czwartek, 23 stycznia 2020

Bitwa. Rambaud/Richaud/Gil



Jak sam tytuł wskazuje komiks ten traktuje o bitwie. Na tapetę wzięto walkę pod Essling, jedną z najsłynniejszych potyczek z czasów wojen napoleońskich. To będący adaptacją nagradzanej książki drobiazgowy fresk historyczny, po który zapewne powinni sięgnąć przede wszystkim miłośnicy tematu. Ja, kompletny laik patrzący na tę opowieść po prostu jak na komiks, mam jednak pewne zastrzeżenia.

Przede wszystkim niniejsze dzieło nie podoba mi się graficznie. Widziałem jednak rysunki tego autora bez komputerowych kolorów i werdykt jest jeden – to cyfrowo nakładane barwy zniszczyły jego robotę, bo z tego, co dostrzegłem w jego pracach, w wersji sauté jest bardzo zdolnym rzemieślnikiem. Da się to przeżyć, ale nie kupiłbym tego albumu ze względu na grafiki, a w opowieści batalistycznej to bardzo ważny element składowy. Marzeniem w takich wypadkach jest, by rysunki wyglądały jak realne ryciny z pola walki. W tym wypadku tak nie jest i na tym poziomie potencjał został zmarnowany. To jak powinna wyglądać ta opowieść, ukazuje okładka albumu. Niestety to zwykłe oszukaństwo typowe dla anglosaskich komiksów, bo to, co znajdziemy w środku, nie ma nic wspólnego z awersem okładki.



Fabularnie jest również przeciętnie. Część dotycząca walk jest oczywiście podana całkiem sprawnie, ale prowadzone na arenę fikcyjne postacie, przez których pryzmat mamy odbierać snutą historię, są dość nieciekawe i osobiście nic do nich nie czuję. Nie jestem specem od tego okresu w historii, lubię jednak bardzo film „Pojedynek” Ridleya Scotta osadzony w tych realiach i to chyba jedyna rzecz, do której mogę porównać niniejszy komiks. Wspominam o tym obrazie też dlatego, że dwóch głównych bohaterów „Bitwy”, podobnie jak postacie z filmu Scotta, wchodzi ze sobą w konflikt. Motyw ten jednak nie zostaję podchwycony i nie ma niemal wcale konsekwencji tej zwady. Rozumiem, że w zamyśle autora chodziło o opowiedzenie o bitwie, a nie o konflikcie dwóch postaci, ale gdyby ta historia była lepiej nakreślona, laikowi komiks czytałoby się przyjemniej.



Najważniejsza jest tu jednak bitwa znajdująca się oczywiście na pierwszym planie. Została ukazana bardzo sprawnie i jako bryk z historii album ten sprawdza się bardzo dobrze. Po lekturze zostałem ze sporą ilością informacji z przebiegu działań wojennych i z powodzeniem mógłbym zostać z tego odpytany, bo bez problemu streściłbym przebieg walk. Dodatkowo autorom udało ukazać się bezsens i tragedię wojny, a to zawsze się chwali.

Bardzo lubię linię wydawniczą Egmontu „Plansze Europy”, bo chętnie obcuję z frankofońską klasyką, ale akurat ten komiks to dla mnie niewypał. Istnieje szansa, że miłośników wojen napoleońskich „Bitwa” może oczarować, ale według mnie, ze względu na to, że rysunki wyglądają najzwyczajniej źle (wspomniane kolory), szanse na to są nikłe, a sam przebieg bitwy zainteresowani pewnie znają bardzo dobrze.



środa, 22 stycznia 2020

Sandman: Śnienie i Uniwersum.



Nie jestem wielkim fanem Sandmana. Mam co prawda całość na półce (łącznie ze wszelkimi spin-offami), ale bardzo podoba mi się tylko pierwsza część – „Preludia i Nokturny”, która w ostatecznym rozrachunku jest bardziej horrorem niż fantasy. Późniejsze tomy, eksplorujące  baśniowość mocniej od grozy, kręcą mnie znacznie mniej. Wcale nie ucieszyła mnie więc informacja, że z okazji 25-lecia komiksu Gaimana Vertigo postanowiło wskrzesić serię o Morfeuszu, bo oznacza to, że jako chory na zbieractwo komplecista będę musiał po to sięgnąć.

