wtorek, 30 listopada 2021

Flex Mentallo. Człowiek Mięśniowej Tajemnicy. Morrison/Quitely

 


Jak pewnie pamiętacie z poprzednich recenzji komiksów Granta Morrisona nie jestem jego fanem, ale chętnie sięgam po wykreowane przez niego tytuły. Po „Doom Patrolu” robię sobie swoiste z kamerą wśród zwierząt i nie tylko czytam to co u nas wychodzi ale i oglądam serial (ostatnio zaliczyłem trzeci sezon). Bawię się średnio, ale wszystko jest tak pojebane, że wydaje się z punktu widzenia kogoś kto dużo pisze o komiksie bardzo interesujące. Taki też jest dla mnie recenzowany poniżej komiks ze świata „Doom Patrolu”: „Flex Mentallo”.


W warstwie fabularnej był bardzo interesujący ale nie sprawił mi ni krzty przyjemności. Jest przeintelektualizowany i trudny w odbiorze. Nie zmienia to faktu, że przy tym jest frapujący. Morrison nie tylko wie jak budowane są super-bohaterskie ewenty, ale mądrze odczytuje fakt, że mają sporo wspólnego z mistycyzmem, gnozą i ideami Junga. Te wszystkie rozpadające się wszak wszechświaty opisywane na łamach serii super-bohaterskich, w trakcie eksploracji idei wieloświatów ("Kryzysy na nieskończonych ziemiach" i tym podobne) można porównać do zamysłu w jaki niedoskonałą rzeczywistość pojmują gnostycy, instynktownie odsuwając się od niej jako od złej, wykreowanej przez fałszywego Boga. Nie pierwszy jednak raz Morrison się do tego odnosi i szczerze powiedziawszy w regularnej serii o „Doom Patrolu” podobało mi się to bardziej. Zajebistym pomysłem jest przedstawienie zdarzeń jako efektu wytworu umysłu pewnego załamanego nerwowo muzyka rockowego, który naćpany jak bąk, u kresu sił psychicznych i fizycznych dzwoni na telefon zaufania i zaczyna nawijać niestworzone rzeczy które związane są głównie z super-bohaterami i komiksami rysowanymi przez niego w młodości. To z jednego z nich właśnie wyszedł na świat tytułowy Flex Mentallo. Czyżby jego egzotyczne imię, odczytane dosłownie miało być związane z elastycznością wyobraźni niezbędną przy tworzeniu fabuł? Prawdopodobnie tak jest i na tym poziomie to komiks podobny do tego co twierdzi o magii wielki antagonista Morrisona (wiele się w środowisku mówi -  i przy okazji mitologizuje - temat rzekomego sporu dwóch wielkich osobistości), również komiksowy mag Alan Moore, twierdzący że kreacja sztuki ma silne związki z magią. To wszystko to fajne, ciekawe tropy i książkę można o tym napisać, ale niestety na papierze, w praktyce moim zdaniem za cholerę nie działa i w przypadku Morrisona wszystko jest puste, stricte symboliczne i najzwyczajniej nudne. Zupełnie inaczej jest w przypadku Moore'a, ale to temat na zupełnie inny tekst. 

 



Odmiennie wypada strona graficzna i trzeba przyznać, że Morrison ma farta, bo przez lata zgadzali się z nim pracować nie lada fachmeni. Jednym z nich jest właśnie rysujący „Flexa” Frank Quitely. To szkocki rysownik, w którego pracach można wyczóć ducha twórczości Moebiusa, co zresztą podkreślają nieco zgaszone kolory Petera Doherty. Na tym poziomie komiks ten jest, w przeciwieństwie do fabuły, bardzo satysfakcjonujący. 

