czwartek, 21 czerwca 2018

100 Naboi. Tom 2. - Azzarello. Risso.



Wyobraźcie sobie, że pewnego dnia zjawia się u Was tajemniczy gość. Wręcza Wam walizkę pełną pocisków i namacalne dowody przeciwko komuś kto spierdolił Wam życie. Pociski są nierejestrowane, więc będziecie mogli ich użyć by się bezkarnie zemścić – zero zagrożenia wykrycia sprawcy, co więcej gdy na miejscu zostanie znaleziony tego typu nabój policja porzuci śledztwo. Seria ma wielu bohaterów, ale łączy ich wszystkich fakt, że odwiedził ich koleś z walizką a fabuła przedstawia konsekwencje tej wizyty, która bezpowrotnie zmienia ich życie. Jak się później okazuje, sprawa ma globalne konsekwencje i zamieszani są w nią wysoko postawieni ludzie.

Scenarzysta Brian Azzarello dba o to by lektura była urozmaicona i sięga po różne style wywodzące się z konwencji sensacyjnej. Znajdziemy tu zarówno zeszyty traktujące o teoriach spiskowych(tajemnicza wszechmocna organizacja), uliczną gangsterkę z czarnuchami i meksykanami jak i mocne, do bólu mroczne i nihilistyczne noir z zadziornym detektywem-straceńcem w roli głównej. Do tego dochodzą świetnie napisani bohaterowie, którzy są stawiani przed ciężkimi wyborami i zawsze – jak to w noir – ładują się w niezłe gówno. Do tej pory nie byłem wielkim fanem tego scenarzysty, ale muszę przyznać, że ten komiks jak na razie – słyszałem że im dalej w las tym Azzarello się bardziej gubi – nie ma słabych punktów i lektura sprawiła mi niesamowitą frajdę. Jak dla mnie „100 Naboi” to prawdziwa petarda i powiem szczerze, że drugi tom jest jeszcze lepszy niż pierwszy.




Stałym grafikiem serii jest Argentyńczyk Eduardo Risso. To prawdziwy mistrz komiksu, który genialnie pasuje do ilustrowania serii dziejącej się w asfaltowej dżungli i nie dziwię się, że za swoją pracę zgarnął cztery nagrody Eisnera. To twórca o niepowtarzalnym stylu a jego kreska prócz tego, że jest bardzo dynamiczna to zawiera jeszcze pewne wpływy graffiti co tylko podbija urbanistyczną atmosferę tej opowieści. No i to jak Risso rysuje kobiety... to coś niesamowitego, bo portretowane przez niego samiczki można by łyżkami jeść. Niby są to proste rysunki, a zawierają w sobie tyle seksu i zmysłowości, że klękajcie narody. Nawet gdyby fabuła kulała – a na szczęście nie kuleje – to warto byłoby mieć ten album tylko dla jego rysunków. Chętnie przytuliłbym jakiś erotyk jego autorstwa i zdaje się, że chyba ma jakieś na swoim koncie, bo w początkach kariery publikował prace w periodyku pod wdzięczną nazwą Eroticon.

Jak już wspomniałem, słyszałem opinie, że w późniejszych tomach Azzarello obniża loty, ale na razie tego nie czuć. Dla mnie ta seria to zdecydowanie czołówka tego co możemy znaleźć pod flagą Vertigo. Jeśli mam być szczery to uważam, że„100 Naboi” to pozycja obowiązkowa nie tylko dla miłośników noir ale dla każdego fana komiksu.

Clifton - Bedu. Turk. de Groot.




Na początku należy Wam się wyjaśnienie z czym mamy do czynienia, bo jest z tym trochę zamieszania. Humorystyczno-detektywistyczna seria „Clifton” liczy sobie już kilkadziesiąt lat i pierwotnie była publikowana w odcinkach na łamach magazynu Tintin. Na przestrzeni lat tworzyli ją różni artyści. Nas interesuje jeden okres, ten kiedy serię ilustrował gość tegorocznej Komiksowej Warszawy, twórca genialnej serii „Hugo” – Bedu. Zaprezentowano nam więc tylko wyrywek serii. Zdecydowano się na to prawdopodobnie tylko dlatego, że Bedu ma dość skromny dorobek. Z racji tego, że wydawca musiał zaprezentować cały tom wyrwany z większej kolekcji do albumu załapał się też odcinek rysowany przez artystę o pseudonimie Turk.