 

Dodatkowo to nie jest jeden cykl. Na początek dostaliśmy komiks startowy pod tytułem „Sandman: Uniwersum” i dopiero z niego wychodzą następne gałęzie opowieści. Mnie w ręce jak na razie trafił właśnie ten numer startowy i pierwsza część z cyklu pod tytułem „Śnienie”. Co istotne Gaiman tego wszystkiego nie pisze, tylko nadzoruje serię. Komiks tworzą scenarzyści, których autor oryginału określa jako najlepszych ludzi w branży. Co ciekawe ja ich nazwisk kompletnie nie znam, a przecież nie od dziś interesuje się komiksem.

Numer startowy trudno oceniać w kwestiach artystycznych, bo to tylko wprowadzenie. Jednak nie zrobił na mnie wielkiego wrażenia, a oryginalny Sandman zaczynał się przecież od wielkiego trzęsienia ziemi. Natomiast „Śnienie” jest przyzwoicie zrobionym komiksem, w którym zostają wprowadzone na scenę nowe postacie. Z jednej strony są dobrze napisane, z drugiej, uniwersum Morfeusza posiada już takie zatrzęsienie bohaterów, że nie do końca rozumiem, po co potrzebni są nowi. Doceniam jednak wykreowanie niektórych postaci, takich jak Sędzia Stryk, koszmar związany z wisielcami, pamiętający czasy rasistowskiego południa. To indywiduum na miarę słynnego, pochodzącego z oryginalnego cyklu Koryntczyka i dla niego warto ten komiks przeczytać.



Warstwa graficzna nie jest wybitna, ale chcąc być uczciwym wobec tej serii, muszę przyznać, że jest przynajmniej dobra. Bardzo podobają mi się kompozycje plansz, które stronią od typowych kadrów, a stawiają na swobodne rozpięcie wydarzeń na przestrzeni dwóch kartek. Sam styl rysunku jest realistyczny i jeśli na siłę miałbym tej warstwie coś zarzucić, to powiedziałbym, że jej największym grzechem jest zachowawczość. Najzwyczajniej brak tu szaleństwa. Niemniej „Sandman” nigdy nie miał wielkiego szczęścia do rysowników, więc od tej strony jego nowa odsłona wypada przynajmniej zadowalająco.

Nowe oblicze Sandmanowskiej serii to rzemieślnicza robota. Nie są to komiksy ani szczególnie złe, ani też bardzo dobre. Według mnie to typowy skok na kasę i strzelam, że Gaiman zgodził się na to ze względu na czek, jaki otrzyma od DC. Obiecuję sobie walczyć sam ze sobą i nie zbierać tej serii. Przynajmniej na razie, bo będę obserwował opinie kolegów po fachu i jeśli będą pozytywne to może jeszcze dam jej jedną szansę. Na razie jednak mówię pas. 


niedziela, 12 stycznia 2020

Goon. Tom 3. Eric Powell




„Goon” (czy jak kto woli „Zbir”) – komiks, który wyszedł spod ręki Erica Powella to bardzo nietypowe dzieło. Wybuchowa mieszanka wielu pulpowych motywów przynależnych zarówno horrorowi, jak i noir, a dodatkowo doprawiona elementami komediowymi.

Oto mamy ulicę Samotną, enklawę w mieście dręczonym przez hordy zombie. Głównym bohaterem natomiast jest lokalny opryszek. Gdy nie jest zajęty przemycaniem whiskey albo robieniem innych rzeczy, które robią gangusy, chroni swoją ulubioną dzielnicę i znajdujący się w niej bar przed nieumarłymi. Dzięki temu on i jego kumpel Frankie są ulubieńcami miejscowych i zarazem ich ostatnią nadzieją. Ważną postacią w całej sadze jest również tajemniczy starzec Sęp – człowiek, na którego została rzucona straszna klątwa i od tego czasu musi się pożywiać ciałami zombie.




