piątek, 20 lipca 2018

Transmetropolitan. Tom 2. Warren Ellis

Tekst pierwotnie ukazał się na stronach Wirtualnej Polski.  



Egmont hucznie świętuje 25-lecie słynnej amerykańskiej linii komiksowej dla dojrzałego czytelnika, która zmieniła oblicze medium – Vertigo. Na rynku znajdziemy więc już niemal wszystkie najważniejsze tytuły, które ukazały się w ramach imprintu przynależnego do oficyny DC Comics. Jednym z nich jest "Transmetropolitan" - słynna seria pisana przez poczytnego brytyjskiego scenarzystę Warrena Ellisa. Do księgarń trafił właśnie 2. tom tej opowieści.

  Mimo iż seria tworzona jest przez Anglika, to akcja rozgrywa się w USA, w niedalekiej, acz dystopicznej przyszłości. Głównym bohaterem jest Pająk Jeruzalem, postać wzorowana na słynnym, szalonym i prowokacyjnym dziennikarzu Hunterze S. Thompsonie. Aktywnym politycznie żurnaliście, twórcy stylu gonzo i legendarnej książki "Strach i odraza w Las Vegas". Jeśli znacie tę postać, to zapewne wiecie już czego się spodziewać – protagonista nie stroni od wszelkiej maści używek i pisze artykuły odważne w formie i treści (które, swoją drogą są w tym komiksie używane jako jeden ze środków narracyjnych). Mimo ekstrawagancji jest bohaterem proletariatu, nazwanego w tym tomie przez jednego z polityków "nowymi mętami społecznymi".  



Poprzedni album składał się z krótkich, luźno powiązanych ze sobą historii i skupiał się bardziej na problemie życia człowieka w stechnologizowanym świecie i zmianach kulturowych wymuszanych postępem. Ten album to jedna długa opowieść i tematycznie stawia głównie na politykę. Nadszedł czas wyborów, więc Pająk Jeruzalem chcąc, nie chcąc musi przystąpić do opisywania kampanii. Tego wymaga od niego wydawca, tego chcą czytelnicy. Czyni to niechętnie, tym bardziej, że jego rubryka jest wpływowa, i jeśli poprze któregokolwiek z polityków to może wpłynąć na wynik wyborów. Pająk nie ufa żadnemu z kandydatów, niemniej daje się wciągnąć w wyborczą grę, co może być ostatecznie opłakane w skutkach.  

Dostajemy więc do ręki dzieło dość nietypowe, bo komiksy traktujące o polityce można policzyć na palcach jednej ręki. Tylko pozornie jest to fantastyka naukowa, bo problemy poruszane przez jej pryzmat są bardzo aktualne, a temat jest podejmowany w taki sposób, że opowieść nie prędko się zestarzeje. Wiem, to ogólnie cecha dobrej fantastyki, niemniej w tym tomie futurystyczna otoczka jest niemal niedostrzegalna, a autora interesuje jedynie rola mediów w kampanii, proces społeczny jaki zachodzi w trakcie wyborów i jego konsekwencje – acz te w całej rozciągłości będą zapewne ukazane dopiero w następnych częściach.



  "Transmetropolitan" uznawany jest dziś za klasykę komiksu dla dorosłych. Mi też się podoba, doceniam wkład jaki seria wniosła w rozwój medium, ale chyba nie cenię jej aż tak bardzo jak inni recenzenci i nie czuję się wielkim miłośnikiem Ellisa. Tak, jego wizja mnie przekonuje, ale mam wrażenie, że mówi mi to, co już dawno widziałem: politycy są źli do szpiku kości i nie zawahają się przed niczym by dopiąć swego. Być może jest to jednak pozycja adresowana do trochę młodszego czytelnika? Do kogoś, kogo trzeba odrzeć z resztek złudzeń.


środa, 18 lipca 2018

Ludzie Północy Tom 1. Saga Anglosaska. Brian Wood.



Na 25 lecie Vertigo Egmont się rozszalał i rozpoczyna coraz więcej serii należących do tej linii wydawniczej. Na rynek trafiają nawet te pomniejsze, którym daleko jeszcze do uznania za dzieła klasyczne. Jednym z nich są właśnie „Ludzie Północy”, saga dziejąca się w czasach wikingów, pisana przez Briana Wooda.

