sobota, 3 listopada 2018

Mort Cinder



Niniejszy album udowadnia, że jeszcze są komiksowi klasycy, których dzieła nie ukazały się na naszym rynku. Publikowana w latach 60. w odcinkach w prasie opowieść, snuta przez dwójkę Argentyńskich twórców: scenarzystę Héctora Germána Oesterhelda i rysownika Alberto Braccie, to jedno z brakujących ogniw komiksu dla dorosłych, jakością zostawiająca w tyle większość cenionych tytułów z czasu bumu powieści graficznych dla dojrzałego czytelnika, który nastąpił kilka dekad później. Dzieło mroczne, wielowymiarowe i dojrzałe. Rzecz zupełnie niezwykła wśród graficznych opowieści w odcinkach.

W tajemniczych okolicznościach pewien stary, całym sercem zaangażowany w swoją pracę antykwariusz, spotyka na swej drodze tajemniczego Mort Cindera. Postać, która wstaje z grobu za każdym razem, gdy zostaje uśmiercona. Cinder zaczyna mieszkać u naszego bohatera i snuje swoje opowieści poprzez pryzmat przedmiotów, które trafiają w ręce antykwariusza. Odwiedzimy okopy I wojny światowej, poznamy historie ze statków niewolniczych, amerykańskiego więzienia, a nawet spod stóp wieży Babel. Cinder z każdą swoją opowieścią staje się jeszcze większą zagadką, a jego faktyczny wiek pozostaje nieokreślony. Co widział w swoim niebotycznie długim życiu? Przy jakich wielkich wydarzeniach akuszerował? W tym aspekcie jest w nim coś z Corto Maltese, bohatera stworzonego przez Hugo Pratta, który często miesza się w historyczne wydarzenia, ale na tym podobieństwa się kończą. Cinder zresztą nie jest żadnym herosem i zazwyczaj w wydarzeniach obserwuje wszystko z punktu widzenia szarego człowieka, nie grając w tych opowieściach głównych skrzypiec.

Strona fabularna komiksu płynnie przechodzi od horroru, opowieści awanturniczej do tematyki historycznej, którą twórcy z gracją potrafią pożenić z science fiction. Ogólnie jednak wydźwięk całości jest dość mroczny (w czym duża zasługa genialnych, niepokojących grafik Alberto Breccii) i zapewne dlatego publicyści doszukują się tu podskórnych przekazów, mających być komentarzem społeczno-politycznym. Nie bez powodu, bo komiks ten ma swój ponury kontekst w świecie rzeczywistym. Scenarzysta i zarazem dziennikarz Héctor Germán Oesterheld, był aktywny politycznie (również jako twórca, bo na koncie ma komiksową biografię Che Gevary „La Vida del Che”, stworzoną zresztą z Breccią) i skończyło się to dla niego tragicznie. W 1977 roku wraz z rodziną został aresztowany przez rządzącą Argentyną wojskową juntę i ślad po nim zaginął. Zostały po nim jednak dzieła takie właśnie jak „Mort Cinder”, którego w tym kontekście nie trudno dziś odczytać jako metaforę nieciekawych, burzliwych czasów w których przyszło żyć autorom.

Mimo, że fabuła komiksu jest w porządku, a i narracja wcale się nie zestarzała, to najważniejsze w tym albumie są jednak rysunki Breccii. Ekspresjonizm, dominująca czerń, realistycznie, ale jakby nieco niedbale narysowani bohaterowie, a do tego często pieczołowicie stworzone tła. Na okładce wydawca wspomina w kontekście twórczości Brecii Mike’a Mignole i Franka Millera (autora „300” z którym jednak komiks ten łączy tematyka z jednej opowieści, bo Argentyńczycy również opowiedzieli o bitwie pod Termopilami), ale styl Argentyńczyka jest jednak osobny i trudno szukać stycznych z ich pracami. Szczególnie odrębność tę widać właśnie przy „Mort Cinderze”, gdyż w tamtych czasach autor borykał się z kłopotami finansowymi i traf chciał, że tanio kupił ryzy śliskiego papieru, który źle przyjmował tusz. Zaczął więc eksperymentować z techniką i w tych poszukiwaniach doszedł do tego, że nakładał tusz nie tylko szczoteczką do zębów (to akurat standard), lecz także żyletką i brzytwą. Bóg jeden wie, jak to wyglądało w praktyce, ale efekt jest piorunujący i sprawia, że mamy wrażenie obcowania z czymś niecodziennym.