 

 



Ominął mnie wydany nie tak dawno na naszym rynku „Animal Man” Morrisona. Trochę żałowałem, ale gdy czytałem „Flexa” żal minął. To nie są komiksy dla mnie, mimo iż jestem dość pokręcony, mocno siedzę w kontrkulturze, coś tam z wiedzy o mistycyzmie też liznąłem i teoretycznie powinny mi się podobać. A może właśnie dlatego, że rozpoznaję rzucane przez autora tropy i spotykałem się z nimi już wcześniej to wszystko wydaje mi się tam mało satysfakcjonujące? Istnieje możliwość, że lepsze wrażenie zrobiłoby gdyby były jedną wielką zagadką.

 


Pułkownik Weird. Zagubiony w kosmosie. Czarny młot. Jeff Lemire

 


 „Black Hammer” to jedna z tych serii, które obrały sobie za cel subwersję superbohaterskiej sztampy. Dzięki talentowi Jeffa Lemire nie wzięła się za tę robotę jedynie z garścią narzędzi charakterystycznych dla oklepanej już dekonstrukcji. Dostaliśmy za to trendy rynku komiksowego przekute w historię o życiu bohaterów wyrwanych z kontekstu swojego świata, dosłownie i w przenośni. Jedną z rzeczy typowych dla trykociarstwa są też spin-offy, więc i tu nie mogło ich zabraknąć. Część z nich była (zgodnie z tradycją) mocno średnia, ale „Pułkownik Wierd. Zagubiony w kosmosie” daje radę utrzymać się na orbicie głównej serii.

Bardziej łopatologicznie nie dało się tytułem streścić zawartości, no chyba, że czytelnicy byliby zainteresowani zakupem komiksu nazwanego „Pułkownik Weird, czyli ten dziwny astronauta z Czarnego Młota, zagubiony w kosmosie, czasie i swoich wspomnieniach”. Nie wiem jak wy, ale ja bym rzucał gotówką bez zastanowienia. W gruncie rzeczy chodzi tu o to, że po uwolnieniu kompanów z udręki normalnego życia, podstarzały dziwak miota się nadal po różnych kątach rzeczywistości w poszukiwaniu… no właśnie, kij wie czego.



Siłą głównej serii było dla mnie zawsze wyważenie między ekspozycją psychiki i genez postaci i głównym wątkiem, w którym bardziej introspekcyjne informacje znajdywały zastosowanie. ”Pułkownik Weird” działa trochę na odwrót – mniej więcej wiemy, co się działo, teraz mamy okazję spojrzeć na sprawy z perspektywy gościa pojawiającego się wcześniej bez kontekstu w pozornie przypadkowych momentach. Czy ten komiks skutecznie ułatwia zrozumienie świata „Czarnego Młota”? Troszeczkę, ale przede wszystkim dokłada do całości wędrówkę postaci, której w centralnym wątku z konieczności nieco zabrakło. Okazuje się, że Randall Weird również, a nawet znacznie bardziej dosłownie od innych, musiał poradzić sobie z oderwaniem od rzeczywistości. Zajebiście podoba mi się to, jak jego historia wpisuje się w komentarz całej serii na temat zmian fikcji superbohaterskiej.

Cieszy mnie też zrozumiałość pozornego chaosu fabuły. Gdy ktoś pokroju Granta Morrisona snuje opowieść o zagubieniu między strunami rzeczywistości, często już po kilkunastu stronach nie mam pojęcia gdzie jest góra, a gdzie dół. Lemire uznał, że zagubiony bohater nie musi od razu oznaczać zagubienia w odbiorze przez czytelnika i choć nie zawsze byłby to dobry wybór, w tym przypadku to działa. Randall Weird to tragiczna postać, przejrzysta narracja odsunęła komiczną dziwaczność na dalszy plan i uczyniła z tego komiksu, w porównaniu do pozostałych rzeczy z młotowego uniwersum, dzieło chyba najbardziej podobne do pozostałych autorskich tytułów scenarzysty. Podobnie jak one nadal uroczo nawiązuje do fantastyczno-naukowych sztosów złotej i srebrnej ery, więc nostalgia pozostaje nakarmiona.



