niedziela, 12 maja 2019

Invincible. Tom 3. Kirkman/Ottley




Nastoletni Mark Greyson odkrywa w sobie supermoce. Nie jest to dla niego zaskoczeniem, bo jego ojciec Omni-Man jest najsilniejszym superbohaterem na ziemi i przygotowywał syna na to, że będzie musiał przejąć po nim schedę. Rzeczywistość jednak nie okazuje się bajkowa i Omni-Man niespodziewanie zniknął z planety Ziemia, zanim zdążył do końca przygotować syna (nie mogę powiedzieć dlaczego bo byłby to potężny spoiler), zostawiając go samemu sobie. Opiekę nad Markiem przejmuje rząd, który wysyła go w przeróżne miejsca, gdzie akurat potrzebna jest jego pomoc. Chłopaka otaczają też zastępy innych superbohaterów, zrzeszonych pod amerykańską flagą. 



Dostajemy więc dość radosne i mocno rozbudowane uniwersum pokrewne tym z DC i Marvela. Tylko takie (seria powstała dla niezależnej oficyny Image), w którym nikt nie siedzi nad autorem z batem mówiąc „to można, tego nie można”. Wychodzi to tej serii na dobre. Tak, to powiew  świeżości, ale nie spodziewajcie się tu jakiejś dekonstrukcji mitu superbohaterskiego. Ten komiks jest aż przesiąknięty zachwytem nad możliwościami fabularnymi, jakie daje gatunek i sprytnie powiela wszystko, co najlepsze w głównonurtowych opowieściach tego typu. Ważnym, mocno rozbudowanym elementem całej układanki są tematy obyczajowe, związane z życiem prywatnym Marka. Tematy, na dodatek, bardzo interesująco przecinają się z losami jego zamaskowanego alter-ego, tworząc symbiozę i dość realistyczny (o ile takie rzeczy mogą być realistyczne) obraz bycia herosem w rajtuzach. Komiks podejmuje przykładowo motyw tego jak superbohaterstwo wpływa na bliskich ludzi głównej postaci – jego matkę i dziewczynę.

Wpadłem w tę serię jak śliwka w kompot i z utęsknieniem czekam na kolejne tomy –  ma być 12. Być może nie jest to arcydzieło, ale jeśli to tylko czytadło, to najwyższych lotów. Skutecznie rozpala chęć dowiedzenia się co będzie dalej. Wśród innych serii superbohaterskich „Invicible” wyróżnia totalna spójność i konsekwencja, bo to seria od początku do końca tworzona przez tych samych autorów. Drobne elementy, ledwie zaznaczone w poprzednich tomach, zaczynają nabierać z czasem większego znaczenia, więc wszystko wydaje się tu przemyślane w najdrobniejszych szczegółach.  



Prócz rewelacyjnego scenariusza Kirkmana komiks ten ma niezgorsze grafiki Ryana Ottleya. Autor rysuje realistycznie, z niewielką domieszką cartoonu. W jego pracach jest obecny duży dynamizm i zrozumienie konwencji. Jego charakterystyczny styl sprawia, że „Invincible” wyróżnia się w zalewie komiksów superbohaterskich, a przy tym nie popada w artystowską manierę i idealnie współgra z naładowanym akcją scenariuszem. Rysunek Ottleya świetnie absorbuje też komputerowo nakładane kolory autorstwa Billa Crabtree, które mimo dużej oczojebności nie popadają w totalny kicz. Wszyscy autorzy spotkali się w odpowiednim miejscu o odpowiednim czasie i z ich pracy wyszło coś, co będzie długo pamiętane i nieszybko się zestarzeje.