„Mort Cinder” na każdym poziomie wyprzedza swoją epokę i niczym nie przypomina typowych dla tamtego okresu opowieści awanturniczych w odcinkach, które ukazywały się w masowo drukowanych magazynach komiksowych. Podczas lektury nie czuć zupełnie naiwności, która charakteryzowała tytuły z tamtego okresu, a zebranie wszystkich odcinków w jednym opasłym woluminie daje poznać tę historię czytelnikowi na nowo, jako złożone, szalenie inteligentne dzieło. To utwór fabularnie, narracyjnie i (przede wszystkim!) graficznie dojrzały, ukazujący medium komiksowe jako wspaniały środek do snucia wielowymiarowych opowieści w latach 60., zwiastujące to, czym w komiksie będziemy się zachwycać dopiero kilka dekad później. Na rewersie książki możemy znaleźć notatkę od bardzo zdolnego rysownika Matta Fractiona (autora wydawanego u nas niebanalnego graficznie „Hawkeye”), który stwierdza, że komiks ten w 1962 roku „(…)musiał sprawiać wrażenie, jakby wypadł z cholernego statku kosmicznego”. Lepiej chyba tego nie da się ująć.

Mooreonomicon #6.2 Saga o Potworze z Bagien tom 2.



Potwór z Bagien został stworzony przez nieżyjących już Lena Weina i Berniego Wrightsona w latach 70. Robiona przez nich w trybie dwumiesięcznym seria dobiła zaledwie do 24 numerów. Po tym ciągu zeszytów ślad po Potworze zaginął i świat popkultury przypomniał sobie o nim dopiero w 1982 roku, gdy na ekrany kin weszła ekranizacja jego przygód autorstwa Wesa Cravena. Chcąc zarobić na odnowionej popularności Bagniaka postanowiono wznowić publikację cyklu. Nową odsłonę dociągnięto do 20 numeru i wtedy na scenę wszedł on. Cały w czerni, kudłaty, z długą brodą – młody angielski scenarzysta Alan Moore, który dziś uznawany jest za jednego z najważniejszych scenarzystów w historii komiksu.

Podobno Brytyjczyk wcale nie chciał pisać tej historii. Co bowiem można zrobić z tak niewiarygodnym od strony psychologicznej bohaterem jak inteligentny organizm stworzony z fragmentów bagna? To przecież postać żywcem wyjęta z jakiegoś kiepskiego odcinka o Scooby-Doo. Propozycja była jednak intratna, a scenarzysta chciał zacząć pracować na Amerykańskim rynku. Przejął więc serię i zaczął od sprzątania, a potem kreowania od nowa tła i psychologii bohatera – to właśnie te historie zawarte są w pierwszym tomie polskiej edycji, która zbiera dwa amerykańskie wydania zbiorcze.

Oryginalnie fabuła zakładała, że potworem jest naukowiec Alec Holland, który uległ wypadkowi w laboratorium, płonąc wpadł do bagna i w ten sposób zamienił się w roślinne monstrum. Na wstępie Moore postanowił dowalić bohaterowi, więc zabrał mu pozostałości człowieczeństwa. W zeszycie „Lekcja Anatomii” przedstawił teorię, według której Potwór nigdy nie był Hollandem, a tylko organizmem, który wchłonął jego świadomość i wspomnienia. Fakt, że nie był nigdy człowiekiem i nigdy już nie będzie, doprowadził bohatera do załamania i depresji, przenosząc historię o Potworze z Bagien na zupełnie inny poziom, na którym horror dekonstruowany jest przez pryzmat miotającego się wewnętrznie monstrum, które okazuje się wrażliwsze niż ludzie. To wszystko sprawia, że komiks ten to nie tylko botaniczny horror, bo odczytywany może być też jako traktat o szukaniu własnej tożsamości.