„Clifton” to opowieść o emerytowanym pułkowniku sił powietrznych, który prywatnie ma nietypowe hobby – jest detektywem amatorem. Bohater jest do bólu angielskim, zblazowanym gentlemanem, który na kartach tego komiksu rozwiązuje przeróżne śledztwa. Co rusz ładuje się w jakąś kabałę, która jest najczęściej źródłem wielu komicznych sytuacji. Scenom humorystycznym sprzyja też wyolbrzymiony charakter protagonisty i wszelkie przywary kojarzone z angielskim mieszczuchem z obowiązkowym tea time o 17 na czele. 



W zbiorze prezentowanym przez Egmont znajdziemy cztery albumy napisane przez scenarzystę podpisującego się Bob de Groot. Mimo iż w każdym tomie bohater rozwiązuje jakieś śledztwo to fabuła poszczególnych części dość mocno różni się od siebie. O dziwo więc brak tu sztampy charakterystycznej dla opowieści detektywistycznych – to się chwali. Nie zmienia to faktu, że nie jest to lektura która przyprawi Was o szybsze bicie serca czy sprawi, że uśmiejecie się do rozpuku. Niemniej to nie ze względu na fabułę został u nas wydany ten album, a ze względu na rysunki Bedu – a te są po prostu niesamowite.

Mimo iż autor musiał trzymać się pewnego charakterystycznego dla tej serii szablonu to zostawił w tych planszach dużo swojego stylu. Nie tylko znakomicie rysuje karykaturalne, kreskówkowe postacie ale też wiele pracy wkłada w fantastycznie odtworzone tła przedstawiające angielską prowincję. Ilustruje też sceny dziejące się w czasie drugiej wojny światowej(ukazane w retrospekcji), powietrzne samolotowe bitwy, ciśnie realistycznie samochody i inne pojazdy. I w sumie, mimo tego, że album stworzony przez Turka jest tu potrzebny jak koszula w dupie to dobrze, że pojawił się w tym zbiorze, bo na jego tle dopiero widać jak genialnym rzemieślnikiem jest Bedu i że mało kto mógł mu w tamtych czasach (mówimy o latach 80) podskoczyć. Jego rysunki mają w sobie dużo przestrzeni, znakomitego kadrowania i nie są tylko zabawnymi ludzikami postawionymi na tłach, a ilustracjami prezentującymi świat tętniący życiem. Ten komiks udowadnia dobitnie, że Bedu jest artystą jedynym w swoim rodzaju.



W ostatecznym rozrachunku album z przygodami „Cliftona” nie jest arcydziełem czy żelazną klasyką. Sięgnąć po niego powinni na pewno miłośnicy frankofońskiego komiksu humorystycznego (Iznogud, Gaston, Asterix itd.), ale innych czytelników może zawieść, bo daleko mu do wydawniczej petardy którą każdy musi mieć na półce. Drugą grupą której spodoba się ten album są na pewno fani Bedu, acz muszę zaznaczyć, że od strony fabularnej to coś diametralnie innego i daleko temu komiksowi do genialnego „Hugo”, który pozostanie opus magnum tego autora.

wtorek, 19 czerwca 2018

Ex Machina tom 1. Brian K. Vaughan i Tony Harris



Amerykanin Brian K. Vaughan to uznany twórca (piszący również seriale telewizyjne – między innymi "Lost" - i z nich jest chyba najbardziej znany poza środowiskiem komiksowym), ale jeszcze nie miałem okazji przeczytać ani jednego jego komiksu. Ten był tym pierwszym i przyznam, że sięgałem po po niego z dużymi oczekiwaniami.

