środa, 22 lutego 2012

Criminal - Lawless


"I think family is a trap... but i figure you already know that..."


Nie jest to według mnie przypadek, że to właśnie ten tom został opatrzony wstępem Franka Millera. W przeciwieństwie do "Coward" (klik), w "Lawless" związki z jego komiksami zostały zdecydowanie uwypuklone. Kilka razy w trakcie lektury przychodziło mi na myśl, że to on mógłby coś takiego napisać, że widzę tu nawet nie "Sin City", a "Rok Pierwszy" - ale w żadnym wypadku nie nazwałbym tego komiksu epigońskim, powiedziałbym raczej, że to przemyślany ukłon w stronę najlepszych prac starszego kolegi.

Widać, że Brubaker korzysta z doświadczenia Millera, ale reprezentuje już następne pokolenie. Zresztą trzeba pamiętać, że wzorce obaj mieli te same. Klasyczne (i mniej klasyczne) kino noir wydaje się być workiem bez dna dla współczesnych twórców komiksowych. Pisząc o "Criminal" nie sposób ominąć ten temat, bo w wielu aspektach to twór bardzo filmowy. Główny bohater - dezerter chcący pomścić śmierć brata - zdaje się wręcz żywcem wyjęty z klasycznego filmu z Bogartem "Dead Reckoning", a fabuła wskazuje na inspirację niedocenionymi spadkobiercami Melville'a: Walterem Hillem i Mikiem Hodgesem. Mamy tu powrót po latach i zemstę kojarzącą się ewidentnie z "Get Carter", mamy kierowcę pracującego dla szajki przestępców, co kieruje nas na "Drivera" - ale to tylko mały odsetek, w trakcie lektury w głowie mnożą się tytuły które mogły inspirować Brubakera. Brak tu jednak popowej tarantinowszczyzny czy przykładania jakiejś szczególnej wagi do cytatu. Mimo oczywistych związków* ten komiks to nie pusta zabawa formą czy gatunkiem.

W recenzji pierwszej części "Criminal" wspominałem, że to komiks, który artystycznie nie dorasta do swych filmowych odpowiedników. W drugim tomie szala się jednak przechyla. Pod pretekstem napisania komiksu kryminalnego Brubaker pragnie coś ważnego powiedzieć i zdecydowanie nie chodzi tu tylko o wiarygodny obraz środowiska przestępczego (acz to też mu się nadzwyczaj dobrze udaje), a o los człowieczy. Poprzednim razem wspominałem też, że są to przepisane na współczesność szekspirowskie tragedie. Podtrzymuję to i uważam, że nie mogłem nic trafniejszego napisać o tym komiksie. To, co robi Brubaker w jakiś sposób przypomina to, co robił angielski dramaturg - czy, sięgając dalej, to co stosowały do napędzania fabuł greckie tragedie. Wątkiem spajającym poszczególne tomy serii stają się między innymi rodziny głównych bohaterów - co bardzo istotne, to klany zatwardziałych kryminalistów, ale nie potężni bossowie czy członkowie mafii, tylko pospolita szajka rabusiów. Jego postacie, jak i uniwersum które wykreował, posiadają rozbudowaną przeszłość - nad przekonywająco napisanymi bohaterami ciąży brzemię nie tylko wcześniejszych czynów, ale i traumy z dzieciństwa, grzechy ojców i fatum, od którego nie ma ucieczki. Na tym poziomie "Criminal" jest bardzo wiarygodne, posiada cechy świetnej powieści psychologicznej i nie sposób się z tym wszystkim czytelnikowi nie utożsamić. To winduje scenariusz Brubakera ponad gatunek, ponad kryminał w klasycznym rozumieniu, a rozbudowanie elementów obyczajowych ponad noir.

(kliknij aby powiększyć)

Również konstrukcja scenariusza wskazuje na to, że autor nie jest byle marvelowskim wyrobnikiem. Po mistrzowsku porusza się po czasie i przestrzeni, bardzo celnie i przekonująco stosuje narracyjne sztuczki. Na przykład, by zaostrzyć dramaturgię, niektóre punkty z linii fabularnej przedstawia wcześniej. To może w jakiś sposób kojarzyć się z wyeksploatowanymi środkami narracyjnymi postmodernizmu filmowego, ale wszystko jest tu tak nienachalne, że trudno ten komiks oskarżyć o tanie efekciarstwo. Warto się za to zastanowić, czy przypadkiem tarantinowska konwencja pisania scenariusza nie zaczerpnęła pewnych rozwiązań z komiksu, które teraz wracają do niego jak bumerang. W każdym razie, kiedy w filmie takie zagrywki stały się już dawno pretensjonalne, to w "Criminal" nie słychać ani jednej fałszywej nuty. Warto w tym miejscu zwrócić uwagę na "gościnne występy", które bardzo zgrabnie zespalają serię. Ten sam sposób stosował N.W. Refn budując uniwersum w swojej gangsterskiej trylogii "Pusher". Nam - czytelnikom komiksów - te sztuczki są znane od lat, spotykamy je, lepiej lub gorzej stosowane, w superbohaterskich cyklach.