Drugi tom Polskiego wydania, w którym już bardziej świadom swojej natury Potwór kontynuuje mentalną odyseję, zbiera więcej krótkich opowieści, w których Moore odnosi się do różnych gatunków horroru – od opowieści o zombi, przez horror wilkołaczy, po opowieść o duchach. Warto też wspomnieć, że to właśnie w tych zeszytach debiutowała inna gwiazda komiksowego horroru – londyński mag Constantine znany z filmu i serii komiksowej „Hellblazer”, który zdaje się wiedzieć więcej na temat pochodzenia Potwora. Obiecuje zdradzić tajemnice, ale najpierw bohater musi wykonać dla niego kilka niebezpiecznych zleceń. Wszystkie te krótkie opowieści okazują się tylko preludium przed dłuższą historią, w której Brytyjczyk-okultysta odegra niebagatelną rolę. Nie będę zdradzał dokładnie o co chodzi, powiem tylko, że Potworowi przyjdzie odwiedzić samo piekło i stoczyć tam wielki bój o ratowanie wszechświata.

W opowieściach o Potworze z Bagien bardzo istotna jest warstwa narracyjna. Moore często korzysta przy swojej pracy ze strumienia świadomości, serwując czytelnikowi impresyjne, psychodeliczne sceny, które przedstawione są na znakomicie zakomponowanych planszach (z początku wydawały mi się nieco niedzisiejsze, ale przy drugim tomie doceniłem je już w pełni). To dzięki takim odważnym zabiegom komiks ten zyskał swoją sławę i w swoich czasach stał się kasowym hitem.

Trzeba też zaznaczyć, jak wielką rolę odegrał „Potwór…” w rozluźnieniu warunków publikacji komiksowych horrorowych historii, bowiem to w ramach tej serii ukazał się pierwszy zeszyt osadzony w uniwersum DC, który pozbawiony był znaczka Comics Code Authority – cenzurki, która miała świadczyć o tym, że to produkt przyjazny dla dzieci. Miało to dobitnie podkreślić, że czytelnicy obcują z produktem kierowanym bezpośrednio do dorosłych. „Potwór…” był też głównym powodem utworzenia imprintu Vertigo – linii komiksowej kierowanej do dorosłego czytelnika. Przez lata komiks ten był niedoścignionym wzorem tej marki, który naśladowali między innymi Neil Gaiman pisząc swojego „Sandmana” i Jamie Delano pracując przy „Hellblazerze”, ale to już zupełnie inna historia…

Mandy (2018) reż. Panos Cosmatos



Można było zachwycić się już jego debiutem. Panos Cosmatos (swoją drogą pochodzący z filmowej rodziny, bo to syn reżysera „Cobry” i „Rambo II”) ze swoim „Beyond the Black Rainbow” przebojem wdarł się do świadomości miłośników niezależnego kina grozy. Była to balansująca na granicy science fiction i horroru, halucynogenna, momentami bardzo abstrakcyjna, wizualna orgia z syntezatorową muzyką w tle, która nie pozostawiała żadnego widza obojętnym. Ten film albo się pokocha i kupi od pierwszych scen, albo znienawidzi i wyłączy go po kwadransie.

