Pokazywanie postów oznaczonych etykietą europa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą europa. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 8 lipca 2013

Za Imperium tom 1: Honor - Merwan Chabane, Bastien Vivès, Sandra Desmazières




Odkąd Egmont przystopował z wydawaniem Plansz Europy i całkowicie zrezygnował z Zebry, brak na polskim rynku czegoś, co mogłoby zastąpić te znakomite linie. Taurus rozbudował swój segment z komiksem europejskim - to tytuły dobre i bardzo dobre, ale to właściwie same gatunkowe czytadła. Centrala przybyła, zobaczyła i uderzyła...

Teoretycznie "Za Imperium", opowieść o oddziale legionistów wysłanych z misją podbijania nieznanych krain, to seria wpisująca się tematycznie w mainstreamowy nurt komiksu frankofońskiego. Jednak przeglądając przykładowe plansze od razu dostrzeżemy, że coś tu nie gra. Maniera graficzna, jaką posługuje się duet Merwan/Vivès sprawia wrażenie nieprzystającej do konwencji gatunkowych. Swobodny, niebanalny, momentami bardzo umowny rysunek (są tu pojedyncze kadry wyglądające jakby wyszły spod ręki Janka Kozy!) zdaje się wyrwany z autorskiej powieści graficznej. Styl ten nie został jednak użyty do opowiedzenia o osobistych problemach autora, historii bardzo dziwnej choroby czy tragedii emigranta. Na znakomicie zakomponowanych planszach przedstawione zostały pełne dynamiki sceny walk i codzienność rzymskich legionistów. Wszystko zostało pokryte spatynowanymi, bardzo oryginalnymi kolorami, za które odpowiada Sandra Desmazières. Nad odznaczającymi się czerwienią strojami legionistów rozpościera się niebo o przedziwnej barwie, które o zmierzchu rzuca na bohaterów zielonkawą poświatę. Zabiegi, jakim poddano plansze sprawiły, że wyglądają one na przybrudzone, wyblakłe, naznaczone czasem i rozmyte przez zacieki - jakby wystylizowano je na malunki, które można znaleźć na murach antycznych budowli.



Siadając do pisania tego tekstu odczuwałem dyskomfort, który zna każdy publicysta próbujący ocenić pierwszy tom dłuższego cyklu. Przeglądam świetne, rozbudowane recenzje kolegów, którzy zdążyli już ten album odfajkować ... i drapię się w głowę. Może mi złośliwy listonosz kartki z albumu powyrywał, albo co... bo ja w pierwszym tomie "Za Imperium" dostałem tylko kilkadziesiąt stron wprowadzenia i uważam, że jeszcze za wcześnie na daleko posuniętą interpretację czy konkretną ocenę. Bo tak naprawdę, mimo iż o nietypowej szacie graficznej można napisać dużo, to trudno jeszcze cokolwiek powiedzieć na temat fabuły, którą można póki co streścić w jednym zdaniu: legioniści zostali wysłani poza granice Imperium i wędrują w enigmatyczną pustkę. Oczywiście wyrobiony czytelnik może mnożyć w tym kontekście skojarzenia, szukać w tym jakiejś metafizyki, bo i mi myśli o "Krwawym Południku" czy "Jądrze Ciemności" nasunęły się same... Ale będą to tylko dywagacje, bo równie dobrze na rzymski oddział może zaraz wyskoczyć horda zombie, kosmici albo hiszpańska inkwizycja.


Niemniej, muszę z ręką na sercu przyznać, że zostałem pierwszym tomem "Za Imperium" mocno zaintrygowany. To co zobaczyłem do tej pory podpowiada mi, że będzie to dobra, nieszablonowa opowieść będąca czymś więcej niż komiksem środka. Bowiem między warstwą graficzną a fabułą "Za Imperium" zachodzi podobna zależność, jak w przypadku jednego z moich ulubionych komiksów - "Wyspy Burbonów", w którym Trondheim, artysta z pozoru łatwy do zaszufladkowania w komiksie awangardowym, wziął się za zilustrowanie przygodowej historii o piratach. Ku zaskoczeniu czytelnika, nie tylko wyszedł z tego obronną ręką, ale też stworzył dzieło nieszablonowe i wybitne w swojej klasie. Oby Merwanowi, Vivèsowi i ich kolorystce również się ta sztuka udała.    

piątek, 22 marca 2013

Dzicy - Lucie Lomová


 (zdjęcie ukradzione z http://sygnaly.wordpress.com/ )

"Dzicy" to adaptacja fabularyzowanego cyklu reportaży Alberto Vojtecha Frica drukowanych w czasie II wojny światowej w czeskim piśmie "Barwny Tydzień". Za kanwę opowieści posłużyły mu własne doświadczenia z młodości. Alberto Vojtech Fric od dzieciństwa kolekcjonował rośliny tropikalne i jeszcze zanim osiągnął pełnoletność stał się cenionym autorytetem w tej dziedzinie. Niestety, pech chciał, że pewnej zimy większość jego zbiorów zamarzła. Po maturze, zamiast studiować, wyruszył w świat w nadziei, że uda mu się przywieźć sporo nowych eksponatów i odnowić swoją kolekcję - jego celem była Ameryka Południowa, z którą przyszło mu związać się na całe życie. Po kilku latach powrócił do Pragi, jednak zamiast egzotycznych roślin przywiózł ze sobą Indianina.

Czerwiusz - bo tak został ochrzczony ów Indianin - przybył wraz z Alberto Vojtech Fricem do Czech, by szukać lekarstwa na chorobę, która dziesiątkowała jego plemię. Niestety, pozbawieni pieniędzy musieli dołożyć wielu starań, nim udało im się zdobyć lekarstwo i fundusze na powrót do Ameryki. Towarzysząc Fricowi w podróżach, podczas których badacz wygłaszał prelekcje na temat Indian i Ameryki Południowej, Czerwiuszowi udało się zwiedzić kawałek (austro-węgierskich wówczas) Czech. W zetknięciu z kulturą zachodu prostolinijność czerwonoskórego powoduje wiele komicznych sytuacji i nieporozumień. Warto zauważyć, że mimo iż bohater jest teoretycznie przedstawicielem odmiennej kultury, to w jego przygodach jest coś nad wyraz czeskiego, bo jego postać (przynajmniej w komiksie Lomovej) kojarzy się jednoznacznie z inną literacką osobistością - dzielnym wojakiem Szwejkiem.


Gdy Czerwiusz bawi w Pradze, przeżywając nowe przygody wynikające z jego odmienności kulturowej, w tym samym czasie jego plemię wymiera. Podczas lektury miałem wrażenie, że świadomość tego przeszkadza mi znacznie bardziej, niż głównym bohaterom. "Dzicy" to komiks zabawny i ciepły, ale też nie zapomina się w nim o skutkach kolonizacji Ameryk. Mimo iż ciężar opowieści nie przytłacza - brak tu brutalności i okrucieństwa charakterystycznego dla tego typu historii - to Lomova tylko częściowo zasłania dzieciom oczy i nie gubi prawdy o świecie. Udało jej się również trafnie sportretować to, jak kultura zachodu zmieniała Indian, powodując zatracenie ich własnej tożsamości kulturowej.

Jeśli szukać dziury w całym, można "Dzikim" zarzucić, że to komiks bez rozbudowanej warstwy psychologicznej, można też powiedzieć, że brak mu artystycznych aspiracji. Ale zanim wyda się taki osąd, warto uświadomić sobie, że to wrażenie wywołane faktem, iż wydaje się u nas głównie pozycje kierowane do dojrzałego czytelnika, komiksy profilowane, adresowane do wyrobionego odbiorcy. Komiks Lomovej to ewenement na naszym rynku, bo to tytuł przeznaczony dla młodzieży, a takie nie pojawiają się u nas niemal wcale.

"Dzicy", mimo że tematycznie wpisują się w nurt powieści graficznej, są raczej stworzeni w duchu klasycznego europejskiego komiksu. Nie jest to jednak do końca staroświecka pozycja, bo widać, że autorka jest świadoma tego, co dzieje się w gatunku. Powiedziałbym, że jest to raczej hybryda - połączenie ducha obrazkowych historyjek Herge ze współczesnym reportażem komiksowym. Lomova dąży do przejrzystości stylu, klarownej narracji. W czasie lektury nie odniosłem wrażenia, by dość tradycyjny warsztat ją w jakiś sposób więził - był to jej świadomy wybór.




