środa, 2 grudnia 2020

Jak czytać serię Usagi Yojimbo?

 


 Pisałem już obszernie o „Usagi Yojimbo” – mojej ulubionej serii w historii komiksu. Z racji tego, że moim zdaniem wyczerpałem temat, nie podejmę się pociśnięcia kolejnej recenzji i odeślę Was do tego tekstu: klik. Powiem Wam za to, jak czytać serię. Najwyraźniej bowiem nie jest to nie do końca jasne, bo numerki na grzbietach wznowień mogą wywołać pewne zamieszanie. 


Sprawa wygląda tak, że przez 36 lat ukazywania się serii na rynku amerykańskim, Usagiego wydawały różne oficyny. Z tego powodu prawa do różnych momentów serii są u różnych wydawców. Upraszczając nieco (bo wydawców było ostatecznie chyba więcej) cykl wydawniczy Usagiego ogólnie dzieli się na dwa okresy: początek mojej ukochanej opowieści wydawany był pod skrzydłami cenionej oficyny Fantagraphics. Dalsze części wypuścił znowu zasłużony dla komiksu autorskiego Dark Horse. Obecnie serię, po wielu latach, przejęła jeszcze inna firma – mianowicie IDW, które (prócz nowych zeszytów) ma zacząć wydawać komiks od początku, tym razem w kolorze. 


 

Jak to wszystko odbija się na polskich wydaniach? Otóż, jak wspomniałem wcześniej, mamy w serii dwie jedynki. To dlatego, że numeracja zarówno Fantagraphics jak i Dark Horse leci w oryginale od początku, gdyż po przejściu do Dark Horse została ona wyzerowana. Jeśli więc chciałoby się czytać ten komiks, jak pan Bóg przykazał – po kolei, to zalecałbym sięgnięcie najpierw po dwa tomy opatrzone (prócz numerków) podtytułem „Początek”. To są te zeszyty, które wydało Fantagraphics. Dopiero po nich powinno się rozpocząć te z podtytułem „Saga”. To opowieści wydane pod skrzydłami Dark Horse. Z tego co wiem, ma wyjść jeszcze trzeci rodzaj. Nazwany zostanie „Legendy” i zbierze wszystkie poboczne i niezwiązane z głównym kontinuum historie – takie jak „Usagi w kosmosie”, „Senso” i „Yokai”.


Opisane powyżej komiksy to drugie wydania, zbierające po trzy tomy w jednym opasłym woluminie. Dziś wszystkie części wydaje miłościwie panujący na naszym rynku Egmont, ale jeśli chcielibyście sięgnąć z jakiegoś powodu (na przykład kolekcjonerskiego) po pierwsze wydania, to sprawa nie wygląda wcale łatwiej. Sytuacja podobna do takiego zamieszania, jakie jest z Usagim na rynku Amerykańskim, była u nas w latach 2000, gdyż Dark Horse’a wydawał Egmont, a rzeczy z Fantagraphics świętej pamięci Mandragora i to właśnie wydania spod jej skrzydeł powinniście czytać najpierw.   

 




Obecne wznowienia sagi o Usagim przypadły na dość ciekawy moment, gdyż niedawno Stan Sakai po raz wtóry zmienił swojego amerykańskiego wydawcę. Najnowsze części w Stanach mają ukazywać się w kolorze. Zarówno pierwsze, jak i drugie polskie wydanie stroni od barw. W kolorze ukazał się u nas jedynie oniryczny spin off „Yokai”, który wyszedł w nieco powiększonym formacie i twardej oprawie w ramach serii Mistrzowie Komiksu. Nowe odsłony mają jednak zostać zaserwowane w wersji z barwami, zachowując wierność oryginalnym wydaniom. Ogólnie warto kupować Usagiego właśnie po polsku, bo zarówno jakość wydania jak i tłumaczenie stoją na wysokim poziomie. Szkoda tylko, że przygotowując drugą edycję przygód królika-samuraja, Egmont nie zaproponował nam powiększonego formatu i twardych okładek. Z jednej strony to wyraz szacunku do tych, którzy zbierają Usagiego od lat, bo nie muszą podmieniać swojej kolekcji na lepsze wydania. Z drugiej jednak, przygody króliczego ronina zdecydowanie zasługują na to, by wydać je na twardo, jako deluxe.


niedziela, 29 listopada 2020

Thanos. Lemire

 


Miło się czasami pomylić. Dopiero co, przy okazji klejenia innego tekstu, podsumowałem Jeffa Lemire jako gościa traktującego nieautorskie komiksy po macoszemu. Nie jest tajemnicą, że jego pisanko dla Marvela zwykle buty może czyścić takim dziełom jak „Twardziel”, „Opowieści z hrabstwa Essex” i „Podwodny Spawacz”. Kanadyjczyk wyraźnie lepiej czuje się w kameralnych, osobistych historiach obyczajowych. Odnajduje się opisując relacje rodzinne w malutkich miastach. Chociaż naprawdę dobrze wyszedł mu „Moon Knight” i nawet jeśli uwielbiam jego run „Animal Mana”, to w jego umiejętność sklejenia czegoś sensownego w ramach bezkresnego kosmosu Domu Pomysłów nieco wątpiłem. Najwyraźniej całkiem niesłusznie.