Nie pykło mi za to zaskoczenie. Muszę mocno rzucać ogólnikami, by uniknąć spoilerów, ale epickość starań udręczonego kosmonauty nie przekłada się na wagę zwieńczenia jego poszukiwań. Komiks bezpośrednio stara się nas przekonać, że jest inaczej, ale praktyczne ukazanie tej istotności w toku wydarzeń nie jest przekonujące. Z drugiej strony, w zależności od interpretacji, rozwiązanie może być nawet zbyt oczywiste. Nawet odsuwając jednak na bok te niejasne dla was w tej chwili zarzuty i drugie dno, „Pułkownik Weird” jest całkiem udaną, pokręconą fuzją dramatu i przygodowego science-fiction. Te, z zasady, nie muszą być nawet do końca zrozumiałe, by bawić.

Brakuje mi Deana Ormstona. Styl jego grafik na tyle mocno wpisał mi się w mózgu w kontekst „Czarnego Młota”, że powiązane tytuły rysowane inną dłonią zawsze wyglądają dla mnie początkowo dziwnie. Tyler Crook (znany nam głównie z „Hrabstwa Harrow”) to jednak wyjątkowy talent, zdecydowanie chciałbym zobaczyć więcej fabuł Jeffa Lemire z rysunkami tego artysty. Facet potrafi, nawiązując do dezajnów ikonicznej klasyki, ukazać ogromną gamę emocji. Brakuje tu trochę kosmicznego rozmachu, ale nikogo nie powinien dziwić raczej intymny charakter grafiki w komiksie tego scenarzysty, Crook na pewno musiał dopasować się do oczekiwań. Zawsze zresztą będę chwalił rzeczy tak doskonale pokolorowane, zwłaszcza w tradycyjny sposób, daleki od płaskiej komputerowości. Ta, robi się ze mnie zgred.



Fajnie, że Lemire dał mi kolejny powód do fanbojowania – na kupce jego średnio udanych dzieł zrobił mi się już lekki tłok. „Pułkownik Weird” okazał się serią poboczną, która (w opozycji do norm rynku) nie powstała na siłę. Dopisuje do „Czarnego Młota” kilka brakujących elementów i leciutko nakreśla kształt kontynuacji. Wysoki poziom ilustracji i konsekwentnie ciągnięty podtekst wpadają co prawda lepiej od faktycznej fabuły, ale to wciąż kolejna, solidna cegiełka w konstrukcji jednego z ciekawszych uniwersów ostatnich lat.




 Autor:Rafał Piernikowski 

poniedziałek, 29 listopada 2021

Blade Runner 2019. Johnson/Green/Guinaldo

 


Na tle innych dużych filmowych marek czasów „kina nowej przygody” z wora ogólnikowo zwanego „fantastyką” „Blade Runner” wydaje się dość mało wydojony. Lubię tę markę, podobały mi się bardzo oba filmy, więc dość entuzjastycznie podchodziłem do komiksowej, luźnej kontynuacji tych kinowych hitów.


Na opasły tom zatytułowany po prostu „Blader Runner 2019” składają się trzy powiązane ze sobą powieści graficzne. Wszystkie zostały napisane przez Michela Greena i Mike'a Johnsona a narysowane przez Andresa Guinaldo. Rzecz traktuje o najlepszej łowczyni androidów, działającej w czasach, gdy rozgrywała się pierwsza część filmu, czyli w 2019 roku. Kobieta, z pozoru bezwzględna handlarka częściami androdupków, dostaje zlecenie, które przewartościuje zupełnie jej spojrzenie na androidy i sprawi, że sama zacznie być ścigana przez prawo. Wszystko zostało podane nam jak bozia nakazała, w świetnie napisanej noirowej narracji. 