Alberto Vojtech Fric, mimo zupełnie innego dorobku, jest twórcą, który z pewnego powodu przypomina mi Alfreda Szklarskiego. Na jego książkach wychowały się całe pokolenia jego rodaków, a dziś popada w zapomnienie. Epoka, w której wszędzie można dotrzeć z kamerą, pokazać odległe kraje nawet w technice 3-D nie sprzyja książkom podróżniczym. "Dzicy" są świetnym przykładem tego, jak można wykorzystać komiks, by takie postacie jak Fric czy Szklarski ocalić od zapomnienia i w przystępny i atrakcyjny sposób przedstawić młodemu odbiorcy. Dla mnie jako publicysty zajmującego się tym medium lektura "Dzikich" była przede wszystkim okazją do zadania sobie pytania - dlaczego w Polsce nie powstają dziś takie komiksy? Niekoniecznie mam na myśli albumy kierowane do dzieci i młodzieży. Mieliśmy wielu znamienitych podróżników, wielkiego antropologa Bronisława Malinowskiego, barwnego Tony'ego Halika, a przede wszystkim Ferdynanda Ossendowskiego, którego twórczością inspirowali się już nawet zagraniczni twórcy (na przykład legendarny Hugo Pratt). Jego "Przez Kraj ludzi, zwierząt i Bogów" to wręcz wymarzony materiał na podróżniczą powieść graficzną - temat leży i czeka. Kto pierwszy ten lepszy.


piątek, 22 lutego 2013

Bardzo trudno jest mi orzec, dziobak to, czy jednorożec

Kuba Jankowski zaprosił mnie do współtworzenia działu komiksowego serwisu Poltergeist. Na pełnoetatowy udział nie znajdę czasu, ale chętnie wspomogę redakcję kilkoma recenzjami. Prawdopodobnie będą to głównie teksty o mainstreamowym komiksie europejskim. Myślę, że łamy Poltera świetnie się do tego nadają.



Gdy pierwszy raz do Europy przywieziono dziobaka, brytyjscy naukowcy nie uwierzyli w autentyczność owego egzotycznego znaleziska. Anatomia stworzenia wydawała się im tak nieprawdopodobna, że podejrzewali mistyfikację. Twierdzili, że to spreparowany eksponat: bóbr z doszytym kaczym dziobem. Jednorożec to właśnie taki nieszczęsny dziobak - twór osobliwy, z miejsca wzbudzający szereg podejrzeń.


Zawsze uważałem, że kino klasy B nie posiada swojego odpowiednika w komiksie. Gdy album jest zły od strony rzemieślniczej, to jest po prostu zły - nic go nie uratuje, tak jak w filmie gatunkowa konwencja i niski budżet usprawiedliwiają wiele niedociągnięć. Natomiast w branży komiksowej najtańszymi pulpowymi szmatławcami zajmowali się często twórcy uznawani później za mistrzów, a do taniego horroru, czy kina sensacyjnego klasy B z lubością sięgają czołowi twórcy pokroju Alan Moore'a czy Ed Brubaker'a. Po lekturze Jednorożca zmieniłem zdanie. Seria autorstwa Mathieu Gabelli i Anthony'ego Jeana to podane pod postacią frankofońskiego komiksu głównego nurtu szalone, postmodernistyczne exploitation, które - o zgrozo - wymknęło się twórcom spod kontroli...

 
Mimo iż współczesna literatura fantastyczna dalej niechętnie eksperymentuje z formami narracji, to kurczowo chwyciła się postmodernizmu - i to tego w najbardziej spłyconej postaci. Autorzy do bólu eksploatują motywy alternatywnej historii, chętnie mielą steampunk z czym popadnie, do tego stopnia, że stało się to wręcz niesmaczne i męczące. Takie też wydaje się - wyjątkowo niezgrabne, warto dodać - wejście twórców Jednorożca w owe schematy. To istny popkulturowy potwór Frankensteina. W czasach Przedwiośnia Żywych Trupów i wszechobecnych parafraz to wyświechtany frazes, ale pasuje jak ulał do tworu, w którym poetyka powieści Arturo Péreza-Reverte spotyka się z horrorem cielesnym. Twórcy osadzili akcję w 1565 roku. Bohaterami są wybitni medycy tamtej epoki, należący do quasi-masońskiej grupy walczącej z tajnym stowarzyszeniem kościelnym, próbującym przejąć władzę nad światem. Prócz tego autorzy wszczepili w kwitnącą filozofię odrodzenia motywy zaczerpnięte wprost z filmowego Reanimatora i fizjologicznej twórczości Cronenberga (szczególnie Videodrome), a za konwencję obrali fantasy wymieszane z powieścią "płaszcza i szpady" i teoriami spiskowymi.

Wiem, że to wszystko brzmi niedorzecznie i nie ma co ukrywać: przeszarżowano nie tylko fabułę, ale dosłownie każdy element składowy tego komiksu. Grafik Anthony Jean wydaje się niezłym rzemieślnikiem, ale jego kolorowane komputerowo rysunki są też do bólu kiczowate, łączące styl frankofoński ze skażonymi graffiti i mangą komiksami lat dziewięćdziesiątych (najbliższe skojarzenia mam z estetyką Afro Samurai). Zgubiono również proporcje między warstwą literacką, a narracją obrazem. Scenarzysta, by wprowadzić czytelnika w realia świata przedstawionego, upycha tu masę informacji, jakby manifestując to, że tak naprawdę wolałby napisać powieść. Byłem wręcz zdumiony dyletanctwem autorów, gdy w pierwszym tomie znalazłem planszę, na której umieszczono dwadzieścia (!) dymków z dialogami, a jako ilustrację zastosowano jedynie panoramę miasta. Ponadto w fabule znajdziemy przytłaczającą ilość nomenklatury medycznej i zawiły popis erudycji teoretycznie nieprzystający do lekkiego, stricte rozrywkowego charakteru tej opowieści. Nawet ekskluzywne wydanie wydaje się nie pasować do zawartości.


Do listy paradoksów można dołączyć jeszcze jeden, bodaj największy. Jednorożec to fantastyczna i ekscytująca lektura. Na jakimś poziomie blisko mu do niektórych komiksów Gartha Ennisa (dla dobra sprawy uznajmy, że tych lepszych), z tą tylko różnicą, że wszystko wydaje się tu śmiertelnie poważne... o ile można potraktować serio opowieść, w której bohater okłada przeciwników kręgosłupem wyjętym ze zwłok, które przed chwilą jeszcze leżały na stole sekcyjnym. Jednorożca najlepiej opisują przeciwieństwa: to komiks inteligentny i głupi, poważny i śmieszny, zarówno dobry jak i zły. Mimo rzemieślniczej nieporadności twórców czyta się go wspaniale, a niedorzeczna historia (tu trzeba przyznać, że podparta solidnym, szczegółowym riserczem i zdradzająca znajomość konwencji i schematów gatunkowych) wciąga jak diabli. W czasie lektury ekscytowałem się tak bardzo, że na przemian prychałem śmiechem i przeklinałem na głos, nie dowierzając w to, co widzę.

Słyszałem o Jednorożcu kilka nieprzychylnych opinii, a w recenzjach dominował raczej zachowawczy ton. Nic dziwnego, pisząc o nim można się czuć zbitym z tropu. Mógłbym ten komiks uznać za najsłabszy z całej frankofońskiej oferty Taurusa, lub równie dobrze za najlepszą mainstreamową serię 2012 roku. Gdy patrzę na Jednorożca z perspektywy krytyka, mam mieszane uczucia, ale jako miłośnik kina exploitation i innej szmiry (zawsze denerwował mnie pejoratywny wydźwięk tego słowa, używanego jako polski odpowiednik angielskiego pulp, ale w tym przypadku jest odwrotnie - to Szmira przez "duże Szy") jestem w nim wręcz zakochany. Gdyby Tarantino postanowił zrobić film fantasy, to wyszłoby mu właśnie coś takiego...


TEKST ZOSTAŁ PIERWOTNIE OPUBLIKOWANY NA ŁAMACH POLTER.PL

wtorek, 12 lutego 2013

Rycerze świętego Wita - David B.