„Ex Machina” opowiada o losach Mitchella Hundreda, faceta który niegdyś był super-herosem (ma moc kontrolowania wszelkich urządzeń mechanicznych) a obecnie jest burmistrzem Nowego Jorku. Akcja rozgrywa się w alternatywnej rzeczywistości, w której 11 września 2001 roku udało się naszemu bohaterowi uratować przed zamachowcami jedną z wież World Trade Center. Wyczyn ten otworzył mu drzwi do kariery politycznej i pozwala pomagać ludziom w inny sposób – na skalę globalną. Fabuła raz w retrospekcjach opowiada o jego wcześniejszych wyczynach super-bohaterskich, raz traktuje o tym jak to jest być burmistrzem wielkiego miasta targanego niepokojami po 11 września. Komiks więc zgrabnie łączy w sobie thriller polityczny i konwencję o zamaskowanych bohaterach. 



Nie będę owijał w bawełnę. Nie podobało mi się. Nie zrozummy się źle. To nie jest zły album, jest sprawnie napisany ( i bardzo dobrze narysowany przez Tony'ego Harrisa) i zapewne w interesujący sposób komentuje naszą rzeczywistość przez pryzmat nietypowego komiksu super-bohaterskiego, ale ja nie tego szukam w tym medium. Ja chcę uciekać od rzeczywistości w historie obrazkowe. Ok, jeden z moich ulubionych komiksów – „Watchmen” – też to robi, ale dzieło Moore'a jest zawsze aktualnym, wielopoziomowym arcydziełem a wytwór Vaughana tylko sprawnie napisanym czytadłem, na które (sorry) szkoda mi czasu. Co więcej Moore przedstawiał w swoim dziele różne poglądy polityczne (nawet te skrajnie odmienne od swoich), a Amerykanin projektuje wszystko przez pryzmat okropnej (tak że aż zęby bolą) poprawności politycznej - mamy tu nawet obszerny wątek o małżeństwach gejowskich. Nie mam nic do małżeństw gejowskich, ale wykładanie takiego wątku już w pierwszym tomie opowieści zakrawa na jawny manifest polityczny i lizanie tyłka konkretnej grupie odbiorców. A ja nie lubię w sztuce tendencyjności i lizania tyłka. Czytając komiks Vaughana czułem się jakbym czytał facebookowe tablice co bardziej aktywnych politycznie znajomych – dodam, że już tego nie robię bo przestałem po prostu ich obserwować, i mam spokój (nie lubię na równi zaciekłych korwinistów jak i razemowców). W tym przypadku miałem ochotę po prostu odłożyć ten komiks, ale niestety musiałem go skończyć żeby napisać nieszczęsną recenzję.



Reasumując: ten komiks jest poprawny. Poprawny od strony warsztatowej i politycznej. Przez co brak mu charakteru i jest bardzo nijaki. Znacznie chętniej przeczytałbym komiks o polityku mającym charakter Rudy'ego Giulianiego, słynnego burmistrza Nowego Jorku, który twardą ręką zwalczał przestępczość, niż o tym rozmemłanym liberale którego portretuje tu Vaughan.

„Ex Machina” ukazuje się w ramach Vertigo, słynnej linii dla dojrzałego czytelnika. Wypada bardzo zabawnie na tle antypolitycznego, pochodzącego z tej samej marki „Transmetropolitan”, w którym jawnie jest powiedziane, że „każdy polityk to świnia czarna”. Komiks Vaughana rozgrywa się bowiem w świecie gdzie polityka potrafi być czysta, bo jego bohater chce dobrze, bo ma ideę. Co prawda z prologu możemy domniemać, że wszystko skończy się źle, ale jak na razie można się porzygać obserwując poczynania głównego bohatera. Nie dowiem się nigdy co było dalej bo zdecydowanie daruję sobie lekturę następnych tomów. 