Teraz Cosmatosa czekał test, z którym nie radzi sobie wielu twórców – drugi film, który czy tego reżyser chce, czy nie, będzie porównywany do jego debiutu. Autor zaserwował nam „Mandy”, a główną rolę powierzył Nicholasowi Cage’owi. To historia opowiadająca losy pewnego drwala, którego dziewczynę, tytułową Mandy, zabija złowroga religijna sekta, z długowłosym guru na czele, mająca zapewne swoją genezę w lękach, jakie w społeczeństwie anglosaskim wytworzyła zmitologizowana już przez kino banda Charlesa Mansona. Jest tu też piekielny gang motocyklowy, który ma w swoim wyglądzie coś sadomasochistycznego i kojarzy się z istotami, jakie przedstawiane nam były w serii filmów „Hellraiser”. Drwal, wiedziony wściekłością, staje w szranki z obiema grupami, wymierzając desperacką, wręcz karykaturalną zemstę, sam w scenie przypominającej motyw zbrojenia się Asha w „Martwym Źle”, kuje w szopie siekierę, którą dokona vendetty. Zresztą udział aktora w tym przedsięwzięciu można odebrać dwojako, zarówno jako zaletę, jak i wadę, bo jego ekspresyjna gra sprawia, że w jego roli jest coś z autoparodii. Niemniej obraz ten bardzo ciekawie będzie się prezentował w jego filmografii, bo od strony wizualnej jest perełką, która mocno kontrastuje z kiczowatym komercyjnym kinem, do którego ostatnimi czasy przyzwyczaił nas Cage.

Cosmatos zdał egzamin na piątkę i stworzył dzieło równie interesujące i zapadające w pamięć co „Beyond the Black Rainbow”. „Mandy” to brutalny horror, ale w modny ostatnio sposób odważnie pożeniony z arthousem. Niektórzy mówią, że to „slow cinema”, ale Cosmatos swoim wizualnym stylem wyróżnia się nawet na tle innych ambitnych produkcji tego typu i nie do końca podąża w stronę filmowego ambientu, który tak intensywnie eksploatował w swoim debiucie. Są tu oczywiście elementy tego typu, ale wydaje mi się, że film ma więcej dynamiki i akcji, trudno więc oskarżyć autora o odcinanie kuponów. Niezmienne w stylu Cosmatosa pozostaje na pewno jedno – od strony formalnej to jedno wielkie wyznanie miłosne dla kina ery VHS.

Jak głupio by to nie zabrzmiało, to na ekranie widać wyraźnie, że Cosmatos jest Kanadyjczykiem, i jeśli istnieje jakiś styl horrorowy charakterystyczny dla kraju z listkiem klonowym we fladze, to właśnie ten autor jest jego dumnym reprezentantem. Tak się bowiem składa, że Cosmatos dzieli wrażliwość z innym tuzem kina z tego kraju – Davidem Cronenbergiem. Łączy ich podobne, niepokojące podejście do cielesności i traktowanie celuloidu jak materii, w której można rzeźbić mroczne, ekspresjonistyczno-surrealistyczne wizje. Film przecina też seria motywów przedstawionych jako film animowany, który estetycznie żywcem wyjęty jest z kreskówek dla dorosłych serwowanych w latach 80 i 90 (np. „Heavy Metal”).

Istotna w całym utworze jest też ścieżka dźwiękowa, tak się bowiem składa, że to bodaj ostatni film, do którego muzykę stworzył zmarły niedawno, uznawany za genialnego Johann Johannsson. To gęsty, mroczny ambient doprawiony pewną dawką industrialu, który znakomicie podbija atmosferę w filmie.

Drugi film Cosmatosa na pewno nie stanie się przebojem kinowym, mimo że jest na pewno łatwiejszy w odbiorze od jego debiutu, to dalej jest zbyt odważny, eksperymentalny i pokręcony. To dalej wielki sen, filmowa halucynacja, która będzie niezjadliwa dla większości widzów. Na pewno zapisze się jednak w pamięci miłośników dobrego (artystycznego? Bo chyba możemy już mówić o pewnej tendencji w kinie grozy, której kto jak kto, ale ten autor na pewno jest przedstawicielem) horroru.

czwartek, 1 listopada 2018

Invincible. Tom 1. Robert Kirkman




Nie czytałem jeszcze „Żywych trupów”. Wspominam o tym, bo głównie z tego komiksu znany jest u nas autor scenariusza do „Invincible”. Zastanawiam się, czy w ogóle czytałem coś wcześniej Roberta Kirkmana i nie przypominam sobie żadnego tytułu. „Invincible” jest więc pierwszą jego pracą z którą się stykam.