W 2012 roku lista powieści graficznych, jakie ukazały się w naszym kraju wzbogaciła się o kilka wybitnych pozycji. Wielkim zaskoczeniem była nieznana szerzej „Parenteza” Elodie Durand, kameralny, bardzo oryginalny od strony artystycznej komiks, opowiadający historię choroby autorki, cierpiącej na wywołującego zaniki pamięci guza mózgu. Gdy pisałem o nim w kwietniu, nie spodziewałem się, że w ciągu następnych miesięcy ukaże się coś równie dobrego, szczerego i poruszającego. Koniec roku przyniósł jednak komiks o bardzo zbliżonej tematyce. „Rycerze świętego Wita” stawiani są obok „Mausa” Arta Spiegelmana i uznawani za dzieło kanoniczne, jedno z tych, które przecierały szlak dla tak modnej dziś, intymnej wypowiedzi za pomocą medium obrazkowego. 

„Rycerze świętego Wita” to biografia nietypowa, opowiedziana przez pryzmat choroby, która dotknęła brata autora. David B. dzieciństwo i młodość spędził we Francji na przełomie burzliwych lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Jego wspomnienia z tego okresu są traumatyczne. Jego życie – nawet po wyprowadzeniu się z domu rodzinnego – zdawało się być całkowicie podporządkowane chorobie brata. Rodzice autora, przerażeni skutkami ubocznymi farmakologicznego leczenia epilepsji i nieufnie nastawieni do lekarzy (operacja, którą im zaproponowano mogła doprowadzić do nieodwracalnego kalectwa ich syna), szukali ratunku u wszelkiej maści znachorów i cudotwórców. Nie tracąc nadziei błądzili od szarlatana do szarlatana: przyłączali się do komun makrobiotycznych, próbowali wielu odmian medycyny niekonwencjonalnej, zdesperowani zwrócili się nawet ku spirytyzmowi. Byli przy tym skłonni do wszelkich poświęceń i często zmuszali do nich resztę rodziny.



Nie jest to jednak jedyny wątek jaki został poruszony w tym komiksie. Już od pierwszych rozdziałów autor wyraźnie kreśli tło społeczno-polityczne, a jego opowieść staje się próbą (subiektywnego) odmalowania czasów, w których toczy się akcja. Dużo uwagi poświęca również swojemu drzewu genealogicznemu i związkom przodków z historią Francji – z naciskiem na wojny, bo makabra (również jako estetyka) zdaje się Davida B. fascynować najbardziej. Już jako dziecko autor chował się za fasadą swoich brutalnych, przedstawiających wielkie bitwy rysunków. Ciągłe bazgranie było dla niego pancerzem chroniącym przed rzeczywistością i, jak sam to określa, zbroją, którą przywdziewał na wzór fascynujących go w dzieciństwie rycerzy. Trzeba tu zaznaczyć, że w oryginale komiks nosił nieprzetłumaczalny tytuł „L’Ascension du haut mal”, odwołujący się do starofrancuskiego określenia epilepsji. Wydawca – co jest wielką rzadkością przy tego rodzaju zabiegach – niezwykle udanie przechrzcił go na „Rycerzy świętego Wita” nawiązując do staropolskiej nazwy padaczki.

Nie jestem miłośnikiem komiksów, w których dominuje literacka narracja, a takie wrażenie z początku sprawiają „Rycerze świętego Wita”. To jednak tylko pozory. Zatrzymując się przy tym aspekcie, warto porównać dzieło Davida B. z innym, powstającym w niemal w tym samym okresie (lata 1995–2005) komiksem – „Black Hole” Charlesa Burnsa. Mimo że komiks amerykańskiego kolegi po fachu to opowieść obyczajowo-psychologiczna, z dużą dozą wątków autobiograficznych, to ze względu na metafory związane z horrorem cielesnym, często wymieniany jest w rankingach najlepszych obrazkowych opowieści grozy. Podobna zależność pojawia się między warstwą literacką a graficzną „Rycerzy świętego Wita”. Podczas gdy na pierwszym planie możemy śledzić historię bezsilności w walce z chorobą, na drugim – w warstwie graficznej – rozgrywa się zupełnie inna, nie mniej ważna opowieść. Lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte, czyli okres największej popularności ruchu New Age, zostały w komiksie Davida B. przedstawione inaczej, niż zwykło się to czynić. Dla autora są to czasy równie mroczne i niepokojące, co Berlin lat trzydziestych, w którym rozkwitała ezoteryka i nowe nurty filozoficzne. W grafice objawia się to silnymi nawiązaniami do ekspresjonizmu niemieckiego. Prócz tego znajdziemy tu dużą dozę surrealizmu, symbolizmu i wiele innych nadrealnych tendencji występujących w sztukach plastycznych.



 Historia przedstawiona na drugim planie to również przegląd horroru obecnego w naszej kulturze. W rysunkach autora odbija się jego fascynacja literacką grozą, opowieściami niesamowitymi i naukami tajemnymi. Rysunkowe stwory – stanowiące niezwykle sugestywną i eklektyczną mieszankę – uosabiają dręczące Davida B. i jego rodzinę demony, lęki i choroby. Nawet postacie mityczne, historyczne i literackie służą mu jako narzędzie do wyrażania emocji, nastrojów i podświadomych komunikatów. W „Rycerzach świętego Wita” ważną rolę odgrywa też etniczna ornamentyka, malarstwo batalistyczne i mnożące się w niezdrowej wręcz ilości symbole okultystyczne i alchemiczne. W efekcie ten niezwykle mroczny i klaustrofobiczny komiks zaczyna przypominać podrasowaną psychodelikami twórczość Edwarda Goreya, rozdmuchaną do epickich rozmiarów dzieł Hieronima Boscha.

„Rycerze świętego Wita” to niezwykle przytłaczająca historia i w przeciwieństwie do wspomnianej „Parentezy” nie ma w niej nic z autoterapii. David B. z jednej strony kryje się za swoimi rysunkami, coraz bardziej zapada się w swojej twórczości, z drugiej – w masochistycznym słowotoku obnaża swoje lęki i problemy. Analogicznie do „poetów przeklętych” to komiksiarz przeklęty, którego chora dusza nigdy nie zazna spokoju. W „Rycerzach świętego Wita” zabiera nas w podróż, którą możemy porównać do słynnego albumu Joy Division „Closer”. To zjazd po równi pochyłej: kompulsywny, deliryczny i depresyjny.


sobota, 22 grudnia 2012

Long John Silver 1-3



Mamy w Polsce szczęście do pirackich komiksów. To już trzeci - po znakomitej "Wyspie Burbonów" i "Piracie Izaaku" - tytuł w tej konwencji, który warto mieć na półce. O ile jednak prace stworzone przez duet Trondheim/Apollo i Christopha Blaina określić można jako komiksy z wyższymi aspiracjami, to "Long John Silver" jest lekturą stricte gatunkową.


Trzeba jednak zaznaczyć, że mimo tego iż luźna kontynuacja "Wyspy Skarbów" Stevensona jest komiksem mainstreamowym, to daleko jej do pozycji pokroju "Piratów z Karaibów". Nie ma tu ni krzty infantylizmu, a do oczarowania czytelnika twórcy nie potrzebują zagrywek rodem z blockbusterów. W komiksie Dorisona i Lauffeaya trudno szukać stycznych z poetyką Kina Nowej Przygody. Opowieść budowana jest głównie dialogami, akcja dzieje się w ciasnych kajutach, pomieszczeniach i na pokładzie. Nie ma abordaży i bitew morskich, jest za to krwawa rzeź w środku nocy i skrytobójstwo. Nad wszystkim wisi apokaliptyczna atmosfera i nietrudno znaleźć tu analogię do "Jądra Ciemności", przez co pod warstwą frankofońskiego komiksu głównego nurtu siedzi gdzieś "Moby Dick" i duch przynależny kinu Herzoga. Z drugiej strony próżno szukać tu intelektualnego ciężaru, bo owe motywy funkcjonują na tej samej zasadzie, co zapożyczony z "Odysei kosmicznej"  Monolit w "Szninklu"  - czytelnik sam może sobie tutaj sporo dopowiedzieć, ale na dobrą sprawę może też odczytać "Long John Silvera" po prostu jako przygodową opowieść o piratach.



