ten komiks powinien wysadzać z butów, a nic takiego się nie dzieje. 



Moore twierdzi, że nie robił nigdy większego riserczu od tego do swojej nieszczęsnej serii komiksów osadzonych w uniwersum naznaczonym przez Lovecrafta. Szczerze powiem, że nie do końca to czuć. „Prosto z Piekła” osobiście traktuje z większą estymą i praca Moore'a nad nim sprawia wrażenie trudniejszej i co istotne bardziej udanej. Jeśli więc nie mieliście do tej pory styczności z jego utworami, to te spowinowacone z Lovecraftem omijajcie szerokim łukiem. Sięgnijcie po „Promethe” albo „Prosto z piekła”. Te komiksy te wywołują wśród czytelników wręcz szacunek do Moore'a i pozwalają docenić ogrom pracy, jaki został w nie włożony.

Rysunki Jacena Burrowsa wypadają odrobinę lepiej niż w przypadku „Neonomiconu”, ale dalej mi się nie podobają. O ile dobrze pamiętam, poprzednim razem określiłem jego rzemiosło jako rysunki zdolnego gimnazjalisty. Tu jest trochę lepiej, bo całkiem nieźle wychodzi mu starodawna architektura, wszelkie rekwizyty i dekoracje. Niemniej podsumowując warstwę plastyczną, ze smutkiem stwierdzam, że i tak jest spaskudzona jakimiś okropnymi komputerowymi kolorami, które pasują do atmosfery tej nasiąkniętej grozą opowieści jak chuj do czoła. 



Wielkim plusem jest fakt, iż polskie wydanie uzupełnione zostało o wstęp i leksykon nawiązań do Lovecrafta, które wyszły spod ręki Mateusza Kopacza. Elementy te świetnie uzupełniają album.

Nawet jakbym chciał, nie potrafię się zachwycać tą opowieścią i nic na to nie poradzę, bo to słabsza rzecz w dorobku Kudłatego. Komiksy Moore'a związane z HPL-em sprawiają wrażenie chałtury odbębnionej, żeby mieć na rachunki – gdzieś nawet czytałem, że Alan zrobił „Neonomicon”, bo musiał spłacić fiskusa. Nie wiem, czy to prawda, ale obcując z tą serią jestem skłonny w to uwierzyć. Już wolałbym, żeby zaczął brać tantiemy za ekranizacje swoich komiksów – bo wszak od lat odmawia ich przyjmowania. Jasne, jestem tylko zasmarkanym recenzentem szkalującym mistrza podczas brawurowej akcji obrabiania Waszych portfeli. Spoko, bardzo dobrze wiem, że moje słowa nic nie znaczą, przepadną w pomroce dziejów i jeśli jesteście komplecistami Moore'a (ja jestem i tych komiksów nie sprzedam), to czego bym nie napisał i tak kupicie te albumy, ale moim zdaniem nie postawicie ich na honorowej półce. 


sobota, 24 sierpnia 2019

Gotham Central. Tomy 1-4. Rucka/Brubaker/Lark/Gaudiano

Tekst pierwotnie ukazał się na łamach Artpapieru







W ostatnich latach zestawianie mainstreamowych serii komiksowych dla dorosłych z serialami produkowanymi przez HBO weszło na stałe do warsztatu recenzenta komiksowego. Owo porównanie, mimo że nadużywane, to często bywa niezwykle trafne. Idąc dalej tym tropem możemy pokusić się o stwierdzenie, że w kulturze amerykańskiej seriale zajęły dziś miejsce należne jeszcze niedawno komiksom dla dorosłych. Przełom, jaki nastąpił w zeszłej dekadzie w tym rodzaju telewizyjnej rozrywki, możemy  zestawić z przemianami, jakie dotknęły medium komiksowe w latach osiemdziesiątych. W opowieściach wywodzących się z nurtów zapoczątkowanych przez Vertigo, podobnie jak w przypadku współczesnych seriali, nie do końca chodziło o wartości artystyczne, a o opowiadanie rozbudowanych, wielowątkowych, dojrzałych historii. Jednak dzięki zatrudnieniu utalentowanych scenarzystów, którym pozostawiono dużą swobodę twórczą - tym samym pozwalając przekraczać granice związane z charakterystyczną dla obu mediów zaostrzoną cenzurą - wytworzyła się swoista nowa jakość. Skutkiem tego w obu dziedzinach, kojarzonych przecież z masową, niezobowiązującą rozrywką, zaczęły powstawać dzieła stricte autorskie. Rozpatrując sprawę na poziomie konstruowania tego typu cykli możemy nawet dojść do wniosku, że współczesnym serialom telewizyjnym bliżej jest do komiksów niż do filmów fabularnych. Zarówno w pierwszych jak i drugich wątek przewodni ciągnie się przez wiele odcinków, ale dramaturgia budowana jest w obrębie jednego epizodu.