środa, 13 czerwca 2018

Daredevil tom 4. Brubaker/Lark



Powiem szczerze, że w duchu jestem chłopaczkiem od kontrkultury ale od czasu dzieciństwa nie czytałem tylu mainstreamowych komiksów co teraz. No ale wychodzi tyle znakomitych przedruków z kalesoniarzami, że żal byłby się nimi nie zainteresować, a przecież i tak mocno selekcjonuję lektury i nie czytam wszystkiego. Co jak co, ale nowego Daredevila musiałem wrzucić na ruszt, bo poprzednie części (pisałem o nich tutaj: klik, klik, klik) były genialne.

Bendis, autor poprzednich tomów zakończył pisanie Daredevila w bardzo nietypowym momencie. Teoretycznie wydawałby się, że pozamykał furtki na emocjonującą fabułę bowiem bohater trafił do więzienia. Co można ciekawego zrobić z super-herosem siedzącym w pierdlu? Na szczęście schedę po Bendisie przejął nie byle kto, tylko mistrz komiksowego kryminału Ed Brubaker. Trudna sytuacja w której znalazł się Matt Murdock stała się dla niego inspiracją do znakomitego, bardzo dramatycznego ciągu zeszytów opisującego losy mściciela zamkniętego za kratami. Murdockowi jest bardzo ciężko w pierdlu, bo mimo iż został osadzony pośród masy ludzi, których posłał do więzienia (jest tam między innymi Kingpin), to dalej musi udawać, że nie jest Daredevilem. Przychodzi mu oczywiście walczyć, ale musi się przy tym kryć przed wszechobecnym monitoringiem. Okazuje się jednak, że największe zagrożenie pochodzi z zewnątrz i jego wrogom udaje się skrzywdzić go bardzo mocno. 



W drugim ciągu zeszytów (niniejsze wydanie zbiera dwa tomy) pisanym przez Brubakera Matt będzie musiał udać się do Europy – nie będę zdradzał dlaczego, żeby nie psuć Wam zabawy z lektury. Pamiętacie znakomity komiks o Punisherze „Eurohit”? Jeśli tak, to mniej więcej wiecie czego się spodziewać. Matt trafia najpierw do Monako, potem do Portugalii, Francji a stamtąd do Szwajcarii. Podąża tropem porwanej kobiety, której zapach przypomina mu Karen Page, ale ostatecznie dotrze do dobrze mu znanej osoby, która sprowadziła na niego nie lada kłopoty.

Warstwą graficzną w tym tomie zajął się Michael Lark. Znając inne komiksy Brubakera muszę przyznać, że ma farta do nienachalnych graficznych narratorów (Sean Phillips!). Z Larkiem, który nie szarżuje i prezentuje poprawny, realistyczny styl zgrywa się znakomicie. Kolory są co prawda komputerowe, ale udało się uniknąć kiczu i wszystko prezentuje się bardzo stylowo. 



Co istotne ciąg zeszytów pisanych przez Brubakera zasadniczo odcina się od tego co prezentował Bendis. Jego run Diabła jak na razie kompletnie różni się też poetyką od tego co pisał Miller. Bru ma swój pomysł na fabuły o Daredevilu i wcale nie ma zamiaru odcinać kuponów od tego co zrobili jego znamienici koledzy po fachu. Odciąga bohatera daleko od Hell's Kitchen i problemów jakimi musiał przejmować się w runie Bendisa, ale ostatecznie sprząta cały bałagan i domyka wątki które pootwierał jego poprzednik. Muszę przyznać iż mimo tego, że Brubaker miał pod górkę to poradził sobie genialnie. Co prawda mamy do czynienia z typową opowieścią gatunkową, a nie czymś głębszym, ale jak na razie komiks ten jest najlepszą nowością (nie wliczam w to wznowień) jaką czytałem w tym roku.

sobota, 9 czerwca 2018

Ultimate Spider-Man. Tom 1. Bendis.