Już bardzo rzadko mam okazję obcować z tak klasycznym w formie europejskim komiksem. "Long John Silver", w przeciwieństwie do niedawno recenzowanej przeze mnie serii "Orbital", mógłby być narysowany wczoraj lub równie dobrze trzydzieści lat temu. Nie znajdziemy tu zapożyczonych z filmu metod opowiadania obrazem, czy dodających akcji dynamiki, a narracji szybkiego rytmu, quasi-amerykańskich sposobów komponowania plansz i kadrowania. Chciałoby się powiedzieć, że "Long John Silver" to komiks przede wszystkim dobrze napisany, bo jeśli idzie o sekwencyjność pozbawiony jest fajerwerków, lecz podpierający fabułę realistyczny rysunek jest wysokich lotów i świetnie sprawuje swoją funkcję - jest swobodny, nieco niedbały, bardzo dobrze spajający narrację. Kolory (zdaje się że głównie akwarele), które osobiście położył sam rysownik, są stonowane i mroczne. Co istotne dla pirackiego komiksu - marynistyczne krajobrazy można by było wycinać i wieszać na ścianie. Zapierają dech i dorównują malarstwu tego sortu.


Po przeczytaniu trzech tomów "Long John Silvera" naszła mnie pewna refleksja. Ze względu na nadmierną eksploatację w poprzednich dwóch dekadach, cytaty i parafrazy w literaturze i kinie dotknęło zmęczenie materiału i obecnie nie działają już tak przekonująco. Komiks pozostaje dziś chyba jedyną dziedziną sztuki w której postmodernistyczne przetwarzanie dalej się sprawdza. Paradoksalnie, po lekturze komiksu nie mamy wrażenia obcowania z przejaskrawioną, kiczowatą karykaturą - a tym najczęściej bywają współczesne filmy tego typu - a z prawdziwym, pełnym szacunku hołdem. To ciekawa zależność. Wystarczy porównać znakomity cykl "Murena" z iście komiksowym serialalem "Rzym", "Usagi Yojimbo"  z "Kill Billem" czy właśnie "Long John Silvera" z "Piratami z Karaibów".

piątek, 10 sierpnia 2012

Kiki z Montparnasse'u


Komiks do recenzji podesłała Kultura Gniewu. Dziękuję. 



Alice Ernestine Prin znana lepiej jako Kiki de Montparnasse to legenda francuskiej cyganerii i jedna z najsłynniejszych modelek w historii sztuki. Muza wielu artystów - malarzy, filmowców, fotografów. Przez jej burzliwą biografię przewijają się takie nazwiska jak Amedeo Modigliani, Chaim Soutine, Jean Cocteau, Man Ray. Jej życie zdaje się być świetnym materiałem na film, powieść czy właśnie posiłkujący się w dużej mierze warstwą plastyczną komiks.

W początkach definiowania się współczesnej powieści graficznej to głównie podejmowane tematy wnosiły coś świeżego do skomercjalizowanego medium, dziś jednak ten typ opowieści spowszedniał i można odnieść wrażenie, że niektórzy autorzy skłaniają się ku poważnym zagadnieniom licząc po prostu na łatwy zarobek. Największym błędem, jaki popełniają twórcy tego typu komiksów jest niezauważanie, że próba dogonienia literatury faktu jest kompletnie bezcelowa -  aby dzieło uznać można było za wartościowe, historia opowiadana za pomocą komiksu musi wnosić coś nowego do tematu, pozwalać spojrzeć na niego z innej strony. Zdają się też nie dostrzegać, że komiks to opowiadanie obrazem, a z historii snutych za pomocą tego medium trzeba wyciągnąć - uwaga, uwaga niespodzianka - komiksowość! Jasne, że nie każdy komiks musi być wyszukanym eksperymentem. Dobrze jednak, jeśli twórca zna możliwości medium i z nich umiejętnie korzysta. Twórcy "Kiki" popełnili oba ze wspomnianych błędów.

Mimo tego, że nie przepadam za tą metodą, to muszę przyznać, że stawanie blisko literatury jest oczywiście jakimś sposobem na stworzenie przekonującej komiksowej narracji. W tym przypadku twórcy zawierzyli głównie dialogom, ale za ich pomocą niestety nie udało im się wejść dostatecznie głęboko w tę historię. Scenariusz, chcąc ująć ogrom postaci, które pojawiły się w życiu bohaterki, leci po łebkach. Osobistości ze świata sztuki pojawiają się, by po chwili zniknąć i nie zostawić po sobie nic, ani w czytelniku ani na kartach komiksu. Zamiast ambitnego dzieła próbującego oddać ducha epoki, dostajemy komiks niebezpiecznie zbliżający się schematem do "Przygód Młodego Indiany Jonesa" - gdzie również pojawiała się masa historycznych postaci, ale nic mądrego z tego nie wynikało. Nie odnajdziemy tu skomplikowanych relacji międzyludzkich, psychologii, a i dobrze zbudowanej dramaturgi tu brak. Scenariusz to po prostu zbiór (czasem niezgrabnie opowiedzianych) motywów z życia Kiki.  Nawet najburzliwsze i najdłuższe związki, czy jej problem z uzależnieniem od narkotyków są potraktowane po macoszemu.


 Autorom zabrakło też jakiejś myśli przewodniej i ograniczyli się tylko do pobieżnego streszczenia życia bohaterki. Wyrywkowość scenariusza niekoniecznie musi być jednak wadą - weźmy za przykład wydany u nas w zeszłym roku "Logikomiks". Jego kanwą również były epizody z życia historycznej postaci, ale twórcom przyświecało coś więcej niż nakreślenie tylko noty biograficznej. Luźno posklejane ze sobą zdarzenia z życia Bertranda Russella były pretekstem do przedstawienia czytelnikowi prezentowanej przez niego idei i jej rozwoju. Przy tym był to komiks nie bojący się ciekawych formalnych rozwiązań - a do tego przecież niezbyt trudny w odbiorze i posiadający równie szeroki target. Warto również wspomnieć o "Carlos Gardel: głos Argentyny". Cechuje go całkowita opozycja dla poetyki zaprezentowanej w "Kiki". To komiks o wysokich walorach artystycznych i mało przystępnej warstwie formalnej - a co za tym idzie znikomym potencjale komercyjnym. Biografia tytułowego śpiewaka staje się wręcz sprawą trzeciorzędną, a na pierwszy plan wychodzą tematy związane z tożsamością narodową Argentyńczyków. Oczywiście trudno oczekiwać od twórców "Kiki", by próbowali robić coś tak radykalnego, ale dobrze by było, gdyby w tym komiksie przez pryzmat Królowej Montparnasse'u opowiedziano również o twórcach z którymi pracowała. Za pomocą ich dzieł można było wejść przecież w dialog z formą komiksową (tak jak przepisywano sztukę na komiks w "Lost Girls"). Niestety autorzy przedstawili postać Kiki i jej losy jednowymiarowo, nie poświęcając należytej uwagi artystycznej części jej życia. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że temat został po prostu zmarnowany - bo dostajemy do rąk "komiks środka" -  bez wartości artystycznej, pozbawiony emocji i poetyki, jaka powinna cechować opowieść tego sortu. Na szczęście historia Kiki jest na tyle ciekawa, że komiks i tak czyta się z zainteresowaniem, ale podejrzewam, że życie Królowej Montparnasse'u byłoby interesujące nawet w formie przekazywanej ustnie kawiarnianej opowieści.


 Bocquet i Catel stworzyli komiks nieciekawy formalnie, nawet nie aspirujący do tego, żeby w interesujący sposób wykorzystać mocne strony opowieści obrazkowej. Jak wspomniałem, fabułę popycha do przodu głównie dialog, więc skoro brak tu narracji pozakadrowej, to teoretycznie powinna to być ciekawa komiksowa robota. Nic bardziej mylnego - rysunki niezbyt efektownie uzupełniają wypowiadane kwestie, sekwencyjność jest nieciekawa a czasem nazbyt skrótowa. Użyto najprostszych środków graficznych i narracyjnych, co co prawda sprawia, że komiks czyta się łatwo, ale od strony artystycznej to rzecz miałka. Pomysł, by świat międzywojennego Paryża - pełen kolorów, sztuki i awangardowych artystów - ukazać w tak oszczędnej, pozbawionej barw i cieni stylistyce, nie wpłynął dobrze na jakość tego komiksu. Mógł być to zabieg celowy - tak jak w przypadku wybitnego "Fun Home", gdzie zachowawczość i chłód grafiki kontrastowała z pełną kolorów warstwą literacką - jednak narracja słowem nie ma w tym przypadku ambicji uzupełnienia tych niedostatków. Rysunki są typowymi przedstawicielami francuskiej szkoły - w trakcie lektury mogą nasunąć się skojarzenia Trondheimem czy Sfarem, ale to zdecydowanie nie ta liga. Zestawienie "Kiki" z narysowanym przez Sempe albumem "Paryż" sprawi, że poczujemy zażenowanie. Nawet gdyby porównać je do ilustracji pomniejszych twórców operujących tym stylem (np Alfonso Zapico znanego u nas z "Café Budapeszt" ) wypadną blado. Sam model opowiadania zbliżony jest jednak bardziej do powieści graficznej w eisnerowskim rozumieniu tego nurtu.