W ubiegłym sezonie w amerykańskiej telewizji pojawił się cykl o Green Arrow - klasycznej komiksowej postaci z uniwersum DC. Marvel również nie pozostał bierny i wystartował z serialem  „Agenci T.A.R.C.Z.Y” nawiązującym do kinowego przeboju „Avengers”. Jako że na konwencję superhero jest dziś spora koniunktura, to sądzę, że niedługo takich produkcji zacznie pojawiać się znacznie więcej. Cieszy mnie to, bo format serialu telewizyjnego pozwala rozbudować fabułę i położyć nacisk na wiele aspektów, które w filmie kinowym muszą zostać pominięte. Wyobrażając sobie jak mógłby wyglądać idealny twór tego typu, warto zwrócić uwagę na tytuł stojący niejako pomiędzy tymi dwoma mediami, na komiksowy serial policyjny osadzony w uniwersum Batmana: "Gotham Central".

*

Opowieść o posterunku policji w mieście strzeżonym przez Batmana była autorskim pomysłem dwóch mistrzów współczesnego komiksu kryminalnego, Grega Rucki i Eda Brubakera. W branży to obecnie duże nazwiska. Obaj twórcy, ślepo wręcz zapatrzeni w noir, od lat tworzą - z jeden strony klasyczne, będące hołdem dla czarnego kryminału, z drugiej cały czas świeże - przekonujące historie w tym nurcie. Czterdziestoczęściową serię najprościej będzie opisać jako klasyczny serial kryminalny, na pierwszy rzut oka mający z komiksem superbohaterskim niewiele wspólnego. Jeśli jednak zaczniemy analizować jego odrębność przez pryzmat zastosowanych w nim konwencji i tego, co wynika z tego miszmaszu, stwierdzimy, że jest naprawdę ważnym i interesującym głosem w gatunku

Zwykli ludzie w uniwersach superbohaterskich są zazwyczaj biernymi, bezradnymi obserwatorami. Nawet przy próbach ich urealistycznienia - takich jak "Marvels" Kurta Busieka i Alexa Rose -  szarzy obywatele, zdający się grać pierwsze skrzypce, są tylko pryzmatem, przez który autorzy spoglądają na superherosów. Twórcy "Gotham Central" wycofali na dalszy plan nie tylko Batmana, ale również charakterystyczne postacie drugoplanowe, jak komisarz Gordon, pozostawiając nas z codziennością gothamskiego posterunku policji. Okres w którym dzieje się seria to czas przemian. Gordon - który zresztą jest ojcem chrzestnym jednostki, bo każdego z jej pracowników wybrał sam - odchodzi na emeryturę, Bullock został zdegradowany za niejasne kontakty ze światem przestępczym i zapija się na śmierć, zaufanie do Mrocznego Rycerza spada, a jego współpraca z policją nie układa się już tak dobrze jak kiedyś.




