piątek, 20 maja 2022

Heavy Liquid. Paul Pope.

 




Tworzony pod koniec ubiegłego wieku „Heavy Liquid” zdradza ogromny talent Młodego jeszcze wówczas Paula Pope'a. To rzecz ze wszech miar postmodernistyczna, dziejąca się w futurystycznych metropoliach, a tematem intrygi jest tajemnicza substancja narkotyczna a zarazem metal w stanie ciekłym, zwana w komiksie „Ciężką cieczą”. W rezultacie dostajemy coś niebagatelnego w formie i treści. Trochę jakby Andy Warhol zrobił komiks noir w stylu Chandlerowskiego „Wielkiego Snu” z Jimem Morrisonem w roli głównej zamiast Bogarta. Rockową odpowiedź na „Blade Runnera”, rzecz oryginalną i znakomicie opowiedzianą.


Zwlekanie z wydaniem u nas „Heavy Liquid” bardzo zaszkodziło temu niezłemu czytadłu. Dostajemy bowiem coś, co ma renomę klasyki komiksu, a nie jest niestety w żaden sposób wybitne. Owszem, to dobra, może nawet świetna lektura, ale nie arcydzieło. To czwarty komiks Paula Pope'a na naszym rynku. Czytałem dwa z poprzednio wydanych i oba były lepiej narysowane, a to dlatego, że to późniejsze dzieła. Kradnący z maniery Otomo „Batman: Rok Setny” i pulpowy „Battling Boy” wprost zwalają z nóg od strony graficznej i pokazują różnorodność, jaką Pope potrafi wszczepić do swojego stylu.


Pope jest mistrzem narracji komiksowej i ostatecznie, nawet w jego starszych dziełach, trudno mu zarzucać błędy w sztuce. Po prostu z czasem rozwinął się i stał się jeszcze lepszym rzemieślnikiem, mądrzej korzystającym z dobrodziejstw medium. Świetnie potrafi również wsadzać swoich bohaterów w wymyślone przez siebie settingi. Tak jak uczynił z Batmanem, w którym czuć ducha „Akiry”. W „Heavy Liquid” to futurystyczne miasta opanowane przez narkotyki i przemoc. Umiejętne i oszczędne dozowanie kolorów sprawia, że grafiki stają się mocno pop-artowe i jak wspominałem, mają coś wspólnego z twórczością Warhola (który przecież był komiksowy do bólu) i psychodelią przełomu lat 60 i 70. Do tego dochodzi świetnie uchwycony dynamizm i imitacja ruchu. To, co dzieje się na planszach, zdradza, że Pope jest komiksiarzem z zawodem wpisanym już do metryki. Wszystko wychodzi mu nienachalnie, naturalnie. Na tym poziomie to wielki talent.


Komiks ten zdecydowanie nie aspiruje, mimo tematyki okołonarkotykowej, do bycia moralitetem, czy czymś szczególnie głębokim. To raczej zgrabnie opowiedziana noirowa pulpa, nic więcej. Nie jest to z mojej strony zarzut, ale czytając recenzje innych kolegów po piórze zauważyłem, że jako czytelnicy oczekiwali czegoś innego, lepszego, bardziej zapadającego w pamięć. Ja osobiście jednak nie jestem zawiedziony.

Dni Piasku. Aimee de Jongh

 


Jest na rynku wiele pięknych komiksów, ale nawet na ich tle „Dni Piasku” to prawdziwe zjawisko. Komiks opowiadający o fotografie wysłanym przez rząd w czasach wielkiego kryzysu do Dust Bowl, regionu Stanów Zjednoczonych ogarniętego burzami piaskowymi wywołanymi przez złą eksploatację terenów rolniczych. Gdzieś na boku toczy się również fikcyjna historia samego głównego bohatera i jest ona nie mniej poruszająca niż tragedia ludzi, których życie przybył sportretować.


Mimo iż ilustracje są do bólu komiksowe, Eisnerowskie, cartoonowe w swej naturze, to całość ma charakter dość przejmującego, realistycznego dokumentu. Krecha autorki wchodzi w niuanse opowieści niczym piasek w płuca biednych, głodujących farmerów zamieszkujących ten region zmasakrowany ekonomicznie przez wspomniane burze piaskowe. Mimo iż sama historia jest fikcyjna, a komiks piękny w swej cartoonowej umowności, to całość jest mistrzowskim popisem publicystyki w ramach mojego ulubionego medium i jednym z najlepszych dzieł reportażowych, jakie czytałem od lat. Nic nie zostaje przytłoczone tu gadającymi głowami, których zazwyczaj nie cierpię w tego typu komiksach. Tekstu jest naprawdę niewiele, autorka stawia na sekwencyjność i opisywanie rzeczywistości za pomocą rysunku. Album ten to zachwyt nad możliwościami narracyjnymi jakie daje dobrze poprowadzona powieść graficzna. Istny triumf gatunku i jeden z najlepszych komiksów tego roku.

 



Do tego dochodzi wybitna warstwa edytorska. Rzecz wydana jest jak stary, gruby album z fotografiami. Okładka pod obwolutą imituje płótno. W środku zaś, znajdziemy, prócz rysunków, sporo zdjęć urealniających tę opowieść. Również w samej historii pojawiają się fotografie. Tym razem nie prawdziwe, a narysowane przez autorkę. Za ich pomocą toczy się opowieść na innym poziomie. Historia Dust Bowl snuta za pomocą czarno-białych obrazów zdjęć, które zrobił główny bohater. Zdjęć, co trzeba podkreślić, często pozowanych, komponowanych tak, by przedstawiały jak najlepiej sytuację mieszkańców zapiaszczonej dziury na końcu świata i ich życia zniszczone przez wszechobecny piach. To daje nam do myślenia na temat fotografii dokumentalnej i sposobów jej wykorzystania. Sam fakt, iż ma ona przedstawiać prawdę, nie przeszkadza jej być sztuką, swoistą kreacją. Dziełem autora, który za jej pomocą (w podobny sposób jak w komiksie!) chce opowiedzieć o tragediach zwykłych ludzi. 

 



Pisząc ten tekst otworzyłem swój plik-notatnik, w którym wypisuję najlepsze twory kultury, z jakimi zetknąłem się w tym roku. „Dni Piasku” zostały tam dopisane obok „Pięknej” i „Silver Surfer: Czarny”. Wszystkie trzy pozycje są olśniewające graficznie, ale to „Dni Piasku”, mimo iż europejskie, w rodowodzie mają w sobie to coś, o co w Eisnerowszczyźnie chodzi. Aimee De Jongh, mimo pewnej prostoty swej wypowiedzi, rozumie język komiksu jak mało który twórca. Chcę mieć ten album w kolekcji. Prawdopodobnie Wy też chcecie. 

 


 

środa, 18 maja 2022

Zasada Trójek. Tomasz „Spell” Grządziela

 


 

Tomasz „Spell” Grządziela dał się już poznać czytelnikom, jako twórca niezwykle utalentowany i oryginalny. To nowy, osobny głos w Polskim komiksie. Każda kolejna wydana u nas pozycja tego autora stanowiła świadectwo, zarówno jego wszechstronnych umiejętności, jak i poszukiwań własnego stylu, tematu. Obecnie dostajemy spory tom pt. „Zasada trójek”, nad którym twórca Wszechksięgi pracował będąc rezydentem w słynnej mekce komiksu Angoulême. 


 „Zasada Trójek” jest miastem wyobrażeniowym, bądź też pochodzącym z innego wymiaru. Przed czytelnikiem otwiera się suerralistyczno-baśniowy świat, którego ogólny zarys topograficzny dostaje już na pierwszej stronie. Sama zaś narracja zaczyna się od krótkiego prologu, w którym poznajemy krótką historię powstania tej cudownej krainy. Trzeba dodać, że w sposób groteskowy trawestuje ona szereg ontologicznych spekulacji.


 Schodząc „na ziemię” poznajemy naszego protagonistę Rubina, który jako sztukmistrz do wynajęcia pojedynkuje się z kolegą po fachu. Trudno za pomocą słów oddać charakter tej walki. Główny bohater, mimo iż wyraźnie bez formy, przywołuje różne przedmioty, najprawdopodobniej z sąsiednich wymiarów. Jego przeciwnik zaś w wyszukany sposób transformuje swoje ciało. Obaj nie unikają tradycyjnej naparzanki. Ogólnie Green Lantern się chowa. 


 W dalszym toku opowieści poznajemy pozostałych bohaterów. Zielony stworek Honor, który wykonuje mało ambitne zajęcie „operatora grzebienia”, jest zakochany w Rubinie i pragnie z nim wyjechać w dalekie kraje. Niespodziewanie pojawia się Alfa, przyjaciółka naszego głównego bohatera z dzieciństwa, również sztukmistrz, lecz o wiele większych możliwościach. Przybysz próbuje odnaleźć „Wszechmądrą”, w czym będzie mu pomagać pozostała dwójka bohaterów.    


 Rubin, Honor i Alfa to 3 różne postawy, odmienne charaktery, które nieustannie się konfrontują, ale też i uzupełniają. Ten pierwszy jest luzakiem, którego jednak zżera opętańcza ambicja stania się największym sztukmistrzem w krainie. Drugi to uosobienie bezinteresowności, empatii i delikatnej wrażliwości. Trzeci zaś jest czystą hardością, nieprzebytym murem chłodu profesjonalizmu. Historia Zasady trójek, mimo iż obfituje w szereg niesamowitych zdarzeń, głównie ogniskuje się na relacji bohaterów oraz na konflikcie wewnętrznym każdego z osobna.  Okazuje się, że w tej odrealnionej i cudacznej scenerii, najważniejsze są zwyczajne ludzkie problemy. Głównym tematem Spella jest bowiem niepohamowane pragnienie zostania kimś innym niż się jest. Obsesyjnie podążając tą drogą można zatracić samego siebie, a przede wszystkim skrzywdzić osoby, które są nam bliskie. Taki morał literacko może wypada mało oryginalnie, jednak przedstawiony w zaproponowanej formie komiksowej staje się interesujący i świeży.   


 W Zasadzie trójek urzeka sama narracja, która mieni się dowcipem i gwałtownymi zwrotami akcji. Komiks jest niezwykle wciągający i narysowany z dużą swobodą. Opowieść toczy się wartko, dialogi są raczej skąpe, a zdarzają się plansze zupełnie ich pozbawione. Cartoonowy styl Grządziela niemal w sposób disnejowski dynamizuje historię, co czyniłoby z Zasady trójek produkt czysto komercyjny, gdyby nie wyrafinowana i nieszablonowa fantazja autora, która daje tu swój - czysto artystyczny i niczym nieskrępowany - upust w kreowaniu surrealistycznych rozwiązań „technicznych” świata przedstawionego.  


 Najnowszy komiks Spella może być lekturą dla całej rodziny i nie ma w tym stwierdzeniu niczego deprymującego. Mimo ogólnie wesołego nastroju, stopień okrucieństwa niektórych rozwiązań narracyjnych świadczy jednak o tym, że głównym odbiorcą jest przede wszystkim czytelnik dorosły. To niegłupia rozrywka z bardzo uniwersalnym przesłaniem, a przede wszystkim uczta dla oka, które może zgubić się w zakrętasach linii kreślącej cudaczne stwory i - wymykającą się zasadom perspektywy - wyobrażeniową architekturę. Brak być może na naszym rynku komiksów, które orbitują między komercyjnym czytadłem a ambitną sztuką. Ten komiks wyplenia tą lukę, będąc polską propozycją na – a jakżeby inaczej -  europejskim poziomie. 


Autor: Jakub Gryzowski

sobota, 14 maja 2022

Łasuch: Powrót. Jeff Lemire.

 


„Łasuch”, mimo iż nie był idealnym tworem, zdrowo namieszał na rynku komiksowym i nie tylko. Udało się nawet zrobić serial wyświetlany na Netflixie. Pal sześć, że niewierny oryginałowi i średni, ale kasa na pewno się zgadzała i jakieś ładne czeki trafiły zapewne do Jeffa Lemire, który zresztą obecnie jest gwiazdą komiksowych majorsów.


Prawdopodobnie też kwestie finansowe i zadyma wokół serialowego „Łasucha” skłoniły autora do stworzenia kontynuacji. Lemire od wielu lat był już gwiazdą, ale jedynie niezalu, a tam zarabia się średnio jeśli nie słabo. Z jednej strony fajnie, że poszedł pracować przy tytułach, które zapewnią mu dużą kasę. Z drugiej, tak jak w przypadku Jasona Aarona, mogłoby to być rozmienianiem się na drobne. Nie będę pewnie w tym tekście zaglądał mu do kieszeni i w dorobek twórczy. Przyjrzę się tylko nowemu „Łasuchowi”.

 



Trzyczęściowa, post-apokaliptyczna opowieść o chłopcu jelonku miała pewne problemy. Zbyt duża skrótowość, artystyczne pójście na łatwiznę ze strony autora i opisywanie wszystkiego za pomocą tekstu, a nie historii komiksowych są moimi głównymi zarzutami wobec tej serii. W rezultacie był to średniak oparty o dobry pomysł. W „Powrocie” od strony formalnej czuć, że Lemire poczynił postępy. Coraz lepiej rysuje, efektownie komponuje plansze, mistrzowsko opowiada za pomocą sekwencji obrazów. Pokazuje rogi niczym już nie jelonek, a wielki, dojrzały jeleń. Od tej strony miło się z tym albumem obcuje. Problemem jednak pozostaje fabuła.

 



Lemire przy okazji „Powrotu” chciał najwyraźniej stworzyć swoje „Weapon X”. Osadzoną w futurystycznym laboratorium opowieść o zezwierzęceniu rodzaju ludzkiego, zabawie w boga i jej konsekwencjach. Petardę, która rozsadzi nasze uczucia. Wyszedł kapiszon a cały talent i warsztat tego artysty niestety poszły na marne. Opowieść, która miała chwytać za serce, jest wyzuta z emocji i nie jest to zabieg celowy – ona jest po prostu nieciekawa. Tylko zahacza w treści o motywy potencjalnie zdolne wywołać uczucia podobne do wspomnianego „Weapon X”, ani nie wzrusza, ani nie szokuje. Dlaczego? Brakuje jej przede wszystkim tego, co miała oryginalna seria: duszy. Wszystko dzieje się zbyt szybko, postacie (a właściwie jedna postać: wielkolud) powsadzane są tu na siłę, a nowi bohaterowie nie są zbudowani przekonująco. Dzięki dobremu warsztatowi autora płynie się błyskawicznie przez tę opowieść, ale pozostajemy bez większych refleksji.

 



Odgrzewane kotlety bywają smaczne. W tym przypadku tak nie jest. Lemire z gracją człowieka słonia rozmienił się na drobne, tworząc dzieło nikomu, prócz jego samego (bo na tym zarobi) niepotrzebne. Wielka szkoda i mam nadzieję, że seria o chłopcu Jelonku, mimo iż już zamieniła się w nielichą, dochodową franczyzę, nie będzie kontynuowana.

X-Men. Punkty zwrotne. Wojna o mesjasza

 


Chciałem zacząć od ultrazabawnego żartu o X-Menowym bingo – rozumiecie, w tych komiksach przewijają się nieustannie te same tematy, więc można w sumie zgadywać na ślepo, o czym będzie kolejna historia. Myślałem nawet, że potencjalnych wątków jest za mało, by zapełnić wszystkie 25 kafelków na planszy. Muszę jednak zwrócić honor, ktoś w internetach już oczywiście stworzył takie bingo, bzdurek starczyło na zapełnienie całości, a „Wojna o mesjasza” nie wyczerpuje nawet połowy z nich. Nadal jednak te mutanckie wojaże wydają mi się być cholernie monotematyczne.

Nie za bardzo mieliśmy szansę kiedykolwiek o tym zapomnieć, ale dla pewności przypominam – mutanci nie mają łatwo. Ciągle ktoś usiłuje ich wybić, a większość z rysujących się przed nimi przyszłości wygląda z jakiegoś powodu gorzej od tych, które w swoich wizjach dostrzegają inne superistoty w Marvelu. Z jednej z takich przyszłości pochodzi znany Wam już pewnie Bishop, drugi (po Cable'u) z najbardziej upartych przeskakiwaczy temporalnych. Aby uniknąć okropności wszelkiego rodzaju, postanawia on (jak to zwykle bywa) zdecydować się na zło, swoim zdaniem, konieczne. Sprzymierza się ze Stryfem, złym klonem Cable'a i posiadaczem najbardziej niepraktycznego męskiego pancerza w całej historii fikcji i planuje zamordować Hope Summers – tytułowego mesjasza wszystkich mutantów. Wolverine i jego ekipa do zadań brutalnych musi go oczywiście powstrzymać, a jakby tego było mało we wszystko wplątuje się też Apocalypse.



Uprzedzałem, że brzmi typowo? No to już nie będziemy się na tym skupiać, przynajmniej nie ma tu nigdzie Phoenix Force i Sentineli, o dziwo. Nie jest też szczególnie poruszana kwestia nietolerancji, a tego akurat żałuję, bo to zwykle najbardziej ugruntowany motyw we wszystkich tytułach X-Men. Skupmy się na tym konkretnym „Punkcie zwrotnym” – czy to faktycznie punkt zwrotny? Niekoniecznie. Czy to dobry komiks? Tak, nawet tak, choć w sumie satysfakcja z lektury ma u mnie charakter ogólnego zadowolenia napędzanego trochę nostalgią, bo przechodząc do konkretów, łatwiej mi wyliczyć zgrzyty.

Narracja miejscami kuleje. Przez większość czasu biegnie ze względną gracją, ale przychodzą momenty, w których odwala piruety jakby jej ktoś przy osiąganiu prędkości dźwięku oba kolana przestrzelił. Może to kwestia kompozycji tego albumu, nie składa się bowiem na niego tylko jedna seria, ale ciągłość wydarzeń i ich spójność nie zawsze do końca grają płynną melodię. Dopuszczam też możliwość, że to wynik swobody danej rysownikom – nieścisłości (choćby w składzie mutantów obecnym podczas konkretnych scen) wypływały głównie przy zmianie ilustratora. Były też jednak chwile, gdy nie miałem zielonego pojęcia, o czym pierdzielą postacie, nawet pomimo znajomości szerszego kontekstu tej historii.

 




Nie pasuje mi też płytkie potraktowanie relacji między tak charakternymi bohaterami. Nawet najbardziej bzdurne fabuły z X-Men w tytule ukochałem sobie dzięki wiarygodnej chemii w tej ekipie, a tu scenarzyści spłaszczyli większość niuansów. Uniknął tego chyba tylko Duane Swierczynski, u reszty ta banda zabijaków wypada blado zarówno w grupie, jak i indywidualnie. Nie udało im się sprzedać mi motywacji Bishopa, wyszedł po prostu na skrajnego buca, Angel wykazał się skrajną durnotą i naiwnością, nawet jeśli uratowało to wszystkim dupy, a Stryfe jest złolem zbyt przerysowanym jak na realia XXI wieku. Zupełnie nie rozumiem też w ogóle sensu istnienia postaci Vanishera. Przydatna moc tego gościa przestaje działać właściwie na samym początku i od tej pory jedynym jego celem jest irytowanie kolegów i co gorsza nas, biednych czytelników. Miałem serio nadzieję, że Deadpool wpakuje mu trochę ołowiu w czachę.

Skoro o Deadpoolu mowa, to może pora wreszcie wspomnieć, co mi się podobało. Tak, Wade tutaj wypadł zaskakująco dobrze i tak, nadal wkurza swoim żenującym humorem. „Wojna o mesjasza” to jednak jeden z tych tytułów, w których ten cringe ma w sobie jakiś tragizm, okropne okoliczności robią z karmazynowego gaduły cierpiętnika i w takim wydaniu można go znieść. Wbrew moim własnym oczekiwaniom podobał mi się cały setting świata przedstawionego, przegięty mrok, nihilizm i łolaboga najgorsza możliwa przyszłość. Dawno nie czytałem superhero osadzonego w rzeczywistości praktycznie pozbawionej ciepłych kolorów, więc głód smutaśnej atmosfery jest potencjalnym winowajcą mojego zaślepienia.

Nie wszystkie relacje są tu zresztą fabularnie zawalone. Oddanie i troska, jaką Cable okazuje Hope, są odczuwalne na praktycznie każdej stronie i jako dzieciak wychowany na animowanych X-Men, zdecydowanie wolę Nathana Summersa w wydaniu heroicznym. Jakby kretyńskie nie były usprawiedliwienia Bishopa, jego wewnętrzny dialog też fajnie nakreśla nieustanną chęć wpakowania kulki w błyszczący i kolczasty hełm Stryfe'a. Przede wszystkim jednak, pomimo abstrakcyjności całej opowieści, czułem ciągle o jak wielką stawkę, teoretycznie, toczyła się gra. Determinacja mutantów mi się udzieliła, co też w sumie nie dziwi, wychowankowie szkoły Xaviera zawsze byli dla mnie istotni i jeśli scenariusz kompletnie nie kładzie ich charakterów, łatwo mi im uwierzyć.