Całkiem możliwe, że akurat ta seria klasyką się nigdy nie stanie, bo już teraz, na początku recenzji zaznaczę, że jest to tylko czytadło – dobre, solidnie narysowane, ale tylko czytadło. 



Na „Sagę Anglosaską” - bo taki nosi tytuł pierwszy tom opowieści - składa się pięć niepowiązanych ze sobą historii. Trudno wyróżnić którąś, bo wszystkie trzymają podobny, dobry poziom. Przyznam szczerze, że nie znam się na historii, ale Wood sprawia wrażenie pisarza który odrobił lekcje, bo bardzo sprawnie porusza się po datach i regionach w których dzieje się akcja, a ukazane przez niego plemiona tytułowych Ludzi Północy (a jest ich tu kilka) wydają się przedstawione dość realistycznie. Dodatkowo wszystkie zamieszczone tu historie są mroczne i brutalne, a ich bohaterowie bardzo dobrze zarysowani. To po prostu przyzwoita rzemieślnicza robota, która do zaoferowania ma wszystko co można by oczekiwać po takiej serii. Co prawda urok tej opowieści polega nie tylko na siekaniu ludzi przez wikingów, bo pojawiają się też waśnie rodowe i dramatyczne historie żywotów wojowników, ale to jednak tematyka – do niedawna bardzo mało było dzieł traktujących o tytułowych ludziach północy – jest największą zaletą tej serii, bo atmosfera panująca na kartach tego komiksu jest naprawdę zajebista. 



Każdą z zamieszczonych w tym tomie historii zilustrował inny grafik. Na liście płac znajdują się: Davide Gianfelice, Ryan Kelly, Dean Ormston, Marion Churchland, Danijel Zezelj. Kreska jest realistyczna i wszyscy autorzy prezentują dość wysoki poziom, a ich prace zunifikowały, ciemne komputerowe barwy, które dalekie są od kiczu jaki zazwyczaj prezentują rysunki pokolorowane w tej technice.

Jestem wielkim fanem wikingsploitation (czytaj: niskobudżetowych filmów o wikingach), więc łatwo było kupić sobie pozytywną reckę podstawiając mi pod nos „Ludzi Północy”. Niemniej, zapewniam, że jest to całkiem przyzwoity komiks, który ma szansę spodobać się przeciętnemu zjadaczowi chleba, który konwencję zna co najwyżej z „Thorgala”, czy serialu „Wikingowie”. Z niecierpliwością czekam na następne tomy (premiera dwójki we wrześniu) i fajnie, że cała seria ma zamknąć się w trzech grubasach. 


piątek, 13 lipca 2018

Wonder Woman. Tom 2. Greg Rucka

Tekst pierwotnie ukazał się na łamach Wirtualnej Polski


Sukces kinowego filmu o przygodach Wonder Woman musiał niedostatecznie wpłynąć na sprzedaż komiksów, bo na drugi tom serii pisanej przez Grega Ruckę przyszło nam czekać ponad rok czasu. Taka przerwa nie jest najkorzystniejsza dla tasiemców komiksowych, bo czytelnik najzwyczajniej zapomina co się działo wcześniej. Ja jednak pamiętałem najważniejsze – podobała mi się historia zaprezentowana przez Rucke, dlatego po drugi tom sięgałem z niekłamaną radością i dużymi nadziejami.

Zacznijmy od początku. Wonde Woman to wytwór fantastyczny lat 40. żeńska odpowiedź na Supermana i Batmana, z którymi zresztą tworzy drużynę Justice Legue – wraz z nimi stanowi trójcę będącą trzonem tej grupy. Na drugim poziomie to postać mitologiczna, wojownicza księżniczka, popleczniczka Ateny, pochodząca z Themysciry wyspy dzielnych Amazonek. W świecie ludzi znana jest jako Diana Prince i pełni rolę ambasadora swojej nacji. W opowieściach o niej, w tle przechadzają się więc nie tylko faceci w rajtuzach, ale i stworzenia mitologiczne i bogowie z antycznego, greckiego panteonu. 



Autor scenariusza do prezentowanego w tym tomie ciągu zeszytów, Greg Rucka słynie z tego, że w obrębie komiksowego medium tworzy bardzo przekonujące, pełnokrwiste kobiece portrety. Tym razem jednak nie miał zbyt wiele miejsca na popisanie się tym w czym jest najlepszy, bo najzwyczajniej opowieść przeładowana jest akcją. To dla mnie duży zawód, bo pierwszy tom skupiał się mocno na życiu zawodowym Diany i eksplorował inne wątki niż typowa superbohaterszczyzna.