Obyczajowo-biograficzna, quasi-reportażowa, historyczna powieść graficzna to dziś bardzo popularna tendencja. Jestem miłośnikiem i zbieraczem komiksów tego sortu. Podchodzę jednak do tego typu pozycji zachowawczo, mając w pamięci moje ulubione tytuły i wybitnych przedstawicieli nurtu - co w uprawianiu krytyki tego typu komiksów powinno pomagać ale o dziwo nie pomaga wcale. Moje oczekiwania okazują się zazwyczaj wygórowane. Zawiodłem się na wielu cenionych tytułach, ale w kilku też zakochałem się bezgranicznie. Wiem, że czytając mój tekst możecie odnieść wrażenie, że "Kiki" jest komiksem złym, ale tak nie jest. Jest za to komiksem przeciętnym i niczym nie wyróżniającym się w swoim nurcie, choć zarazem będącym jednak całkiem niezłą rozrywką. Osobiście uważam, że jest też niestety przykładem tego, jak tworząc tego typu dzieło niefortunnie można minąć się z fascynującym tematem.  Cieszy mnie powrót Kultury Gniewu do wydawania zagranicznych komiksów, dlatego krytyka "Kiki z Montparnasse'u" przyszła mi z trudem. Rozumiem jednak intencje wydawcy. Recenzentka "Guardian" Rachel Cooke napisała, że w "Kiki" podoba jej się to, że lektura dostarczyła jej tak dużego zastrzyku informacji jak przeczytanie jednej z wielu książek poświęconych Alice Prin. Temat jest nośny i jestem pewien, że "Kiki" chętnie przeczytają ludzie którzy oprócz "Mausa" i "Persepolis" nigdy nic więcej w rękach nie mieli, którzy sięgają po komiks tylko za rekomendacją innych laików i wysokonakładowej prasy. "Kiki z Montparnasse'u" kupią ze względu na ciekawą tematykę i nawet nie zauważą problemu tej publikacji. Wiem, że ktoś może zaraz przyjść i powiedzieć - "hej, nie każdy komiks musi być arcydziełem ty bucu"! Tak więc uprzedzam fakty - trochę jeszcze tych arcydzieł do wydania zostało. Dla miłośników sztuki komiksowej "Kiki" to kolejna pozycja która opóźniła wydanie takich tytułów jak "Jimmy Corrigan" czy "Asterios Polyp".

niedziela, 13 maja 2012

Parenteza - Elodie Durand



Choroba której doświadczyła Elodie Durand wydaje się kompletnie nieliteracka - za to dla muzyki lub sztuk wizualnych może mieć ogromny potencjał. Niemożliwy do zoperowania guz mózgu wywołujący ataki epilepsji i coraz bardziej postępujące zaniki pamięci, wymazujące nie tylko teraźniejszość, ale i przeszłość, teoretycznie sugerowałby użycie poetyki rozpadu, sprowadzenie takiej opowieści do czystej białej kartki. Zapewne zresztą właśnie ta pustka stała się motorem napędowym, pretekstem do opowiedzenia całej historii. Ale zamiast zmierzać do nicości koncentruje się na próbie przywrócenia tego, co utracone.

Choroba bywa dla artystów wdzięcznym ale i niebezpiecznym tematem. Nietrudno - szczególnie gdy pisze się o własnych doświadczeniach - popaść w patetyczną, płaczliwą tonację. Gdy mowa o chorobach umysłowych, neurologicznych, autorzy często kierują się w stronę pretensjonalnego mindfucka, obrazując meandry takich schorzeń efekciarsko, psychodelicznie, czy wręcz romantycznie. Francuzka na szczęście nie wpadła w tę pułapkę. Niezwykle znamienny dla wymowy "Parentezy" jest emocjonalny dystans autorki, który może udzielić się również czytelnikowi. Nietrudno przez to minąć się z tą subtelną historią, bo Elodie Durand nie chce szokować, nie tragizuje, nie oczekuje od nikogo litości. W jej reakcji na to, co ją spotkało nie było też nic heroicznego, w swojej opowieści wydaje się skromna i zmieszana. Przyznaje też, że zawsze miała tendencję do wypierania złych wydarzeń ze świadomości - na początku trudno jej było uwierzyć, że jest poważnie chora. Przez lata z nikim oprócz rodziny nie poruszała tego tematu. Jedynymi śladami po chorobie były skutki uboczne i wyrwa w życiorysie. Potrzeba ostatecznego rozliczenia się z tym okresem spowodowała, że pojawił się ów komiks. Gdy autorka zaczęła dochodzić do siebie, potraktowała proces twórczy jako formę terapii i dzięki niemu wybrała się na poszukiwanie straconego czasu. Fabułę buduje ze strzępków wspomnień, próbuje wyławiać przeszłość z rozmów, jakie odbyła z rodziną, która była przy niej przez cały czas, z broszur medycznych, ze swoich notatników, które zapełniała pomagającymi jej funkcjonować zapiskami i nerwowo nabazgranymi rysunkami. Praca z tym materiałem stała się kluczowa dla formy, jaką przybrała "Parenteza", bo puzzle, które uzyskała, ułożyła w niezwykle przekonującą całość.

 (kliknij aby powiększyć)

Zanim w jej życie wkroczyła choroba, Elodie zdobywała wykształcenie plastyczne w Paryżu. Po przerwie spowodowanej problemami zdrowotnymi kontynuowała edukację w Szkole Sztuk Dekoracyjnych w Strasburgu i uczęszczała na zajęcia z rysunku prowadzone przez uznanych twórców komiksowych. Mimo tego, że artystka w jakiś sposób czerpie z francuskiej szkoły ilustracji, to trzeba przyznać, że forma "Parentezy" jest bardzo swobodna, pozbawiona wszelkiego epigoństwa. Od strony graficzno- narracyjnej to po prostu komiks unikalny. Nieczęsto zdarza mi się obcować z tak dojrzałym debiutem. Jeśli na upartego chcielibyśmy "Parentezę" do czegokolwiek porównać, to momentami odnajdziemy tu dalekie związki z narracjami wykorzystywanymi przez Eisnera, jakieś skojarzenia z "Fun Home", a w grafice na pojedynczych planszach dostrzeżemy coś z Sempe - jednak trudno doszukiwać się tu jakiejś zamierzonej inspiracji.

Podobnie jak w przypadku "Logikomiksu", mimo tematyki wpisującej dzieło Elodie Durand w biograficzny czy quasi-reportażowy nurt współczesnej powieści graficznej, to rzecz nietypowa nawet dla komiksów tego sortu. Oczywiście autorce na pewno nie chodziło o rozsadzanie konwencji, ale znalazła się w sytuacji, o której marzy wielu komiksiarzy - przy oszczędności środków i nie sileniu się na wymuszoną awangardowość, stworzyła komiks ze wszech miar oryginalny, bezpretensjonalny, stonowany i szczery - a przy tym niezwykle interesujący od strony artystycznej.  Jedną z największych zalet tej opowieści jest znakomity rytm. Mimo, że wszystko jest tu niezwykle spójne, to styl rysunku i sposób komponowania plansz zmieniają się tu ze strony na stronę. Od typowego gęstego kadrowania swobodnie przechodzi do niemal pustych plansz w duchu minimalizmu, albo abstrakcji, by potem niespodziewanie sięgnąć po karykaturę. Raz tła nie ma wcale, raz jest pieczołowicie odrysowane. W swoją, stworzoną już świadomie narrację Elodie powszczepiała wspomniane wcześniej rysunki, które zapełniały jej notatniki - niezobowiązujące bazgroły, które w kontekście opowieści nabierają cech ekspresjonizmu i wyrażają jej stan ducha. 

