niedziela, 28 marca 2021
Miotacz Śmierci. Daniel Clowes
piątek, 26 marca 2021
Usagi Yojimbo. Stan Sakai.
Z okazji wydania 7 tomu kolekcji Usagi Yojimbo powtarzam swój artykuł o tym ukochanym przeze mnie komiksie. Nieskromnie powiem, że to jedna z najlepszych rzeczy jakie w ogóle napisałem./KRW
wtorek, 23 marca 2021
Goliat. Tom Gauld.
piątek, 19 marca 2021
Daredevil tom 2 i 3. Frank Miller
Frank Miller zaczynał karierę w Marvelu jako rysownik i dopiero stopniowo, przy okazji tworzenia opisywanego właśnie przeze mnie runu Daredevila, przejmował pałeczkę również w roli scenarzysty. O pierwszych przygodach Diabła opowiedzianych przez niego pisałem na blogu jakiś czas temu. Już wtedy, mimo iż nieco może narzekałem na archaiczność tego komiksu, bardzo mi się on podobał. Nie sądziłem jednak, że może być lepiej – to, co zawierał pierwszy tom, okazało się jedynie przygrywką do znakomitych odsłon w woluminach 2 i 3, gdzie młodziutki Miller w pełni dorósł jako twórca street-levelowego superhero, którego oblicze wszak miał za kilka lat zupełnie zmienić.
Powiedzieć tak, jak zrobiłem to w poprzednim tekście, iż „Daredevil” Millera jest „starym testamentem” to nic nie powiedzieć. Współczesne opowieści to lustrzane odbicie tego, co wtedy stworzono. Brubaker i Bendis, pisząc swoje interpretacje Diabła z Hells Kitchen, rżnęli okrutnie z Millera. Znakomity serial Netflixa jest również zlepkiem wątków zaczerpniętych z tego runu. Okazuje się, że prawdopodobnie właśnie ten autor zrobił we wczesnych latach 80 wszystko, co można było z Daredevilem zrobić. Jego wizja Czerwonego Diabła jest totalna. Reszta do dziś tylko tracha wszystko od sztancy. Owszem, widziałem w internecie opinie, że run Millera się zestarzał (pozdrawiam wszystkie marudy!). Ja jako dziecko semickie tego tak mocno nie odczuwam. Dla mnie czytanie tych komiksów było jak wpierdalanie dużej ilości czekolady. Endorfiny szalały.
Prócz świetnie nakreślonej, tragicznej postaci Daredevila, genialnie napisany jest tu również ukradziony z kart Spider-Mana Kingpin, którego Miller całkiem mądrze rozwinął („Potrzebujemy się wzajemnie, Daredevilu. Jesteśmy w pewnym sensie partnerami. To my rządzimy w tym mieście”). Pojawia się tu też wymyślona przez Franka a ważna dla mitologii Daredevila zabójcza i piękna Elektra. Co tu kłamać – co rusz dostawałem ciary, spotykając na kartach tego komiksu znakomite, znajome wątki i historie o moich ulubionych postaciach. Do tego dochodzą tabuny ninja, których Miller wykradł z „Killer Ellite” Peckinpaha (dam sobie łapę uciąć, że to główna inspiracja zarówno dla Daredevila jak i Millerowskiego Wolverine'a) i innych modnych wówczas filmów sztuk walki.
Rysunkami w tym tomie zajęli się do spóły Frank Miller i Klaus Janson. I tu będzie pewna dawka dziegciu w tej potężnej baryłce miodu. Miller jako scenarzysta jest już ukształtowany – Miller rysownik dalej ma dużo pracy przed sobą. Jeszcze parę serii będzie potrzeba, nim stanie się geniuszem komiksu, wybitnie operującym designem kadrów i samym rysunkiem. Niemniej już tutaj widać, jak wspaniale i świadomie wprowadza do kolorowego, Marvelowskiego świata mrok, który będzie towarzyszył jego twórczości już zawsze.
Warto dodać, że trzeci tom bogaty jest w znakomite, nie byle jakie dodatki. Najważniejsze są dwa z nich: pierwszym jest stworzony przez Millera do spółki z Billem Sienkiewicz zajebisty komiks „Miłość i wojna”, ukazujący bardziej eksperymentalny potencjał, jaki tkwi w moim ukochanym medium. Drugim jest „Elektra żyje” firmowana przez Millera i Lyn Varley. Jeśli chodzi o kolorowe komiksy, to chyba opus magnum Millera, które od strony graficznej jest lepsze nawet niż legendarny DKR. Jeśli nawet regularny run nie zrobi na Was wrażenia, bo uznacie, że się zestarzał, to musicie mieć te albumy właśnie dla dodatków. Nie ma, że boli, bo to dwa totalne majstersztyki sztuki komiksowej.