W dzieciństwie byłem wielkim fanem i kolekcjonerem komiksów o Pajęczaku. Gdy dorosłem wszystko sprzedałem. Po lekturze znakomitego komiksu Spider- Man: Blue obiecałem sobie też, że nie będę psuł pięknych wspomnień i to będzie ostatni tomik z Pająkiem jaki przeczytam. Już raz złamałem dane sobie przyrzeczenie i sięgnąłem po „Zło, które ludzieczynią” autorstwa Kevina Smitha. To był błąd, komiks mi się nie podobał. Jestem może naiwny, ale gdy na polskim rynku zapowiedziano Ultimate Spider-Man postanowiłem jednak po niego sięgnąć. Znów skusiło mnie nazwisko scenarzysty – tym razem był to Brian Michael Bendis, odpowiedzialny między innymi za genialny run Daredevila (pisałem o nim tu, tu i tu).



Ciąg zeszytów Bendisa zaczyna się od restartu serii. Początek jest kanoniczny i oparty na motywach komiksów ze Spider-manem autorstwa Stana Lee i Steave'a Ditko. Oto poznajemy Petera Parkera, ucznia szkoły średniej, którego ugryzł laboratoryjny pająk. Po pewnym czasie młodzieniec zaczyna odkrywać, że ugryzienie wywołało u niego pojawienie się supermocy. Chce pomóc finansowo rodzinie, więc wykorzystuje swoje nadnaturalne zdolności i rozpoczyna karierę zapaśniczą. Pewnego dnia jest świadkiem napadu. Nie ingeruje w niego i pozwala bandziorowi uciec. Jakiś czas później jego wuj ginie zastrzelony przez bandytę. Okazuje się, że to ten sam bandzior którego Peter widział podczas napadu. Targany wyrzutami sumienia bohater postanawia walczyć ze złem. Zakłada maskę i staje się Spider-Manem. Na jego drodze wkrótce pojawią się złoczyńcy, których czytelnik może znać z oryginalnej serii.

Komiks Ultimate Spider-Man teoretycznie nie jest dla mnie. Od pierwszych zeszytów widać, że to seria adresowana raczej do dzieciaków. Tym razem jednak nic nie stało na przeszkodzie bym na kilka godzin mentalnie zmienił się w dzieciaka, schował do kieszeni wspomnienie poważnych arcydzieł komiksowych i świetnie się bawił. Bendis wie jak pisać przekonujące komiksy super-bohaterskie i mimo iż w jego Pająku nie znajdziemy szczególnie rozbudowanej psychologii, to codzienne zmagania Petera (super-bohaterstwo koliduje z jego życiem prywatnym niemal tak samo jak Daredevilowi) nie zostawiły mnie obojętnym. Oczywiście, wątki obyczajowe to (jak to ktoś zarzucił temu komiksowi na grupie Komiksy bez granic) teen dramy, i fakt, że autor poświęca im dużo czasu, ale przecież czytamy opowieść o nastolatku. Są one temu komiksowi potrzebne by urealnić życie Parkera, a na szczęście są napisane na tyle sprawnie, że bez problemu wsiąknąłem w świat kreowany przez scenarzystę. 



Głównym problemem tego komiksu są rysunki autorstwa Marka Bagley'a. Tekst piszę na bloga, więc pozwolę sobie w tej materii na więcej niż zazwyczaj – są najzwyczajniej obrzydliwe. Komiks powstawał w początku lat 2000 i jest znakomitym przykładem tego jak brzydko zestarzał się styl graficzny tamtego okresu. Kreska ma charakterystyczny dla tamtych czasów lekko mangowy sznyt, a kolory to potworne, oczojebne komputerowe koszmarki. Jak już wspomniałem w dzieciństwie byłem koneserem komiksów o pajęczaku, i dobrze pamiętam za co ceniłem ilustratorów tej serii. Dynamiczne walki, i świetne oddanie anatomii pająka ubranego w obcisły kostium, to głównie to co lubiłem u grafików zajmujących się Spider-manem. W Ultimate walki są przedstawione najzwyczajniej średnio atrakcyjnie, a sylwetka pająka jest w wielu przypadkach nieproporcjonalna. Jeśli więc szukacie ładnie narysowanego komiksu, to Ultimate Spider-Man Was zawiedzie. Inna sprawa, że od strony narracyjnej Bagley jest bardzo sprawnym rzemieślnikiem: komiks pozostaje czytelny i obcuje się z nim bez zgrzytania zębami. 