Główny bohater jest połączeniem Supermana (ma bardzo podobne moce) i Spider-mana (jest nastolatkiem, więc ma podobne do młodego Parkera licealne problemy). Swoje zdolności odziedziczył po ojcu, który pochodzi z innej planety, z której został wysłany na ziemię by chronić jej mieszkańców przed wszelkim złem. Na ziemi poznał kobietę z którą spłodził syna. Gdy bohater wchodzi w dojrzałość ( fabuła startuje gdy jest rok przed studiami) zaczynają się u niego objawiać niezwykłe zdolności, a co za tym idzie, podobnie do swojego ojca zaczyna robić super-bohaterskie wypady. Tak wygląda zawiązanie fabuły, ale Kirkman na początku nie odkrywa przed czytelnikami wszystkich kart i zapewniam, że w trakcie rozwoju wydarzeń zrobi się zdecydowanie ciekawiej i bajka w której żyje bohater pęknie niczym bańka mydlana.



Jak na razie „Invincible” nie jest przeintelektualizowany – a to przecież cecha tego dobrego, ważnego super-hero spod znaku uczniów Alana Moore'a – na chwilę obecną to głównie przewrotna zabawa konwencją. Od strony literackiej album nie jest też zbyt gęsty, przez co czyta się go bardzo lekko. Są tu też obszerne fragmenty obyczajowe, które sprawiają, że komiks ten jest jeszcze bardziej interesujący, ale nie przytłaczają sedna sprawy (a tak jest np. w Daredevilu czy Hawkeyu gdzie często stanowią główny filar opowieści).

Seria ta mogłaby być częścią uniwersum Marvela lub DC, ale skoro można to robić na własną rękę autorzy zdecydowali pracować dla Image, które zapewniało im wolność i prawa do tworzonego przez nich tytułu. Niemniej bardzo widać, że postacie są wzorowane na znanych herosach, momentami tak bardzo, że dziwię się, że (chyba) obeszło się bez pozwu. Jeden z bohaterów jest przykładowo bardzo wyraźną kopią Rorschacha, który podobnie do tej kultowej postaci z „Watchmenów” prowadzi śledztwo w sprawie zabójstwa super-bohaterów. Niemniej zabiegi te są bardzo udane i sprawiają, że każdy fan komiksów o trykociarzach poczuje się w świecie „Invincible” jak w domu. 



Narracja obrazem i rysunki (których autorami są Ryan Ottley i Cory Walker) są dość nowoczesne, dynamiczne i od strony formalnej nie ma na co narzekać. Wszystko jest klarowne i czyta się bardzo przyjemnie. Nawet kolory, pomimo tego, że są komputerowe to wypadają bardzo udanie, i nie kaleczą oczu co wrażliwszym na kicz czytelnikom.

„Invincible” często określany jest jako jeden z najlepszych komiksów super-bohaterskich. Mimo wysokiego poziomu jego genialność chyba się jeszcze w pierwszym tomie nie objawia – acz historia ma mieć 12 części, więc jeszcze wszystko może się wydarzyć. Jak na razie to tylko dobre, sprawne czytadło. Daleko temu komiksowi do arcydzieł Moore'a (na podobnej rozpiętości stron Alan stworzył wszak wybitne, zamknięte historie), acz z drugiej strony fajnie, że autorzy nie chcą odcinać kuponów (mimo jawnych nawiązań) od dzieł genialnego Brytyjczyka i robią wszystko po swojemu. To co najfajniejsze w tej historii to pewna radość, wyraźna frajda jaką mają twórcy z opowiadania o super-bohaterach. Mimo iż nie stałem się jeszcze fanem Kirkmana to na pewno będę śledził tą serię. 