To już trzeci, potężny (wydanie prezentuje się naprawdę wspaniale) zbiorczy album „Goona”. Pisałem już raz o tej serii na łamach Mortal (klik). Niestety muszę zaznaczyć, że autor w tym tomie nie skorzystał z możliwości zrobienia czegoś głębszego ze swoimi bohaterami i na razie najlepsze co czytałem z tego uniwersum, to zawarta w drugim albumie powieść graficzna „Chinatown”, która ukazywała Zbira w zupełnie innym, tragicznym kontekście. Owszem, i w tym tomie Powell zaznacza, że jego bohater ma złamane serce, ale potencjał nie zostaje wykorzystany i motywy te są dość płytko poprowadzone. Zamiast tego dostajemy zwyczajową, szaloną, pulpową jazdę bez trzymanki, z której słynie ta seria. Jeśli to ktoś lubi, to będzie się czuł czytając „Goona” jak świnka w błotku. Niemniej, moim zdaniem łatwo jest ten komiks przedawkować ze względu na powtarzalność zawartej w nim akcji. Warto dozować sobie lekturę i nie wciągać wszystkiego naraz. Zapewniam, że wtedy będzie smakowało lepiej.

Piszę ten tekst na bloga i tym razem nie będę się silił na obiektywizm. Przyznam, że nie podoba mi się humor w „Goonie”. Może jestem starym dziadem, ale wyrosłem z żartów o kupie, które raczej wywołują we mnie niesmak niż uśmiech na twarzy („–Jakie znasz sztuczki? – Umiem gwizdać i pierdzieć na raz”.). Niestety jest ich tu sporo, a ja kompletnie ich nie łapię. Nie czyni to jednak dla mnie z „Goona” serii niezjadliwej, bo mimo wszystko czerpię przyjemność z lektury – na szczęście lubię bardzo horror i noir.


Dochodzimy do największego atutu „Goona”. Powell jest bardzo sprawnym rysownikiem, czerpiącym między innymi z estetyki, jaką prezentował Will Eisner w swojej serii o „Spiricie”. Strzelam, iż to właśnie dzięki temu, że ma taką moc w łapie, Powell jest dziś tak bardzo uznanym twórcą i na sucho uchodzą mu te wszystkie żarty o kupie podczas przyznawania nagród imienia (oczywiście) Eisnera, których seria ma na koncie sporo. Kolorystyką zajmuje się tu natomiast genialny Dave Stewart, czyli facet odpowiedzialny za barwy w uniwersum „Hellboya”. Nie ma co się oszukiwać, jest idealnym gościem do tej roboty i warstwie wizualnej „Goona” nie można nic zarzucić.

Jak pewnie już zauważyliście, nie jestem ultrasem tej serii. Nie zmienia to faktu, że cenię ją i chce mieć na półce. Non Stop Comics należą się brawa za to, jak wydaje „Goona”, bo tomy są tak grube, że z powodzeniem można nimi ubić jakąś nieumarłą gadzinę. Prawdopodobnie też chcecie mieć ten komiks w swojej kolekcji. 


wtorek, 10 grudnia 2019

Przygody wielkiego wezyra Iznoguda. Gościnny/Tabary

 Tekst pierwotnie ukazał się na łamach RYMSu



„Przygody wielkiego wezyra Iznoguda” to klasyka frankofońskiego komiksu humorystycznego. Dzieło słynnego scenarzysty Rene Gościnnego, który ma na koncie takie tytuły jak  „Asteriks”, „Mikołajek”, czy „Lucky Luke”. Na  przestrzeni ostatnich dwóch dekad komiks ten był już dostępny u nas, najpierw we fragmentach na łamach „Świata Komiksu”, potem w zbiorczych zeszytowych wydaniach (nie wypuszczono jednak całości). Teraz Egmont atakuje rynek edycjami kolekcjonerskimi, zawierającymi po cztery albumy w twardej oprawie.