Z drugiej strony trzeba oddać Ruce sprawiedliwość, że odrobił lekcję z mitologii, bo pierwsza i ostatnia odsłona zebranych w tym tomie historii mocno osadzone są w kontekście mitologicznym. Nie zmienia to jednak faktu, że wykorzystane tu postacie potraktowane są dość sucho, i ich pojawienie jest jedynie pretekstem do wielkiej zadymy.

Za warstwę graficzną albumu odpowiada kilku twórców. Są wśród nich nawet uznane nazwiska (np. Sean Phillips) ale komputerowe kolory tak zunifikowały całość, że trudno odróżnić prace jednego od drugiego. Element ten wypada więc jedynie poprawnie i nijako, acz trzeba przyznać, że wszyscy prezentują dobry rzemieślniczy poziom i od strony narracji obrazem czyta się ten komiks bez zgrzytania zębami.


Drugi tom Wonder Woman pisany przez Ruckę nie jest opowieścią dla mnie. W komiksie szukam autorskich i niebanalnych historii, a ta odsłona to do bólu naiwna superbohaterska bitka, która może zadowolić najwyżej zajadłych fanów trykotów. Akcja rozpisana jest od jednej walki do drugiej i po lekturze nie została ze mną żadna refleksja. Nie tak zapamiętałem pierwszą odsłonę tej opowieści i szczerze powiem, że nie wiem czy sięgnę po tom trzeci i dam Ruce jeszcze jedną szansę

środa, 4 lipca 2018

Wolverine. Tom 3. Jason Aaron.



Najpopularniejszy z Marvelowskich mutantów powraca w trzecim tomie pisanym przez Jasona Aarona. Poprzednie części przyjąłem dość chłodno (klik, klik), ta jednak podobała mi się znacznie bardziej. Jest krwawo, mrocznie i znakomicie od strony narracyjnej. Aaron musiał w końcu dostać zielone światło na odważniejsze historie, bo wysłał rosomaka tam gdzie ten jeszcze nie był, ale po kolei...

Niniejszy tom zaczyna się od miniserii w której główne skrzypce obok Logana odgrywa Peter Parker – Spider-man. To opowieść o podróżach w czasie, która zaczyna się w prehistorii, do której z niewiadomych powodów zostali wysłani nasi bohaterowie. To szalona, pełna zwrotów akcji historia, która prócz akcji napędzana jest humorem, który generuje zderzenie tych dwóch nieprzepadających za sobą bohaterów. Ta kilkuczęściowa opowieść to jednak jedynie przygrywka przed tym co czeka nas na następnych kartach tego albumu. 



W następnym ciągu zeszytów ciężar zostaje przeniesiony na zupełnie inne elementy fabularne i na pewno nie będzie nam już do śmiechu. Drugą część tomu stanowi opowieść o tym jak Wolverine trafił do piekła. Tak, takiego z diabłami i ogniem podpiekającym tyłek. Ktoś zesłał duszę Logana na wieczne cierpienia, a jego ciało wykorzystuje na ziemi do zabijania bliskich mu osób by wysłać je tam gdzie jest nasz bohater. Historia ta początkowo skupia się na dramatycznej ucieczce Rosomaka z piekielnego więzienia, a potem wewnętrznej walce o odzyskanie kontroli nad własnym ciałem, w którym zalęgły się bezwzględne demony.

Jak już wspomniałem we wstępie, poprzednie części średnio mi się podobały, w tej jednak czuć, że autor rozwija skrzydła i ma zamiar opowiedzieć nam coś lepszego, oryginalniejszego niż typowa super-bohaterska bitka. Wtajemniczeni wiedzą, że Aaronowi po drodze z tematyką biblijną, więc nic dziwnego, że świetnie ogrywa pomysł wysłania Rosomaka do piekła, serwując nam niebanalne bloki tekstów przedstawiające wewnętrzne monologi umęczonego bohatera – tym samym robi to w czym jest najlepszy, bo umówmy się, Aaron nie jest genialnym narratorem graficznym. Aaron jest genialnym pisarzem, który wybrał sobie (na nasze szczęście!) komiks jako medium. Swoją drogą przypomnę, że przygodę z opowieściami obrazkowymi zaczynał właśnie od Logana, bo w młodości wygrał konkurs na kilkustronicowy scenariusz o nim, co ośmieliło go i skłoniło do pisania swoich autorskich komiksów. 