Thanos zdycha. Czołowy piewca eugenicznych pierdół i wierny piesek marvelowego uosobienia śmierci wreszcie sam odczuwa na sobie jej czarne szpony. Szalony tytan słabnie każdego dnia z powodu tajemniczej, entropicznej choroby. Ulewająca się z jego fioletowej mordy jucha nie skłania go jednak do refleksji nad własną moralnością. Groźniejszym przeciwnikom stawiał czoła, więc i tym razem radzi sobie z problemem w typowy dla siebie sposób – mordując, zastraszając i promieniując karykaturalną megalomanią. Pogłoski o jego słabości motywują jednak do działania tych, którzy z różnych pobudek chcieliby skrócić postrach wszechświata o głowę. Wśród nich największym zagrożeniem muszę okazać się barwna ekipa zebrana przez Thane'a – zakompleksionego syna niszczyciela światów. 



Zajebiście się pisze o Thanosie! Nie trzeba się ani trochę obawiać powtórzeń, bo Pan Pomarszczony Podbródek ma tysiące potencjalnych imion. Zajebiście się pisze o „Thanosie” z kolei, bo to po prostu klawy komiks. Specjalnością Lemire'a jest pisanie o problemach rodzinnych, a w kosmosie Marvela chyba trudno znaleźć bardziej porąbaną familię od tej skupionej w drzewie rodowym purpurowego paszczura. Scenarzysta oparł się jednak pokusie kalkowania swoich poprzednich fabuł i po prostu zabawił się w lekko przewrotną space operę wyraźnie inspirowaną klasycznymi tytułami z tego nurtu. Tutaj narrator wprowadza nas w opowieść przerywaną fragmentami reportażowymi, a główne skrzypce grają w niej ciekawe postaci z ławki rezerwowej Marvela. Na drugim planie też znajdzie się miejsce dla kilku dziwaków wyrwanych z różnych odmętów spandeksowego kosmosu, a obecność każdego z nich, o dziwo, ma sens.

To jednak nie w kolorowej menażerii kryje się dobro Thanosa. Po pierwsze, fabuła o dziwo potrafi lekko zaskoczyć, chociaż epickich wiraży narracyjnych się nie spodziewajcie. Po drugie, punktuje tytułowy psychopata. Lemire nie stara się wycisnąć z nas bzdurnej empatii w stosunku do masowego mordercy, ale skutecznie kreuje go na postać wartą szacunku. Czasem nawet, wbrew sobie, kibicowałem głównemu złemu polskich multipleksów, a jaranie się złolami jest przecież żałosne! Fakt, głębi tu nie ma za grosz, refleksji na temat przemijania i trudnej ojcowskiej miłości ze świecą szukać, ale możemy popatrzeć jak Nebula wyrywa wrażliwego, bootlegowego klona Lobo. Scenarzysta trochę zluzował, nie idąc jednocześnie w całkowity idiotyzm i wyszło mu to zdecydowanie na dobre.

 



Całkiem klawo jest też pod względem wizualnym i to „klawo” jest lekkim niedopowiedzeniem w przypadku rozpoczynającego tom Mike’a Deodato Jr. i też lekką przesadą w odniesieniu do ilustrującego drugą część Germana Peralty. Obaj panowie bawią się trochę architekturą kadrów, obaj bajerancko kreślą elementy składowe wszechświata i liczne efekty energetyczne. W tym neonowym szale Deodato robi jednak wszystko trochę bardziej i trochę lepiej, dużo większą uwagę przykładając też do kreślenia elaboratnej technologii. Jego styl jest odrobinę bardziej konkretny, mocniej zaznacza negatywną przestrzeń rysunków przy pomocy gęstych cieni. Peralta, pomimo spektakularnego ogółu, w szczegółach pozwala sobie na banalną, typową komiksowość i głupie miny. Na szczęście podobnego rozwarstwienia nie ma przy kolorach – Frank Martin i Michelle Rosenberg wypełnili strony ogromną ilością rozważnie dobranych barw. Umiaru tu nie ma za cholerę, dominują zabiegi komputerowe, ale rezultat można podziwiać bez oczopląsu.

Naprawdę się cieszę, że Lemire potrafi napisać dobry komiks superbohaterski bez forsowania zbędnej głębi. Może i „Thanos” nie jest paradą powodujących uciechę debilizmów i bezmyślnej akcji, ale jego atrakcyjność polega głównie na miodności narracji i dobrych kreacjach licznych postaci. Potrafi wciągnąć, czasem nawet delikatnie zaskakuje, przede wszystkim bawi do ostatniej strony możliwością obserwowania potężnego świra w niesprzyjających okolicznościach. Do szczytu umiejętności autora nadal jest tu daleko, to po prostu nie jest jego konik, ale zdecydowanie nie nazwałbym tego komiksu marnotrawstwem talentu. 