Rodzina z domku dla lalek. M.R. Carey
Po lekturze pierwszego tomu stworzonego pod egidą Hill House Comics (imprintu DC Comics dowodzonego przez Joego Hilla) dałem tej serii zielone światło i już robiłem miejsce na półkach na następne tomy. Może pierwsza część, czyli „Kosz pełen głów”, nie była arcydziełem, ale to solidna, gatunkowa robota. Do tego genialnie narysowana – zresztą, powiem szczerze, że za warstwę graficzną cenię tę opowieść wyżej niż za jej zawartość literacką. Rysunkowo to prawdziwa perełka.
Tak się składa, że od początku miałem już pod ręką "Rodzinę...", ale świadomie postanowiłem przez chwilę odwlec lekturę, żeby emocje opadły i bym mógł oswoić się trochę z częścią pierwszą. Przejrzałem sobie pobieżnie drugi tom i byłem mniej entuzjastycznie nastawiony, bo nie był już tak dobrze narysowany. No ale nie chciałem wylewać dziecka z kąpielą. Może to będzie dobre fabularnie – myślałem.
Jak to w życiu recenzenta i sztuce bywa, drugi tom niestety okazał się totalnym niewypałem. Opowieść o tytułowej „Rodzinie z domku dla lalek” sprawia wrażenie skleconego z najnudniejszych wzorców horroru gotyckiego, który tylko w finale atakuje lovecraftowskim potworem i odrobiną gore. Nie jest jednak tak, że to materiał dla miłośników horrorów z niskiej półki. Jak już Wam wiele razy zresztą mówiłem – w komiksie nie ma czegoś takiego jak „horror klasy B”. Pulpą w obrębie medium w początkach kariery zajmowali się często mistrzowie. Przy „Rodzinie z domu dla lalek” zdecydowanie zabrakło ich u steru. Kompletnie zmarnowano też potencjał, jaki historii grozy nadają występujące w nim lalki. Jak wiadomo, są to przedmioty często stosowane w magii i inszym szamanizmie, ale przecież nawet te przeznaczone dla dzieci bywają niezwykle niepokojące. Wydaje się, jakby autorzy zupełnie tego nie zauważyli.
Fabularnie „Rodzina z domu dla lalek” to rzecz najzwyczajniej w świecie zła i nudna, a graficznie zupełnie przeciętna, a do tego stworzona przez kogoś, kto nijak nie nadaje się do rysowania kostiumowego (bo taka po części jest ta historia) horroru. Najlepiej z wszystkich elementów składowych wypadają bardzo udane okładki. O ile się nie mylę – bo ze mnie żaden spec od technik komputerowych – to trzaśnięte w fotoszopie obrazy, stylizowane na zdjęcia przedstawiające głównie lalki. Są zdecydowanie bardziej niepokojące niż grafiki, które znajdziemy między nimi.
Nie podobało mi się i sądzę, że Wam tez może się nie podobać, ale dam jeszcze szansę temu cyklowi. Wszak tak to już jest z antologiami – zawierają materiał różnej jakości. Trzeba mieć to w pamięci, gdy sięga się po cykle tego typu. Może następne odsłony będą miały więcej do zaoferowania?
środa, 17 marca 2021
Drakula. Mignola/Thomas
czwartek, 11 marca 2021
Polaków uczestnictwo w kulturze. Raport z badań 1996-2012. Janek Koza
20 lat temu rysunki Jana Kozy wydawały mi się odrażające, brudne i złe. Gdy widziałem je w którymś czasopism, nie mogłem wyjść ze zdumienia, że te bazgroły mogą się komuś podobać. Może ewentualnie jakimś wysnobowanym bubkom. Wówczas taki wybór estetyki wydawał mi się drogą na skróty, brakiem rzeczywistych zdolności i warsztatu (chociaż na kolejny odcinek anonimowego Szczepana i Irenki czekałem z niecierpliwością, tak jak zresztą na wszystko w odkodowanym Cannal +). Dziś... no cóż, być może stałem się wysnobowanym bubkiem, ponieważ zbiór prac mgr Jana Kozy pt. „Polaków uczestnictwo w kulturze, raport z badań 1996-2012” połknąłem naraz i z niemałą satysfakcją.