 




Nie będę was zwodził i napiszę to od razu, zanim jeszcze dobrze posłodzę autorom – zebrane tu trzy odsłony serii to na większości poziomów dobre komiksy. Zajebiście oddano w nich duszną atmosferę filmów, świetnie podrobiono neonoirowy feeling, jaki przyświecał twórcom oryginalnych scenariuszy, w których klimat wpasowano się również graficznie. Rysunki zresztą zasługują tutaj na specjalną uwagę. Czynią z tego komiksu album mocno europejski w stylu. Nic dziwnego, Guinaldo jest Hiszpanem i cieszmy się wszyscy, że to właśnie on dostał tę fuchę, bo byle amerykański rzemieślnik na bank spartoliłby sprawę. W warstwie formalnej album ten cieszy oko, począwszy od fragmentarycznie (spluwa!) lakierowanych okładek, na wnętrzu, designie pojazdów, broni i strojów kończąc. Wszystko jest tu doskonale przemyślane i skomponowane. Nie da się na tym poziomie absolutnie do niczego przyjebać. Nawet komputerowe kolory sprawiają dobre wrażenie i ktoś postarał się, żeby dobrać je odpowiednio do atmosfery oraz kolorystyki filmowej macierzy. 

 



Nie jest jednak tak, że to dzieła pozbawione całkowicie minusów. Cały cykl kończy się bowiem dość pokracznie i widać wyraźnie, że autorzy zupełnie nie mieli pomysłów na zamknięcie tych historii a ostatnia część została domknięta w pośpiechu i na siłę. Osobiście wolałbym, żeby rozdmuchano intrygę, bo chętnie przeczytałbym następne części i bardziej przemyślane zakończenie. 

 



Czytając „Blade Runner 2019” czuć niemniej, że nie mamy do czynienia z franczyzą waloną od sztancy. To komiksy napisane i narysowane z sercem, więc każdy fan „Blade Runnera” powinien po nie sięgnąć. Pomijając jakieś niedociągnięcia (zjebana końcówka) to dość satysfakcjonująca lektura. I tylko takich komiksowych rozwinięć wielkich, fantastycznych marek sobie i Wam życzę.

Koniec Lipca. Maria Rostocka.

 


Rzadko zdarza mi się pisać o polskim komiksie, tym bardziej jestem zadowolony, że mogę o nim pisać dobrze. O Końcu lipca Marii Rostockiej wystarczyłoby powiedzieć, że jest komiksem pięknem, gdyby nie to, że pod skromną fasadą, ukrywa on sporo wymagających rozwinięcia sugestii. Zapewne także dzięki temu pozycja ta znalazła się w oficjalnej selekcji jednego z największych festiwale komiksowych a Angoulême.  

    Trudno powiedzieć, gdzie konkretnie rozgrywa się obyczajowa historia snuta przez autorkę. Obrzeża wielkiego miasta, wieś, jakaś prowincja – innymi słowy nigdzie. Prosta, wręcz ascetyczna sceneria zamyka arenę zdarzeń i relacji niewielkiej ilości bohaterów. 



Poznajemy młodego chłopaka, który mieszka razem z mamą w domu babci. Starsza pani nie jest osobą specjalnie miłą, diametralnie odróżnia się od rozpowszechnionego w kulturze popularnej wizerunku raźniej i uśmiechniętej seniorki rodu. To po prostu stare, zgryźliwe i egoistyczne babsko, uzależnione od pierdół emitowanych w tv oraz wiecznie czepiące się swego wnuka o rzeczy mało istotne.

Główny bohater nie ma wiele do roboty. Jeździ na rowerze, lub wychodzi z psem na spacer. Podczas przechadzki często natyka się na swego rówieśnika, z którym pozostaje w dosyć luźnych stosunkach. Ten aspekt wydaje mi się zresztą kluczowy dla wymowy całości Końca lipca. Relacje międzyludzkie rozbijają się tu bowiem o niewidzialną barierę komunikacyjną, stając się dosyć powierzchownymi i pozbawionymi głębszej serdeczności. Bohaterowie nie żyją ze sobą, tylko się mijają. Dlatego prowadzone rozmowy często zmieniają się w wypełniające próżnię oddzielne monologi. Rodzi to specyficzny dla gatunku obyczajowego cichy dramat, który jest dla nas czytelny, mimo iż nie ma w nim żadnego rozdzierania szat, czy też stawiania spraw na ostrzu noża.