Pomijając fantastyczne okładki, nie jest to seria, która od strony graficznej od razu zapiera dech w piersiach - ale muszę przyznać, że Sean Phillips już wciska się w panteon moich ulubionych rysowników. To twórca niepozorny, którego talent dostrzeżemy dopiero w trakcie lektury. Jego styl z jednej strony nawiązuje do starej szkoły komiksu amerykańskiego, z drugiej znajduję w nim coś z europejskich realistycznych rzemieślników. W jego sposobie narracji jest coś naturalnego, co przywołuje na myśl obcowanie z klasycznym, nienachalnym formalnie kinem. Mimo, że w założeniu rysuje "złych facetów z pistoletami", to nie popada w jakąś karykaturalną komiksowość - to nie millerowscy herosi z "Sin City", to zwykli ludzie, jak rysowany przez Davida Muzzucchellego Gordon z "Roku Pierwszego". Brubaker ma szczęście - nie wyobrażam sobie, by na swej drodze mógł spotkać kogoś bardziej odpowiedniego do ilustrowania jego scenariuszy.

Kolory w "Criminal" nakłada Val Staples. Od razu mówię, że jestem przeciwnikiem komputerowego koloryzowania, ale tym razem nie mam innego wyboru, jak wypowiadać się o nich w samych superlatywach. Wygląda na to, że na przyjrzenie się bliżej jego pracy przyjdzie czas gdy skończę czytać już całe vol 1. Niemniej już w tej recenzji zaznaczę, że w drugim tomie tonacja całkowicie się zmieniła. O ile w "Coward" mieliśmy ciepłe barwy, kojarzące się z kinem lat siedemdziesiątych, to tu mamy zdecydowanie ciemne kolory - które może nie mają sięgać do ekspresjonistycznego noir, ale sprawują podobną funkcję, bo podkreślają ponurą atmosferę opowieści.

Ta seria zaczyna pretendować do miana jednej z moich ulubionych. Zresztą ten tom przypomniał mi, dlaczego czytam komiksy. Jak już wspominałem ostatnim razem, "Criminal" radzi sobie z konwencją sensacyjną lepiej, niż większość współczesnego kina. Gdy pierwszy raz otworzyłem "Lawless", miałem wypieki na twarzy - na pierwszej stronie widniał cytat z piosenki Townesa Van Zandta. Nie wiem, czy istnieje dzisiaj lepszy sposób, żeby mnie kupić. Brubaker to podstępny drań, dobrze wiedział, jaki typ człowieka sięgnie po drugi tom ... ale to też chyba trochę tak, że niektóre komiksy są nam przeznaczone.


*szczególnie ze "Wściekłymi Psami" - ale to też dlatego, że to jedyny film Tarantino w którym postacie posiadają solidnie zarysowaną głębię psychologiczną.

sobota, 11 lutego 2012

Neofolk 2011 - podsumowanie.



Dożyliśmy czasów których nie chcieliśmy dożyć. Nie mówię o kali judze - ta trwa od dawna - a o tym, że wyraźnie widać, jak neofolk staje się coraz popularniejszy. Może chodzi o to, że słuchacze są młodsi, że wraz z takimi projektami jak Rome przychodzą następne pokolenia zainteresowanych. Nie wiem, w każdym razie nie chcieliśmy - przepraszamy! Na szczęście są tego jakieś plusy, bo dzięki temu obrodziło w koncerty. Jednego roku mogliśmy zobaczyć w Polsce Death in June, Current 93 i Of the Wand and the Moon. Czytam to, co napisałem i muszę się uszczypnąć żeby uwierzyć. Jeśli idzie natomiast o albumy, to nie jest tak kolorowo. Zespołów "drugiej fali" słucham mało, a cenię jeszcze mniej. Jeśli miałbym wymienić nagranie "świeżej krwi" które mi się naprawdę w tym roku podobało, to wskazałbym Cult of Youth. Weterani wydali parę płyt, ale z rzeczy godnych odnotowania wymieniłbym tylko płyty z obozu Sol Invictus.