Warto wspomnieć, że znakomicie wyszło mu też pisanie postaci Spider-mana i powiem szczerze, że chętnie zobaczyłbym go jako regularnego twórcę komiksów o Pająku.

Kocham Aarona za jego autorskie scenariusze („Skalp”, „Bękarty z południa”, ”Przeklęty”), ale po przeczytaniu dwóch poprzednich tomów Rosomaka przestałem wierzyć w niego jako rzemieślnika. Tym albumem udowodnił jednak, że w tej materii nie powiedział jeszcze ostatniego słowa, i bardzo się cieszę, że dałem mu trzecią szansę. Na półce czekają na mnie Thory jego autorstwa, które zgarnąłem z jakiejś wymiany. Do tej pory nie miałem ochoty po nie sięgać, ale teraz patrzę na nie przychylniej i chyba niedługo dam im w końcu szansę. 


środa, 27 czerwca 2018

Rapp. Zaginione dzienniki Tesli. Jeff Smith




Znów wrzucam na ruszt komiks jednego z gości tegorocznej Komiksowej Warszawy. Tym razem jest to opasła powieść graficzna autorstwa Jeffa Smitha, twórcy słynnego „Gnata”.

„Rapp. Zaginione dzienniki Tesli”, bo o niej mowa, to opowieść science fiction, która jest zakręcona jak świński ogon. Poznajemy w niej złodzieja dzieł sztuki, który dzięki specjalnej, przenośnej maszynie podróżuje między wymiarami by łatwiej mu było uciec i opchnąć towar. Tak się też składa, że nasz bohater jest w posiadaniu zaginionych notatek Nikolaia Tesli i na drugim poziomie to opowieść czerpiąca garściami z teorii spiskowych, bo śladem naszego protagonisty rusza rząd, który chce zagarnąć te materiały by wykorzystać je w niecnych celach. Nie będę Wam zdradzał wszystkich smaczków, ale w trakcie swojej opowieści Smith odkrywa jeszcze wiele kart (zarówno tych związanych z podróżami między wymiarami, projektami Tesli jak i dotyczących życia naszego bohatera), dzięki czemu trudno się nudzić podczas lektury.




Mimo iż jest to opowieść na pewnym poziomie traktująca również o Tesli to o dziwo zabrakło tu niezwykle modnego retrofuturyzmu, który pojawia się zazwyczaj w opowieściach o tym słynnym naukowcu. To raczej komiks w konwencji przypominającej „Z archiwum X” i myślę, że najbardziej spodoba się miłośnikom teorii spiskowych. Swoją drogą Smith bardzo sprawnie dawkował elementy fantastyczne, dzięki czemu można ten komiks odbierać jako dramat o facecie z problemami (z alkoholowym na czele). Łatwo się utożsamić z głównym bohaterem, który jest bardzo przyzwoicie napisaną postacią. Jest tu też trochę z dzieł Philipa K. Dicka, gdyż na pewnym poziomie jest to kryminał w stylu noir połączony z fantastyczną opowieścią o rozpadającym się świecie. Tak, to wielowątkowa opowieść, mająca wiele warstw i przez to jest trudna do jednoznacznego sklasyfikowania.

„Rapp” nie jest zły od strony graficznej, ale zabrakło mi tego co najbardziej lubię w stylu rysunków Smitha – cartoonowości, którą w „Gnacie” reprezentowali tytułowi bohaterowie. Tu wszystkie postacie rysowane są semirealistyczną kreską. Od strony sekwencyjności to bardzo dobra robota udowadniająca, że Smith jest „komiksowym zwierzęciem”, które znakomicie rozumie język medium. Zapewne niejednego czytelnika mogą zachwycić jego możliwości opowiadania obrazem, na mnie jednak zrobił umiarkowane wrażenie, bo miałem w pamięci to co pokazał w pierwszych tomach „Gnata” - mam na myśli elementy narracyjne przeszczepione niejako z animacji, imitujące ruch. Niemniej również w ostatnich odcinkach swojej epopei Smith już prezentował inny rodzaj narracji obrazem, więc to pewnie efekt tego, że jego styl ewoluował w inną stronę. Trochę mi szkoda tego elementu, bo sprawiał, że warsztat tego autora był unikalny.