Tradycyjnie (już trzeci raz) tekst skończę porównaniem do mistrza – to jest zupełnie inny sposób pisania komiksu superbohaterskiego niż ten, który do medium wniósł Alan Moore. Wychodzi to tej serii na dobre, bo Kirkman musiał być świadomy, że z genialnym Brytyjczykiem nie ma co konkurować. Na szczęście wcale nie musiał. Ma swojego „Invincible”, twór zarazem będący peanem pochwalnym gatunku jak i dziełem osobnym, którym autor zapisze się w historii komiksu złotymi zgłoskami.   



wtorek, 7 maja 2019

Hellblazer. Tom 1. Brian Azzarello




John Constantine to stworzony przez Alana Moore'a londyński Mag, który debiutował w latach 80-tych na łamach wydanej u nas już w całości „Sagi o Potworze z Bagien” (klik 1, klik 2). Asystował tam Baginiakowi w bardzo dużym wydarzeniu i nie tylko spisał się dzielnie, ale też przeżył, a trupy ścieliły się gęsto. Okazał się na tyle atrakcyjną postacią, że wkrótce dostał własny tytuł: „Hellblazer”. Jego przygody to rzecz kultowa i najdłuższa seria wydawana przez Vertigo. Przez lata pisali ją głównie autorzy pochodzący z Wysp Brytyjskich. Brian Azzarello jest bodaj pierwszym Amerykaninem, który miał ten zaszczyt.



 Nie będę ukrywał. Cieszyłem się jak dzieciak z faktu, że Egmont w końcu znów zainteresował się „Hellblazerem” (wcześniej wydał część runu Gartha Ennisa, ale z powodu niewystarczającej sprzedaży porzucił serię). Tym bardziej smuci mnie, że akurat padło na odsłonę pisaną przez Briana Azzarello, która jest najzwyczajniej przeciętna. Nie udało mu się (przynajmniej na razie, tworzony przez niego cykl zostanie zebrany w dwóch tomach, więc może jeszcze się zrehabilituje) głęboko wejść w postać niejednoznacznego moralnie Maga – to cecha charakteru mocno uatrakcyjniająca opowieści o tej postaci. Komiksy te to nic więcej jak poprawnie napisane i luźno powiązane ze sobą gatunkowe czytadła, bez szczególnie rozwiniętej warstwy psychologicznej. Odniosłem wrażenie, że Azzarello nie czuje zupełnie potencjału tej serii i jej bohatera – trzyma się dość daleko od okultystycznych tematów i serwuje nam typowe dla siebie historie oparte o kryminał. Niedawno przeczytałem (napisał to bodaj Rafał Kołsut na którejś facebookowej grupie, pozdrawiam!), że problemem Azzarello jest to, iż cały czas pisze jeden i ten sam komiks. Tak właśnie jest w tym przypadku, z tym, że daleko temu albumowi do przebojowych „100 Naboi”, bliżej mu do średniego „Jokera”, w którym również nie udało mu się zbyt głęboko wejść w tytułową postać.




Grubaśne wydanie Egmontu zbiera trzy tomy regularnej serii. Pierwsza część, zdecydowanie najlepsza, jest komiksem dziejącym się w amerykańskim więzieniu, do którego trafił Constantine. Okazuje się, że cyniczny Mag jest w stanie zaaklimatyzować się nawet tam i szybko wchodzi w różne korzystne dla siebie konszachty. Odsłona ta nie jest wybitna fabularnie, ale nadrabia grafiką, bo rysowania jej podjął się tuz komiksu niezależnego – Richard Corben. To ten okres jego kariery, kiedy chwytał się mainstreamowych zleceń i Azzarello miał farta, że ten zgodził się z nim pracować. Druga opowieść dzieje się na zabitej dechami amerykańskiej wsi i niestety nie mogę wam więcej zdradzić z fabuły, bo zepsułbym potencjalnym czytelnikom zabawę. Trzecia dzieje się w odciętym od świata przez śnieżycę barze, w którym zbiera się dość nieciekawa (nie że „spod ciemnej gwiazdy”, tylko naprawdę nieciekawa) menażeria charakterów wchodzących ze sobą w konflikty. Obie narysował Marcelo Frusin i niestety są przeciętne graficznie. Prócz tego mamy w zbiorze dwie krótkie historyjki będące niezbyt udanymi przerywnikami i wspominam o nich tylko z kronikarskiego obowiązku. Jedną narysował Steve Dillon, drugą Dave V. Taylor.