Andrew King - Deus Ignotus

Andrew King zazwyczaj najwdzięczniej wypada w kolaboracjach i faktem jest, że mimo pewnych podobieństw, sporo brakuje temu albumowi do takich płyt jak nagrane wspólnie z Brown Sierra "Thalassocracy". Mimo to, "Deus Ignotus" to bezsprzecznie jeden z lepszych albumów jakie miałem okazję słuchać w 2011 roku. We wspomnianym projekcie z Brown Sierra bardzo ceniłem ten mariaż tradycyjnego repertuaru z muzyką konkretną, eksperymentalną. To samo cechuję tę płytę i mimo, że trudno mówić tu o jakiejś przytłaczającej awangardowości, to jest tu coś, co każe nam myśleć o Kingu jako o osobie osłuchanej ze współczesną muzyką. Staroangielskie pieśni osadza w dość minimalistycznej stylistyce, nie boi się dronów czy sampli. Mimo swojego przywiązania do tradycjonalizmu nie obawia się poszukiwać, przez co nagrywa płyty wykraczające daleko poza jakiekolwiek znane stylistyki. Nie będę tu dywagował czy King gra neofolk - bo bym pewnie trafił na manowce - ale jest to osoba tak mocno związaną ze sceną, że pojawienie się go w tym zestawieniu nie powinno nikogo dziwić.



Sol Invictus - The Cruellest Month

Od ostatniej płyty firmowanej jako Sol Invictus minęło ponad pół dekady. Jako, że Tony sporo udziela się w różnych innych projektach, nie wyczekiwałem tego albumu z niecierpliwością, ale przyznaję, że bardzo się ucieszyłem, gdy znów z okładki popatrzyły na mnie niepokojące postacie namalowane przez Tora Lundvalla. Poprzednia, warta uwagi rzecz w której Tony mieszał palce - Orchestra Noir - "What If..." - wędrowała w rejony, w których mistyczna awangarda spotykała się z muzyką kameralną. "The Cruellest Month", mimo że charakteryzuje się dość soniczną, zimna wręcz realizacją, korzysta z sampli i studyjnych sztuczek, to jednak podąża w kierunku wzorcowego, piosenkowego neofolku. Tony nagrał już kilka albumów będących klasykami w obrębie tego nurtu. Ta zapewne nie wejdzie do kanonu, ale w tym roku to najlepszy neofolkowy album, jaki gościł w moich głośnikach. Warto dodać, że płyta wchodzi w dialog z wymienionym powyżej albumem Andrew Kinga - który zresztą wziął udział w nagrywaniu "The Cruellest Month" i dość mocno odcisnął na nim swoje piętno.



Blood Axis - Ultimacy

Gdyby nie to, że to kompilacja zawierająca wszystkie single projektu i utwory zamieszczone wcześniej na przeróżnych składankach, powiedziałbym, że to płyta roku. Wbrew pozorom nie jest to rzecz, którą można by potraktować jako przekrój przez całą działalność zespołu. Mimo kilku wyjątków, bliżej temu wszystkiemu do tego, czym Blood Axis chciałoby być dzisiaj. Czuć tu rękę Annabel Lee, wyraźnie słychać skłanianie się w stronę piosenkowości i folkowym estetykom. Ja oczywiście wolę pierwotnego ducha projektu, ale płyta i tak bardzo mi się podoba - oprócz fragmentów, w których Michael śpiewa po niemiecku, bo brzmi tam jak germańska wersja Tony'ego Cliftona (usilnie stosuję to porównanie, ale taka jest niestety prawda). Rzecz jest znakomicie wyprodukowana, nieraz może siląca się na spójność - ale ostatecznie przekonująca i warta postawienia oryginału na swojej półce z CD. Szczególnie, że piosenki pokroju "Mandragory" czy dostępnego chyba tylko na tribucie dla Codreanu "The Storm Before The Calm" (chciałbym, żeby Blood Axis właśnie tak dzisiaj brzmiało) czynią z niej prawdziwy skarb dla fanów.



Current 93 - HoneySuckle Æons

Czytałem przed chwilą recenzję "HoneySuckle Æons" którą napisałem w czerwcu. Wydaje mi się, że trochę nie doceniłem tej płyty. Nie to, żebym diametralnie zmienił o niej zdanie, ale minimalizm, który ją cechuje, dźwiękowa droga, którą wybrał Tibet bardzo mi odpowiada i dobrze wróży na przyszłość. Tym bardziej, że w szczytowych momentach (mam na myśli "kwiatowy tryptyk") album zdecydowanie się broni. Trzymam kciuki. Oby zaowocowało to wybitnymi materiałami. Warto również wspomnieć katowicki koncert - jako dobry występ, po którym jednak spodziewałem się zbyt wiele. Wydaje mi się, że obecnie mijamy się z Tibetem na poziomie emocjonalnym i żałuję, że nie dane mi było zobaczyć jego wcześniejszych koncertowych wcieleń. Mam cichą nadzieję, że projekt będzie gościł u nas częściej, a sobie obiecuję już nigdy nic nie przegapić i być obecnym na każdym koncercie C93 w naszym kraju.



