czwartek, 14 maja 2020

Stwory nocy i inne historie. Neil Gaiman.




Zbiorek krótszych komiksowych dzieł wybranych Neila Gaimana. Cenię tego autora, ale z czasów, gdy był jeszcze facetem zmieniającym oblicze medium, a nie komercyjnym pisarzyną fantasy łasym na sławę i kasiorkę. Tak, lubię Gaimana, ale Gaimana wariata, eksperymentującego z narracją wizjonera walczącego na pierwszym froncie krzywdzonej przez dekady sztuki, chcącego doprowadzić do jej nobilitacji i uważam, że ten koleś urodził się po to, by pisać komiksy. Udowodnił to nie tylko „Sandmanem”, ale i wybitnymi „Sygnałem do szumu” i „Czarną Orchideą” (oba z rysunkami Mckeana, którego w tym zbiorku nie uświadczymy). Musimy jednak zapomnieć o tych genialnych tworach, w „Stworach nocy” dostajemy bowiem dzieła zupełnie innego kalibru.

Większość z zebranych tu komiksów wyszła już w naszym kraju w osobnych, cieniutkich albumach. Mam je w większości na półce, ale wydanie zbiorcze jest tak ładne, że mimo to się na nie połasiłem. Jako że są to mogące funkcjonować samodzielnie twory, przyjrzyjmy się każdemu projektowi z osobna.




„Arlekin i walentynki” zilustrowane przez Johna Boltona największe wrażenie robi od strony graficznej. To jednak po części również zasługa Gaimana, bo trzeba mu przyznać, że miał talent do znajdywania dobrych współpracowników. Na pierwszy rzut oka ilustracje wyglądają jak obrobione (komputerowo?) zdjęcia i w rezultacie dostajemy urzekające realizmem grafiki z wyraźnym malarskim akcentem. Opowieść natomiast traktuje o Arlekinie, który oddaje swoje serce pewnej pięknej młodej damie. Trzeba jednak zaznaczyć, że zarówno fabuła, jak i grafiki (mimo iż te warsztatowo są całkiem dobre) balansują na granicy kiczu, więc nie nazwałbym tego komiksu dobrym.

Drugą opowieścią w zbiorze są „Morderstwa i tajemnice” zaadaptowana z opowiadania do formy komiksu przez cenionego rysownika Philipa Craiga Russella. W porównaniu do „Arlekina i walentynek” to prawdziwa perełka, którą można by uznać za jeden z lepszych komiksów Gaimana, gdyby nie fakt, że jest adaptacją z prozy,. To opowieść quasi-noir przeniesiona w scenerię niebios, gdzie aniołowie pracujący nad kreacją wszechświata zostają wciągnięci w sprawę morderstwa jednego ze swoich pobratymców. Sam pomysł jest frapujący, ale jego realizacja jest bardzo udana i w rezultacie dostajemy po mistrzowsku przetworzony motyw z czarnego kryminału. W tym wypadku jedyne co mi pozostaje to chwalenie zarówno Gaimana, jak i Russella i uznanie „Morderstw i tajemnic” za najlepszą rzecz w tym zbiorze.





Kolejne historie zostały zebrane pod szyldem „Stwory nocy”. To albumik zawierający trzy opowieści stworzone do spółki z Michaelem Zullim. Tym razem komiks został narysowany bezpośrednio do scenariuszy Gaimana. Sam Zulli to jeden z najzdolniejszych rysowników, z którym przyszło Neilowi pracować (między innymi przy „Sandmanie”, gdzie bardzo wyróżniał się na tle innych artystów). Amerykańskiemu grafikowi wybitnie wychodzi rysowanie zwierząt, ma wszak na koncie między innymi wielokrotnie nagradzaną serię „The Puma Blues” (którą chętnie bym zobaczył po polsku), co Brytyjczyk postanowił wykorzystać podsuwając mu na początek skrypt opowiadający o kotach. To właśnie „Cena” jest zdecydowanie najmocniejszą częścią tego fragmentu albumu. Po niej następuje kilkunastostronicowa „Córka Sów” – mroczna, folkowa baśń przepisana na komiksowe medium. Trzecia historia to „Fakty w sprawie odejścia panny Finch”, surrealistyczna opowieść najbardziej przypominająca filmowe dzieła Terry'ego Giliama. Jak już wspomniałem Zulli fantastycznie radzi sobie z ołówkiem i pędzelkiem (piękne akwarele!) i od strony graficznej, mimo iż w całym albumie znajdują się dobre rysunki, tworzone przez niego fragmenty są zdecydowanie najlepsze. Fabularnie jednak obie historie są niezbyt odkrywcze i mam wrażenie, że przy rewelacyjnej „Cenie” wypadają blado i znalazły się tu tylko jako wypełniacz.

Zbiorek kończy „Zakazane narzeczone niewolników bez twarzy w sekretnym domu nocy straszliwych żądz” narysowane przez Shane'a Oakleya i będące zarazem parodią powieści gotyckich, jak i satyrą na życie pisarza horrorów. Z całej antologii to jedyna historia, która nie była wcześniej opublikowana w naszym kraju. To słabiutka rzecz i nie przemawia do mnie ani od strony literackiej, ani graficznej i nic by się w gruncie rzeczy nie stało, gdyby nigdy nie ujrzała u nas światła dziennego.



Zebrane tutaj komiksy nie są tak rewolucyjne, jak wspomniane we wstępie klasyki. Część z nich to zresztą dzieła Gaimana przepisane z innego medium i jej adaptatorom brak nieraz ikry charakteryzującej najlepsze komiksy Brytola. Jak to bywa w przypadku zbiorków, ten też jest nierówny i nie sądzę, że po lekturze tej antologii ktoś mógłby stać się wyznawcą Gaimana. Jeśli chcecie zacząć przygodę z jego komiksami, to odsyłam do tytułów, które wymieniłem na początku. „Stwory nocy i inne historie” zawierają głównie materiał dla komplecistów. I dobrze – takie albumy też są na rynku potrzebne.

Brak komentarzy: