wtorek, 26 kwietnia 2011

Café Budapeszt - Alfonso Zapico


Komiks do recenzji podesłało wydawnictwo Timof i cisi wspólnicy . Bardzo dziękuję.



Stali czytelnicy Arkham dobrze wiedzą, że opornie przyswajam dydaktyzm w komiksie. Czytając Cafe powinienem wręcz zwymiotować, bo stworzył go człowiek na co dzień ilustrujący podręczniki szkolne. Okazało się jednak, że obcowałem z jednym z najdojrzalszych komiksów, wchodzących na niewygodne i trudne tematy historyczno/polityczne, które obok obyczajówki stały się w ostatnich dekadach wizytówką medium.

Od dłuższego czasu gdy słyszę "komiks historyczny" to włosy stają mi dęba na plecach. Jest to temat niezwykle modny, ale też niezwykle spłycany. Dlatego gdy zobaczyłem, że autor wstępu mówi o Cafe w kontekście Pianisty, pomyślałem, że będzie źle. Na szczęście okazało się, że jest to krzywdzące zestawienie, ponieważ komiks Zapico zdecydowanie nie jest tak tendencyjny i infantylny jak wspomniany film Polańskiego. I mimo, że ze względu na tematykę, Cafe Budapeszt skazany jest na przynależność do "współczesnego komiksu środka", to na pewno nie jest jego najlepszym przykładem – w odróżnieniu od Pianisty, który jest świetnym odbiciem, nie tylko głównych tendencji we współczesnym kinie historycznym, ale też tego, czego przeciętny, bezrefleksyjny widz oczekuje. Jeśli już miałbym zestawiać ten komiks z celuloidem, to powiedziałbym, że w ostatecznym wydźwięku najbliższa jest mu Bitwa o Algier - film obrazujący zgoła inne postawy wobec podobnego konfliktu etnicznego, ale skupiający się na podobnym problemie społecznym i mimo, że opowiedziany ze strony walczących o swą autonomię Arabów, to daleki od stronniczości. Cafe Budapeszt podchodzi do genezy skomplikowanych relacji izraelsko-palestyńskich równie umiejętnie. Mimo, że autor opowiada wszystko przez pryzmat losów żydowskiego emigranta, to nie sympatyzuje z nikim i niczego nie usprawiedliwia, ale nie popada też w skrajność i nie jest wobec konfliktu zimny i beznamiętny jak autorka Ran Wylotowych (które, swoją drogą, stanowiły by z Cafe dobry tandem). Podczas gdy, dla bohaterów Ran Wylotowych targany zamachami Izrael jest codziennością, w której próbują rozwiązać swoje problemy - to dla postaci sportretowanych w Cafe Budapeszt, podział Palestyny jest źródłem egzystencjalnych problemów i to on wysuwa się na pierwszy plan fabuły.


(kliknij aby powiększyć )


Gorzej niż z polityką i historią Zapico radzi sobie z wątkiem religijnym. Rozliczanie się z własnym uduchowieniem według schematu "widziałem tak straszne rzeczy, że nie mogłem już wierzyć w Boga" jest nawet nie tyle oklepane, co niedojrzałe i rażąco płytkie - przyzna to chyba każdy człowiek mający tego typu rozterki duchowe. Do tego, jeśli będziemy pamiętać, że bohaterowie (jako naród wybrany, Żydzi w końcu) patrzą na Boga z punktu widzenia starotestamentowego, to ten wątek uznać możemy jako całkowite faux pas. Na całe szczęście owy element jest na tyle marginalną częścią komiksu, że raczej nie jest w stanie zdyskredytować go w moich oczach.

Gdy spojrzymy na rysunki, to od razu nasuną nam się skojarzenia ze Sfarem, lecz ostatecznie nie stwierdziłbym, że Zapico nachalnie go kopiuje. Od strony artystycznej to dość oryginalny komiks i mimo tematyki nie może być tak do końca zestawiany z typowymi powieściami graficznymi - przynajmniej nie z tymi odwołującymi się do amerykańskiej estetyki i mocno literackiej części nurtu. Autor nadaje rysunkom własny, wyraźny styl, w pewnym sensie wręcz uciekając od płaskości i przejrzystości graficznej kojarzonej z komiksem tego sortu . Nie próbuje też "udoroślać" formy i nie boi się używać - raczej skrajnie niemodnych - onomatopei i odwoływać do komiksu humorystycznego czy ( zawsze bliskiej polityce ) karykatury prasowej. Architekturą Palestyny nie zajmuje się aż tak starannie jak Lutes architekturą Berlina, ale odczytywanie jego gęstych planów totalnych ma w sobie dużo uroku. Momentami zdawało mi się, że na planszach mniej kluczowych dla narracji, takich, w których nie musi uchwycić dynamizmu akcji, wręcz psuje czytelność kadru, nawarstwia elementy i plącze w supły naniesiony patykiem tusz.



(kliknij aby powiększyć )

Podsumowując: to jak do tej pory najlepsza historyczna pozycja, jaka w tym roku wpadła mi w ręce. Na pewno nie jest to komiks tak przełomowy jak Maus, nie będzie też tak hołubiony jak Rany Wylotowe, ale jest bezdyskusyjnie kilka klas lepszy od Męciznów z Włochami. Pewnie ze względu na zalew tego typu publikacji niedługo wszyscy o nim zapomnimy, niemniej warto go przeczytać, postawić na półce i może kiedyś, gdy przytłoczy nas produkowany w Polsce martyrologiczny, propagandowy chłam (nie powiem z jakiego wydawnictwa) jeszcze do niego wrócić.



Gruby papier, oprawa miękka ze skrzydełkami. Miejscami rzuca się w oczy słabo nasycona czerń, ale w żaden sposób nie wpływa to na odbiór komiksu. Jakość zdecydowanie adekwatna do ceny.

4 komentarze:

LeonPL pisze...

kreska mi niezbyt, tematyka bardzo. poczekam az do mojej ksiegarni sprowadza. dzieki

stig helmer pisze...

Nie wiem jak jest teraz z dystrybucją komiksów do księgarń*, ale możliwe, że możesz się niestety nie doczekać... zalecam jednak kupno online. Z obecną zniżką(25%), mimo kosztów wysyłki wyjdzie chyba nawet poniżej ceny okładkowej.

Ale trucie księgarzowi o sprowadzanie komiksów to pewnikiem dobry pomysł...

*acz podejrzewam że skrajnie licho.

Kopiec Kreta pisze...

mam. leży i czeka na swoją kolej. po tym co u Ciebie przeczytałem, to myślę, że będzie mi się podobał.

stig helmer pisze...

A ja chwilę przed tym jak napisałeś czytałem Twoją ostatnią recenzję, a potem przyglądałem się komiksowi Mei. Boję się lektury ale muszę przyznać, że podoba mi się jej rysunek. Postaram się za jakiś czas kupić ten komiks. Obecnie jestem spłukany...

Co do Budapesztu - bardzo dobry komiks. Nic dodać, nic ując.