Rome - Die Æsthetik der Herrschaftsfreiheit

Najpierw internet obiegła plotka, że Rome się rozwiązało. Ja długo nie chciałem przyjąć tego do wiadomości, ale w końcu uwierzyłem... a wtedy zaczęły pojawiać się informacje o tym, że zespół szykuje coś specjalnego. Faktycznie, milczenie Jarome i spółki zaowocowało czymś niecodziennym. Pięknie wydany, monumentalny tryptyk - dopracowany i przemyślany, zawierający zarówno piosenki, jak i budowany z sampli martial. Nie będę ukrywał, że ostatnią płytą Rome, którą adorowałem było "Mensche Material". Tym bardziej jest mi miło powiedzieć, że to najlepsze nagrania Rome od tego czasu. Nie trzeba jednak długo szukać dziury w całym. Spójność, która jest pożądana przy regularnej płycie, staje się bolączką przy czymś tak rozbudowanym jak trzyczęściowy album. Naprawdę uważam, że można by było - wręcz konwencja tego wydawnictwa sama się o to prosi - zainscenizować wieloczęściowe słuchowisko o odmiennych stylistykach, brzmieniach, tematach. Tak się jednak nie stało. Na korzyść przemawia to, że słucha się tego materiału znakomicie, ale kuriozalne wydaje się uczucie, że po 120 minutach muzyki czuje się jakiś niedosyt. Z racji sekretarzenia przy neofolku i poczucia obowiązku słuchałem całości dobre dziesięć razy, ale szczerze powiedziawszy już po pierwszym odsłuchu nie miałem do czego wracać.



Of the Wand & the Moon - The Lone Descent

Na dobrą sprawę ta płyta mogłaby się w tym zestawieniu wcale nie pojawić. Ja osobiście największą jej wartość upatruję w tym, że pokazuje gdzie krył się geniusz wcześniejszych albumów OTWATM - na każdym z nich Larsen osiągnął niezwykłą, przekonującą spójność i konceptulaność. "Sonnenheim" czy "Emptiness:Emptiness:Emptiness" odcinały mnie od świata na długie godziny, dni, miesiące (ostatnio doszedłem do wniosku, że Larsen powinien mi rentę wypłacać). Każdy fragment tych produkcji aż żal było odrywać od całości i słuchać osobno. Ten poziom spójności sam Douglas P. osiągnął może z dwa razy - i to zawsze z czyjąś pomocą, bo mam na myśli "Operation Hummingbird" i wybitne "Kapo" - albo i nie osiągnął go nigdy. Najnowsza płyta Of the Wand & the Moon okazuje się być tylko zbiorem dobrych piosenek. To oczywiście wada która dla kogoś może okazać się zaletą - mamy tu autonomiczne utwory, których słucha się osobno, a nie puszcza w zimową noc niemal jak ambient (z wciśniętą repetą w cd playerze). I byłoby wszystko fajnie, gdyby tylko każdy utwór jakością dorównywał "Sunspot" (który jest dla mnie najlepszym songiem nagranym w obrębie sceny w minionym roku). Moglibyśmy wtedy mówić, że z projektem Larsena stało się coś niezwykłego - ale niestety, tak naprawdę nic takiego się nie wydarzyło. No oprócz tego, że przestał brzmieć jak klon Di6, ale biorąc pod uwagę wspomniane argumenty, sugeruję przestać już myśleć o tym zespole w ten sposób. Wszystko okazało się tylko gatunkową konwencją i podkreśla, że nigdy nie chodziło w nim o podrabianie... Teraz się boję, że Of the Wand & the Moon które kochałem już nie wróci.


czwartek, 9 lutego 2012

Logikomiks - W poszukiwaniu prawdy

Komiks do recenzji udostępniło wydawnictwo W.A.B.


Tym wszystkim, którzy pominęli "Logikomiks" myśląc, że będą mieli do czynienia z pozycją dydaktyczną, od razu śpieszę donieść, że popełnili błąd. Gdyby zrobić komiks o życiu, twórczości i myśli Charlesa Baudelaire'a, nikt nie ośmieliłby się nazwać tego dydaktyzmem. Porównanie Bertranda Russella - matematyka, filozofa, działacza społecznego - do Baudelaire'a jest zapewne dość ryzykowne, ale podoba mi się pewna analogia jaką tu znajduję - obaj wymienieni próbowali poszerzać granice poznania, opisać nieopisane i docierali do punktów niedostępnych zwykłym śmiertelnikom. Zastanawiające jest to, że tego typu próby - czy chodzi o duszę, umysł ludzki, czy matematykę - są jednakowo niebezpieczne i wiodą często do szaleństwa. Jednak twórcy nie nadużywają tego romantycznego obrazu geniusza. "Logikomiksowi" daleko do infantylnych tworów w rodzaju "Pięknego Umysłu". Poetyka opowieści, mimo pewnej dozy epickości, stroni od epatowania tanim efekciarstwem. Mimo kojarzonej z popkulturą formy powieści graficznej, ważna jest tu przede wszystkim myśl Russella, a nie granie na uczuciach czytelników, czy sprzyjanie masowym gustom.