Oryginalnie komiks ukazywał się w czerni i bieli – my dostajemy wersję koloryzowaną. Mnie osobiście te kiczowate komputerowe barwy nie zachwycają i dam sobie łeb uciąć, że w pierwotnej wersji komiks prezentuje się lepiej. Koloryzowanie wyszło znacznie gorzej niż w „Gnacie” (w którym barwy bardzo mi się podobają, bo podkreślają bajkowość tej historii) i z racji tego, że to opowieść poniekąd w konwencji noir to wydaje mi się, że tym razem rysunki Smitha powinny być podane w wersji sauté.

Być może tytuł ten nie pojawi się w większości podsumowań roku, bo nie jest to rzecz wybitna, ale zaręczam, że to dobra opowieść warta kilku godzin z Waszego życia. „Rapp” jednak nie jest „Gnatem”, którym Smith na zawsze zapisze się w historii komiksu. I w gruncie rzeczy to jest największym problemem tego albumu. No ale nie każdy komiks musi być kamieniem milowym w historii medium.

czwartek, 21 czerwca 2018

100 Naboi. Tom 2. - Azzarello. Risso.



Wyobraźcie sobie, że pewnego dnia zjawia się u Was tajemniczy gość. Wręcza Wam walizkę pełną pocisków i namacalne dowody przeciwko komuś kto spierdolił Wam życie. Pociski są nierejestrowane, więc będziecie mogli ich użyć by się bezkarnie zemścić – zero zagrożenia wykrycia sprawcy, co więcej gdy na miejscu zostanie znaleziony tego typu nabój policja porzuci śledztwo. Seria ma wielu bohaterów, ale łączy ich wszystkich fakt, że odwiedził ich koleś z walizką a fabuła przedstawia konsekwencje tej wizyty, która bezpowrotnie zmienia ich życie. Jak się później okazuje, sprawa ma globalne konsekwencje i zamieszani są w nią wysoko postawieni ludzie.

Scenarzysta Brian Azzarello dba o to by lektura była urozmaicona i sięga po różne style wywodzące się z konwencji sensacyjnej. Znajdziemy tu zarówno zeszyty traktujące o teoriach spiskowych(tajemnicza wszechmocna organizacja), uliczną gangsterkę z czarnuchami i meksykanami jak i mocne, do bólu mroczne i nihilistyczne noir z zadziornym detektywem-straceńcem w roli głównej. Do tego dochodzą świetnie napisani bohaterowie, którzy są stawiani przed ciężkimi wyborami i zawsze – jak to w noir – ładują się w niezłe gówno. Do tej pory nie byłem wielkim fanem tego scenarzysty, ale muszę przyznać, że ten komiks jak na razie – słyszałem że im dalej w las tym Azzarello się bardziej gubi – nie ma słabych punktów i lektura sprawiła mi niesamowitą frajdę. Jak dla mnie „100 Naboi” to prawdziwa petarda i powiem szczerze, że drugi tom jest jeszcze lepszy niż pierwszy.




Stałym grafikiem serii jest Argentyńczyk Eduardo Risso. To prawdziwy mistrz komiksu, który genialnie pasuje do ilustrowania serii dziejącej się w asfaltowej dżungli i nie dziwię się, że za swoją pracę zgarnął cztery nagrody Eisnera. To twórca o niepowtarzalnym stylu a jego kreska prócz tego, że jest bardzo dynamiczna to zawiera jeszcze pewne wpływy graffiti co tylko podbija urbanistyczną atmosferę tej opowieści. No i to jak Risso rysuje kobiety... to coś niesamowitego, bo portretowane przez niego samiczki można by łyżkami jeść. Niby są to proste rysunki, a zawierają w sobie tyle seksu i zmysłowości, że klękajcie narody. Nawet gdyby fabuła kulała – a na szczęście nie kuleje – to warto byłoby mieć ten album tylko dla jego rysunków. Chętnie przytuliłbym jakiś erotyk jego autorstwa i zdaje się, że chyba ma jakieś na swoim koncie, bo w początkach kariery publikował prace w periodyku pod wdzięczną nazwą Eroticon.

Jak już wspomniałem, słyszałem opinie, że w późniejszych tomach Azzarello obniża loty, ale na razie tego nie czuć. Dla mnie ta seria to zdecydowanie czołówka tego co możemy znaleźć pod flagą Vertigo. Jeśli mam być szczery to uważam, że„100 Naboi” to pozycja obowiązkowa nie tylko dla miłośników noir ale dla każdego fana komiksu.

Clifton - Bedu. Turk. de Groot.




Na początku należy Wam się wyjaśnienie z czym mamy do czynienia, bo jest z tym trochę zamieszania. Humorystyczno-detektywistyczna seria „Clifton” liczy sobie już kilkadziesiąt lat i pierwotnie była publikowana w odcinkach na łamach magazynu Tintin. Na przestrzeni lat tworzyli ją różni artyści. Nas interesuje jeden okres, ten kiedy serię ilustrował gość tegorocznej Komiksowej Warszawy, twórca genialnej serii „Hugo” – Bedu. Zaprezentowano nam więc tylko wyrywek serii. Zdecydowano się na to prawdopodobnie tylko dlatego, że Bedu ma dość skromny dorobek. Z racji tego, że wydawca musiał zaprezentować cały tom wyrwany z większej kolekcji do albumu załapał się też odcinek rysowany przez artystę o pseudonimie Turk.

„Clifton” to opowieść o emerytowanym pułkowniku sił powietrznych, który prywatnie ma nietypowe hobby – jest detektywem amatorem. Bohater jest do bólu angielskim, zblazowanym gentlemanem, który na kartach tego komiksu rozwiązuje przeróżne śledztwa. Co rusz ładuje się w jakąś kabałę, która jest najczęściej źródłem wielu komicznych sytuacji. Scenom humorystycznym sprzyja też wyolbrzymiony charakter protagonisty i wszelkie przywary kojarzone z angielskim mieszczuchem z obowiązkowym tea time o 17 na czele. 



W zbiorze prezentowanym przez Egmont znajdziemy cztery albumy napisane przez scenarzystę podpisującego się Bob de Groot. Mimo iż w każdym tomie bohater rozwiązuje jakieś śledztwo to fabuła poszczególnych części dość mocno różni się od siebie. O dziwo więc brak tu sztampy charakterystycznej dla opowieści detektywistycznych – to się chwali. Nie zmienia to faktu, że nie jest to lektura która przyprawi Was o szybsze bicie serca czy sprawi, że uśmiejecie się do rozpuku. Niemniej to nie ze względu na fabułę został u nas wydany ten album, a ze względu na rysunki Bedu – a te są po prostu niesamowite.

Mimo iż autor musiał trzymać się pewnego charakterystycznego dla tej serii szablonu to zostawił w tych planszach dużo swojego stylu. Nie tylko znakomicie rysuje karykaturalne, kreskówkowe postacie ale też wiele pracy wkłada w fantastycznie odtworzone tła przedstawiające angielską prowincję. Ilustruje też sceny dziejące się w czasie drugiej wojny światowej(ukazane w retrospekcji), powietrzne samolotowe bitwy, ciśnie realistycznie samochody i inne pojazdy. I w sumie, mimo tego, że album stworzony przez Turka jest tu potrzebny jak koszula w dupie to dobrze, że pojawił się w tym zbiorze, bo na jego tle dopiero widać jak genialnym rzemieślnikiem jest Bedu i że mało kto mógł mu w tamtych czasach (mówimy o latach 80) podskoczyć. Jego rysunki mają w sobie dużo przestrzeni, znakomitego kadrowania i nie są tylko zabawnymi ludzikami postawionymi na tłach, a ilustracjami prezentującymi świat tętniący życiem. Ten komiks udowadnia dobitnie, że Bedu jest artystą jedynym w swoim rodzaju.



W ostatecznym rozrachunku album z przygodami „Cliftona” nie jest arcydziełem czy żelazną klasyką. Sięgnąć po niego powinni na pewno miłośnicy frankofońskiego komiksu humorystycznego (Iznogud, Gaston, Asterix itd.), ale innych czytelników może zawieść, bo daleko mu do wydawniczej petardy którą każdy musi mieć na półce. Drugą grupą której spodoba się ten album są na pewno fani Bedu, acz muszę zaznaczyć, że od strony fabularnej to coś diametralnie innego i daleko temu komiksowi do genialnego „Hugo”, który pozostanie opus magnum tego autora.