Równoległą bohaterką dzieła jest matka chłopca. Z każdą kolejną stroną komiksu coraz bardziej zdajemy sobie sprawę z jej trudnej sytuacji życiowej, chociaż nie zostaje ona przedstawiona czytelnikowi wprost. Nie chciałbym zdradzać zbyt wielu szczegółów, ponieważ sugestywna narracja Marii Rostockiej, w sposób stopniowy przekazuje nam pewne wrażliwe informacje, bez reszty wciągając nas w odmalowany przez siebie świat.  

 



„Koniec lipca” owiany jest aurą tajemnicy. Dodać jednak należy, że nie chodzi tu ani o trupia w szafie, ani o UFO, czy cokolwiek w tym guście. W niedopowiedzeniach autorki kryje się najsilniejszy przekaz emocjonalny jej dzieła. Prawda w odsłanianiu charakterów poszczególnych postaci oraz ich wzajemne uwikłanie, zdradza duże doświadczenie życiowe, które Maria Rostocka pragnie nam przekazać w sposób zarówno subtelny, jak i niezwykle śmiały. Mało jest dzieł tego typu - nawet jeśli pod uwagę weźmiemy rozliczne pozycje filmowe czy literackie - które sprawiałby wrażenie tak dużej wiarygodności.

Mimo nagromadzenia sporego ładunku emocjonalnego, z warstwy graficznej komiksu emanuje niezwykły spokój. Stosunkowo duże, namalowane kadry są uproszczane, pozbawione nadmiernej ilości szczegółów, co ma zapewne pobudzić naszą wyobraźnię. Pod prostymi i grubymi pociągnięciami pędzla, możemy bowiem odkryć całe światy różnorodnych przeżyć. Wszystko zależy od naszej wrażliwości. Niebagatelne znaczenie ma także pejzaż – niezwykle ascetyczny, z linią horyzontu majaczą gdzieś w dali – który zatapia w sobie bohaterów komiksu, podkreślając tym samym ich dojmujące odosobnienie.  

 



W Końcu lipca coś się kończy. Kończy się pewien czas, a wraz z nim pewne relacje, emocje, specyficzna sytuacja wewnętrzna protagonistów. Komiks Marii Rostockiej nie jest jednak jakimś skowytem przegranej, obrazem psychicznej pułapki bez wyjścia. Przeciwnie - autorka pozostawia nam oraz swym bohaterom iskierkę nadziei. Koniec lipca to przecież także potencjalnie nowy początek, narodziny nowego układu zdarzeń i międzyludzkich więzi burzących samotność.  



Autor: Jakub Gryzowski

Hellblazer. Jamie Delano i inni. Tom 2.

 


Kolejny weekend spędzam ze słuchawkami na uszach i nad edytorem tekstu. Osłuchuję ostatnią płytę gigantów doom jazzu – Bohren & der Club of Gore – a sam na klawisze znów biorę „Hellblazera”. Tym razem jednak nie narzekam. Trafił mi się drugi tom zbiorczy pisany przez Jamiego Delano, czyli gościa odpowiedzialnego za zdefiniowanie Constantine'a. To chyba nawet ważniejsza osoba dla tej postaci niż Alan Moore, który przecież stworzył ulicznego Maga na łamach „Sagi o potworze z bagien”.


Niniejszy tom to niezły grubas, zbiera nie tylko regularną serię, ale też annual „Krwawy Święty” i dwuczęściowy spin-off „Horrorystka” narysowany przez mistrza Davida Lloyda, czyli twórcę grafik legendarnego „V jak vendetta”. Jak już wspominałem kilka razy, przygody Constantine'a rzadko są udanie rysowane. „Horrorystka” to chlubny wyjątek i szczerze powiem, iż z rysunkami Lloyda i talentem literackim Delano dostajemy dzieło co prawda niewielkie ale wybitne. Narracja obrazem to mistrzostwo świata, a fabuła i budowanie napięcia są na poziomie prawdziwych majstrów od horroru. Jeśli więc marudzicie na rysunki w „Hellblazerze” i tylko dlatego nie kupujecie kolejnych tomów przygód Johna, to macie dobry powód, by w końcu sięgnąć po opowieść o nim. 