CZYTAJ DALEJ NA KOLOROWYCH ZESZYTACH>>>


niedziela, 29 stycznia 2012

Noiko – Honey

Płytę do recenzji podesłał Etalabel. Bardzo dziękuję.

Nie tak dawno na blogu pisałem o dwóch wspaniałych zeszłorocznych polskich płytach, życząc sobie, żeby 2012 był pod tym względem równie udany. Dzięki niespodziewanemu powrotowi malutkiej oficyny Etalabel moje skromne życzenie właśnie się spełnia. Najnowsza pozycja w ich katalogu to kolejny dowód na to, że w polskiej elektroakustyce dobrze się dzieje.

Zacznijmy od tego, że jest to płyta lekka i przyjemna, ale nie ma szans, by traktować ją jak muzak. Mimo niewątpliwych walorów relaksacyjnych to rzecz absorbująca słuchacza: zmuszająca do wychwytywania i odczytywania strzępków dźwięków wykorzystanych przez twórcę - pozyskanych zarówno z field recordingu jak i sesji z instrumentami. Konotacje z jazzem sprawiają, że jest tu mnóstwo melancholijnej atmosfery. W efekcie brzmi to na jakimś poziomie jak soundtrack do współczesnego filmu noir i zaryzykuję stwierdzenie, że w pewnym stopniu możemy się tu doszukiwać dalekich związków z konceptem przyświecającym Bohren und der Club of Gore. Niemniej nie wisi nad tą muzyką zagłada i dekadencja kojarzona z czarnym kinem - wręcz przeciwnie, to raczej muzyka słonecznego poranka niż złowieszczej nocy. Tytuł jednego z utworów otwarcie nawiązujący do filmu Howarda Hawksa "To Have and Have Not" - w którym, co znamienne, miejska dżungla została zamieniona na słoneczny port na Martynice - nawet wskazuje, że takie mogły być faktyczne intencje twórcy. Muzyka Noiko to pean pochwalny na cześć miejskiego gwaru, próba przepisania go na instrumentalną improwizację, a potem przedzierzgnięcie jej w abstrakcyjną muzykę elektroakustyczną. Jak snobistycznie by ten opis nie brzmiał, to finalnemu efektowi brak nieznośnego awangardowego zadęcia. Niemal wszystkie dźwięki są tu niezwykle celne - to muzyka eksperymentalna, ale efekt eksperymentu okazał się raczej lubrykantem rzeczywistości. Strzelam, że duża w tym zasługa masteringu Krzysztofa Orluka. Stykam się z jego pracą na tym polu drugi raz w ciągu kilku miesięcy i mimo, że mi z nią nie po drodze - bo wolę zdecydowanie bardziej przymglone brzmienie - to trzeba przyznać, że w tym przypadku był właściwym człowiekiem na właściwym miejscu. Album jest tak lekki, że nie brzmi, jakby powstawał cztery lata, raczej jakby został zrobiony w jedno słoneczne popołudnie. Wyobraźcie sobie, że William Basinski pewnego letniego dnia znajduje na swoim stryszku taśmy z nagraniami Jerzego Milana - siada, wciąga krechę i dla zabawy modeluje z nich cacka które zaczynają przypominać coś pokroju Triosk. OK. Porównanie jest na wyrost, ale ta płyta dokładnie tak brzmi. Nie mogę się od niej oderwać.

środa, 25 stycznia 2012

Muzyczne podsumowania 2011 roku - gościnny występ na łamach Glissando

W tym roku o muzyczne podsumowanie poprosił mnie Magazyn o muzyce współczesnej Glissando. Bardzo mi miło. Tekst znajdziecie tutaj klik. Warto zajrzeć do działu "nowe", i zapoznać się z innymi podsumowaniami. No i czytać Glissando też warto...


Jak zwykle w tym okresie przeglądam listy z podsumowaniami płyt roku i jak zwykle nie dostrzegam na nich większości swoich faworytów. Nie silę się specjalnie na oryginalność, a mój gust jest na tyle eklektyczny, że nie wydaje mi się, żeby mój wybór – prócz neofolku oczywiście – podyktowany był faktem, że poruszam się tylko po jakiejś określonej niszy. Mam cichą nadzieję, że to w jakiś sposób czyni moje podsumowania cennymi dla innych miłośników muzyki.

Rok obrodził w kilka znakomitych wznowień i wykopalisk. W Polsce mieliśmy serię z muzyką ze Studia Eksperymentalnego Polskiego Radia, na świecie drugą płytę Ursuli Bogner (czy tam Jelinka - bo autentyczność tych nagrań jest dyskusyjna), odkopaną płytę Beach Boysów i boks z – niezwykle cennymi chyba tylko dla żelaznych fanów artysty – wczesnymi nagraniami Johna Faheya. Z interesujących wznowień warto zanotować wydany w mikroskopijnym nakładzie zbiór czerech płyt wciąż niedocenionego Tora Lundvalla, reedycje Throbbing Gristle i wydane ponownie z okazji setnych urodzin nagrania Roberta Johnsona. Dziwi mnie, że z okazji Roku Johnsonowskiego nie widziałem dużego poruszenia w internetowych mediach – był wpis na blogu u Bartka Chacińskiego i nic poza tym. To bardzo smutne, że dziennikarze muzyczni prześcigają się w analizowaniu „fenomenu Lady Gagi”, a zapominają o tak fundamentalnych artystach jak Johnson*.