Pisząc o „Zło, które ludzieczynią” stwierdziłem, że komiks nie podobał mi się bo nie był adresowany to gości po 30. Tym razem to też nie jest seria dla mnie, a całkiem mi się podobało. Znalazłem podczas lektury to wszystko za co kochałem w dzieciństwie komiksy o Pająku. Dodatkowo, to znakomicie napisana seria i muszę przyznać, że Bendis stanął na wysokości zadania i polecam ten komiks każdemu fanowi Spidera. Gdyby nie te koszmarne rysunki uznałbym Pająka za naprawdę znakomite dzieło. Oczywiście w swojej kategorii.

środa, 6 czerwca 2018

Hellboy: Zdobywca Czerw. Dziwne miejsca. Tom 3




Hellboy to dziś potężna franczyza. Mamy z nim filmy (nowy jest już zapowiedziany!), animacje, serie poboczne, zabawki, kubki a nawet majtki. No ale co z oryginalnym komiksem? O co ta cała draka? Czy jest aż tak dobry jak mówią?

Wszystko zaczęło się w trakcie drugiej wojny światowej, gdy naziści-okultyści sprowadzili na ziemię dziecko- demona z nienaturalnie wielką prawą ręką. Stwór dostał się przypadkowo w ręce aliantów, został ochrzczony Piekielnym Chłopcem, a gdy dorósł zaczął pracować w Biurze Badań Paranormalnych i Obrony, zajmującym się na co dzień niewyjaśnionymi zjawiskami. Sam Hellboy stał się najważniejszym członkiem organizacji. Odkąd wkroczył w dorosłość podróżował po świecie stawiając czoła zjawiskom paranormalnym i istotom z mitów i folkloru, które zagrażały ludzkości.


Opisywany tutaj tom trzeci jest bardzo ważny dla całej sagi, bo oto Hellboy, po ciężkiej walce z nazistami opuszcza szeregi organizacji – jej dzieje pod jego nieobecność zostały opisane w serii pobocznej BBPO, o której pisałem tu. Bohater wyrusza do Afryki, gdzie los gotuje dla niego niesamowite przygody, które odsłonią przed czytelnikami kolejne karty z elementami niejasnej przeszłości (i przyszłości) bohatera. Czym jest ręka Hellboya? Jakie znaczenie ma dla nadchodzącej wielkimi krokami, i zdaje się, że nieuniknionej apokalipsy? Czy bohaterowi uda się powstrzymać Ragnarok mimo, że wygląda na to, że ma odegrać w nim znaczącą rolę? Mike Mignola – autor zarówno scenariusza jak i rysunków – daje sporo odpowiedzi ale stawia jeszcze więcej pytań, otwierając sobie furtkę do kolejnych szalenie ciekawych narracji o Piekielnym Chłopcu. 

 Warstwa graficzna Hellboya zasługuje nie na recenzję a na poemat. Mignola jest genialnym rysownikiem, który wyrobił sobie swój oryginalny warsztat i umiejętnie potrafi zachwycać swoich fanów. Nieco toporne postacie, przypominające te rysowane przez Hugo Pratta, bardzo umiejętnie dawkowana czerń, i masa włożonego serca w tworzenie wszelkiej maści mitycznych istot i potworów zapewniła mu całe rzesze naśladowców i zasłużoną sławę w komiksowym światku. Niestety niniejszy tom jest ostatnim, który Mignola rysował sam (musiał poświęcić czas pilnowaniu tych wszystkich franczyz, ale dzięki temu serie poboczne i majtki z Hellboyem są najwyższej jakości), ale na jego miejsce w następnych odsłonach pojawi się między innymi niemniej genialny Richard Corben, więc i tak jest na co czekać.