 



Niestety reszta warstwy plastycznej odstaje jakościowo od rzemiosła Lloyda. I tylko momentami (świetnie sprawdzający się przy horrorze Talbot, acz w porównaniu do Lloyda to i tak druga liga) grafiki cieszyły moje oko.


Inaczej jest z fabułą, która jest równa jak blat. Trzon niniejszego woluminu stanowi długi run zatytułowany „Maszyna Strachu”. Wspominałem o tym już w recenzji pierwszego tomu – bardzo czuć tu wpływy twórczości Davida Cronenberga. Podobnie jak w przypadku „Potomstwa” czy „Skannersów” Kanadyjskiego mistrza horroru, Delano odwołuje się do new age'owych, kontrkulturowych tematów i eksploatuje je, plotąc misterną siatkę strachu podszytą teoriami spiskowymi. To bardzo ciekawe przedstawienie tego typu motywów, odmienne od dobrotliwego, hipisowskiego ukazywania tych tematów. Obecna jest tu też mocno warstwa społeczno-polityczna. Constantine przyłącza się bowiem do grupy będącej swoistym squotem na kółkach. Do kontrkulturowców przemieszczających się niczym cyganie, pracujących zarobkowo głównie na polach uprawnych i z powodów rozrywkowych wcinających cały czas grzybki halucynki(sic!). Motyw jedzenia przez Johna muchomora i halucynacji z tym związanych będzie zresztą tematem jednego z ciekawszych zeszytów w tym tomie. Delano wyraźnie wie, o co chodzi i pewnie prawdą jest, że w tamtych czasach chodził cały czas naćpany. Co ciekawe scenarzysta podarował Constantinowi też coś na kształt rodziny. Coś, o co ten gość, często nazywany cynikiem i zimnym draniem, musi walczyć. Coś, co pokazuje, że nie przehandlował jeszcze duszy, że skurwysyn ma jeszcze serce. 

 



Drugi tom „Hellblazera” jest na wielu płaszczyznach inny i nie tak ważny dla historii Vertigo jak jedynka, ale to cały czas świetne opowieści i dobrze, że Egmont zdecydował się wydać cały run Delano. Z utęsknieniem czekam na trzeciego grubasa, bo to wszak ten autor najdłużej pisał serię o Constantinie, więc jeszcze trochę materiału zostało. Osobiście ciekaw jestem, czy nadchodzący zbiór będzie zawierał również powieść graficzną „Pandemonium”, którą Dealno napisał po latach rozłąki z serią. Fajnie by było. W końcu jak komplet, to komplet. 

 



Klezmerzy. Tom 3. Sami złodzieje. Joan Sfar

 


Już chyba mówiłem, że ta seria to sztosiwo. Powtórzę się więc przy recenzji tomu 3 – to sztos nad sztosami. „Klezmerzy” nie są co prawda moim ulubionym cyklem Joana Sfara, bo wygrywa z nim bardziej wycyzelowany graficznie i pulpowy fabularnie „Profesor Bell”, ale stoją zdecydowanie drudzy w kolejce. To trochę tak, jakby Kusturica zrobił komiks (coraz bliżej jego twórczości to wszystko się prezentuje w warstwie fabularnej), a rysował go sam Pan Chagall, do którego Sfar bezczelnie nawiązuje w warstwie plastycznej. No po prostu mistrzostwo świata w swojej kategorii. 