środa, 31 października 2018

Batman: Mroczny Rycerz – Rasa Panów. Frank Miller/Brian Azarello/Andy Kubert




Po lekturze dość nijakiego komiksu „Batman. Ostatnia Krucjata” moje oczekiwania względem nowych tytułów sygnowanych nazwiskiem Franka Millera znacznie się pomniejszyły. Nigdy nie byłem jego wiernym fanem, acz kilka komiksów (w tym jego Batmany) były dla mnie ważne, dlatego sięgam po następne, bo jestem ciekaw co nowego wykombinował. No cóż, jakby nie patrzeć Frank to już dziadek (źle chłop wygląda, życzymy mu dużo zdrówka!), który jako twórca najlepsze lata ma już za sobą. Okazuje się jednak, że ma coś jeszcze do powiedzenia w kwestii Batłomieja.

W pewnych dziwnych okolicznościach (totalnie pulpowy patent, którego Wam nie będę zdradzał) na ziemi pojawiają się setki Kryptonijczyków (chyba tak się to pisze, przynajmniej tak jest w komiksie, nie pytajcie mnie dlaczego nie „Kryptończyków”), czyli ludzi przybyłych z planety przodków Supermana. Dowodzeni są przez guru, który sugeruje, że jego lud powinien mieć boski status: ma zamiar zapanować nad ziemią i uczynić jej mieszkańców swoimi podwładnymi. Cała sytuacja sprawia, że Batman, który od lat jest na emeryturze postanawia się aktywować i nacisnąć na odcisk dziada dążącego do totalitaryzmu. Na pewnym poziomie komiks ten jest też opowieścią o walce z terroryzmem, gdyż poczynania Kryptonijczyków bez większego problemu można porównać do działań islamskich fundamentalistów. I podejrzewam, że ta interpretacja bardzo spodobałaby się samemu Millerowi, który zdaje się być jednostką wierzącą w „Amerykański sen”, który zakłócany jest przez złych mudżahedinów. Nie trudno pokusić się o interpretacje, że w jego oczach Stany Zjednoczone są właśnie takim superbohaterem chroniącym świat przed złem. 



Co istotne Batłomiej nie jest tu jedyną główną postacią, bo ważne role odgrywają w tym komiksie również Wonder Woman, Superman (czyli mamy tu trzy filary Justice Legue) i kobieca pomagierka Batmana. Bruce jest schorowanym staruszkiem, któremu ciężko już wkroczyć do fizycznej akcji. Podpiera się jednak gadżetami i snuciem intryg, które mają na celu uratować świat. Jego stopień zaangażowania w sprawy jest więc rozpisany realistycznie, czuć w tej opowieści, że jest już starszym człowiekiem który swoje przeszedł, i te elementy wpadają nadzwyczaj dobrze – to faktycznie mogłaby być ostatnia akcja przykutego do foteli w batcave Batmana. To bardzo dodaje tej opowieści uroku, bo czyni ją odmienną od wszystkich innych historii o Nietoperzu. Pewnym minusem jest jednak to, że Miller otwiera sobie w magiczny sposób furtkę do następnych opowieści. No ale przecież dobrze wiemy, że komiksy o Batmanie nie przestaną się i tak ukazywać, więc w sumie dlaczego nie miałby dziać się w uniwersum będącym Millerowską interpretacją? W końcu jak stwierdza Superman „Świat potrzebuje Batmana”.



Frank napisał komiks do spółki z Brianem Azzarello. Tak jak w przypadku „Ostatniej Krucjaty” nie wiem jak przebiegał podział obowiązków. Tu jednak wiadomo przynajmniej, że to duży scenariusz nad którym musiało być dużo pracy, więc było się czym dzielić. Narracyjnie jest bardzo dobrze, szczególnie ciekawie wypada patent komentowania akcji za pomocą wypowiedzi z internetu/facebooka, bo jest to naturalne rozwinięcie korzystania z prowadzenia opowieści za pomocą szumu informacyjnego, który tak dobrze zawsze wykorzystywał Miller w swoich scenariuszach.

Głównym grafikiem serii jest Andy Kubert, którego plansze prezentują się bardzo udanie i jego krecha świetnie pasuje do Bat-historii. Kilka pomniejszych rozdziałów zilustrował też sam Miller i nie wyglądają źle, ale nie jest to praca za którą ten twórca zostanie zapamiętany. Gościnnie pojawiają się też John Romita Jr. I Eduardo Risso i robią wszystko dobrze. Tusz natomiast kładł legendarny inker Klaus Janson. 