Olga Drenda w recenzji opublikowanej na łamach Dwutygodnika sugeruje, że ze względu na swoją niepozorność, skromność to pozycja, która nie zostanie zapamiętana i nie wejdzie do kanonu. Zgadzam się. W historii medium będzie nomen omen parentezą - dziełem osobnym, wtrąconym w nawias, niekoniecznie powiązanym kontekstowo z całością gatunku. Jednak wydaje mi się, że to komiks na tyle dobry, że przynajmniej u nas nie przejdzie bez echa i zostanie wyróżniony w większości podsumowań roku.

 TEKST UKAZAŁ SIĘ RÓWNIEŻ NA KOLOROWYCH ZESZYTACH


czwartek, 8 marca 2012

Alois Nebel

Komiks do recenzji podesłało Wydawnictwo Centrala . Dziękuje!


Zawsze gdy czytałem wzmianki o "Aloisie Neblu", natykałem się na porównania do "Sin City" i "Pociągów pod specjalnym nadzorem". Mimo oczywistych związków, takie sugestie wprowadzają potencjalnego czytelnika w błąd. "Alois" okazał się zupełnie innym komiksem, niż się spodziewałem. Mimo gatunkowej, kryminalnej klamry i pewnej dozy dramatu obyczajowego, jest to właściwie opowieść aspirująca do bycia czymś zupełnie innym. Sam wątek kryminalny zdaje się być tylko pretekstowy, wybrany chyba gdy pomysł dopiero się klarował i właściwie szkoda, że przetrwał do finalnej wersji, bo w jakiś sposób ujmuje temu, czym ta trylogia jest naprawdę.


CZYTAJ DALEJ NA KOLOROWYCH ZESZYTACH>>>



czwartek, 9 lutego 2012

Logikomiks - W poszukiwaniu prawdy

Komiks do recenzji udostępniło wydawnictwo W.A.B.


Tym wszystkim, którzy pominęli "Logikomiks" myśląc, że będą mieli do czynienia z pozycją dydaktyczną, od razu śpieszę donieść, że popełnili błąd. Gdyby zrobić komiks o życiu, twórczości i myśli Charlesa Baudelaire'a, nikt nie ośmieliłby się nazwać tego dydaktyzmem. Porównanie Bertranda Russella - matematyka, filozofa, działacza społecznego - do Baudelaire'a jest zapewne dość ryzykowne, ale podoba mi się pewna analogia jaką tu znajduję - obaj wymienieni próbowali poszerzać granice poznania, opisać nieopisane i docierali do punktów niedostępnych zwykłym śmiertelnikom. Zastanawiające jest to, że tego typu próby - czy chodzi o duszę, umysł ludzki, czy matematykę - są jednakowo niebezpieczne i wiodą często do szaleństwa. Jednak twórcy nie nadużywają tego romantycznego obrazu geniusza. "Logikomiksowi" daleko do infantylnych tworów w rodzaju "Pięknego Umysłu". Poetyka opowieści, mimo pewnej dozy epickości, stroni od epatowania tanim efekciarstwem. Mimo kojarzonej z popkulturą formy powieści graficznej, ważna jest tu przede wszystkim myśl Russella, a nie granie na uczuciach czytelników, czy sprzyjanie masowym gustom.


CZYTAJ DALEJ NA KOLOROWYCH ZESZYTACH>>>


sobota, 18 czerwca 2011

Mój Syn - Olivier Schrauwen


Komiks do recenzji podesłało wydawnictwo Timof i cisi wspólnicy . Bardzo dziękuję.


Przeciętny współczesny twórca komiksowy, gdy chce być uznany za awangardowego, zrobić komiks skrajnie artystyczny - niepokojący tak w formie, jak i w treści - odwoła się do Lyncha i Cronenberga (wymiennie: Burnsa i Clowesa), obskurnego undergroundu, albo jakiejś obscenicznej mangi... krótko mówiąc, do rzeczy, które mu współcześni powszechnie uznają za "dziwne". Olivier Schrauwen postanowił pójść pod prąd i inspiracji dla estetyki swoich osobliwych prac szuka w gazetowych stripach z początku XX wieku, kiedy język komiksu dopiero się kształtował.


CZYTAJ DALEJ NA KOLOROWYCH ZESZYTACH>>>





sobota, 4 czerwca 2011

Wybryki Xinophixeroxa - Tony Sandoval





"Lato kończyło się niczym zgniły rozkładający się owoc. W jedno z tych popołudni z maszyny do pisania Marty wydostały się macki."


Komiks do recenzji podesłało wydawnictwo Timof i cisi wspólnicy . Bardzo dziękuję.



Nie będę ukrywał - Sandovala fascynują w grozie te same schematy co mnie. Czerpie garściami z powieści gotyckiej, Poe, Lovecrafta i sprowadza to wszystko do poziomu współczesnej popkultury. Nie twierdzę, że jest wielkim artystą - nie widzę w jego komiksach iskry wybitności, ale jako twórca zyskał moją sympatię i uznanie. Nie ma innej możliwości - Tony rysuje dziewczyny wymiotujące strumieniami macek...

Jego twórczość jest trochę jak współczesny odbiorca, znający wszystko z drugiej ręki. I tak naprawdę - mimo tego, co uznałem za pewnik we wstępie - trudno powiedzieć, czy to do czego się odwołuje zna ze źródła, czy widział to na okładkach metalowych płyt i w filmach Rogera Cormana. To, z czego korzysta to wzorce nie tyle nawet wyeksploatowane, co kanoniczne dla groteskowej, współcześnie pojmowanej konwencji gotyckiej. Tak naprawdę ani jemu, ani czytelnikowi nie potrzeba znajomości źródeł czy nawet schematów grozy, mitów Cthulhu, by czuć się jak w uniwersum, które dobrze zna... Przy tym wszystkim trzeba zaznaczyć, że Sandoval, podobnie jak Burton* - z którym w jakiś sposób mu po drodze - nie jest pospolitym wyrobnikiem. To świadomy autor, z tego czy innego powodu obracający się w owej poetyce. Już po przeczytaniu zaledwie dwóch jego komiksów mogę wskazać tematy przewijające się przez jego twórczość, wyznaczyć cechy stylu... jednak próby nadinterpretacji mogą Tony'emu tylko zaszkodzić ... bo nawet - nie szukając daleko - zestawienie z babrającym się w podobnej gotyckości Gaimanem byłoby dla wartości intelektualnej jego prac druzgocące...



(kliknij aby powiększyć)

Rysunek Sandovala przede wszystkim przynosi skojarzenia z Markiem Rydenem, jest też jednak efektem tego, że autor najprawdopodobniej wyrabiał styl w czasach, gdy komiks skażony był mangą i inszym graffiti**. Rozumiem, że jego twórczość może się komuś bardzo podobać, jednak ja uczciwie przyznam, że nie jest to rzecz bliska mi artystycznie... nie mam zamiaru kwestionować jego talentu, jednak jak na mój gust zbyt często ocierało się to o niekontrolowany kicz. Co więcej, wydaje mi się, że sam Tony zaczął zdawać sobie z tego sprawę, bo w swym ostatnim komiksie udało mu się rozproszyć/rozrzedzić kreskę, przejść z intensywnych kolorów do zgaszonych, jesiennych akwarel, dzięki czemu (pozostając przy swoim rozpoznawalnym stylu) oddalił się od - w tym przypadku w pewnym sensie wulgarnej - komiksowości. Tyczy się to również narracji tej opowieści. W drukowanych "na matołka" Wybrykach, szukając przejrzystości dla opowiadanej przez siebie historii, dzieli plansze tylko na dwa duże, klasycznie komponowane kadry. Patrząc na ten album w kontekście wydanego u nas trzy lata temu innego jego komiksu Trup i Sofa, nie umiem myśleć o nim inaczej niż "skromny" (co w tym przypadku oznacza mniej "szpanerski", bo od strony graficznej wrażenie robi wielkie). Czyżby wiecznie rysujący nastolatków Sandoval dojrzewał? Nie wiem. W każdym razie świadomie rozwija warsztat. Chętnie ciął bym te plansze i wieszał na ścianach, bo uzyskał bardzo malarski efekt, który sprawił, że oglądałem ten album bardzo, bardzo długo.