Szukam w tym komiksie plusów już na siłę, no ale coś się znajdzie: to, co najciekawsze w „Hellblazerze” w wersji Azzarello to portret prowincjonalnej ameryki, ale przecież nie po to sięga się po komiks o brytyjskim, ambiwalentnym moralnie okultyście, żeby czytać opowieści o wsiokach. 




Polskie wydanie „Hellblazera” wzorowane jest na Francuskiej edycji, w której zaczęto serwować przygody słynnego Maga właśnie od runu Azzarello, a to błąd. Czytałem inne odsłony tej serii i uważam, że Egmont powinien zacząć po Bożemu, od pierwszych znakomitych tomów tworzonych przez Jamiego Delano (tutaj pisałem o numerze jeden: klik). Może to nieco oldskulowa szkoła pisania komiksów, ale nie sądzę, żeby bardzo to przeszkadzało odbiorcy świadomie sięgającemu po „Hellblazera”. Będę śledził tą serię, bo jestem najzwyczajniej ciekaw dalszych losów Constantina. Niemniej zdecydowanie nie sięgam po nią dla scenariuszy Azzarello, którego oficjalnie przedawkowałem.

środa, 1 maja 2019

100 Naboi. Tom 5 Azzarello/Risso




Wraz z wydaniem niniejszego, piątego już tomu dobiliśmy do finału „100 Naboi”.  U samej idei tej serii stoi pomysł, opowiadający o życiowych przegrańcach do których zgłasza się człowiek z walizką pełną nienamierzalnych pocisków. Gdy zostaną znalezione na miejscu zbrodni, śledztwo zostanie wyciszone. W walizce, prócz naboi, znajdują się materiały wskazujące delikwenta stojącego za zniszczeniem życia bohaterów. Dzięki temu protagoniści mogą powziąć bezkarną zemstę.

Opowieści o looserach z gnatem w ręku wychodziły Azarello znakomicie. Zaczął jednak tworzyć też szersze tło do tej opowieści, traktujące o potężnej organizacji stojącej za akcjami z walizkami. Z tym wątkiem nie było już tak dobrze i wydaje się, że został napisany po to, by nadać głębszy sens innym wydarzeniom. Do tej pory wszystko trzymało się kupy i czytało się to znakomicie – w poprzednich recenzjach piałem z zachwytu nad pracą Azzarello i Risso, określając ich serię jako arcydzieło komiksu. Stało się jednak to, co oznajmiali mi już znajomi, którzy czytali „100 Naboi” w oryginalnych wydaniach – jakość spadła i najnowszy album jest słabszy niż poprzednie. 


Ogrom postaci, który wykreował Azarello, nie pomaga w lekturze i łatwo się w tym wszystkim pogubić, a może pogubił się i sam autor. Strasznie powoli wygasza opowieść, wykańczając po drodze bohaterów. Wydaje się to bezcelowe, bo wielki finał był już obecny w poprzednim, bardzo dobrym tomie i z powodzeniem historia mogłaby się już wtedy skończyć. Autorzy chcieli jednak dociągnąć opowieść do setnego numeru i niestety nie wyszło jej to na dobre. Znów najlepiej wypadają historie o maluczkich tego świata, którzy dostali się w tryby wielkiej organizacji. Rewelacyjna jest opowieść o Pipenie, murzyńskim chłopcu z biednej dzielnicy, namówionym do popełnienia morderstwa. To jednak tylko wątek poboczny, stanowiący tło dla historii niesnasków wewnątrz organizacji Trust, która stoi za wręczaniem tytułowych 100 naboi. 



Warstwa rysunkowa stoi w tej serii na najwyższym poziomie. Eduardo Risso jest w moich oczach geniuszem komiksu i trudno wskazać kogoś, kto spisałby się przy „100 Nabojach” lepiej niż on. Wpływy graffiti widoczne w jego rysunkach bardzo udanie podkreśla urbanistyczny wydźwięk tej historii. Genialnie prowadzi narrację graficzną, a ta wcale nie była łatwa do ugryzienia, bo Azzarello mnoży wątki jak pojebany. Wybitnie rysuje kobiety, które pod jego stalówką stają się ultra seksowne. Jeśli miałbym sam napisać kiedyś scenariusz gangsta/noir i mógłbym wybrać kto ma go narysować, to Risso byłby na samym szczycie listy.