Nie mając już żadnych oczekiwań całkiem miło się zaskoczyłem, bo „Rasa Panów” to fajne Batmańskie czytadło. Jeśli jesteście fanami Nietoperza to chcecie to przeczytać. Frank Miller powrócił i może nie jest w szczytowej kondycji, ale czuć, że to on pisał ten komiks. Nie jest źle.

czwartek, 18 października 2018

Ludzie Północy:Saga islandzka. Tom 2. Brian Wood



Nie będę ukrywał, że jeśli ktoś nie jest wielkim fanem historii o brodatych wojownikach to nie ma w komiksie Wooda czego szukać. „Ludzie północy” to rzecz nie aspirująca do bycia komiksowym arcydziełem i na pewno nie wywoła w czytelniku większych emocji. Więc jeśli chcecie sięgnąć po coś z Vertigo, po czym opadnie Wam szczęka to już na początku, zanim zaczniecie dalej czytać ten tekst sugerowałbym raczej „Skalp” albo „Sagę o Potworze z Bagien”.

Nie znam innych komiksów Wooda (czytałem tylko tworzone już po „Ludziach Północy” „Black Road”, które również jest tylko czytadłem) i trudno mi powiedzieć jak komik ten wypada na tle innych jego dokonań. Oderwany od jego twórczości przedstawia się jako solidna rzemieślnicza robota, co więcej Wood musiał odrobić lekcje z historii, bo wszystko wydaje się bardzo realistyczne. Scenariuszowi brak jednak brudu i skurwienia ( a przecież tak było!), które znajdziemy na przykład w dziełach Jasona Aarona, i powiem szczerze, że chętnie zobaczyłbym komiks o wikingach napisany właśnie przez tego artystę. 



Tomik zaczyna się od kilku jednozeszytowych opowieści. Nie ukazują Wooda jako geniusza, ale są w porządku. Jednak sednem niniejszego tomu jest następująca po nich dłuższa historia, rozpisana na dziesięć pokoleń saga o losach pewnego wikińskiego rodu. Rozpięcie fabuły na setki lat daje Woodowi możliwość zaprezentowania czytelnikowi rozwoju jaki przeszły ludy północy (dokładnie Islandii) na przestrzeni wieków. Wychodzi mu to bardzo udanie i z wielką przyjemnością - a „Ludzie północy” nie mają zbyt dobrej prasy - go pochwalę. Jego wikingowie nie tylko łupią i plądrują, a nawet niemal wcale nie jest to w tej serii ukazane - jedna z postaci wybiera się na wyprawę, ale Wooda wcale jej wojaże nie interesują. To twardzi ludzie pracujący na nieurodzajnej ziemi, których rody są zwaśnione i ciągle gdzieś toczą się jakieś intrygi o dominację. Do tego nagle nad ludami północy zaczyna majaczyć widmo chrześcijaństwa, którego wyznawcy przypuszczają ekspansje na ich ziemie. Sednem fabuły jest więc to, że świat zewnętrzny dopomina się o mieszkańców Islandii. Wszystko to jest bardzo ładnie rozpisane i stanowi największą zaletę tego komiksu, jeśli szukalibyśmy tu jakiegoś głębszego przesłania. 



Serię ilustrowało kilku artystów. Grafiki wypadają dobrze, do tego kolory nie robią z nich kiczowatych straszydełek. Tylko ostatni twórca, Danijel Žeželj znacznie obniża poziom. Jego plansze są najzwyczajniej za gęsto zarysowane, przez co są nieczytelne. Jednak na jego autorskiej stronie widzę, że facet umie rysować, więc prawdopodobnie nie pasuje po prostu do tej serii, albo prace tworzył w dużym pośpiechu. Możliwe też, że lepiej byłoby jego rysunkom w czerni i bieli.