Autor: Rafał Piernikowski


czwartek, 26 listopada 2020

Hellblazer. Ennis/Dillon. Tom 3.

 


Naklepałem Wam już kiedyś rekomendacje poprzednich tomów: klik, klik. Jeśli macie wątpliwości co do tego, czy sięgnąć po „Hellblazera” Ennisa, to odsyłam najpierw do tych tekstów. Niemniej mam nadzieję, że z mojej dzisiejszej bazgraniny wyniknie jasno – ta seria to rzecz ze wszech miar godna uwagi. O ile tylko nie macie zbyt delikatnych podniebień, bo ostatecznie sporo lata tu bluzgów piekielnych, kwaśnych od Guinnessa rzygów, muzyki The Pogues, a i pojawiają się nawet ostre sceny gore. No ale przecież, jeśli o urban horror idzie, to jest to, co tygryski kochają najbardziej. 

 




Od strony fabularnej jest bardzo ciekawie i co istotne, Ennis nie stroni od elementów obyczajowych, przez co dostajemy coś więcej niż tylko horror z egzorcystą w roli głównej. Czuć, że autor chce iść drogą swojego wybitnego poprzednika, Jamiego Delano, który w tej materii pozostaje do dzisiaj niedoścignionym wzorem. Bardzo istotne dla Ennisa staje się ukazanie Constantine’a jako człowieka z krwi i kości, dręczonego problemami natury emocjonalnej. Bardzo ciekawy na tle całej opowieści wydaje się całkiem oderwany od kontinuum zeszyt opowiadający o byłej dziewczynie naszego egzorcysty – Kit Ryan – który w całości dzieje się w Belfaście od lat targanym konfliktem. To szansa dla Ennisa na pokazanie, że umie pisać również historie inne od tych typowo gatunkowych i fantastycznych. Młody wówczas autor buńczucznie dowodzi swojej pozycji jako jednego z najlepszych pisarzy w branży i na pewno nie jest byle wyrobnikiem. 


 


Grafikami do tej części zajął się głównie Steve Dillon. Nie jestem jego fanem, ale to autor, który do ilustrowania „Hellblazera” dostał się po dużo gorszych rysownikach, co zdecydowanie wpływa na jego korzyść, bo na ich tle widać, że ma niewątpliwy talent i świetnie rozumie się w pracy z Ennisem. To zresztą początek długiej przyjaźni obu, bo przecież za chwilę będą przez wiele lat ciągnąć razem „Kaznodzieję”.


Ennisowski run „Hellblazera” niniejszym został domknięty. To była piekielnie dobra, szalona przejażdżka, w którą zabrał nas ostro pojebany, wówczas jeszcze bardzo młody, Irol. To bodaj najlepszy trip, jaki kiedykolwiek nam zafundował. Sam cenię jego „Hellblazerowy” run bardziej nawet niż „Kaznodzieję”, bo nie ma tu fabularnych mielizn charakterystycznych dla końcówki tego drugiego tytułu. Jego wizja przygód Johnna Constantine to, nic dodać, nic ująć, żelazna klasyka.  



sobota, 21 listopada 2020

Orwell. Christin/Verdierer

     


 Pomysł na powieść graficzną o znanym pisarzu wydaje się ryzykowny. Chociaż komiks biograficzny ma już swoją ustaloną pozycję na naszym rynku (są dostępne komiksy o Marcinie Lutrze, Mari Curie, czy Pablu Picassie), to często jest on skierowany do młodego czytelnika. Atrakcyjna forma historyjki obrazkowej ma za zadanie skłonić go do sięgnięcia po „poważniejszą” pozycję na dany temat w dorosłym życiu. Wielkie postacie, wybitne umysły tej czy innej epoki, posiadają swoje opasłe literackie tomy, które - skrupulatnie odmalowując tło historyczne protagonisty - kumulują w sobie: wyczerpujące opisy nawet najdrobniejszych wydarzeń jego życia, materiały faktograficzne, dokumenty, relacje. Na co tu jeszcze komiks?  Autorzy komiksu „ORWELL”, próbują znaleźć oryginalny sposób na to, jak wykorzystując formę komiksu dla dorosłego czytelnika, opowiedzieć historię o twórcy Roku 1984. Czy jest to próba udana?
          