Prawie żadnych zastrzeżeń nie mam za to do warstwy wizualnej. Prawie, no i bardzo subiektywnie, bo siląc się na uwzględnienie innych gustów widzę, co tu się może niektórym nie spodobać. Cały album to właściwie parada perfekcyjnych cyfrowych artów, coś jak galeria najwyżej ocenianych na DeviantArt po wklepaniu w lupkę „Gloomy X-Men stuff”. Reprezentacja sztuki komiksowej z tej cyfrowej szkoły, co to przeleciała przez realizm i pofrunęła gdzieś dalej, w opartą na miękkim cieniowaniu stylizację pozbawioną cartoonowych konturów. Czasem psuje to czytelność, czasem przytłacza ciemnością, czasem brakuje teł. Wiadomo, prostota i umowność potrafią w komiksach działać naprawdę pozytywnie na rzecz przejrzystości, sekwencyjności i ogólnego stylu. Jestem jednak ogromnym fanem Claytona Craina, pasuje mi przesadnie ponury charakter jego prac, nie przeszkadzają karykaturalnie majestatyczne pozy i podziwiam ilość pracy, jaką wkłada w każdy kadr. Drugi pod względem natężenia prac w albumie Ariel Olivetti niewiele mu zresztą ustępuje, poza pewnymi grupami muskułów odnosi się po prostu bardziej do realizmu, nie unika kadrów, na których faktycznie coś widać, no i przynajmniej (w przeciwieństwie do Craine'a) potrafi rysować dzieci. Styl mniej wyrazisty, ale w sumie bardziej ogarnięty warsztatowo. Choć nie każdemu przypasują takie klimaty, włodarze Marvela wyraźnie nie oszczędzali w tym przypadku na szacie graficznej.

 




Nie jest to ogólnie mój pierwszy kontakt z przedstawioną tu walką o życie młodej Hope. Jak wielu z Was, choć nie traktuję tego jak usprawiedliwienia, popełniłem za młodu grzeszek zwany czytaniem skanlacji. Ta historia zapadła mi w pamięć, dzięki rysunkom i dzięki temu gęstemu klimatowi, który teraz już czasem wydaje mi się przesadzony. Ostatecznie, jako fan mutantów, dalej uważam „Wojnę o mesjasza” za komiks, który warto mieć na półce. Nie tylko po to, by stał się częścią odkupienia za piracki proceder. Miłośnicy tych postaci poczują się tu jak w domu, a wypracowana już z pewnością umiejętność przymykania oka na pewne głupotki ułatwi im czerpanie radości z kolejnych X-Menów wyciętych z dobrze znanego szablonu. Całej reszcie radzę sobie odpuścić.


 

Autor: Rafał Piernikowski

Injustice. Tom 2.

 


 

Tym razem, jak na mnie przynajmniej, będzie stosunkowo prosto. „Rok drugi” Injustice kontynuuje zaskakiwanie, bo przecież już poprzedni tom łamał standard nieudanych adaptacji gier. Tu mamy na dodatek sequel, który udał się miejscami bardziej od pierwowzoru, szaleństwo totalne, Tom Taylor jest o krok od dzielenia przez zero i jedzenia pizzy z ananasem (ja tam lubię, no hejt pls). Podkręciłem sobie jeszcze zachwyt nad tym albumem, czytając wcześniej czwarty tom „Batman. Death Metal”, co doskonale pokazało mi, że trykociarska przesada ma bardzo różne oblicza.

Supermanowi troszkę grunt się hajczy pod nóżkami odzianymi w czerwone kozaki. Co się jednak dziwić, skoro sam ciągle rzuca zapałki na glebę wysuszoną od niesprawiedliwej dyktatury. Konflikt pomiędzy najpotężniejszymi herosami zaostrza się zresztą z obu stron, bo co Supek Gackowi plecki złamał, to druga strona odpłaciła traktując Wonder Woman eksplozją nuklearną. Nie oszukujmy się, jej się akurat należało. Jakby problemów na Ziemi było mało, eskalujący despotyzm w wykonaniu jednej z najpotężniejszych istot wszechświata przyciąga uwagę Gwiezdnych Smerfów vel Strażników Wszechświata, którzy postanawiają zrobić coś, co naprawdę zdarza im się jedynie w skrajnych sytuacjach – ruszyć dupę. Chowaj pały, Clark, zioło jedzie.