Sol Invictus – The Cruelest Month

Neofolk - nurt który obserwuję od lat i z którym jestem jako recenzent kojarzony, zyskał w końcu na popularności w naszym kraju. Jeśli idzie o koncerty, działo się dość dużo. Zaczęło się od quasi-festiwalowej inicjatywy pod szyldem Soundvawe - gdzie sprowadzono Of Wand and the Moon i Sieben. Tego roku mieliśmy też szansę zobaczyć w Polsce dwa filary sceny – Current 93 i Death in June. Oba koncerty, mimo, że nie były do końca udane, to na pewno nie zaszkodziły legendarnemu statusowi tych zespołów. Rok obył się jednak bez wybitnych płyt. Wiele osób obserwujących gatunek stwierdziłoby pewnie, że wydarzeniem roku jest monumentalny tryptyk luksemburskiego projektu Rome. Ja jednak, jeśli miałbym wskazać jedną płytę, to sugerując się ilością odsłuchów wyłoniłbym nagrany przy dużym udziale Andrew Kinga najnowszy album Sol Invictus – The Cruelest Month. W czasach, gdy dwaj wspomniani wcześniej ojcowie nurtu chętnie odchodzą od typowej dla nich stylistyki – dronują, bądź śpiewają piosenki w duchu neoweimarskiego kabaretu – Sol Invictus gra wzorcowy neofolk. Robi to szczerze, autentycznie i przy okazji pokazuje, że rzekomo wyczerpana formuła, może się dalej sprawdzać. XXI wiek słychać chyba tylko w realizacji – dość sonicznej i zimnej, która świetnie współgra z tematyką płyty.




Death Grips – Exmilitary

Od jakiegoś czasu coraz więcej pobrzmiewa u mnie hip hopu. Złapałem bakcyla w 2010, gdy wszyscy słuchali Gonjasufi i rewelacyjnej płyty Gilla Scotta-Herona. W tym roku, dzięki Tylerowi Okonmie, znanemu jako Taylor, The Creator, poszukujący hip-hop otarł się o mainstream i zagościł w odtwarzaczach wielu osób nie związanych z gatunkiem. W tym całym medialnym zamieszaniu wokół „chorego nastolatka” przeszła niezauważenie warta odnotowania płyta (czy raczej kaseta, bo taki jest jedyny fizyczny nośnik tego wydawnictwa) stylistycznie zbliżonego projektu – Death Grips. Jest to rzecz przede wszystkim dużo bardziej udana od strony muzycznej i w tej warstwie nie będąca wcale daleko od niektórych dokonań Nurse With Wound – gdyby tylko okrasić je siarczystym bitem. W szczytowych momentach płyta brzmi jak porażająca autentycznością, postapokaliptyczna halucynacja kojarząca się z odczłowieczonym tripem po dopalaczach. Ten rok będzie mi się zdecydowanie kojarzył z zaczynającym się od monologu Charlesa Mansona znakomitym Beware. Dla mnie to najciekawszy głos eksperymentalnego hip-hopu od czasu kolaboracji Dälek/Faust .




Jacaszek – Glimmer i Bionulor – Sacred Mushroom Chant

Podobał mi się ostatni Tim Hecker, ale nie tak bardzo jak powinien. Również Alva Noto przykuł mnie tylko na chwilę, a o Biosphere zapomniałem niemal w momencie premiery. Mając w pamięci IBM 1401 – A User’s Manual Johanna Johannssona, wielkie zachwyty nad przesłodzonym albumem duetu A Winged Victory for the Sullen wydają mi się niezrozumiałe. Możliwe, że w jakiś sposób po prostu mijam się z tą płytą. Te wszystkie – co tu ukrywać – duże zawody nie oznaczają, że w rejonach poszukującej muzyki elektronicznej nie znalazłem nic dla siebie. Pisząc w początkach roku o albumie Bionulor – Sacred Mushroom Chant – wiedziałem, że znajdzie się on w tym rankingu. Płyta została ostatecznie przyjęta zdecydowanie chłodniej niż debiut, ale osobiście uważam, że nie ma się czego wstydzić. Natomiast nowy Jacaszek nie zawiódł chyba nikogo i jak zwykle trzyma wysoki poziom. Co prawda z Pentral spędziłem więcej czasu, ale nie znalazłem w tym roku nic, co mogłoby w tej kategorii z Glimmer konkurować. Zazwyczaj nie słucham zbyt wiele polskiej muzyki, tym bardziej nobilitujący wydaje mi się fakt, że te dwa albumy stoją tak wysoko w moim zestawieniu. Oby przyszły rok był pod tym względem równie udany. Obecnie są to dla mnie dwa filary nie tylko polskiej elektroakustyki, ale polskiej muzyki w ogóle. Jest co eksportować.