(kliknij aby powiększyć)

Nie jestem fanem Burtona, ale jak ktoś jest nastolatką lubującą się w Edwardzie Penisomiękkim, to w trakcie czytania zasiusia z zachwytu majtki... muszę jednak przyznać, że mi też się bardzo podobało i mimo, że w trakcie mej pisaniny entuzjazm odrobinę uleciał, to podczas lektury byłem po prostu zachwycony. Jeśli miałbym ten komiks zareklamować w kilku słowach, napisałbym, że: wyszło to trochę ta jak by ktoś delikatnemu, wrażliwemu, romantycznemu artyście zapłacił za namalowanie cyklu obrazów inspirowanych The Beyond Lucio Fulciego... Nie czytałem co prawda jeszcze Nocturno, na półce mam tylko wspomnianego wyżej Trupa i Sofę, ale zaryzykuję stwierdzenie, że Wybryki Xinophixeroxa to najlepszy wydany w Polsce komiks Sandovala.




*do którego porównuję Sandovala nie z wielkiej sympatii, a dlatego, że Burton jest dość znany i daje mi jakiś jasny punkt odniesienia.

**wg mnie było to tak potrzebne komiksowi jak - przepraszam, że przeklinam - kinu wpływy MTV...

niedziela, 22 maja 2011

Wyspa Burbonów. Rok 1730 - Appollo i Lewis Trondheim







Szał na piratów trwa. Gdy przeglądam newslettery z księgarni internetowych, dość często widzę kolejne "wielkie" nazwiska literackich wyrobników - czy to piszących na co dzień fantasy czy to horror - którzy dla zysku wciągnęli na maszt piracką banderę. W kinach od niedawna gości czwarta część hollywoodzkiego tasiemca z Johnnym Deppem. U mnie kontrapunkt dla tej produkowanej masowo pulpy: Wyspa Burbonów.

P
iszę kontrapunkt, bo Wyspa Burbonów mimo tego, że podpiera się tematyką piracką, to ostatecznie jest komiksem odległym głównemu nurtowi i innym niż można by się spodziewać. Wbrew temu, co sugerowałaby tematyka, nie jest to rzecz wpasowująca się w ramy kina nowej przygody. To raczej kameralna i nostalgiczna opowieść zajmująca się końcem pewnej epoki. Tytułowa Wyspa Burbonów to miejsce gdzie osiedliły się objęte amnestią wszelkie szumowiny z wód karaibskich. Autorzy przypatrują się temu, jak piraci reagują na schyłek swego świata i jak traktują zrodzony za ich życia romantyczny mit. Jedni dawno zapomnieli kim byli, siedzą w bujanych fotelach i bogacą się na plantacjach kawy, inni stali się pijaną karykaturą tego, czym byli kiedyś, a jeszcze inni nie mogąc się pogodzić z nową rzeczywistością żyją przeszłością i wykorzystują związany z prosperowaniem wyspy problem niewolnictwa po to, by świat w koło nich znów zapłonął.



Owa piosenka, tycząca się bodaj AKowców ma całkiem podobny wydźwięk...


Nie uświadczymy tu jednak morskich bitew, rabunków, podpaleń i gwałtów. Nawet jeśli się pojawiają wzmianki o tego typu wyczynach, to są już tylko podkoloryzowanymi historiami przekazywanymi z ust do ust... zupełnie jak wątek pojmania i stracenia legendarnego pirata - Kapitana Myszołowa - wokół którego napisana jest cała opowieść. Autorzy celowo ani razu nie pokazują postaci Kapitana, przez co jeszcze dosadniej podkreślają, że jest on już tylko legendą, opowieścią, staje się "mitem za życia". Co ciekawe, obok Ran Wylotowych to kolejny komiks, w którego warstwie literackiej można odnaleźć ten chwyt narracyjny (znany choćby z literatury). Wg mnie, w konwencji Wyspy Burbonów wypada on z jednej strony zdecydowanie naturalniej, z drugiej dużo bardziej trafnie i symbolicznie. Widać, że nie jest tylko efektowną zagrywką formalną, ale przemyślanym zabiegiem i kluczem do odczytywania wydźwięku całej historii.


(kliknij aby powiększyć)

Warstwa graficzna również odbiega od tego, czego moglibyście się po "komiksie pirackim" spodziewać. Ze wstydem wyznaję, że to moje pierwsze spotkanie z Trondheimem. Nie da się powiedzieć, że jego styl w jakikolwiek sposób przypomina rysunki Stana Sakai, ale zamysł użycia animorfów przy tego typu historii daje ostatecznie bardzo podobny efekt. Przyznam, że rozbroił mnie kompletnie aestetyczny styl rysunku Francuza - w wielu aspektach podobny do tego, jaki znajdziemy w recenzowanym przeze mnie niedawno Cafe Budapeszt, ale jeszcze bardziej niechlujny i nieczytelny. Nieczytelny już nie tylko w planach totalnych. Najpierw mamy uczucie, że widzimy nieudolne bazgroły, ale gdy zaakceptujemy tę konwencję ... to, co zastosował Trondheim daje nam wrażenie "czytania kadrów", bo trzeba chwilę poświęcić, żeby zrozumieć co na nich jest. Biorąc pod uwagę to, że większość akcji dzieje się w gęstej dżungli, efekt tego zabiegu jest powalający.


(kliknij aby powiększyć)

Jak wspomniałem na początku, Wyspa Burbonów to komiks inny, niż można by się spodziewać. Lojalnie uprzedzam, że nie jest komiksem wielkim... a jego realizacja i wydźwięk daleki jest od rozmachu, który utożsamiany jest zazwyczaj z arcydziełami (i nie mówię tego tylko z perspektywy komiksowego medium). Nie zmusza do wielogodzinnych refleksji, nie zmieni Wam życia, pozostawi z niedosytem... Jest za to tworem bardzo oryginalnym i mądrze opowiedzianym, który mimo swej niepozorności urzekł mnie na tyle, że od tej pory będę o nim myślał jako o jednym ze swoich ulubionych komiksów.

W moim odczuciu seria wydawnicza Zebra to jedna z lepszych rzeczy jakie w ostatnich latach wyszły "spod Egmontu". Tanie, o lekko zmniejszonym formacie, czarno białe, dobrze wydane komiksy, celujące raczej w wyrobionego czytelnika. Czego chcieć więcej? Szkoda, że przez kryzys i cyrki z VAT-em seria przymarła na dłuższy czas... na szczęście , sądząc po ostatnich zapowiedziach, projekt był tylko zawieszony. W najbliższym czasie szykuje się w jego ramach coś specjalnego...

wtorek, 26 kwietnia 2011

Café Budapeszt - Alfonso Zapico


Komiks do recenzji podesłało wydawnictwo Timof i cisi wspólnicy . Bardzo dziękuję.



Stali czytelnicy Arkham dobrze wiedzą, że opornie przyswajam dydaktyzm w komiksie. Czytając Cafe powinienem wręcz zwymiotować, bo stworzył go człowiek na co dzień ilustrujący podręczniki szkolne. Okazało się jednak, że obcowałem z jednym z najdojrzalszych komiksów, wchodzących na niewygodne i trudne tematy historyczno/polityczne, które obok obyczajówki stały się w ostatnich dekadach wizytówką medium.

Od dłuższego czasu gdy słyszę "komiks historyczny" to włosy stają mi dęba na plecach. Jest to temat niezwykle modny, ale też niezwykle spłycany. Dlatego gdy zobaczyłem, że autor wstępu mówi o Cafe w kontekście Pianisty, pomyślałem, że będzie źle. Na szczęście okazało się, że jest to krzywdzące zestawienie, ponieważ komiks Zapico zdecydowanie nie jest tak tendencyjny i infantylny jak wspomniany film Polańskiego. I mimo, że ze względu na tematykę, Cafe Budapeszt skazany jest na przynależność do "współczesnego komiksu środka", to na pewno nie jest jego najlepszym przykładem – w odróżnieniu od Pianisty, który jest świetnym odbiciem, nie tylko głównych tendencji we współczesnym kinie historycznym, ale też tego, czego przeciętny, bezrefleksyjny widz oczekuje. Jeśli już miałbym zestawiać ten komiks z celuloidem, to powiedziałbym, że w ostatecznym wydźwięku najbliższa jest mu Bitwa o Algier - film obrazujący zgoła inne postawy wobec podobnego konfliktu etnicznego, ale skupiający się na podobnym problemie społecznym i mimo, że opowiedziany ze strony walczących o swą autonomię Arabów, to daleki od stronniczości. Cafe Budapeszt podchodzi do genezy skomplikowanych relacji izraelsko-palestyńskich równie umiejętnie. Mimo, że autor opowiada wszystko przez pryzmat losów żydowskiego emigranta, to nie sympatyzuje z nikim i niczego nie usprawiedliwia, ale nie popada też w skrajność i nie jest wobec konfliktu zimny i beznamiętny jak autorka Ran Wylotowych (które, swoją drogą, stanowiły by z Cafe dobry tandem). Podczas gdy, dla bohaterów Ran Wylotowych targany zamachami Izrael jest codziennością, w której próbują rozwiązać swoje problemy - to dla postaci sportretowanych w Cafe Budapeszt, podział Palestyny jest źródłem egzystencjalnych problemów i to on wysuwa się na pierwszy plan fabuły.