U samych podstaw pomysłu na serię leży ukazanie specyfiki pracy funkcjonariuszy w wielomilionowej metropolii. Może się wydawać, że łatwe jest życie policjanta w świecie, gdzie nad obywatelami czuwają superbohaterowie. W praktyce wszystko jednak wygląda inaczej. Warto pamiętać, że komiks zaczął powstawać zaledwie dwa lata po zamachach na World Trade Center i wydaje się, że może to być jednym z kluczy do odczytywania wydźwięku tych opowieści. Na pewnym poziomie "Gotham Central" jest bowiem hołdem dla anonimowych bohaterów, którzy codziennie bezinteresownie narażają życie. W czterdziestozeszytowej serii Człowiek Nietoperz pojawia się na zaledwie kilkudziesięciu panelach. Częściej obecny jest w rozmowach funkcjonariuszy - i co ciekawe, czasem wręcz zdaje się być źródłem ich problemów. Jedno z fundamentalnych dla komiksów z Batmanem pytań "co było pierwsze: Batman czy świry?" zadawane jest tu kilkakrotnie i to w tragicznych okolicznościach. Twórcy nie chcą dawać łatwych odpowiedzi, jednak nie pozostawiają złudzeń - pełnienie służby w mieście, gdzie po ulicach biegają zamaskowani psychopaci nie należy do przyjemności.  Już od pierwszych zeszytów serii jasne jest, że bohaterowie nie mają wielkiego wyboru i chcąc nie chcąc wchodzą zazwyczaj w sam środek piekła - w czasie rutynowej kontroli natykają się na ukrywającego się superzłoczyńcę, co kończy się tragicznie. Autorzy podkreślają tym samym, że Batman nie jest wszechmocny i wszechobecny. Nawet jego interwencje - choć wydają się nieraz niezbędne - mogą być dyskusyjne, bo zaniżają morale i umniejszają rolę odwalających brudną robotę funkcjonariuszy. Uczuciem często dotykającym gothamskich policjantów jest bezradność, frustracja i bezcelowość ich starań. Nawet jeśli Batman złapie Jokera (którego policjanci wystawili mu na tacy) i umieści w Arkham, to ten pewnikiem niedługo ucieknie i znów ucierpią niewinni. Jak trafnie ujęła sprawę jedna z postaci: "Wszyscy w wydziale wiedzą, że sprawiedliwość nie dosięga zamaskowanych świrów, którzy zabijają gliniarzy." Praca w tych warunkach jest niezwykle stresującym zajęciem, a do tego dochodzą - zdawałoby się prozaiczne, a jednak istotne, jeśli się nie jest ekscentrycznym milionerem - naciski przełożonych, kwestie finansowania jednostki, korupcja i problemy osobiste.

Jednym z najbardziej charakterystycznych wątków serii są losy policjantki o skłonnościach homoseksualnych, która próbuje ukrywać swoją orientację przed kolegami z pracy i rodziną. Tego typu kwestie społeczno-obyczajowe są co prawda tylko tematem pobocznym, jednak zostały też całkiem przekonująco nakreślone, dzięki czemu możemy obserwować, jak czynniki zewnętrzne wpływają na życie i pracę bohaterów. Ze względu na te elementy komiks doczekał się licznych porównań ze słynnym serialem policyjnym „Prawo ulicy”. Mimo iż przesadą byłoby twierdzenie, że „Gotham Central” faktycznie mu dorównuje, to chyba jest to najlepszy trop dla potencjalnego czytelnika, oba bowiem często pokazują pracę policji odartą z fajerwerków. Podobnie jak w „Prawie ulicy”, w komiksie często pojawiają się sceny przesłuchań i żmudnego śledztwa



Warto zaznaczyć, że urealnienie przybrało w tym komiksie specyficzną formę. Twórcy wiedzieli jaki wachlarz możliwości daje uniwersum Batmana i przedstawiają wiele interesujących aspektów, na których zarysowanie niekoniecznie jest miejsce w regularnych seriach sygnowanych znakiem nietoperza. Elementem powtarzającym się kilkakrotnie jest przykładowo specyficzny rynek kolekcjonerski - batrangi pojawiają się na Ebayu, dowody rzeczowe wypływają z policyjnych magazynów i lądują na nielegalnych aukcjach jako pamiątki po superłotrach. Dla scenarzystów interesującym motywem stał się również umiejscowiony na dachu jednostki bat-sygnał. Używanie go przez funkcjonariuszy jest odgórnie zakazane, oficjalne stanowisko policji uznaje Batmana za legendę miejską, a sam reflektor ma być rzekomo używany jako broń psychologiczna zaniżająca morale przestępców.

*

Ze względu na nawarstwienie drobnych, acz istotnych dla budowania świata przedstawionego w policyjnej historii części składowych, "Gotham Central" wniosło dużo do uniwersum Człowieka Nietoperza i pozwoliło inaczej patrzeć na jego mit. Jednak wbrew temu, co mówią niektórzy krytycy i czytelnicy, nie jest to najlepsza seria kryminalna ostatnich lat. Niemniej, Brubaker i Rucka stworzyli komiks ambitny i nie schlebiający gustom przeciętnego odbiorcy superbohaterskiej pulpy. Napisali komiks - co warte podkreślenia - jaki sami zapewne chcieliby przeczytać. Mimo pochwał krytyków i kilku środowiskowych nagród, seria nie była zbyt popularna w formacie zeszytowym i po czterdziestu odcinkach została zawieszona. Jednak wydania zbiorcze cieszą się sporym powodzeniem i "Gotham Central" uchodzi dziś za tytuł, który obowiązkowo musi się znaleźć na półce każdego miłośnika Batmana. To bardzo dobra pozycja i trzeba przyznać, że mimo kilku podobnych prób (jak komiksy o komisarzu Gordonie i dwie uznawane za protoplastów "Gotham Central" miniserie: "Sam i Twitch" oraz "Metropolis S.C.U") żaden superbohaterski komiks nie doczekał się lepszego policyjnego spin-offu.