    Z jaskrawo czerwonej okładki komiksu spoziera na nas charakterystyczny fizys głównego bohatera. Pod drukowanym dużymi literami tytułem „ORWELL” mamy wyliczankę: „absolwent Eton, policjant, robociarz, dandys, bojownik, dziennikarz, buntownik, powieściopisarz, ekscentryk, socjalista, patriota, ogrodnik, pustelnik, wizjoner”. Tyle wcieleń Georga Orwella zmieściło się na 140 stronach dzieła obu francuzów. Po krótkim wprowadzeniu dotyczącym przodków rodu Erica Arthura Blaira (prawdziwe imię i nazwisko Orwella), autorzy przeprowadzają nas przez kolejne epizody jego życia. Beztroskie dzieciństwo zostaje zakłócone wejściem w tryby systemu edukacji, w których młody Blair – osobowość już indywidualna i odrębna - po raz pierwszy styka się z przemocą ze strony władzy oraz innymi urokami społeczeństwa klasowego. Kadr za kadrem obserwujemy rozwój specyficznych zdolności głównego bohatera, do których niewątpliwe należy niezwykle wyczulony zmysł obserwacji realnych stosunków panujących między ludźmi oraz w życiu przyrody. Nie będę kradł przyjemności czytelnikowi, streszczając cały przebieg fabuły. Skupię się przede wszystkim na formie komiksu. 

 Jak na dzieło o pisarzu, to stosunkowo niewiele w nim słów. Autor scenariusza swoją wiedzę o bohaterze czepie z bogatej literatury wielu źródeł (w warstwie tekstowej komiksu mamy także fragmenty wspomnień napisanych przez samego Georga Orwella). Cały ten ogrom przyswojonej wiedzy został z niezwykłym wyczuciem wycyzelowany i ujęty w komiksowy skrót fabularny. Z oczywistszych względów wiele zdarzeń z życia protagonisty jest pominiętych, mamy spore przeskoki i luki czasowe. Przez jedną stronę przelatują nam całe dekady. Jednak niektórym epizodom, czasem pozornie drobnym, poświęcono większą ilość stron. Dramaturgiczna rola tych scen sprowadza się do tego, że czytelnik ma wrażenie obcowania z żywą postacią a nie z wpisem z Wikipedii. Czasem myślimy nawet, że czytamy awanturniczy komiks przygodowy. Sugestywne  i porywające niczym dobre kino, są choćby obrazy z wojny domowej w Hiszpanii. 


Wydawnictwo Marginesy przyzwyczaiło nas do pozycji olśniewających od strony graficznej. Tak jest i tym razem. Czarno-białe rysunki Sebastein Verdier są utrzymane w manierystycznej estetyce realizmu. Na uwagę z pewnością zasługuje niezwykle precyzyjne oddanie detalu oraz scenerii opisywanych czasów, w szczególności architektury (w tym kontekście nasuwa się porównanie z Berlinem Jasona Lutesa). Tak zapewne wyglądał komiks, w swoich najlepszych przejawach, wydawany w czasach Orwella. Ten swoisty retro styl, to celowy zabieg budujący nobliwy klimat dzieła. Klasyczne jest także kadrowanie. Nie znajdziemy tu jakiś specjalnie awangardowych i nowatorskich rozwiązań. Ciekawostką jest sporadyczne użycie koloru, w celu podkreślenia jakiegoś najczęściej niewielkiego obiektu. Trudno dopatrzeć się jakiejś głębszej intencji w tym zabiegu, który osobiście uważam za przyjemny, choć odrobinę efekciarski. 

 




Na warstwę graficzną składają się także kolorowe, najczęściej jednostronicowe grafiki zaproszonych do projektu znanych rysowników (wśród nich także Enki Bilal). Tworzą oni swoisty komiks w komiksie, ilustrujący - często w sposób symboliczny - poszczególne książki napisane przez Georga Orwella. W ten sposób narracja biograficzna przetykana jest wyraźnie odrębnymi fragmentami Orwellowskiej fikcji. Komiks wskazuje nam te miejsca, gdzie rzekomo fantastyczne pomysły pisarza, miały swoje silne zakorzenione w jego życiorysie oraz ówczesnej rzeczywistości. 


Jaki obraz brytyjskiego pisarza wyłania się z opisywanej lektury? Od pierwszych stron zdajemy sobie sprawę, że autorzy są zakochani w swoim bohaterze. Nie robią mu jednak laurki. W dziele Christin  i Vedrier udało się pomieścić całe bogactwo, różnorodność, a także w pewnym sensie przewrotność osobowości Georga Orwella. W obszernym posłowiu zamieszczono szereg informacji o współczesnej recepcji twórczości Orwella, wspominając także o próbach zawłaszczenia go przez różne, często przeciwne sobie obozy polityczne. Lecz w samym komiksie mamy historię zagorzałego socjalisty, który jest jednocześnie konserwatywnym patriotą jak i antykomunistą; antyimperialisty, który uprawia rządową propagandę na antenie radia BBC, mającą na celu poparcie Indii dla brytyjskiego wysiłku wojennego. Takich pozornych - ale być może w oczach wielu dyskwalifikujących sprzeczności - w komiksie jest więcej. Autorzy z dużą inteligencją zadbali o to, aby ich bohatera nie dało się łatwo zaszufladkować. Jednocześnie nie starają się – za pomocą autorytetu wielkiego pisarza i wyciętych ad hoc fragmentów z jego twórczości - zbudować przekazu, który byłyby intencjonalny, jednoznaczny politycznie. Uważam to za jedną z większych zalet tego komiksu. 