 



Rzecz opowiada o kilku żyjących w międzywojniu Klezmerach – wędrownych grajkach, żydowskich, cygańskich i Polskich (baron jest Polakiem? Dobrze pamiętam?), którzy tworzą nie lada menażerię i co rusz pakują się w różne kłopoty. Wydostają się z nich tylko dlatego, że trzymają wszyscy ze sobą sztamę. Oprócz dynamicznej opowieści o muzykach dostajemy więc historię będąca pochwałą przyjaźni, pełną barwnych bohaterów, iście komiksowych osobistości, drużyny nie gorszej od jebanych „X-Menów”, Doom Patrolu” czy „Ligi niezwykłych dżentelmenów”. Taką pokręconą załogę przedstawioną z nie lada werwą i fantazją widziałem ostatnio chyba w wybitnym „Zdarzeniu 1908” Świdzińskiego. Trudno porównywać oba komiksy, to unikalne twory, ale w obu drzemie jednak schowana gdzieś pod płaszczykiem retro punkowa energia, która napędza wszystkie perypetie głównych bohaterów. Nie boję się zresztą nazwać dzieła Sfara punkowym. Bowiem, jak twierdzi sam Jelo Biafra, w punku nie chodzi tylko o rocznik 77, a o zbiór pewnych bratnich motywów, które wielokrotnie powtarzały się w sztuce na przestrzeni wieków (według niego na ten przykład noir jest nurtem mocno podszytym punkowymi wartościami). W gruncie rzeczy więc bez problemu można nazwać komiks Sfara anarchizującym, wszak przedstawia nic innego, jak żyjącą na własnych zasadach komunę. Czyż podobnie nie jest ze wspominanym „Doom Patrolem” w ujęciu Granta Morrisona?

 



Również grafiki, dalekie od akademickiej poprawności, są w tym dziele dość buntownicze. A to, że mają tyle stycznych z malarstwem Chagalla? Może sam Chagall należał więc do punkowców swojego okresu! Przy tym jednak narracja Sfara nie jest szczególnie udziwniona i służyć ma głównie popychaniu opowieści do przodu, a nie robieniu jakiegoś niestrawnego, awangardowego, trudnego dziełka. Ot, po prostu robota mistrza komiksu. Jednego z największych żyjących.

środa, 24 listopada 2021

Najlepsi wrogowie - 3 - Historia relacji pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Bliskim Wschodem. Część trzecia 1985–2013.

 


Pomysł na geopolityczny komiks o historii stosunków USA – Bliski Wchód wydaje się frapujący. Chociaż to mało popularny kierunek eksploatowany przez te medium, forma opowieści rysunkowej jest na tyle pojemna, że powinna sobie poradzić z budowaniem narracji tego typu. Sukces można osiągnąć tylko wówczas, gdy nieszablonowy historyk trafi na równie oryginalnego rysownika. Tak też po części się stało w komiksie „Najlepsi wrogowie” autorstwa Jeana-Pierre Filiu i Davida B. 

 



Pierwszy tom historii snutej przez obu Panów obejmował lata 1783 – 1853, drugi 1953 – 1984, obecnie zaś dostajemy trzecią część opisującą okres 1984- 2013. Jak widać pod lupę brane są coraz krótsze odcinki czasowe, jednak istota zaproponowanej narracji nie zmienia się, pozostając idealnie spójną, co przy próbie konsumpcji całości, może się wydać dosyć męczące. Z racji iż obecna publikacja dotyczy wydarzeń stosunkowo niedawnych - nawet laik ma o nich jako takie pojęcie - uznaję ją za stosunkowo najbardziej przystępną.

Dla znających poprzednie odsłony cyklu, nie będzie dużym zaskoczeniem zaproponowana przez autorów specyficzna metoda snucia opowieści. Mamy tu bowiem te same skróty i niesamowitą wprost kondensację faktów i prawdopodobnych przypuszczeń, które często mieszczą się zaledwie w jednym satyryczno-metaforycznym kadrze. Dla Filiu historia jest czymś żywym i podlegającym ciągłej interpretacji, dlatego szereg ujawnianych w komiksie rewelacji, dla kogoś studiującego historię, przybierze zapewne charakter polemiczny. Osoba mało zainteresowana problematyką Bliskiego Wschodu, poczuje się tu nieco zagubiona i być może także lekko znużona, gdyż dzieło – jeśli chcemy za nim nadążyć i w pełni zrozumieć - wymaga poświęcenia mu maksimum uwagi. 