Chyba trudno przeżyć życie i nie rozpoznać kreski Kozy. Ludzie nieinteresujący się sztuką, którzy nie czytają komiksów, ani Polityki, mimo to z pewnością nie raz widzieli któryś z jego satyrycznych rysunków udostępniony na Facebooku. Absolwent Wrocławskiego ASP jest bowiem doskonałym komentatorem rzeczywistości. Co ciekawe, niejednokrotnie jakiś jego stary pomysł, doskonale ilustruje np. aktualne zdarzenie polityczne. W tym zawiera się uniwersalizm tego doskonałego obserwatora stanu psychicznego polaków. Dzięki wydawnictwu Centrala dostajemy drugie już wydanie najnowszego zbioru prac mgr Jana Kozy.
Na „Polaków uczestnictwo w kulturze” składają się rysunki, krótsze lub dłuższe formy komiksowe (do paru stron) oraz prace okazjonalne (np. okładka pierwszej płyty „The Kurws”). Koza nie oszczędza nikogo, jednocześnie jego ironia nie jest szkalująca. Pod szyderczą powierzchnią pokracznych, niejednokrotnie obleśnych rysunków, kryje się wewnętrzne rozdarcie bohaterów - głęboki tragizm a zarazem śmieszność ich istnienia. Są to historie o ludziach zwyczajnych, przedstawicielach tzw. marginesu, lub z tzw. szczytów. Akcja rozgrywa się na ulicy, w mieszkaniu, na siłowni albo w biurze korporacji. Zdaniem autora posłowia, Koza skupia się na paradoksach i przemianach obyczajowych okresu transformacji. Skoro tak, to trzeba zaznaczyć, że owa transformacja wciąż trwa, a problemy z nią związane są niemal takie same jak kiedyś. Wiecznie żywe okazują się być „nieśmieszne żarty” na temat powszechnej biedy intelektualnej i duchowej naszych krajan. Tzw. „zachłyśnięcie się zachodem” mimo iż nienowe, wciąż trwa nieznacznie zmieniając swoje oblicze. Oczywiście można już odczuwać pewne znużenie krytyką bezmyślnego konsumpcjonizmu, języka mass mediów czy nieludzkiej polityki korporacji. Jednak Koza mimo żartobliwego używania przed swoim nazwiskiem tytułu mgr, wcale nie zmierza do rozumowego wypracowania jakiejś politycznej czy socjologicznej konkluzji, ani tym bardziej do wypisania recepty. Jego obserwacje są czyste, czasami może ciut wyolbrzymione, lub widziane w krzywym zwierciadle.
Osobne miejsce w albumie znajdują nieco dłuższe prace komiksowe opowiadające o samotności i skrywanym, wręcz niewyrażalnym pożądaniu. Charakterystyczny jest fragment zaczerpnięty z Lubiewa. Powieść Witkowskiego Koza chciał niegdyś zilustrować w całości. Szkoda że do tego nie doszło, gdyż ci dwaj autorzy, wyrażający się w odmiennych gatunkach sztuki, nadają na tej samej fali. Tragedia miesza się u nich z komedią oraz - jak u Geneta - poczucie sacrum z obscenicznością. Jednak autora Erotycznych zwierzeń wyróżnia jego naturalna umiejętność skrótu. Artysta niemal za każdym razem „trafia w punkt” i nadal pozostaje prawdziwy, co wydaje się być jego wrodzoną umiejętnością.
Charakter rysunków Kozy już chyba tak nie zadziwia, ani nie szokuje jak kiedyś. Na uwagę zasługuje dobre wyczucie kadrowania i umiejętność opowiadania historii za pomocą większej ilości obrazów. W całym tym bezładzie i pozorowanym chaosie, czuć demiurgiczną kontrolę autora, który chce aby jego narracja była czytelna i zrozumiała. To udowadnia, że Koza medium komiksowe ma opanowane i z chęcią przeczytałbym album jego autorstwa, który opowiada jedną, długą, spójną historię.
Obecnie wielu rysowników na naszej niwie – niekoniecznie w undergroundzie - posługuje się estetyką brzydoty, w której nie liczą się precyzja ani proporcje. To oczywiste, że to właśnie dzięki takiemu wyborowi stylu, artysta może wyrazić swoje postrzegania świata w pełni. Gdyby nie ta chybotliwa kreska, wiele żartów nie wybrzmiałoby tak jak powinno, lub wyczulibyśmy fałszywy ton. Rysunki Kozy budują konieczny dystans bez którego rzeczywistość, z którą próbuje nas zetknąć, stałaby się niestrawna.
Autor: Jakub Gryzowski