    Wybór postaci Georga Orwella jest jednocześnie szczęśliwy, jak i nastręczający problemów. Nie da się ukryć, że to jeden z najbardziej rozpoznawanych - także w naszym kraju - pisarzy XX wieku. Wydawano go przed laty, za PRL-u, a obecnie mamy kolejne wznowienia jego książek. Za moich czasów (nie wiem jak jest teraz) „Folwark zwierzęcy” figurował w kanonie lektur szkolnych. Jak pamiętam, oprócz głównych jego dzieł, sporą popularnością cieszył się zbiór esejów wydany w latach 80' pt. „I ślepy by dostrzegł”. Reasumując, nie jest to postać z mroków zapomnienia wyciągnięta, wielu mogło i zapoznało się dziełem, charakterystyką poglądów i kolejami życia brytyjskiego pisarza. W ostatnim czasie ze względu na sytuację pandemiczną dystopie literackie zyskują jeszcze większą popularność. Książki Orwella i Huxleya - przed kolejnym zamknięciem bibliotek - były ponoć najczęściej wypożyczanymi pozycjami (o obu pisarzach na arte.tv można obecnie zobaczyć film dokumentalny, który mimo iż ciekawy, nie pozbawiony jest pewnej lewicowej tendencyjności charakterystycznej dla tego kanału). Wiele osób ma wrażenie, że teorie spiskowe stały się zwyczajową praktyką spisku międzynarodowego, a permanentna kontrola i presja społeczna, ponurą codziennością. 


Tak więc, mimo powszechnej wiedzy na temat dzieła Georga Orwella, warto „przerobić go” na nowo, gdyż być może mylnie sądziliśmy, że wiemy już wszystko i jesteśmy odporni na manipulacje i zagrożenia, przed którymi profetycznie ostrzegał nas autor Roku 1984. Zachętą do tego niech będzie komiks „ORWELL”. Jego funkcja dydaktyczna - które narzuca się mimowolnie i nie miałoby sensu od niej uciekać - wcale mu nie umniejsza.  

Autor: Jakub Gryzowski

środa, 11 listopada 2020

DMZ. Tom 3. Wood/Bruchielli

 


Do tego momentu trudno mi było powiedzieć, żebym był fanem Briana Wooda, bo zazwyczaj (mimo iż czasem go głaszczę) ostatecznie krytykuję jego komiksy. Niemniej czytam to, co stworzył (o poprzednich tomach DMZ pisałem tu: klik i tu: klik), bo uważam, że to zawsze dobra rozrywka, a w jego pracach widać przebłyski niewykorzystanego do tej pory talentu. Tylko tyle. Tym razem jednak z radością mogę stwierdzić: trzeci tom DMZ to najlepsze co kiedykolwiek Wood napisał. I sygnalizuję, że wszyscy ci, którzy porzucili serię po drugiej części, zrobili źle.

 

 

Zacznijmy od tego, że fabuła popchana została w ciekawe strony. W strefie bowiem odbywają się wybory na gubernatora i główna postać, młody dziennikarz Matty Roth, postanawia się w nie zaangażować i zacząć być stronniczym w całym konflikcie. Wypada ten element porównać do innej słynnej serii Vertigo, mianowicie „Transmetropolitan”, gdzie również w jednym tomie motyw wyborów był bardzo ważny. Tu trzeba pochwalić Wooda za ten tom – nie spisuje pracy domowej od Ellisa i oba story arki nie mają ze sobą nic wspólnego. Natomiast sam Matthew okazuje się nie być ani trochę spokrewniony ideowo z Pająkiem Jerusalemem. A już na pewno nie jest tak jak on cyniczny i widać u niego autentyczną wiarę w kandydata. Przy okazji trzeba dodać, że bardzo ważną postacią jest wprowadzony na scenę, ubiegający się o fotel gubernatora DMZ, Parco Delagado. To facio charakteryzujący się aparycją członka Cypress Hill, który staje się głosem ludu i nadzieją dla targanej konfliktem strefy.

 


Co ciekawe, samo miasto w mniejszym stopniu jest bohaterem tych opowieści. W końcu, po kilku tomach, mamy dobrze, przekonująco nakreślonych bohaterów, którzy wychodzą na pierwszy plan i to oni są tu ważni, a nie opisywanie sytuacji, w jakiej znalazła się strefa. Napisanie ich tak sprawnie to sztuka, która Woodowi jeszcze nigdy się tak dobrze nie udała.

Na ołówku bryluje głównie Riccardo Bruchielli. Muszę przyznać – polubiłem jego krechę i uważam, że idealnie nadaje się do ilustrowania tej opowieści. Jest świetny w kreowaniu industrialnych, zniszczonych krajobrazów. Świetnie rysuje uzbrojonych po zęby facetów i inszych partyzantów miejskich.