Stałem się dużym fanem tego komiksu, więc smuci mnie nieco słabszy finał tej opowieści. Uważam jednak, że wcześniejsze tomy są wybitne i mimo wszystko powinniście sięgnąć po dzieło Azzarello i Risso, bo historia ta ma czytelnikowi sporo do zaoferowania. Zastanawiam się trochę: czy gdybym czytał całość naraz, odebrałbym ostatni tom inaczej? Możliwe, niemniej nie mam na to czasu. Obiecuję sobie jednak, że kiedyś ją tak przeczytam, bo bardzo lubię wracać do świata wykreowanego przez Azzarello. „100 Naboi” to najlepsze, co stworzył.  



środa, 24 kwietnia 2019

Sambre. Yslaire



Czytałem komiks Yslaire’a trzeci raz w życiu i będę z nim obcował jeszcze nie raz. Uważam go za jeden z najlepszych albumów, jakie wyszły w serii Mistrzowie Komiksu. Mimo iż pierwsza jego część w oryginale ukazała się w 1986 roku, to czas obszedł się z nią bardzo łagodnie, więc pod każdym względem równie dobrze mogłaby zostać stworzona dzisiaj. Genialna jest tu zarówno warstwa plastyczna jak i narracja obrazem.

„Sambre” jest bardzo udanym połączeniem komiksu historycznego (akcja dzieje się w czasie Rewolucji lutowej 1848 roku) z grozą charakterystyczną dla starej szkoły, czy jak kto woli – horrorem gotyckim. Wydawca, nie chcąc wystraszyć czytelników, opisuje tę cechę posługując się słowem „mistyczny”. Niech i tak będzie. Obie te tematyki bardzo sprawnie się przecinają, oferując nam opowieść wymykającą się jednoznacznym klasyfikacjom. Mam jednak wrażenie, że miłośnicy gotyku będą najtrafniejszą grupą docelową. Nie zrozummy się źle, to nie jest dzieło retro, bo zarówno w warstwie plastycznej jak i narracyjnej czuć świeżość, ale jego poetyka daleka jest od typowego komiksu środka. Specyficzny, dobrze dozowany mrok sączy się z kart tej opowieści, ale nie uświadczymy tu wilkołaków czy wampirów. Cała groza tkwi gdzieś wewnątrz bohaterów i jest metaforycznie ukazana jako dziedziczna choroba, która objawia się tym, że jej nosiciel ma czerwone oczy.

Autorowi udało się idealnie oddać deliryczną atmosferę nadchodzącej klęski, która majaczy nad postaciami tego dramatu. Mamy tu szlachecką rodzinę, od wielu pokoleń naznaczoną wspomnianą rodową klątwą, a losy familii nierozerwalnie łączą się z historią Francji. Galeria postaci poszerzona jest też jednak o ludzi z niższych klas społecznych, co skutkuje świetnymi portretami innych kast tamtego okresu. Mimo iż historia rozpoczyna się na prowincji, to w późniejszych albumach ukazany jest też brud Paryża i panujące w nim nastroje rewolucyjne. Możemy odbierać opowieść o chorobie jako metaforę zagrożenia, jakie czyha na arystokrację – nieuchronną zagładę, która musi spaść na całą francuską szlachtę. To nie tylko horror. To historia o końcu pewnej epoki i to właśnie jest największą siłą dzieła Yslaire’a, dlatego będzie zapamiętane przez dekady jako arcydzieło komiksu.
Warstwa plastyczna idzie w zupełnie innym kierunku niż typowy komiks frankofoński. Zamiast realistycznej maniery mamy bardzo osobny styl. Królują tu semi-realistycznie narysowane postacie. Może są nawet nieco kreskówkowe? Paradoksalnie ten rodzaj rysunku nie powinien pasować do tego typu opowieści, a jednak wszystko bardzo dobrze ze sobą współgra. Grafikę uzupełnia mocna, barokowa kolorystyka, która idealnie podkreśla tematykę i kojarzy się z mrocznymi historiami w stylu Tima Burtona. Powiedziałbym nawet, że z twórczością Mario Bavy, mistrza włoskiego kina gotyckiego, ale to niepomiernie mniej znany autor. Zresztą strzelam, że filmy (obok literatury gotyckiej) były dla Yslaire’a nie lada inspiracją przy tworzeniu tego komiksu i jeśli miałbym umiejscowić gdzieś jego dzieło, to postawiłbym je właśnie między dziełami Bavy (ze wskazaniem na znakomite „Ciało i bicz” – polecam jeśli podobało Wam się „Sambre”), a kinem z wytwórni Hammer. Horrory te jednak nadgryzł ząb czasu i są dziś zjadliwe raczej tylko dla pasjonatów. Natomiast komiks Yslaire’a wyprzedza je o kilka długości jeśli chodzi o wartości artystyczne, a do tego nie zestarzał się ani na jotę.