Matt Elliott – Broken Man

Dla mnie Matt Eliott był jednym z największych bohaterów minionej dekady. Zaczynając przygodę z jego muzyką od tej płyty, ktoś mógłby powiedzieć, że jest to po prostu ponure songwriterstwo. Ale byłoby to znaczne uproszczenie. Eliott przez lata związany był z muzyką elektroniczną (trip-hopem, IDM) i nagrywał pod kilkoma szyldami ( między innymi w AMP i w solowym projekcie Third Eye Fundation). Jako doświadczony twórca i producent w zaczął eksperymentować z estetyką francuskiego chansonu i folkiem – ze wskazaniem na wschodnioeuropejski. Deliryczne narracje, przywodzące na myśl raczej Wysockiego, niż Nicka Drake’a, przywracają muzyce coś, co utraciła zdominowana przez kulturę anglosaską. Bogate aranże – od smyczków, przez bałałajki, spotęgowane efektem wykorzystania studia jako instrumentu – wytworzyły wręcz apokaliptyczny efekt – i nie mam tu na myśli neofolku, a trąby anielskie z Ewangelii św. Jana. Swoją trylogią Songs konsekwentnie rozwijał ten styl, który ostateczną formę przybiera właśnie na Broken Man. Dla mnie to najlepsza płyta tego roku. Nie dlatego, że jest przełomowa, a dlatego, że będę do niej wracał i za dziesięć, i za dwadzieścia lat. O ile wcześniej mnie ta muzyka w końcu nie zabije… ale jak śpiewa Eliott, „co nas nie zabije, to nas wzmocni”. Biorąc pod uwagę to, że od pierwszych części trylogii każda następna płyta niesie ze sobą taki bagaż emocjonalny, że można byłoby go porównać chyba tylko z Closer, to wydaje mi się, że Elliott musi już być jak Stalin.



*
Sam napisałem artykuł który przekazałem do Ulvhel, które niestety do dziś się jeszcze nie ukazało.

piątek, 20 stycznia 2012

Mistrz i czarownice - Alejandro Jodorowsky



W poniedziałek (23.01) TVP kultura rozpocznie cykl prezentujący filmowy dorobek Jodorowskiego. To dobra okazja by wspomnieć na rękopisie o tej bardzo ważnej zeszłorocznej publikacji. Książkę do recenzji udostępniło wydawnictwo Okultura.



W naszym kraju Jodorowsky znany jest przede wszystkim jako eksperymentalny filmowiec związany z kinem magicznym i klasyk komiksu europejskiego. Jego związki z teatrem odchodzą na dalszy plan. Oprócz garstki oddanych miłośników mało kto zdaje sobie też sprawę, że w innych krajach ma status badacza historii tarota, terapeuty i w końcu mistrza duchowego blisko związanego z buddyzmem. Najnowsza publikacja z katalogu Okultury umożliwia nam wejrzenie właśnie w tę część jego życia.

Sugerując się notkami wydawcy podchodziłem do książki myśląc, że będę obcował z quasi-biografią. Sądziłem, że dowiem się dużo o rzeczach, które działy się np. na planie filmowym, czy w bogatym życiu prywatnym autora. Okazuje się jednak, że nie do końca jest to książka o Jodorowskim. Raczej o jego drodze duchowej związanej z praktykowaniem buddyzmu i ludziach, których na niej spotykał. Narracja, uchwycenie myśli w ramy powieści, wspomnień, staje się tu dla Jodorowskiego pretekstem do przybliżenia czytelnikowi koanów - związanych z zen paradoksalnych pytań, mających ukazywać słabość racjonalnego myślenia, które według zwolenników tej szkoły buddyzmu przeszkadza człowiekowi w osiągnięciu oświecenia. Znajdziemy tu jednak też inne nurty duchowe i filozoficzne - co ciekawe, czasem dość od siebie oddalone. Jednak nie ma w tym wszystkim jakiegoś synkretyzmu czy religii, brak tu też właściwie filozofii zachodu, a jeśli nawet byśmy jej szukali, to jej jedynym przedstawicielem byłby chyba sam Jodorowsky.