Ostatnią recenzję DMZ kończyłem stwierdzeniem, że komiks ten nie jest arcydziełem, a Wood jest tylko rzemieślnikiem. Tak jest i w tym przypadku, acz powiem szczerze – to, co dostałem, bardzo mnie usatysfakcjonowało i jestem już pewien tego, że zostanę z autorami do ostatniej części. Bo DMZ to po prostu dobry komiks i prawdopodobnie, jeśli jesteście fanami dziennikarskich narracji komiksowych (bo wszak w ten dyskurs wpisuje się DMZ), to powinniście po tę serię sięgnąć.


środa, 4 listopada 2020

Uniwersum DC według Mike`a Mignoli. Mignola/Byrne

 


 Mike'a Mignolę znacie dobrze z łamów Rękopisu. W ostatnich latach natrzaskałem bowiem teksty o większości jego komiksów wydanych w Polsce. Było zarówno o całym Hellboyu, jak i owielotomowym spinoffie tej serii – BBPO. Było też o wybitnej adaptacji Drakuli wg Coppoli. Teraz przyszło mi się zająć czymś nietypowym. Oto Egmont wydał antologie wczesnych prac dużego Mike'a, zbierającą komiksy, które ów autor popełnił w młodości dla DC. Brzmi jak nie lada gratka dla fanów Mignoli? Tak, ale nie do końca nią jest.

 


Jestem bardzo zaskoczony zawartością tego zbioru. Moim zdaniem nie jest to bowiem album, w którym najważniejszy jest Mignola. W większości zebranych tu prac jego charakterystyczny styl nie objawia się niemal w ogóle. To rzemieślnicza, realistyczna robota, swoisty styl zerowy dla ówczesnego komiksu superbohaterskiego, w którym Mignola czuje się co prawda dobrze, ale nie tworzy przy tym nic wybitnego. Głównym bohaterem tego zbioru staje się dla mnie ktoś inny. Mianowicie John Byrne, z którym Mignola pracował przy spinoffie Supermana „Świat Kryptona”. Autor ten jest bardzo sprawnym i istotnym dla superbohaterszczyzny twórcą, którego prac w Polsce opublikowano zdecydowanie za mało. To, co dostajemy w tym zbiorze to w lwiej części szalenie inteligentne, społeczno-polityczne science fiction mające zobrazować życie, jakie toczyło się na rodzimej planecie Kal-El'a. Rzecz oddalona od kalesoniarstwa, a przy tym wnosząca niesamowicie dużo do uniwersum Supcia. Muszę więc mocno zaznaczyć, że talent pisarski Byrne'a (który później zresztą będzie przecież odpowiedzialny za pierwszy scenariusz Hellboya) przytłacza w tym albumie rysunki Mignoli.

 Nie jest jednak tak, że nie polecam tego tomiszcza ultrasom dużego Mike'a. Jest tu bowiem umieszczony legendarny semicki zeszyt Batmana „Sanktuarium”, który trzeba mieć w kolekcji, jeśli jest się miłośnikiem Mignoli. Jest krótka forma zrobiona z Gaimanem w ramach Swamp Thinga. Jest też niewielka nowelka graficzna z „Batman Black and White”. Są w końcu zrywające czapkę z głowy okładki, które przez lata Mignola popełniał dla DC. Te wszystkie rzeczy już mają jego styl. Niestety, z całego grubego, blisko 400 stronicowego zbioru, to raptem kilkadziesiąt stron dojrzałego artystycznie Mignoli. Wiem, trochę mało. Trudno nie czuć niedosytu.



Sam pomysł przeniesienia na nasz grunt tej antologii oceniam jednak bardzo dobrze. Fajnie byłoby zobaczyć takie poświęcone innym twórcom. Na przykład starszym rysownikom Batmana. Głosujcie więc portfelem na ten komiks. Nawet jeśli nie jesteście fanami Mignoli, może Wam się spodobać wysokiej klasy rzemiosło Byrne'a.




wtorek, 3 listopada 2020

Raport W.Gaetana Nocq

Kolejny gościnny występ na Arkham. Wiem, że Jakub Gryzowski, mój serdeczny kolega, bardzo interesuje się Pileckim (to on jest odpowiedzialny za filmowy Projekt Pilecki)  dlatego poprosiłem go o recenzję komiksu "Raport W", który opowiada o rotmistrzu. Tak jak myślałem - tekst wyszedł mu znakomity i mam nadzieję, że da się jeszcze namówić Kubę, żeby napisał coś czasem na Arkham.