„Sambre” doczekało się serii pobocznej zatytułowanej „Wojna Sambre’ów”. W cyklu tym ukazały się aż trzy albumy. To nie są złe komiksy, ale moim zdaniem nie powinny ujrzeć światła dziennego. Przede wszystkim gdzieś uleciała cała gotyckość oryginalnego albumu – historia rodu została po prostu wyeksploatowana niczym telenowela i nie pozostało w tych opowieściach za grosz tajemnicy. To rzeczy głównie o intrygach dworskich, które mogą się spodobać miłośnikom komiksu historycznego, ale nie tym, którzy szukają mroku charakteryzującego oryginalny album. Warstwa narracyjna, tak znakomita w pierwowzorze, tu mocno opiera się na słowie, przytłaczając czytelnika nawałem tekstu. Do zilustrowania tych części zostali zaproszeni inni artyści, którzy próbują naśladować styl Yslaire’a, przy czym bardziej kierują się w stronę rysunku realistycznego.
Udaje im się to, czasem nawet z dobrym skutkiem, ale w ostatecznym rozrachunku muszę przyznać, że wyszedł z tego niezamierzony kicz. Zaproszeni rysownicy to epigoni, którym brak talentu autora oryginału.

Jak wspomniałem we wstępie, czytałem „Sambre” już kilka razy i zawsze komiks ten robił na mnie duże wrażenie. Uważam, że jeśli interesujecie się medium, to nie możecie przejść obok tego albumu obojętnie. Owszem, to specyficzna rzecz, ale przy tym dzieło wybitne i strzelam, że docenią go nie tylko miłośnicy kostiumowego horroru, a każdy kto ceni dobre, niebanalne komiksy.

piątek, 19 kwietnia 2019

Drakula. Mignola/Thomas


Przypatrzę się dziś albumowi będącemu adaptacją filmu „Drakula” Francisa Forda Coppoli z 1992 roku. Takie publikacje zazwyczaj są produktami, które ktoś chce wepchnąć motłochowi bazując na popularności danego obrazu. Tu zapewne wydawcą kierowały podobne intencje, ale zbiegi okoliczności sprawiły, że mamy do czynienia z dziełem ponadczasowym. Rolę rysownika powierzono wówczas jeszcze młodemu mistrzowi komiksu – Mike’owi Mignoli. Autor łyknął fuchę bardzo pokrewną do tego, czym miał zająć się za chwilę, tworząc swojego „Hellboya” (tak, to rzecz stworzona tuż przed premierą Piekielnego Chłopca) i wygląda na to, że robota ta miała duży wpływ na jego artystyczną drogę. Napisania scenariusza podjął się natomiast tuz komiksowych adaptacji literackich – Roy Thomas, który pracował między innymi przy Marvelowskim „Conanie” i chyba z tego jest najbardziej znany w naszym kraju.