 




Co tu jest dobre – pejsing, tempo narracji w sensie i sposób jej prowadzenia. Intensywna akcja daje miejscami szansę na oddech, zdarza się humor, trafiają się momenty ckliwe, wszystko w dobrze wyważonych proporcjach. Rzadko kiedy grubsze tomiszcza trykociarskie udaje mi się połknąć z taką łatwością, w jednym posiedzeniu. Działają też, w większości przypadków, charaktery postaci i ich relacje. Najbardziej naciągana pod względem motywacji Wonder Woman jest wyłączona z zabawy i bardzo dobrze. Włączenie korpusu Zielonych Latarnii dodaje do historii sporo urozmaicenia, zarówno pod względem akcji, jak i rozterek moralnych po obu stronach mordobicia. Niektórym z was może trochę nie podobać się szczenięca wierność Hala Jordana, ale ja tam zawsze miałem go za najgorszego latarnika, skrajnie naiwnego służbistę i gościa najłatwiej ulegającego korupcji (Parallax, helou!). John Stewart postępuje zgodnie ze swoim charakterem, ufając z początku przyjacielowi, a Guy Gardner ma okazję pokazać się z lepszej niż zwykle strony. Sinestro jest genialny, makiaweliczny wąsik nie wziął się znikąd, a Strażnicy jak rzadko kiedy, faktycznie pokazują swoją potęgę.

Niby prosta, superbohaterska pierdoła, a musiałem przez nią napisać jeden akapit od nowa, źle się ze mną dzieje. Miały tu być pierwotnie narzekania, bo nie o takie superbohatery nic nie robiłem, bo część postaci zachowuje się kompletnie nienaturalnie i Taylor, usiłując usprawiedliwić moralną scysję na podwórku DC, zrobił trochę fikołków w zakresie ich motywacji. Jak już mówiłem, Wonder Woman na szczęście odpadła z akcji, więc z postaci totalnie wyrwanych z kontekstu został chyba tylko Flash. Akurat pan czerwona smuga jest absurdalnie wyprany ze zdolności krytycznego myślenia, ale może to ja nie potrafię kminić niuansów związanych ze wspieraniem brutalnego reżimu z taką szybkością jak on. Problem w tym, że cała reszta, przynajmniej po wpisaniu w nawias tej (jakby nie patrzeć) alternatywnej historii, scenariuszowo działa całkiem wporzo, przynajmniej na czwórkę na szynach. Gdy w „Roku drugim” osobnikom pijanym władzą sufit odkleja się coraz mocniej, spełniają się obawy, które każdy nawet średnio rozgarnięty zjadacz chleba w uniwersum DC na pewno kiedyś miał. To dlatego, jak na komiksową adaptację gry komiksami inspirowanej, ten tytuł wyjątkowo nie obraża inteligencji odbiorcy. Nawet jeśli pytania o moralność i grubszy kontekst odpowiedzialności są tu powierzchowne, no bo nie przesadzajmy, to wciąż głównonurtowe superhero.



Spandeks czuć też nadal w warstwie wizualnej. Znowu mamy całe grono artystów, skład podobny do tego odpowiedzialnego za „Rok pierwszy” po lekkim przetasowaniu i drugi tom kapkę na tym traci. Większość albumu narysował Bruno Redondo, który z technicznego punktu widzenia jest solidnym ilustratorem, ale jego styl jest właściwie najbardziej sztampowy, gładziutki taki i mało charakterystyczny. Kompozycjom, mimice i dynamice akcji nic konkretnego w tym przypadku nie brakuje, ale nic też szczególnie nie zapada w pamięć. Zabrakło mi większego udziału Jheremy'ego Raapacka – jego wyrazista krecha z grubymi konturami uraczy nas mrokiem głównie na okładkach. Doceniłem za to bardziej Toma Derenicka, bo nawet działając w stylistyce mocno osadzonej w normach superbohaterskiej ilustracji, potrafił nadać postaciom więcej wyrazu, podciągnąć trochę detale i zamknąć wszystko w mocniejszych ramach. Znowu zwyciężają u mnie bardziej widoczne kontury, nieco przesadzona mimika i choćby drobne oderwanie od sztampy silącej się na plastikową wersję realizmu.