Rzecz dzieje się w pięknym, malowniczym Bagdadzie. Mikry, wredny i podstępny wezyr Iznogud za wszelką cenę chce wygryźć dobrotliwego, safandułowatego Kalifa z jego fuchy. Tym samym co rusz knuje kolejne spiski, mające odsunąć jego przełożonego od władzy. Komiks ten to festiwal przeróżnych, mniej lub bardziej śmiesznych gagów, obrazujących zmagania wezyra, który w każdym epizodzie szykuje serię karkołomnych zamachów na Kalifa. Iznogud starając się usunąć szefa zazwyczaj sam kręci na siebie bat, co skutkuje licznymi sytuacjami komicznymi. Są tu ograne wszelkie motywy i rekwizyty znane z „Księgi tysiąca i jednej nocy”, ale jest też sporo satyry na współczesność. Strzelam, że komiks był w swoim czasie (seria powstawała w latach 60-tych) śmieszniejszy, bo Gościnny pewnikiem odwoływał się do różnych zjawisk w ówczesnej  Francji. W przekładzie uleciało też zapewne wiele żartów słownych – część z nich wyraźnie tłumacz próbuje rekonstruować, ale wychodzi to średnio.

Komiks ten podzielony jest na cztery albumy, a każdy z nich zawiera po kilka historyjek. Taka epizodyczność mu nieco szkodzi i w treść szybko wkrada się powtarzalność. Myślę, że gdyby opowieści były rozpisane na kilkadziesiąt stron, czyli na cały album, wypadłoby to lepiej. Dobrym pomysłem jest powolne dawkowanie sobie lektury, bo wciągając wszystko naraz łatwo ten komiks przedawkować.

Obrazkami do serii zajął się Jean Tabary. Jego pomysł na szatę graficzną jest dość prosty. To karykaturalne,  rysowane dość dynamiczną kreską postaci. Niestety tła nie zawsze są odtwarzane i często bohaterowie stoją na pustych przestrzeniach. Szkoda, wszak Bagdad jest przecież pięknym miejscem, wdzięcznym do obrazowania. Czuć, że autor by temu podołał, bo gdy przychodzi mu rysować przedmioty i architekturę, to wychodzi mu to dobrze, ale zapewne goniły go terminy. Mimo wszystko Tabary to jednak dobry rysownik, który z powodzeniem ilustruje ten humorystyczny komiks i jego krecha zdecydowanie pasuje do narracji. Nie jest to jednak twórca tej klasy co Albert Uderzo, czyli autor rysunków do słynnego „Asteriksa”.

Nie do końca jestem pewien jak album ten odbiorą dzieci i trudno mi wskazać konkretny wiek potencjalnego czytelnika. Myślę, że to komiks kierowany głównie do koneserów, świadomych tego, że obcują z klasyką, a nie przypadkowych odbiorców. Niestety mam też wrażenie, iż czas obszedł się z „Iznogudem” nieco gorzej niż na przykład ze wspomnianym „Asteriksem”. Nie jest to jednak zły album i bardzo się cieszę, że Egmont zaserwował nam lekcję historii z francuskiego komiksu humorystycznego. Chętnie więc sięgnę po następny album zbiorczy.

wtorek, 12 listopada 2019

Mity Cthulhu. Breccia/Busgaglia




Obecnie mamy w Polsce jakiś mały boom, bo na rynku jest już kilka świeżych komiksów powiązanych z Lovecraftem. Wychodzą między innymi mangowe adaptacje jego opowiadań (nie czytałem ich jeszcze) i komiksy Alana Moore'a mocno inspirowane prozą Samotnika z Providence (to znowuż niestety dość słabe pozycje). Non Stop Comics postanowiło jednak dostarczyć nam jeszcze więcej i posłało na rynek zebranych w jednym tomie kilka opowiadań Lovecrafta przełożonych na język komiksu przez wybitnego w swoim fachu Alberto Breccie, o którego genialnym „Mort Cinderze” pisałem już na łamach Mortal (klik).