    Jeszcze kilka lat temu w powszechnej świadomości postać Pileckiego kojarzyła się przede wszystkim z marszami nacjonalistów, którzy wrzucali go do jednego wora razem z innymi tzw. żołnierzami wyklętymi. Zawłaszczanie historii to praktyka charakterystyczna dla wszystkich ruchów politycznych. Nie da się jednak ukryć, że od jakiegoś czasu można zaobserwować wzmożone zainteresowania dla postaci rotmistrza, podzielane przez wiele środowisk. Kręcą o nim film fabularny, ponoć najdroższy w historii polskiej kinematografii (niedawno od mocno zaawansowanej produkcji odsunięto reżysera - Leszka Wosiewicza), na youtube co jakiś czas pojawia się kolejny odcinek niezależnego serialu pt. „Pilecki Project Performance” (wariacja na temat Pileckiego oparta na tekście sztuki „Wyzwolenie” St. Wyspiańskiego), wychodzą kolejne książki (jak choćby głośny „Ochotnik” amerykańskiego historyka Jacka Fairweathera), powstają także murale oraz pomniki. Jest nawet kolorowanka z Pileckim. Działania powstałego w 2017 roku Instytutu Pileckiego promują postać ochotnika do Auschwitz, sprzyjając swoistej modzie na tą postać. W całej tej patriotycznej cepelii roi się jednak od nieznośnych szablonów, jednowymiarowych narracji, dających obraz papierowej, wręcz strywializowanej historii, której głównym konsumentem ma być młodzież. Stąd nierzadki ton dydaktyczny. Najlepszym przykładem tego zjawiska są infantylne komiksy o Pileckim spod znaku IPN. Na szczęście pewien Francuz pokazał nam jak w ciekawy i mądry sposób podejść do historii oraz jej wielkich postaci. Gaetana Nocq napisał wybitny komiks „Raport W.” o pobycie rotmistrza Witolda Pileckiego w Auschwitz.

    Opowieść zaczyna się od przybycia Witolda Pileckiego - ukrywającego się pod pseudonimem Tomasz Serafiński - do obozu w Oświęcimiu. Jako członek konspiracyjnej organizacji TAP (Tajna Armia Polska) dostał on zadanie zebrania informacji na temat warunków panujących w obozie oraz ewentualnego zawiązania tam ruchu oporu. W tym celu dał się ująć w warszawskiej łapance, po czym wywieziono go do Auschwitz. Warunki, które tam zastał, przekraczały wszelkie ludzkie pojmowanie. Mimo to, w owym piekle na ziemi, sam nieraz stając na progu śmierci, Witold zakłada siatkę konspiracyjną w celu podnoszenia więźniów na duchu, realizowania akcji dywersyjnych oraz ratowania tych, których dało się jeszcze uratować. 


 


Komiks Gaetana Nocq nosi taki sam tytuł jak pierwszy raport Pileckiego, który ten napisał zaraz po ucieczce z Auschwitz, jednak odnosi się także do obszerniejszej relacji z pobytu w obozie, którą rotmistrz sporządził w 1945 roku we Włoszech. Ta podstawa literacka jest wykorzystana w sposób zarówno fragmentaryczny jak i kreatywny. Tekstu w komiksie jest niedużo. Dominuje warstwa plastyczna. Dla francuskiego artysty zapiski polskiego żołnierza są pretekstem do zbudowania dzieła zupełnie autonomicznego. Niektóre wątki autor nieznacznie modyfikuje, lub dodaje nowe. Gdy Pilecki w raporcie opisuje swój sen, Nocq nie ilustruje go, lecz buduje na nowo. Warstwa oniryczna wydaje się kluczowa dla znaczeniowego odczytania komiksu. Obóz zagłady jest przedstawiony jako inny świat, za drutami toczy się „normalne życie”. Który świat jest prawdziwy: ten tutaj - absolutnie zdehumanizowany i pełen bestialstwa - czy ten na zewnątrz?  Pilecki w swych zapiskach niemal obsesyjnie wracał do tego pytania. Nocq znajduje plastyczne środki dla artystycznego wyrażenia tego dylematu. Piękne poetyckie kadry nieraz wypełniają całe plansze. Widzimy obóz, zatrważające sceny upodlenia, ale także piękne obrazy przyrody, na którą ochotnik do Auschwitz był - już od swych najmłodszych lat - niezwykle uwrażliwiony. Te dwa odmienne i kontrastujące ze sobą światy są ze sobą na jakiejś nieodgadnionej zasadzie nierozerwalnie połączone. 

 




W komiksie nie ma zbyt wielu scen drastycznych, a gdy już się pojawiają, nie są one pokazane w sposób naturalistyczny. Oglądamy je jakby przez zabrudzoną szybę, z perspektywy otępiałego katorżniczą pracą „muzułmana” (więźnia znajdującego się na wykończeniu), którego zakłócona świadomość osuwa się w majaki i sen.  Technika rysunku sprzyja takiej interpretacji. Delikatny szkic pociągnięty jest akwarelą, najczęściej z dominacją jednego pigmentu (różne odcienie szarości, zgniłej zieleni oraz błękitu, kontrastują z fioletem, wyblakłym różem oraz zmąconą, ceglaną czerwienią). Całość osnuwa lekka mgiełka, dalsze plany są najczęściej nieosiągalne, niewidoczne.  