Dla horroru opowieść o „Drakuli” to historia fundamentalna, którą znają chyba wszyscy zainteresowani tematem, dlatego daruję sobie wszelkie streszczenia, bo szanuję czas moich czytelniczek i czytelników. Z komiksem tym wiążę się jednak ciekawa branżowa historia, i ją wolę wam opowiedzieć. „Drakula” według Mignoli to swojego rodzaju „lost classic”. Pierwszy raz album został opublikowany przez firmę Topps Company, na rynku obecną głównie jako producent słodyczy i kart kolekcjonerskich. Wydała też jednak trochę komiksów na licencjach filmowych, w tym właśnie „Drakulę”. Przedsiębiorstwo nie przetrwało zbyt długo i przez lata prawa autorskie były zamrożone. Komiks nie był wznawiany, więc pozostał dostępny tylko na rynku wtórnym. W tym czasie zyskał status dzieła kultowego i trudnego do zdobycia, a zdecydowanie wartego lektury. W zeszłym roku, po 25 latach nieobecności na księgarskich półkach, został w końcu wznowiony na rynku anglojęzycznym przez oficynę IDW, a u nas temat szybko podchwyciło młode, obiecujące wydawnictwo KBOOM i niedawno sprezentowało nam ten album po polsku.

„Drakula” od strony literackiej jest dość wierną adaptacją filmu. Scenarzysta powsadzał w usta postaci kwestie żywcem wyciągnięte z celuloidowego pierwowzoru, więc jeśli widzieliście dzieło Coppoli, to na tym poziomie dobrze wiecie, czego możecie się spodziewać. Nawet Renfield, w filmie brawurowo zagrany przez Toma Waitsa, wygłasza tu słynną kwestię, w której żąda małego kociątka, by wyssać z niego życie. Adaptacja wyszła bardzo udanie i jedyne, czego brakuje temu komiksowi, to muzyka Kilara, którą trzeba sobie puścić już na własną rękę.

Lubię film Coppoli. Jest piękny plastycznie (ileż tam nawiązań do historii gatunku!), ale nie ma rysunków Mignoli, a ja osobiście bardzo cenię tego twórcę. Co więcej, wydawca zaproponował nam wersję pozbawioną kolorów, co pozwala jeszcze bliżej przyjrzeć się genialnemu warsztatowi dużego Mike’a. Album ten jest adaptacją filmu, ale wykorzystane w nim zabiegi, mimo iż garściami czerpią z celuloidowego pierwowzoru, są stricte komiksowe. Znajdziemy tu więc znakomicie skomponowane plansze, a narracja zakorzeniona jest w sposobie opowiadania charakterystycznym tylko dla tego medium. Niemniej jest tu też obecna genialna gra czernią i bielą, zbliżająca ten album do dorobku filmowych ekspresjonistów niemieckich, w których, mam wrażenie, Mignola jest ostatecznie zapatrzony bardziej niż w Coppolę. Od strony plastycznej wyszło bajecznie i szczerze powiem, że album podobał mi się bardziej niż pierwowzór – a powtórzyłem sobie oryginał na potrzeby tej recenzji, więc mam świeże porównanie. Niemniej jestem zwierzęciem komiksowym i może z tego wynika moje zapatrzenie w Mignolę. O tym czy mam rację, będziecie musieli już przekonać się na własnej skórze.

Polskie wydanie to mistrzostwo świata. Twarda oprawa, piękne wklejki (z każdej strony inna ilustracja) i obszerne dodatki. Na rewersie, pod znaczkiem oficyny KBOOM widnieje dopisek „horror”, co pozwala nam domniemywać, że „Drakulą” wydawnictwo rozpoczęło publikację linii albumów, które nas na Mortal będą szczególnie interesowały. Fantastycznie. Po tej pozycji ufam gustowi ludzi z KBOOM i z utęsknieniem wypatruję następnych komiksów z ich stajni.

wtorek, 26 marca 2019

Halloween Blues. Kasprzak/Mythic



„Halloween Blues” po kilku latach nieobecności wraca na półki księgarskie. Fajnie, że Egmont wznawia frankofony ze swojej oferty, ale wybór tego konkretnego albumu trochę mnie dziwi – pierwsze wydanie dość długo się wyprzedawało.  Zresztą czytałem już kiedyś ten zbiór kryminalnych komiksów. Nic z fabuły nie zapamiętałem, więc sięgając po opasły tom byłem jak całkowicie świeży czytelnik, ale okazuje się, że nie bardzo jest za co pamiętać opowiedziane tu historie. 