124 stronicowy zbiór zawiera w sobie 9 opowiadań Samotnika z Providence, przełożonych na język komiksu. Trudno powiedzieć, czy to faktycznie te najlepsze ale według mnie selekcja jest bardzo udana. Nie mniej niż połowa z nich to klasyki, a ich treść jest dobrze dopasowana do stylu Breccii. Nie zabrakło tu między innymi „Zgrozy w Dunwitch”, jak i słynnego „Zewu Cthulhu”. Jest również „Kolor z innego świata” i „Widmo nad Innsmouth”. Dodatkowo podczas lektury czuć, że to opowieści z jednego uniwersum. W większości utworów pojawia się przykładowo dobrze znany miłośnikom popkultury bluźnierczy Necronomicon. Co ciekawe, z jednej strony wszystkie historie trzymają się dość wiernie źródłowej treści, ale z drugiej trzeba przyznać, że w ostatecznym rozrachunku zostały bardzo oryginalnie przetworzone przez wyobraźnię i warsztat twórcy. Breccia jest wszak artystą niebanalnym i zdecydowanie zostawił swój ślad na spuściźnie Lovecrafta, i powiadam Wam, że dzięki niemu spojrzycie na jego twórczość nowym okiem. 


Rysownik nie pracował jednak sam przy utworach zebranych w tym albumie. W większości opowiadań za adaptację z literatury odpowiada Norberto Busgaglia, który okrasił te historie bardzo dużą ilością tekstu. Co ciekawe nie zaszkodziło to zbytnio „komiksowości”. Na planszach wszystko prezentuje się bardzo udanie – czyta się te opowieści bez poczucia przytłoczenia obrazów przez tekst i jakiegokolwiek zgrzytu w warstwie narracyjnej. Niemniej nieco umniejszę Busgagli, bo ostatecznie kluczowe elementy treści (zjawiska nadprzyrodzone i niezwykłe istoty) są już tylko wytworem talentu Breccii. Mityczne stworzenia z twórczości Lovecrafta w obrazach innych interpretatorów są zawsze bardzo konkretne, wręcz namacalne, zaopatrzone w mnogość macek i innych przerażających atrybutów przynależnych do opisów plugawych okropieństw, które produkowała jego wyobraźnia. Tak jakby stawiali sobie za punkt honoru zobrazować twory tak dziwne, nienaturalne i przerażające, że ich widok wręcz potrafi doprowadzić patrzącego na nie do obłędu. Breccia natomiast, gdy ukazuje istoty z prozy Samotnika z Providence, sięga chętniej po rożne kierunki plastyczne znane bardziej z historii malarstwa niż annałów komiksu: surrealizm, abstrakcję i  ekspresjonizm, a czasem i miesza wszystko naraz, ukazując wszelkie stwory bardzo umownie. Skrywa ich kształty w mroku swojego rozmazanego bóg wie czym tuszu. Wszelkie techniki, które odważnie stosuje autor są doprawdy nie z tego świata, niemal tak oryginalne dla medium komiksowego, jak wytwory wyobraźni Lovecrafta dla ówczesnego mu horroru. Warto zaznaczyć, że Breccia bardzo udanie łączy te typowo malarskie, umowne style z charakterystycznym dla komiksu, do bólu realistycznym rysunkiem.  


Nie jestem specjalistą od komiksowych adaptacji Lovecrafta (sporo tego i ponoć wiele tego typu tworów to słabizny, więc nie zagłębiałem tematu porządnie), ale postawiłbym sporo kasy na to, że Breccia zrobił te z najwyższej półki, jeśli nie najlepsze. Dzięki swojej pomysłowości i otwartości na różne techniki osiągnął bardzo oryginalny, odmienny od innych tego typu utworów efekt. Oczywiście, autor ten zapisał się w historii komiksu już „Mort Cinderem”, ale „Mity Cthulhu” niczym nie ustępują mu jakością i tylko potwierdzają klasę twórcy, który jest jednym z największych wizjonerów opowieści obrazkowych. 


sobota, 12 października 2019

Hellblazer. Tom 2. Azzarello.




John Constantine, czyli potężny brytyjski okultysta jest w Stanach. Szwenda się po kraju, próbując rozwiązać zagadkę samobójczej śmierci swojego przyjaciela. Co ciekawe nasz mag musiał odsiedzieć swoje, bo kumpel wrobił go i upozorował wszystko tak, żeby wyglądało jakby to John pociągnął za cyngiel. Sprawa jest coraz bardziej dekadencka i śmierdząca, a bohaterowi przyjdzie zagłębić się w najmroczniejsze zakamarki amerykańskiego snu. 