(kliknij aby powiększyć )


Gorzej niż z polityką i historią Zapico radzi sobie z wątkiem religijnym. Rozliczanie się z własnym uduchowieniem według schematu "widziałem tak straszne rzeczy, że nie mogłem już wierzyć w Boga" jest nawet nie tyle oklepane, co niedojrzałe i rażąco płytkie - przyzna to chyba każdy człowiek mający tego typu rozterki duchowe. Do tego, jeśli będziemy pamiętać, że bohaterowie (jako naród wybrany, Żydzi w końcu) patrzą na Boga z punktu widzenia starotestamentowego, to ten wątek uznać możemy jako całkowite faux pas. Na całe szczęście owy element jest na tyle marginalną częścią komiksu, że raczej nie jest w stanie zdyskredytować go w moich oczach.

Gdy spojrzymy na rysunki, to od razu nasuną nam się skojarzenia ze Sfarem, lecz ostatecznie nie stwierdziłbym, że Zapico nachalnie go kopiuje. Od strony artystycznej to dość oryginalny komiks i mimo tematyki nie może być tak do końca zestawiany z typowymi powieściami graficznymi - przynajmniej nie z tymi odwołującymi się do amerykańskiej estetyki i mocno literackiej części nurtu. Autor nadaje rysunkom własny, wyraźny styl, w pewnym sensie wręcz uciekając od płaskości i przejrzystości graficznej kojarzonej z komiksem tego sortu . Nie próbuje też "udoroślać" formy i nie boi się używać - raczej skrajnie niemodnych - onomatopei i odwoływać do komiksu humorystycznego czy ( zawsze bliskiej polityce ) karykatury prasowej. Architekturą Palestyny nie zajmuje się aż tak starannie jak Lutes architekturą Berlina, ale odczytywanie jego gęstych planów totalnych ma w sobie dużo uroku. Momentami zdawało mi się, że na planszach mniej kluczowych dla narracji, takich, w których nie musi uchwycić dynamizmu akcji, wręcz psuje czytelność kadru, nawarstwia elementy i plącze w supły naniesiony patykiem tusz.



(kliknij aby powiększyć )

Podsumowując: to jak do tej pory najlepsza historyczna pozycja, jaka w tym roku wpadła mi w ręce. Na pewno nie jest to komiks tak przełomowy jak Maus, nie będzie też tak hołubiony jak Rany Wylotowe, ale jest bezdyskusyjnie kilka klas lepszy od Męciznów z Włochami. Pewnie ze względu na zalew tego typu publikacji niedługo wszyscy o nim zapomnimy, niemniej warto go przeczytać, postawić na półce i może kiedyś, gdy przytłoczy nas produkowany w Polsce martyrologiczny, propagandowy chłam (nie powiem z jakiego wydawnictwa) jeszcze do niego wrócić.



Gruby papier, oprawa miękka ze skrzydełkami. Miejscami rzuca się w oczy słabo nasycona czerń, ale w żaden sposób nie wpływa to na odbiór komiksu. Jakość zdecydowanie adekwatna do ceny.

sobota, 13 marca 2010

Jodorowsky vol II : Szalona z Sacre Coeur i Biały Lama

Szalona z Sacre Coeur

Opowieśc o wykładowcy filozofii na Sorbonie który wplątuje się w romans ze studentką... zapowiada się kompletnie nie Alejandrowy temat - wiem. Ale to zdecydowanie najbardziej osobista praca Jodorowskyego z jaką się do tej pory spotkałem.

Sam J. powiada że to wszystko wydarzyło się naprawdę.Wierzyc mu oczywiście nie można, ale komiks i tak robi niesamowite wrażenie. Z początku dość kameralna opowieść o życiowych i filozoficznych problemach podstarzałego wykładowcy, ostatecznie okazuje się bardzo zaskakująca, zabawna i urasta do międzynarodowej intrygi z iluminacją w tle. To komiks który prawdopodobnie przekonał by do Jodorowskyego niejednego zajadłego wroga jego twórczości. Mimo dośc dużego nawału "filozoficznego bełkotu", nie posiada przytłaczającego ciężaru innych pozycji naszego ulubieńca. Jak zekranizują kiedyś tą historie to pewnikiem wyjdzie coś ala filmy Allena połączone z Rodrigezem. Jest nawet rola dla Maczete:). Trochę mi ten komiks dał do myślenia, nie mam tu na myśli refleksji co do jego treści. Nie. Raczej myślałem o tym że moje ulubione rzeczy Jodorowskyego to te w których troszkę bardziej trzyma się ziemi... Śmiało postawił bym go gdzieś w okolicach mojego największego favu - Juan Solo - który nawet tematyką jest w kilku momentach podobny.

Rysunki Moebiusa - jak zwykle masterstwo, z charakterystycznymi dla niego zmianami stylów(wydanie zbiera 3 albumy - 2 pierwsze podobnie narysowane , trzeci już z widoczną zmianą kreski).Komiks jest czarnobiały więc żaden gnojek - jak w przypadku Incala - tego komputerem nie mógł popsuć. Największym minusem jest nieproporcjonalna do ceny jakośc polskiego wydania - pomniejszony format, podatność na odkształcania, nieraz słabo nasycona czerń, syf , chujnia, mrok...ale zapewniam że i tak warto kupić. To komiks tak dobry że po lekturze dojebało mi do tego stopnia że zamówiłem z miejsca "białego lame", którego ze względu na horrendalną cenę miałem wcale nie kupować.

Polecam.

Biały Lama

Bardzo mieszane uczucia. Zbiorcze wydanie 6 tomów, napisanych między 1988 a 1993 rokiem, rzekomy klasyk europejskiego komiksu. Zaczyna się jak bardzo dobry europejski komiks przygodowy z elementami fantasy zaczerpniętymi z mitologi buddyjskiej. Aż trochę byłem zadziwiony takim stanem rzeczy, jakoś to mało Jodorowskie było. Mało szalone i zbyt gatunkowe. Ale było naprawdę dobre... J. nie oszczędził jak zwykle "religii" czy raczej struktur władzy(" I donít like religion-religion is killing the planet. (...) I believe in mysticism."). Pokazał zakłamanie i korupcje w klasztorach, fałszywych proroków i zgniliznę duszy kapłanów. Potem nastąpiły jakieś podróże astralne i akcję przygniótł nawał filozofii ale dalej było dobrze, czułem że Alejandro znowu opowiada mi tą samą historie co zawsze (droga do oświecenia przez traumę itd). Niestety, bardzo zawiódł mnie koniec tego komiksu... Alejandro ubódł moją inteligencje i uduchowienie serwując filozoficzną brednie pokroju Anthonyego de Mello. Nie chodzi już o sam jej wydźwięk, tylko o to że czytałem te 300 stron tylko po to żeby takie coś mi dojebał(zresztą owy motyw pojawiał się już w tym komiksie wcześniej). Możliwe że to komiks nie dla mnie. Może celem Jodorowskyego był mainstreamowy, nastoletni czytelnik. Niemniej mam mu to zdecydowanie za złe. Poczułem się jak w tej słynnej piosence Rollinsa "Liar" ("And I'll tell you things that you already know so you can say:I really identify with you, so much.")... Krótko mówiąc nie doznałem katharsis. Za to odparłem "Mistrzowi" jak słynny facet z TV Shopu: "panie daj pan spokój".


Co do rysunków: nie będę ukrywał że od czasu Juana Solo uwielbiam Bessa. Mimo kilku słabszych plansz i monotonnej kolorystyki - która skądinąd pasuje do geograficznego umiejscowienia wydarzeń - to pod kątem grafiki jestem z tego albumu więcej niż zadowolony. Co prawda mało tu cycków i przemocy ale jakoś przeżyje... Jednak patrząc na cenę to zdecydowanie nie polecam tego zakupu. No chyba że ktoś jest kolekcjonerem... tyle że wtedy to już go pewnie ma.