Od strony fabularnej, za którą odpowiedzialny jest scenarzysta kryjący się pod pseudonimem Mythic, to bardzo generyczny kryminał. Ciekawy i oryginalny jest tu jedynie motyw nadprzyrodzony. Oto bowiem główny bohater, małomiasteczkowy policjant, widuje ducha swojej zmarłej żony, która za życia była seksowną (jest tu narysowanych sporo ładnych cycuszków milordzie!) gwiazdą filmową. Wątkiem splatającym wszystkie zebrane tomy jest motyw jej niewyjaśnionej śmierci. Podejrzanym o dokonanie morderstwa jest nawet główny bohater, który był w pobliżu miejsca zdarzenia w stanie chwilowej nieświadomości. To właśnie ten element jest lejtmotywem i to on skłaniał mnie (prócz rysunków Kasa, ale o tym zaraz) do przewracania kartek, na których toczyły się dość mało interesujące śledztwa prowadzone przez protagonistę.



Nie ma co się okłamywać – to nie ze względu na scenariusze tom ten został wydany w naszym kraju. Główną, istotną dla nas gwiazdą tego albumu jest Zbigniew Kasprzak, jeden z naszych towarów eksportowych na rynek frankofońskiego komiksu. Autorowi grafik nie można nic zarzucić. Genialnie odnalazł się w fabułach dziejących się w latach 50-tych i tylko dzięki talentowi Kasprzaka udaje się autorom zabrać nas w nostalgiczną wycieczkę po tej dekadzie. W jego realistycznych rysunkach tak samo, a może nawet bardziej niż ludzie, liczą się retro-dekoracje przyozdabiające tę opowieść. Grafik wspaniale przedstawia wszelkie przedmioty charakterystyczne dla tej epoki, zaczynając od tła, przez modę, aż po perfekcyjnie narysowane oldsmobile. 



Za kolory odpowiedzialna jest znana z kart „Thorgala” i „Szninkla”* Graza, czyli Grażyna Fołtyn-Kasprzak, prywatnie żona Zbigniewa. Bardzo cenię jej prace i zapewniam, że również tu stanęła na wysokości zadania idealnie dopełniając rysunki męża. Co ciekawe, mimo iż mamy do czynienia z noir, to kolorystka zrezygnowała z nakładania ciemnych, mrocznych barw. Mało tu też gry światłocieniem, a może wpada raczej powiedzieć, że jest ona bardziej subtelna niż u typowych przedstawicieli tego nurtu. Zapomnijcie o Sin City i Parkerze. Mimo gatunkowości warstwa graficzna niczego nie naśladuje. To po prostu Kasprzaki w pełnej krasie, co oznacza wysoką, realistyczną jakość produktu. 

Ostatecznie jestem nieco rozdarty. Lektura sprawiła mi nawet dużą przyjemność, bo w ostatecznym rozrachunku komiks niedostatki fabularne nadrabia fantastycznymi grafikami, ale medium ma przecież dwa poziomy i jedna jego warstwa kuleje. Sięgając po ten album musicie być świadomi, że nie ma w nim porywającej historii. Sprawa jest dość prosta – jeśli lubicie krechę Kasprzaka, to chcecie mieć (pewnie już nawet macie) ten komiks na półce. Jeżeli jednak nie bierze was zupełnie realistyczna, charakterystyczna dla frankofońskiego, mainstreamowego komiksu  maniera, w której Kasprzak jest mistrzem, to raczej nie macie tu czego szukać. 