Jeśli chodzi o komiksy to żyjemy w czasach istnej klęski urodzaju. Jesteśmy wprost zalani znakomitymi tytułami z zagranicy. Do tego dochodzą wznowienia. Reprinty serii o Hellboyu w ekskluzywnym wydaniu (twarda oprawa i po dwa tomy w jednym albumie) cieszą mnie chyba najbardziej. Przez lata były wyprzedane, więc jeśli nie mieliście jeszcze okazji poznać przygód Piekielnego Chłopca, to teraz jest najlepszy moment by sięgnąć po albumy z jego przygodami. Tak, ten komiks jest aż tak dobry jak mówią. 



sobota, 2 czerwca 2018

Miecz Ardeńczyka. Etienne Willem.



Lubię konwencję fantasy, ale nie czytam książek o tej tematyce, bo szkoda mi na to czasu. Niestety zazwyczaj pozycje te są czytadłami bez wartości artystycznej. Jednak po komiksy w tej konwencji sięgam bardzo chętnie. Zazwyczaj prócz sztampowej (bo nie ukrywajmy, że fantasy jest jednak sztampowe) fabuły zawierają bardzo ładne rysunki, które potrafią wywindować w moich oczach jakość opowieści. Tak też jest z „Mieczem Ardeńczyka”, który od strony fabularnej jest dość przewidywalny, ale ze względu na świetną komiksową robotę, idealnie wpasował się w moje gusta czytelnicze i dostarczył mi rozrywki jakiej oczekuję po tego typu opowieści.

Fabuła z jednej strony mocno nawiązuje do tolkienowskiego typu fantasy – siły zła próbują zdobyć potężny magiczny artefakt (tym razem to nie pierścień a magiczna zbroja), który został podzielony między władców kilku krain – z drugiej odcina się od niego grubą kreską – bo to komiks mocno osadzony w średniowiecznych realiach, czerpiący dodatkowo z legend arturiańskich. Mamy tu wybrańca dzierżącego miecz, który według legendy ma sobie poradzić z siłami ciemności. Mamy wiekowego maga w typie Gandalfa czy Merlina. Mamy w końcu drużynę złożoną z różnych typów postaci, które posiadaj znakomicie zarysowane charaktery, i w trakcie opowieści wchodzą ze sobą w ciekawe relacje. Bardzo istotnym elementem fabuły są też intrygi dworskie, które zostały tu ukazane bardzo sprawnie. 


Warstwa graficzna „Miecza Ardeńczyka” jest wybitna w swojej klasie. Étienne Willem posługuje się semirealistyczną kreską, ale zamiast ludzi bohaterami czyni humanoidalne zwierzęta. Jestem wielkim miłośnikiem animorfizacji, więc od razu wpadłem jak śliwka w kompot i uwierzyłem w zaproponowaną przez niego konwencje. Jego prace cechuje znakomita dynamika, pięknie oddana średniowieczna architektura, genialnie przedstawione potyczki – zarówno pojedynki jak i wielkie bitwy. No i bohaterowie, którzy są w tym samym stopniu dobrze napisani co narysowani – zamienienie ich w zwierzęta sprawia, że Willemowi znakomicie udaje się uzupełnić ich charaktery grafiką.

Dzieła Willema nie sposób nie porównywać do dwóch innych słynnych komiksów o animorfach: „Usagi Yojimbo”, czyli przygód królika samuraja i „Blacksada”, opowiadającego o perypetiach realistycznie narysowanego kota-detektywa. Na ich tle wypada bardzo dobrze, a przecież oba wydają się niedoścignionymi wzorcami. Od strony plastycznej „Miecz Ardeńczyka” sytuuje się dokładnie między nimi ( w trakcie lektury myślałem: „to taki bardziej realistyczny Usagi, a może taki trochę mniej realistyczny Blacksad?”) i sprawił, że postrzegam Willema jako tuza komiksów ze zwierzęcymi bohaterami. Ze wstępu dowiedziałem się, że autor ten rysował wcześniej jakąś opowieść detektywistyczną. Chętnie zobaczyłbym ją na naszym rynku, bo pewnikiem może być nie lada konkurencją dla „Blacksada”.