 Bardzo się ciesze, że mogę tym razem wyrazić pozytywną opinię o kolejnej części „Hellblazera” pisanej przez Azzarello. Jest znacznie lepiej niż w pierwszym tomie. Autora w końcu zaczął obchodzić sam Constantine, a nie amerykańska prowincja. Do tego historie tu zawarte są mroczniejsze i brutalniejsze niż w pierwszej odsłonie. Mam też wrażenie, że po prostu lepiej napisane, jakby Azzarello w końcu zakumał o co chodzi w tej postaci i co mu się chwali, zaczął grzebać przy jej rysie psychologicznym, a nawet otwarcie podszedł do sprawy jej seksualności. Być może dalej nie jest to poziom Jamiego Delano, ale czyta się to wszystko bardzo dobrze i cieszę się, że w końcu dostałem „Hellblazera” na jakiego czekałem, bo szczerze powiedziawszy, po zawodzie wywołanym częścią pierwszą, obawiałem się bardzo drugiej odsłony. 



W niniejszym tomie są dwie perełki graficzne. Obie zostały stworzone do historii nie wchodzących do głównej linii fabularnej. Pierwsza to składająca się z dwóch zeszytów opowieść z czasów punkowej młodości Constantina. Narysował ją genialnie Guy Davies, którego możecie znać z ukochanej przeze mnie serii BBPO. Druga, kończąca ten tomik, została pociśnięta przez Rafaela Grampa, zrywającą czapkę z głowy, zajebistą kreską. Twórca ten obdarzony jest tak osobnym stylem, że aż trudno mi go do kogokolwiek porównywać, ale zdecydowanie kojarzy się bardziej z komiksem niezależnym niż z mainstreamem. U nas to autor znany z komiksu „Mesmo Delivery” – jeszcze go nie mam, ale po tym co zobaczyłem w „Hellblazerze” muszę go kupić. Pozostaje jeszcze środek tego tomu, a ten niestety nie dorównuje tym znakomitym klamrom. Nie jest jednak tak, że to złe rysunki. Nie, to przyzwoite rzemiosło, ale nie dosięga poziomu dwóch mistrzów komiksu, którzy mają swój wyrazisty, niepodrabialny styl. 



Trochę się bałem czytać ten komiks, bo rzucam palenie, a Constantine na kartach tych komiksów kopci jak smok. Udało mi się jednak przebić przez całość i nie skręcało mnie aż tak strasznie. Wszystko za sprawą Azzarello, i chwała mu za to, że w końcu stanął na wysokości zadania i napisał serię znakomitych, mrocznych opowieści o Constantine, które wciągają w mroczny świat okultyzmu i seksu (tak, tak sporo tego w tej odsłonie). Oby następne tomy (teraz będzie Ennis czy jeszcze coś Briana?) trzymały się tego wysokiego już poziomu. Niestety na następną odsłonę przyjdzie nam poczekać do początków 2020 roku. Szkoda, bo „Hellblazer” to idealna lektura na jesień. 


Goon. Eric Powell. Tom 1 i 2.


Najpierw Bóg (w tym wypadku jest nim rysownik i scenarzysta Eric Powell) stworzył świat. Najbardziej pulpowy z pulpowych. „Goon” (czyli po polsku Zbir) jest bowiem szaloną, narysowaną fantastycznie i z nie lada rozmachem, nasterydowaną mieszanką horroru i noir. Mimo iż uniwersum oparte jest na ogranych kliszach, to ostatecznie jest tworem bardzo oryginalnym, a świat tu przedstawiony trudno porównać do czegokolwiek innego.