Póki co komiksy Wooda zostają na mojej półce i powiem szczerze, że niecierpliwie czekam na następny tom. To dobra rozrywka, dla kogoś kogo wikingowie zawsze fascynowali. Mój czytelnik zapytał mnie przy okazji tekstu o pierwszym tomie niniejszej serii czy kupiłbym ten komiks gdybym nie dostał go do recenzji. Tak, podobają mi się „Ludzie Północy”. Niemniej cały czas jest to tylko czytadło a nie coś wybitnego i seria ta nie zapisze się w historii komiksu jako szczytowe osiągnięcie Vartigo. 


poniedziałek, 15 października 2018

Wolverine. Tom 4. Jason Aaron.




Nie podobały mi się pierwsze tomy Wolverine'a pisane przez Aarona. Niemniej, z szacunku dla tego scenarzysty, którego jestem wielkim fanem, postanowiłem śledzić serię. Dobrze zrobiłem. Już trzeci tom całkiem mi się podobał, więc z wielką ciekawością sięgnąłem po czwarty.

Fabuła jest bezpośrednią kontynuacją poprzedniej odsłony(kliku-klik). Wolverine wrócił z piekła. Teraz rusza śladem ludzi którzy go tam wysłali. Okazuje się, że za wszystkim stoi organizacja Czerwona Dłoń. Logan chce się na nich zemścić, ale medal ma dwie strony. Organizacja zrzesza ludzi którzy stracili przez Wolverine'a swoich bliskich i również przygotowuje przebiegłą zemstę na rosomaku, a wysłanie go do piekła było tylko preludium faktycznej vendetty. Nie będę zdradzał więcej, dodam tylko, że udaje im się dotkliwie go skrzywdzić, nie dając mu przy tym satysfakcji i okazji do wzięcia odwetu. 



Traktuję te wszystkie komiksy o których piszę z szacunkiem, śmiertelnie poważne. Sądziłem więc, że w przypadku Wolverine'a będę mógł wyciągnąć kij z dupy. W końcu to facet w trykocie, który ma wysuwane długie pazury i robi „snikt!”. Nic bardziej mylnego. W najlepszych momentach (w pierwszej połowie niniejszego tomu) scenariusz Aarona zahacza o charakterystyczną dla jego najlepszych serii pewną wrażliwość społeczną, bo portretuje ludzi żyjących w nieciekawych czasach, którym na dodatek Wolverine odebrał bliskich. Sztuka ta udała mu się znakomicie, a uderzenie w poważniejsze tony wyszło tej fabule na dobre. Aaron już od początku kariery dobrze radzi sobie z nieprzystającymi do rozrywkowych komiksów tematami (np. w „Skalpie” portretował zdegenerowany indiański rezerwat trawiony problemami społecznymi) i wielka szkoda, że pisząc Wolverine'a wcześniej nie korzystał z takich motywów. Niestety, nieciekawie kontrastuje z tym druga część tego tomiku, bo to już typowa, stroniąca od poważniejszych treści bitka. W fabule tej Logan wraca do Chinatown, gdzie zmierzy się z nietypowym kartelem narkotykowym, a potem uderza do Japonii gdzie czeka na niego jego odwieczny wróg Sabretooth i tabuny ninja. To dynamicznie narysowane mordobicia, niemniej, nie przez te historie zapamiętam ten tom, a ze względu na te o których pisałem na początku. 



Jestem fanem Aarona i Wolverine'a i wydawało mi się, że kiedy się spotkają wyjdzie z tego coś naprawdę niezwykłego. Scenarzysta zresztą zaczął karierę niejako od Rosomaka, bo w młodości wygrał organizowany przez Marvel konkurs na komiks o nim, co ośmieliło go do tworzenia następnych scenariuszy. Z jedne strony trochę smutno mi, że tak długo przyszło mi czekać na dobre historie z Rosomakiem jego autorstwa, z drugiej cieszę się, że takie jednak istnieją. Czwarty tom jego Wolverine'a jest zdecydowanie godny Waszej uwagi, a przynajmniej pierwsza jego część.