czwartek, 15 sierpnia 2019

Infidel. Pichetshote/Campbell




Non Stop Comics raczy nas kolejną pozycją ze stajni Image. Tym razem padło na głośny horror napisany przez debiutującego Pornsaka Pichetshote'a (który jednak siedzi w komiksie od dawna, bo przez lata sprawował funkcję redaktora) i uznanego rysownika Aarona Campbella.

„Infidel” to historia o nawiedzonym domu, ale ostatecznie pomysł na fabułę jest dość oryginalny. Już na poziomie konceptu to rzecz wyróżniająca się, bo bohaterkami tej opowieści są dwie młode kobiety – Afroamerykanka i Amerykanka pakistańskiego pochodzenia. Elementem, który napędza nadprzyrodzone zjawiska pojawiające się w ich domu, jest nagromadzona w nim nietolerancja. Miejsce zamieszkiwane przez dziewczyny było bowiem niegdyś miejscem ataku terrorystycznego i persony rezydujące w nim są dręczone przez lęki i nieufność wobec ludzi o podejrzanym, egzotycznym pochodzeniu. Wszystko to sprawia, że zło się materializuje i ponownie dochodzi do tragedii.



Tworzenie komiksu grozy to bardzo trudna sprawa i na pewno „Infidel” wybija się ponad przeciętność. Album umiarkowanie mi się podobał, bo to przyzwoita robota, jednak jestem daleki od zachwytu, który pojawia się w opiniach o nim. Oczywiście doceniam przekucie wątków paranormalnych na mocno polityczny przekaz, znakomitą grę z poprawnością polityczną, ale poza tym niewiele mnie tutaj ruszyło. Wcale nie polubiłem bohaterów, nie utożsamiłem z nimi i nie wsiąkłem w ich psychikę, przez co ich losy mnie nie obeszły, a sam komiks zupełnie nie przestraszył. Na szczęście nie należę do tych, dla których poziom grozy jest wyznacznikiem tego, czy horror jest udany i przyznam, że doceniam ten album za inteligentne poprowadzenie z pozoru ogranych schematów. Czuć, że z Pichetshote'a mogą być jeszcze ludzie i chętnie przeczytam jego następne komiksy.



Bardzo podobają mi się rysunki Aarona Campbella i mimo iż jest to tylko rzemieślnicza robota to trudno nie docenić jego talentu. Przypominają nieco prace Seana Phillipsa, bo to podobna, realistyczna krecha znakomicie współgrająca z komputerowymi kolorami. Świetnie sprawdziłby się w „Hellblazerze”, zresztą komiks ten po pewnych modyfikacjach z powodzeniem mógłby być jedną z przygód Constantina. I tu znów pogłaskam „Infidel”, bo muszę przyznać, że to znacznie lepszy horrorek niż ukazujący się u nas hellblazerowy  run Azarello (za chwilkę sięgam po drugi tom i mam nadzieję to wszystko odszczekać).

„Infidel” jest często porównywany do słynnego w ostatnich latach filmu „Uciekaj!” i zdaje się, że obraz ten był dla twórców nie lada inspiracją, ale nie udało im się osiągnąć jego poziomu. Nie dziwi mnie jednak fakt doceniania tego albumu, bo rzadko w tym gatunku mamy do czynienia z czymś oryginalnym i komiks ten udowadnia, iż w horrorze jest jeszcze sporo do powiedzenia. Niecodzienne ujęcie tematyki jest niezaprzeczalną siłą „Infidel” i mimo mojego marudzenia zapewne chcielibyście po ten komiks sięgnąć – szczególnie jeśli cenicie ambitną grozę.


środa, 31 lipca 2019

BBPO. Piekło na Ziemi. Tom 2.