 


 

Oryginalność Najlepszych wrogów osadza się na sposobie przekazu skomplikowanej problematyki historycznej. Uderza ironiczny dystans w obrazowaniu obu stron konfliktu oraz subtelne utajenie ewentualnych uprzedzeń i sympatii twórców. Nie można jednak powiedzieć, że mamy tu do czynienia z obiektywną próbą ujęcia tematu. Jedno jest pewne – interpretacje polityczno-hisoryczne Filiu obywają się bez powszechnie panujących wśród mas (a także wśród innych komiksów o tematyce historycznej) naiwnych wyobrażeń podsycanych przez dyplomatyczną propagandę wielkich mocarstw. W optyce tego historyka: pozorne lub rzeczywiste ruchy wojsk, chwiejne sojusze, działania służb, „niespodziewane” zamachy i sztucznie kreowane konflikty są elementami skomplikowany gry, pozbawionej sentymentów strategi obliczonej na zysk jednej bądź drugiej strony. Wydaje się, że ta refleksja jest naszemu społeczeństwu bardzo potrzebna, szczególnie teraz, kiedy spontaniczne reakcje emocjonalne zakłócają analityczne myślenie (oparte o geopolityczną i historyczną świadomość), a co za tym idzie - przewidywanie prawdopodobnego rozwoju wypadków oraz powzięcie pragmatycznych działań zaradczych.

Przechodząc do strony graficznej, trzeba z całą stanowczością stwierdzić, że nie jest ona szczytem możliwości autora takich wybitnych dzieła jak „Rycerze św. Wita”, czy „Uzbrojony ogród”. Choć niewątpliwe bez Davida B. cały koncept spaliłby na panewce, czyniąc lekturę zupełnie niestrawną, a wręcz nieczytelną. Tylko rysownik z nieograniczoną wyobraźnią jest w stanie suchy fakt polityczny przedstawić za pomocą surrealistycznej grafiki, która często przyjmuje postać zawoalowaną, bądź wieloznaczną. Dla niektórych sporym rozczarowaniem może się okazać to, że w Najlepszych wrogach prawie nie ma bożyszcza narracji komiksowej, czyli serii kadrów, w których rozgrywa się pewna sytuacja dramaturgiczna. Na ogół spotykamy tu pojedyncze rysunki, które są dla siebie całym światem, tj. samodzielnie opisują jakieś wydarzenie, bądź stanowią metaforę skomplikowanej relacji politycznej. Kolejny kadr odróżnia się podjęciem innej kwestii w odmiennej czasoprzestrzeni.

 



„Najlepsi wrogowie” nie są lekturą dla każdego. Osoby obojętnie odnoszące się do historii oraz analiz geopolitycznych, nie mają specjalnie tutaj czego szukać. Nie wydaje mi się również, aby była to lektura pomagająca przetrzeć szlaki i zachęcić do tego typu zagadnień. Autorzy oczekują od czytelnika pewnej podstawy wiedzy o relacjach Blisko Wschodnich, dzięki której możemy podważać wysnuwanie niekiedy zbyt śmiałych tez oraz zwyczajnie czerpać satysfakcję z czytania. Dla zainteresowanych tematem zaproponowana skrótowość może pozostawiać spore wrażenie niedosytu. Pomysł na kondensację takiego ogromu zagadnień i kontekstów na stosunkowo niewielkiej ilość stron, mógł się zakończyć mniejszą, lub większą porażką. Niemniej ambicja tej próby zasługuje na szacunek, gdyż jakby nie patrzeć, otrzymujemy na naszym rynku lekturę stanowiącą absolutny precedens.

Autor:Jakub Gryzowski