*Wiem, że popularna jest opinia, że „Szninkiel” powinien być czarno-biały – ja uważam, że artystka zrobiła bardzo dobrą robotę przy kolorowej wersji i po cichu liczę na to, że następne wznowienie od Egmontu będzie kolorowe. 

czwartek, 14 marca 2019

Ludzie Północy. Tom 3. Saga europejska.


„Ludzie Północy” pisani przez Briana Wooda nie są wielką sagą o wikingach. Nie są też serią trzymająca się konkretnych bohaterów, a antologią zbierającą kilkuzeszytowe, zamknięte opowieści o różnych ludziach, dziejące się w różnych okresach. Daje to scenarzyście szansę szerokiego ukazania tematyki, ale sprawia też, że komiks dotyka przykra epizodyczność, bo brak tu postaci, do których można byłoby się przywiązać i im kibicować. O każdym z bohaterów zapominamy zaraz po zakończeniu jego historii. Autor ma najzwyczajniej za mało miejsca, by nakreślić głębiej ich sylwetki. Czuć, że to zdolny twórca, który nie idzie na łatwiznę, ale wydaje mi się, że  obierając taką formułę sam przekreślił swoje szanse na stworzenie zapadającej w pamięć opowieści. 


Seria ma jednak swoje plusy. Wyróżnia się wśród  dzieł o wikingach między innymi tym, że autor nie skupia się na łupieżczych wyprawach brodatych mięśniaków. Zamiast tego kreśli portrety bohaterów żyjących w trudnych czasach, uprawiających nieurodzajną ziemię – ludzi, którym odmarzają dupy podczas siedmiomiesięcznego okresu zimy, których rodziny zabiera zaraza, nieszczęśników pozbawionych boskiej przychylności. Interesują  go odszczepieńcy, a nawet marginalizowane w takich opowieściach kobiety. To wszystko sprawia, że  jednak warto sięgnąć po ten komiks jeśli – tak jak ja – jesteście zainteresowani życiem wikingów, bo co by nie mówić o komiksie Wooda, to trzeba przyznać, że scenarzysta dobrze odrobił lekcje historii.

Pomimo wyraźnych starań autorowi nie udało się stworzyć czegoś, co zostanie okrzyknięte klasyką i zapamiętane na dekady. Ciężko uniknąć porównania dzieła Wooda z serialem „Wikingowie” – zwłaszcza, że w tym tomie autor podjął temat oblężenia Paryża przez ludzi północy, czyli wątku zobrazowanego również w produkcji History Channel. Niestety w tym zestawieniu komiks nie wypada zbyt korzystnie. Zdecydowanym plusem są świetne rysunki Simona Gane, którego kreska kojarzy mi się bardziej z komiksem niezależnym niż mainstreamem, ale i tak to nie wystarczyło by konkurować z widowiskiem zaoferowanym widzom przez telewizję. Walka była nierówna, bo film pewnie bardziej potrafi przemówić do odbiorcy, ale przecież przez lata komiksy Vertigo wygrywały triumfalnie takie starcia oferując rozrywkę przewyższającą jakością niejeden celuloidowy wytwór kultury popularnej.



Skoro już wspomniałem o grafikach, to muszę je teraz bardzo pochwalić. To pierwsza odsłona tej serii, w której nie było ani jednego (zmieniają się co historię) słabego rysownika. Warstwa plastyczna trzeciego tomu przemawia do mnie bardziej niż poprzednich. Gdyby taki poziom utrzymywał się od początku, seria zyskałaby dużo w moich oczach.

Niech Was nie zmyli logo Vertigo na okładce, które zazwyczaj (przynajmniej w naszym kraju, do którego najczęściej docierają nieprzeciętne pozycje z tej stajni) kojarzy się z bardzo dobrą lekturą. To, że takie serie jak „Ludzie Północy” znajdują miejsce na naszym rynku świadczy o jego rozwoju. Jest już tylu odbiorców i takie zapotrzebowanie, że spokojnie poradzą sobie nawet średniaki. Nie jest to oczywiście pozycja całkowicie zła, więc osobiście nie skreślam Wooda jako artysty i z ciekawością sięgnę po jego inne komiksy, jeśli pojawią się w naszym kraju.