Niedawno cykl „BBPO” zgarnął nagrodę Nowej Fantastyki za najlepszy komiks. Całkiem zasłużenie, bo swoim gatunku nie ma obecnie konkurencji na naszym rynku. Mimo iż jest to seria poboczna „Hellboya”, to nie czuć w niej ani grama wtórności. To rzecz zdecydowanie dorównująca jakościom flagowemu tytułowi Mignoli.

Pomysł jest prosty i znakomity. Gdy w którymś tomie Hellboy odszedł z Biura Badań Paranormalnych i Obrony, autor postanowił opowiadać dalej o losach tej organizacji. Nie czynił tego jednak na kartach głównej serii, a powołał osobny cykl, który poetyką zbliżony był bardziej do „Archiwum X” niż do Piekielnego Chłopca. Z czasem jednak opowieści o Biurze stały się bardziej epickie. Bohaterowie zaangażowali się w ratowanie świata i wielkie bitwy z Lovecraftowskimi stworami. Obrywało im się przy tym srogo, a ich portrety psychologiczne kruszyły się pod wpływem traumatycznych wydarzeń. Sam Mignola tylko nadzorował prace nad BBPO (acz jeszcze czasem pisze jakieś pojedyncze historie), bo do tworzenia serii zostali zatrudnieni znakomici rzemieślnicy.



Najpierw wydawca zaznajomił nas z cyklem mającym podtytuł „Plaga Żab”, teraz leci z „Piekłem na Ziemi”. Mimo iż seria nosi inną nazwę, to jest w prostej linii kontynuacją pierwszej. Siłą „BBPO” było między innymi to, że pięknie rozwijało portrety postaci, które w „Hellboyu” grały drugie skrzypce. Niemniej bohaterowie, członkowie organizacji, powoli się wykruszają (giną, czy jak Piekielny Chłopiec również opuszczają szeregi BBPO), i w tym tomie na scenę wchodzą tacy, którzy wcześniej kręcili się gdzieś na trzecim planie. Co ciekawe to nie są już postacie obdarzone jakimiś zdolnościami, a szeregowi, szarzy członkowie Biura. Mięso armatnie. Zwykli ludzie chcąc nie chcąc będą musieli stawić czoło niecodziennym zagrożeniom. Element ten sprzyja prowadzonej opowieści i czyni ją jeszcze bardziej dramatyczną. Przy okazji, dużo tu rozwałki, strzelania z ciężkich karabinów do niezwykłych istot, kojarzących mi się z potworem stworzonym przez mistrza efektów specjalnych Roba Bottina do filmu „Coś”. Tak, w tej warstwie jest oczywiście dużo Lovecrafta, ale w ogólnym rozrachunku to raczej rozpierdol znany z kina akcji niż nastrojowe opowieści.



Oprócz prowadzenia głównej historii w tomie tym jest kilka krótkich przerywników. Nie spowalniają jednak akcji, a poszerzają perspektywę spojrzenia na Biuro i dorównują jakością temu, co od dawna jest prezentowane na łamach tej serii. Przy tym albumie pracowało wielu rysowników, ale żaden nie spadł poniżej wysokiego poziomu i trzeba przyznać, że Mignola i jego redaktor Scott Allie mają talent do zatrudniania znakomitych fachowców.

Piszę o BBPO bodaj siódmy raz. Jeśli jeszcze z jakiegoś powodu nie sięgnęliście po tę serię, to czym prędzej ją nadróbcie, bo to genialna rzecz. I wcale nie jest tak, że to twór bratni Hellboyowi, odcinający od niego kupony. Nie, to komiks wyznaczający swoje własne, wysokie standardy, których trzyma się już od samego początku i miejmy nadzieje, że zachowa je do samego końca.


poniedziałek, 29 lipca 2019

Doktor Strange. Tom 1. Jason Aaron




Ciąg dalszy mojej prywatnej letniej imprezy z Marvelem. Żeby mieć większe rozeznanie w komiksach o Doktorze Strange, wciągnąłem niedawno bardzo dobry run autorstwa Stana Lee i Steve'a Ditko, historię zatytułowaną „Bezimienna kraina poza czasem”. Mimo iż ją polecam i odniosę się do niej w tekście, to jednak nie o niej dziś będziemy mówili. Tym razem wrzucam na ruszt serię o tej postaci od Jasona Aarona, która wyszła w ramach linii Marvel NOW! 2.0.