To, że autor odchodzi od formy eseju, ma na pewno korzystny wpływ na poszerzenie grona odbiorców, jednak patrząc na tę książkę od strony warsztatu, trudno jest ją w jakiś rozsądny sposób ocenić. Posługuje się kilkoma stylami literackimi, niekiedy przypisanymi do różnych postaci występujących w kolejnych rozdziałach. Najlepiej wychodzi mu chyba surrealizm we fragmentach o związanej z tym nurtem brytyjskiej malarce Leonorze Carrington. Nie ma co ukrywać - odrealnienie to najmocniejsza strona prozy Jodorowskiego. Takie elementy, jak opowieści o waginach śpiewających pieśni Pradawnej Matki, nie pozwalają nam zapomnieć czyją książkę czytamy. Trzeba też przyznać, że autor sprawnie żongluje atmosferą i że potrafi zabrać czytelnika czy to do ubogiego zendo, w meksykańskie slumsy, gmachy burleskowych teatrów, czy w medytacyjną podróż wgłąb swojej jaźni. Jednak zbyt często i zbyt intensywnie przygniata fabułę długimi filozoficznymi wywodami, które zdecydowanie źle wpływają na rytm opowieści - choć z drugiej strony są przecież jej duszą. Również opisy zachowań ludzkich nieraz nie robią dobrego wrażenia, bo bywają zbyt ekspresyjne. Malkontent powiedziałby, że jest to pisane jak sceny dla mimów czy sytuacje rodem z komiksu... ale warto wtedy pamiętać o tym, że Jodorowsky jest mimem i pisze komiksy.

Dla mnie jednak nie w tym leży główny problem tej książki. Jodorowsky we wstępie kpi ze współczesnych zachodnich "mędrców" zen - prezentujących ten system filozoficzny jako bezbolesny, miły, new age'owy sposób na życie - gdy sam przez niemal całą książkę posuwa się do tanich, postmodernistycznych sztuczek. Każdy rozdział zaczyna cytatem z westernu, stylizuje jeden z rozdziałów na coś, co mogłoby posłużyć Mario Bavie na scenariusz do filmu, w końcu przedrukowuje swój artykuł, w którym interpretuje komiks z Kaczorem Donaldem w kontekście koanów. Jodorowsky zawsze łączył sacrum z profanum i ja bardzo dobrze rozumiem jego intencje, ale niestety, z racji tego, że atakuje innych, wyczuwam w tej - jakby nie patrzeć - komercyjnej postawie wobec zen sporo hipokryzji i egocentryzmu (który Jodorowsky w książce świadomie obnaża kilka razy).

Oczywiście, jak to w przypadku tego autora, trudno tu krzesać z recenzenta jakiś obiektywizm. Pewne jest natomiast to, że dla ludzi zainteresowanych jego twórczością jest to zdecydowanie pozycja obowiązkowa. "Mistrz i czarownice" stanowi dopełnienie jego projekcji na inne media - w książce odnajdujemy te same motywy i symbole, które prześladują jego wszelkie artystyczne kreacje. Przekazane w formie literackiej pozwalają Jodorowskiemu dopowiedzieć wiele szczegółów, a nam - widzom i czytelnikom - pełniej rozumieć, łatwiej odczytywać to, z czym obcujemy na ekranie czy na kartach komiksu. Jestem pewien, że dzięki lekturze tej książki inaczej spojrzycie na "Białego Lamę", "Świętą Krew" czy "Oczy Kota". Co ciekawe, nie tyczy się to tylko jego twórczości. Dzięki tej pozycji popatrzyłem diametralnie inaczej na obecny ostatnio w kinach film "Drive" Nicolasa Winding Refna. Sam reżyser mówił, że spotykał się ostatnio z Jodorowskim, któremu zresztą dedykował ten obraz. Teraz dopiero widzę, jak bardzo odbiło się to na jego fabule.

czwartek, 19 stycznia 2012

To nie jest blog dla zwykłych ludzi


Mój udział w plebiscycie na Blog Roku zakończony. Do kategorii Kultura zgłosiło się sto dziewięćdziesiąt blogów. Dzień po tym, jak poprosiłem oficjalnie o Wasze głosy, znalazłem się na osiemnastym miejscu.

Przez następne dni głosowania obserwowałem, jak wiele blogów szło w górę, albo spadało w dół. Arkham przez większość czasu niewzruszenie trwało na osiemnastym. Na tym miejscu też zakończyłem konkurs. Biorąc pod uwagę to, że piszę tu o bardzo niszowych tworach kultury i nie dbam o reklamę, to bardzo wysokie miejsce i duży sukces. Trzeba się z tym pogodzić, że świat jest tak skonstruowany, że na pierwszych miejscach list przebojów królują rzeczy pokroju Crazy Froga (wybaczcie przedpotopowe porównanie - nie wiem co teraz jest na listach przebojów). Najbardziej boli mnie chyba to, że tak nisko uplasował się blog, na który sam głosowałem i któremu kibicowałem z całego serca: Polska Ilustracja dla Dzieci . To jedno z piękniejszych miejsc w polskim internecie.

Dziękuję wszystkim czytelnikom którzy mnie wspierali swoimi głosami. Ta piosenka jest dla Was:



Anton Chigurh również dziękuje.