Trudno czasem o naprawdę dobry komiks superbohaterski, zwłaszcza bez uciekania w totalną dekonstrukcję albo w totalne unikanie kolorowego, radosnego mordobicia w wykonaniu humanoidalnych reaktorów atomowych. Dlatego, oczywiście jeśli jest się fanem takiej dziecinnej rozrywki, warto sięgnąć po oba tomy „Injustice. Bogowie pośród nas”. Tytuł ociera się okazjonalnie o inteligentny metakomentarz, ale u podstaw pozostaje klawą, świetnie napisaną zabawą dla fanów tematu. Baja taka, być może zbyt prostolinijna dla zwolenników metafikcyjnej psychodeli Morrisona, krytycznych subwersji Moore'a, czy nawet lekkiej zabawy w psychologię serwowanej nam ostatnio przez takich autorów jak Jeff Lemire czy Al Ewing, ale tradycyjnego peleryniarstwa wybijającego się ponad jakość bezmyślnej, kolorowej zupy brakuje nam w komiksach chyba najbardziej. 




Autor: Rafał Piernikowski

piątek, 13 maja 2022

Czarodzieje i ich dzieje. Tom 1

 


Włoska robota na licencji Disneya. Odważny pomysł, by wrzucić bohaterów z Myszogrodu i Kaczogrodu do świata fantasy. Rzecz może nie tak dobra jak komiksy Rosy, ale warta waszej uwagi. Szczególnie jeśli jesteście fanami Hugo” od Bedu, Donżona” Sfara i Trondheima, czy Gnata” Jeffa Smitha. Od razu zaznaczam nie, to nie ten poziom, jednak z racji tego, że mamy do czynienia z fantasy podanym w dość umowny, karykaturalny sposób, to gatunkowo podobny twór.



Włosi mają długą tradycję trawestowania anglosaskich wytworów popkultury i są w tym świetni. Tak też jest w tym przypadku. Dostajemy więc generyczne fantasy o czarodziejach, smokach i innym tatałajstwie. Z tą różnicą, że w rolach głównych pojawiają się Miki, Donald i Goffy. Zaplątał się nawet Pluto, który (o zgrozo, jak to pulpowo brzmi!) zmienia się w wilkołaka czy coś w tym stylu. Są też czarne charaktery, jak parający się magią Czarny Piotruś i Fantomen a nawet Bracia B. Rzecz traktuje głównie o turniejach magicznych i tu następuje pewien zgrzyt fabularny, gdyż treść poniekąd powtarza zaproponowane już na początku schematy. Strasznie mi było przykro, gdy drugi (zebrany tu w połowie) tom również opowiadał o magicznych potyczkach zaprezentowanych na tej samej zasadzie. Chciałoby się, żeby bohaterowie po prostu w RPGowym stylu zaczęli penetrować lochy (tak, wiem jak to brzmi, szczególnie, gdy mowa o animorfach, ale wiecie o co chodzi). To byłby samograj.


Co prawda w pewnym momencie jest taki motyw, ale wszystko kończy się za szybko i autorzy nie dali się porządnie rozbujać bohaterom, rzucając ich już w następną scenerię. Mam wrażenie, że twórców w jakimś sensie więzi forma serialu, bo chcą opowiadać krótsze historyjki zamknięte w kilkunastu stronach. Konwencja fantasy prosi się przecież o prawdziwie epicką, długą opowieść. O wielkie wyprawy po potężne artefakty, pojedynki z gobasami i nieoczekiwane zwroty akcji, a nie tylko epizodziki jak się Donald na głupi ryj wywala. Może za dużo wymagam od komiksu dla dzieci ze stajni Disneya, ale przecież nie takie opowieści snuto w ramach tego typu wydawnictw. Mimo wszystko jestem wciągnięty w tę opowieść, autorzy mają moją uwagę, a to dziś, w zalewie znakomitych komiksów, bardzo dużo. Kupuje mnie zarówno pomysł jak i przezajebiste grafiki, jakimi została okraszona ta seria. Czuć, że rysownicy chcieliby wyjść o krok dalej niż scenarzysta i mam nadzieję, że i ten się w końcu zreflektuje, bo przed nami jeszcze dwa grubaśne tomy magicznych przygód Mikiego. Oby nie okazały się tylko odcinaniem kuponów od pierwszej części bo mam dość magicznych turniejów na bardzo długo. 

 



Centrum komiksów Disneya, bardzo słusznie marudzi na formę wydania tej opowieści. Choć twarda oprawa to fajna rzecz, problemy leżą gdzie indziej. Minusem jest nie tylko pomniejszony format, ale i brakujące okładki do poszczególnych epizodów i prawdopodobnie pominięcie w następnych tomach jakiegoś spin-offu serii. Mimo wszystko nie jest to w stanie popsuć nam zabawy z lektury, bo „Czarodzieje i ich dzieje” to fajowski komiks, po który powinniście sięgnąć.