Doktor Strange był chirurgiem, który wskutek wypadku uszkodził sobie dłonie i nie mógł kontynuować praktyki. Szukając ratunku, skłonił się ku siłom tajemnym i dotarł do potężnego maga, człowieka, który miał uratować jego ręce. Okazało się jednak, że Strange ma niezwykły talent do magii i los sprawił, że to jej, a nie chirurgii, poświęcił swoje życie. Zaczął korzystać z nowych umiejętności i ratować zarówno jednostki nękane przez zjawiska paranormalne, jak i czasem cały świat, stając w jednym szeregu z wielkimi herosami swoich czasów.




Motorem napędowym przedstawionej w tym tomie opowieści jest motyw traktujący o tym, iż złoczyńcy z innego wymiaru przybywają na Ziemię, by zniszczyć na niej wszelkie przejawy magii. Główny bohater, wraz z innymi magami i wiedźmami musi stawić im czoła. Większość oznak okultyzmu zostaje jednak szybko stłamszona, więc przyjdzie mu wyszukiwać ich w najdalszych zakamarkach ziemi, by wykorzystać znalezioną moc do walki z przeciwnikami.

Mierząc się z Doktorem Strange, twórcy musieli mieć świadomość tego, że ich prace będą porównywane z wiekową serią Lee/Ditko. Postanowili jednak pójść zupełnie inną drogą i nie odcinają od niej kuponów. Ich interpretacja przygód Doktora jest bliższa komiksom o „Sandmanie”, a poszukiwanie resztek magii mocno kojarzyło mi się z drogą, jaką Morfeusz musiał przejść w pierwszych tomach, szukając swoich utraconych artefaktów. Umówmy się – to nie jest zły kierunek na opowieść o magu, nawet jeśli jest z uniwersum Marvela, bo czemu nie opowiedzieć w jego ramach czegoś mrocznego i cięższego (że się da udowodnił niedawno Tom King pisząc genialnego „Visiona” klik). Nie jest to jednak ostatecznie rzecz na poziomie „Sandmana”, bo Aaronowi zdecydowanie zabrakło pomysłów i erudycji Gaimana. Również warstwa formalna sięga w zupełnie inne rejony niż te, które do opowieści wprowadził Ditko. Nie znajdziemy tu abstrakcyjnych rysunków przedstawiających inne wymiary, czym jestem bardzo zawiedziony, bo chętnie zobaczyłbym je w interpretacji innego twórcy. Monotonnie narracyjną przerywa co najwyżej trochę zabawy kolorami, które mają odseparować świat magiczny od rzeczywistości. Mimo iż w ogólnym rozrachunku warstwa graficzna jest dobra, to bardzo daleko jej do wybitności, jaką prezentował Ditko i zaproponowane tu zabiegi formalne nie zaskoczą czytelnika.



Aaron udowodnił kilka razy, pisząc „Skalp”, „Przeklętego” i „Bękartów z południa”, że jest genialnym twórcą. Wraz z rosnącą estymą przyszły do niego zlecenia od majorsów i zaczął pracować dla Marvela. Według mnie tytuły tworzone pod ich flagą nie są niestety tak dobre, jak jego autorskie rzeczy. Rozumiem, że kasa jest ważna, ale mam za złe Aaronowi, że rozmienia się na drobne. Tak też jest z Doktorem Strange, który co prawda jest solidnym komiksem rozrywkowym, ale do wybitnych nie można go zakwalifikować.


poniedziałek, 22 lipca 2019

Prison Pit. Tom 1. Johnny Ryan


(...)Przyznam, że takiego amerykańskiego obskura nie było na naszym rynku bodaj od czasu słynnego „El Borbaha” Charlesa Burnsa. Komiksy te zresztą mają z sobą coś wspólnego, bo oba są hołdem dla wrestlingu – to następne zjawisko, z którego autor „Prison Pit” czerpał inspiracje. Niemniej o ile album Burnsa, można uznawać za podziemną, awangardową sztukę, to dzieło Ryanna jest raczej utworem pochwalnym dla wszelkich patologii i nie niesie ze sobą żadnych innych wartości poza dość prymitywną, wulgarną rozrywką. To istna komiksowa wolna amerykanka – widowisko obrażające wszelkie dobre gusta, w którym chodzi głównie o to, by urwać przeciwnikowi głowę i nasrać mu do szyi.(...)