W dziele Nocq mamy do czynienia, nie tylko z obrazami horroru zagłady i onirycznych wizji, pojawiają się też zwykłe scenki rodzajowe z życia obozu. Nie brakuje nawet poczucia humoru. Konspiracyjne rozmowy więźniów, posługujących się mową szyfrowaną, brzmią niemal abstrakcyjnie. Epizody te rozrysowane są najczęściej w szeregu małych kadrów, w których postacie ujęte są w tym samym, lub podobnym planie. Dla kontrastu oglądamy duże plansze scen wizyjnych. Zarówno w obrazach Auschwitz jak i przyrody, istotną rolę pełni - niekiedy zajmujący sporą część strony – detal. Te, charakterystyczne wyłącznie dla komiksu, zatrzymanie chwili, można skojarzyć z filmową fotogenią Jeana Epstaina. Rzeczy martwe - materia, za sprawą wydzielającego spojrzenia autora, który rzuca na nie swoje cudowne światło, stają się żywe i znaczące. Tajemnica tej fotogeniczności tkwi w istocie samego medium. 


Akcja komiksu toczy się powoli, niektórzy recenzenci zarzucają jej nawet monotonię, jednakże taka narracja trafnie oddaje tryb życia więźnia, dla którego każdy dzień piekła Auschwitz ciągnął się jak tydzień, a tydzień jak rok. Nasuwa się kolejne skojarzenie filmowe: slow cinema - kino neomodernistyczne, w którym kamera rejestrująca główny nurt wydarzeń, nierzadko odwraca się, pokazując inną rzeczywistość istniejącą tuż obok. Tym samym akcja właściwa zostaje zawieszona i wkraczamy w nastrój kontemplacji. Spojrzenie Nocq – co charakterystyczne skoro mowa o obozie śmierci – z poziomu piekła na ziemi, często zwraca się ku milczącemu niebu, na którym bynajmniej nie bujają obłoczki. To niemal jednobarwna plansza zmieniająca swój odcień zależnie od pory roku.  


Mimo iż poszczególne wątki niekiedy zdają się być od siebie oderwane i nie posuwają akcji do przodu, konstrukcja komiksu jest spójna na poziomie emocjonalnym. Sugestywność przekazu Nocq sprawia, że wsiąkamy w świat przedstawiony bez reszty, nawet jeśli nie jesteśmy specjalnymi znawcami historii, nie czytaliśmy Raportu W. rtm. Pileckiego, a niektóre elementy opowieści wydaję się nam niedopowiedziane i niejasne. Na tym jednak osadza się wyższość narracji Francuza nad patriotycznymi wypocinami polskich komiksiarzy. „Raport W.” - stroniąc od dydaktycznej presji - rzeczywiście skłania do sięgnięcia do innych publikacji o tematyce historycznej oraz rzecz jasna do pierwowzoru, czyli oryginalnych raportów Witolda Pileckiego z Auschwitz, które są jednymi z najważniejszych dokumentów opisujących zbrodnie holokaustu. 



    „Raport W.”, który został okrzyknięty we Francji najlepszym komiksem historycznym 2019 roku, jest dziełem, które ze względu na swój ciężar gatunkowy – mimo oczywistych różnic - można porównać jednie do słynnego komiksu „Maus” Arta Szpigelmana. Opowieść Gaetana Nocq to pozycja równie ważna i potrzebna na naszym rynku, ponieważ pokazuje nam, jak duży potencjał tkwi w tematyce, która rzekomo została już przerobiona i wyczerpana. 

 



Komiks został pięknie wydany w formacie A4 przez wydawnictwo Marginesy i opatrzony podwójmy posłowiem: obszernym autorstwa Isabelle Davion, która wyjaśnia kontekst historyczny oraz krótkim, samego autora, będący osobistą refleksją nad przyczynami podjęcia tego właśnie tematu. Dlaczego to właśnie Francuza potrafi tak dobrze opowiadać o naszym bohaterze? Być może dlatego, że - nie skażony polską polityką/propagandą historyczną - nie widzi w nim wymachującego szabelką bufonowatego herosa, który co rusz raczy nas drętwą moralizującą gadką. Gaetan Nocq dostrzegł najistotniejsze, a mianowicie to, że Witold Pilecki bronił godności człowieka w miejscu, które było zaprzeczeniem wszystkiego co ludzkie. Zaangażował do tej walki ludzi o odmiennych poglądach, pochodzących z różnych organizacji wojskowych oraz - skłóconych przed wojną - obozów politycznych (u szczytu konspiracyjnej komórki Auschwitz znajdowali się zarówno narodowcy jak i przedstawiciele PPS).  I właśnie to przesłanie, jest tak bardzo ważne obecnie, gdy obserwujemy w kraju eskalację odmiennych postaw różnych grup społecznych, które oddzielnie walczą w imię swych partykularnych interesów. A przecież jak pisał Pilecki: „(...)  jest większa racja - zgoda i jeden front przeciwko wspólnemu wrogowi, którego przecież zawsze mieliśmy w nadmiarze”.  

Autor: Jakub Gryzowski