Mikrokosmos Powella wygląda tak: Wszystko dzieje się w przedziwnym miasteczku opanowanym przez hordy krwiożerczych zombie, zbierających się tłumnie na ulicy Samotnej. Główny bohater, tytułowy Zbir jest silnorękim gangusem, którego organizacja jako jedyna przetrwała zawirowania spowodowane pojawieniem się w okolicy żywych trupów. W wolnych chwilach od ciemnych interesów to właśnie on chroni swoją dzielnicę przed zalewem nieumarłych, dzięki czemu ma posłuch i uwielbienie wśród jej mieszkańców. Zombiakami dowodzi bezimienny kapłan Zombie, który jest niczym karykaturalny złoczyńca wyjęty z kreskówki – w każdym odcinku knuje jak zlikwidować Goona i przejąć władze nad chronioną przez niego dzielnicą. Ważnym  miejscem dla fabuły jest knajpa „U Nortona”, to tam spotykają się bohaterowie i to tam zazwyczaj zawiązuje się akcja każdego odcinka. Najważniejszą z postaci oprócz Goona jest jego bliski kumpel Frankie – niski facet, który lata za spódniczkami i uwielbia wbijać swoim przeciwnikom nóż w oczy („kosa w oko!”). Inną pojawiającą się w tych fabułach postacią jest Sęp. To starzec, którego los mocno naznaczył i sprawił, że stał się odwrotnością zombie i by przetrwać musi jeść mięso nieumarłych.

Seria bardzo długo jest niezobowiązującą rozrywką, traktującą o kolejnych potyczkach Goona z kapłanem Zombie. Nagród Eisnera, którymi komiks ten został obsypany, nie dostaje się jednak za szaloną rozpierduchę i kawały o fekaliach, a tego wszystkiego jest sporo w opowieści Powella. Dlaczego więc „Goon” ma status dzieła kultowego i wartego Waszej uwagi? U nas wydano na razie dwa obszerne tomy i zalecałbym kupienie sobie od razu obu. Z prostej przyczyny – dopiero w drugim autor pokazuje, że jego seria to nie tylko bezmyślna rąbanka okraszona czarnym humorem. Powell po uprzednim, na mój gust dość powolnym, rozbudowaniu rysów psychologicznych bohaterów opowiada w stworzonym przez siebie świecie historie głębsze, ciekawsze, mądrzejsze. I w sumie wielka szkoda, że tak długo się rozkręca, bo część czytelników może odpaść od tej serii przez tę przydługą ekspozycję. Sercem drugiego tomu, prócz przekozackiej opowieści o lokalnej drużynie futbolowej, do której należał Zbir, jest historia (to dłuższa powieść graficzna, a nie regularny zeszyt, ale oczywiście została zebrana w tej kolekcji) „Chinatown i tajemnica pana Wickera”. Gwarantuję – warto dać szansę Goonowi nawet tylko dla tego fragmentu, bo ta odsłona jego przygód złamie Wam serce. Autor udowadnia nią, że bardzo dobrze wie jak grać na uczuciach czytelników i umie opowiadać zupełnie inne historie, od tych zawartych w pierwszych zeszytach.
Warstwa graficzna stoi na bardzo wysokim poziomie. Już zaczynając serię, Powell był jako rysownik ukształtowanym twórcą, którego na wskroś pulpowe prace można porównać między innymi do dzieł Willa Eisnera z czasów jego serii o „Spirycie” – zresztą na podobieństwa do tego klasyka bardzo trafnie wskazuje Frank Darabont we wstępie do jednego z rozdziałów. „Goon” ma też niebywałe szczęście do kolorysty, bo warstwą tą zgodził się zająć Dave Stewart, czyli człowiek, znany z tego, że kładzie barwy na komiksy z uniwersum „Hellboya”. Co ciekawe bohater tej serii pojawia się gościnnie u Powella wraz z samym Mikiem Mignolą, który narysował fragment opowieści.

Zakończyłem lekturę „Goona” na drugim, niedawno wydanym u nas tomie. To dopiero początek sagi, bo cała seria ma być zamknięta aż w pięciu opasłych woluminach. Będę ja na pewno zbierał, bo to, co dostaliśmy do tej pory, świadczy o tym, iż Powell ma jeszcze sporo do powiedzenia i mam nadzieję, że w dalszych częściach jeszcze nie raz pokazuje rogi i serwuje dojrzalsze opowieści. Przypadkowych czytelników może odstraszać od tej historii fakt, że długo się rozkręca, bo czytając zbiorczy tom łatwo przedawkować, to co Powell przedstawia na początku. Niemniej akurat odbiorców zaglądających na Mortal nic nie powinno od tej historii odstraszać, wszak to uberpulpowa opowieść, a to idealnie wpisuje się w zazwyczaj serwowany Wam przez nas program.