niedziela, 22 maja 2011

Wyspa Burbonów. Rok 1730 - Appollo i Lewis Trondheim







Szał na piratów trwa. Gdy przeglądam newslettery z księgarni internetowych, dość często widzę kolejne "wielkie" nazwiska literackich wyrobników - czy to piszących na co dzień fantasy czy to horror - którzy dla zysku wciągnęli na maszt piracką banderę. W kinach od niedawna gości czwarta część hollywoodzkiego tasiemca z Johnnym Deppem. U mnie kontrapunkt dla tej produkowanej masowo pulpy: Wyspa Burbonów.

P
iszę kontrapunkt, bo Wyspa Burbonów mimo tego, że podpiera się tematyką piracką, to ostatecznie jest komiksem odległym głównemu nurtowi i innym niż można by się spodziewać. Wbrew temu, co sugerowałaby tematyka, nie jest to rzecz wpasowująca się w ramy kina nowej przygody. To raczej kameralna i nostalgiczna opowieść zajmująca się końcem pewnej epoki. Tytułowa Wyspa Burbonów to miejsce gdzie osiedliły się objęte amnestią wszelkie szumowiny z wód karaibskich. Autorzy przypatrują się temu, jak piraci reagują na schyłek swego świata i jak traktują zrodzony za ich życia romantyczny mit. Jedni dawno zapomnieli kim byli, siedzą w bujanych fotelach i bogacą się na plantacjach kawy, inni stali się pijaną karykaturą tego, czym byli kiedyś, a jeszcze inni nie mogąc się pogodzić z nową rzeczywistością żyją przeszłością i wykorzystują związany z prosperowaniem wyspy problem niewolnictwa po to, by świat w koło nich znów zapłonął.



Owa piosenka, tycząca się bodaj AKowców ma całkiem podobny wydźwięk...


Nie uświadczymy tu jednak morskich bitew, rabunków, podpaleń i gwałtów. Nawet jeśli się pojawiają wzmianki o tego typu wyczynach, to są już tylko podkoloryzowanymi historiami przekazywanymi z ust do ust... zupełnie jak wątek pojmania i stracenia legendarnego pirata - Kapitana Myszołowa - wokół którego napisana jest cała opowieść. Autorzy celowo ani razu nie pokazują postaci Kapitana, przez co jeszcze dosadniej podkreślają, że jest on już tylko legendą, opowieścią, staje się "mitem za życia". Co ciekawe, obok Ran Wylotowych to kolejny komiks, w którego warstwie literackiej można odnaleźć ten chwyt narracyjny (znany choćby z literatury). Wg mnie, w konwencji Wyspy Burbonów wypada on z jednej strony zdecydowanie naturalniej, z drugiej dużo bardziej trafnie i symbolicznie. Widać, że nie jest tylko efektowną zagrywką formalną, ale przemyślanym zabiegiem i kluczem do odczytywania wydźwięku całej historii.


(kliknij aby powiększyć)

Warstwa graficzna również odbiega od tego, czego moglibyście się po "komiksie pirackim" spodziewać. Ze wstydem wyznaję, że to moje pierwsze spotkanie z Trondheimem. Nie da się powiedzieć, że jego styl w jakikolwiek sposób przypomina rysunki Stana Sakai, ale zamysł użycia animorfów przy tego typu historii daje ostatecznie bardzo podobny efekt. Przyznam, że rozbroił mnie kompletnie aestetyczny styl rysunku Francuza - w wielu aspektach podobny do tego, jaki znajdziemy w recenzowanym przeze mnie niedawno Cafe Budapeszt, ale jeszcze bardziej niechlujny i nieczytelny. Nieczytelny już nie tylko w planach totalnych. Najpierw mamy uczucie, że widzimy nieudolne bazgroły, ale gdy zaakceptujemy tę konwencję ... to, co zastosował Trondheim daje nam wrażenie "czytania kadrów", bo trzeba chwilę poświęcić, żeby zrozumieć co na nich jest. Biorąc pod uwagę to, że większość akcji dzieje się w gęstej dżungli, efekt tego zabiegu jest powalający.


(kliknij aby powiększyć)

Jak wspomniałem na początku, Wyspa Burbonów to komiks inny, niż można by się spodziewać. Lojalnie uprzedzam, że nie jest komiksem wielkim... a jego realizacja i wydźwięk daleki jest od rozmachu, który utożsamiany jest zazwyczaj z arcydziełami (i nie mówię tego tylko z perspektywy komiksowego medium). Nie zmusza do wielogodzinnych refleksji, nie zmieni Wam życia, pozostawi z niedosytem... Jest za to tworem bardzo oryginalnym i mądrze opowiedzianym, który mimo swej niepozorności urzekł mnie na tyle, że od tej pory będę o nim myślał jako o jednym ze swoich ulubionych komiksów.

W moim odczuciu seria wydawnicza Zebra to jedna z lepszych rzeczy jakie w ostatnich latach wyszły "spod Egmontu". Tanie, o lekko zmniejszonym formacie, czarno białe, dobrze wydane komiksy, celujące raczej w wyrobionego czytelnika. Czego chcieć więcej? Szkoda, że przez kryzys i cyrki z VAT-em seria przymarła na dłuższy czas... na szczęście , sądząc po ostatnich zapowiedziach, projekt był tylko zawieszony. W najbliższym czasie szykuje się w jego ramach coś specjalnego...

5 komentarzy:

stig helmer pisze...

Dodam jeszcze, że mimo tego, że (już patrząc na cenę okładkową ) to tani komiks, to i tak warto polować na niego na rynku wtórnym... ja kupiłem okazyjnie za 25 zł (już z wliczoną wysyłką!).

Marcin Zet pisze...

A więc też będę nań polował. O czym "specjalnym" piszesz?!

stig helmer pisze...

Dodatkowa recenzja dla ciebie: Między Vallhala Rising i Trudno Byc Bogiem tylko zupełnie inne i do tego opowiedziane jeszcze inaczej :). Ale ostrzegam bo pewnie łatwo byc zawiedzionym tym komiksem... lepiej podchodź do niego bez wielkich oczekiwań. Wtedy jego magia zadziała najlepiej.

"O czym "specjalnym" piszesz?!"


O tym:
http://www.sklep.gildia.pl/komiksy/160204-zebra-5-carlos-gardel-glos-argentyny

kontekst:

http://pl.wikipedia.org/wiki/Carlos_Gardel

Kopiec Kreta pisze...

przyznaję, nie czytałem, nie kupiłem, zniechęciła mnie (skutecznie!) okładka, nawet, gdy widziałem go w księgarni, nie wziąłem go do ręki, aby przekartkować.
muszę, zobaczyć, czy czasem w "powszechnej" go jeszcze nie ma.

stig helmer pisze...

Dyskutowałem ostatnio ze swoją dziewczyną nt tej niefortunnej okładki. Doszliśmy do wniosku że pełni ona dość ważną funkcję bo pokazuje odcień skóry bohaterów - a ma to pewien kontekst istotny dla fabuły.

Rysunki Trondheima są takie jak widzisz. Jednak zdecydowanie mają swój urok, są przemyślane i oczywiście lepiej prezentują się bez kolorów...