Pokazywanie postów oznaczonych etykietą vertigo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą vertigo. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

JOE KUBERT R.I.P (1926-2012) + Sgt. Rock: Between Hell and a Hard Place




Ta krótka recenzja którą widzicie poniżej powstała kilka dni temu... Nie spodziewałem się, że ukaże się w tak smutnych okolicznościach. Po lekturze komiksu pierwszym co zanotowałem było: "Chyba dorosłem do tego, żeby zacząć powoli kompletować całą twórczość Kuberta.". Wtedy pisałem to z radością, dziś czytam to zdanie z żalem. Postanowiłem jednak nic nie zmieniać, by w tekście pozostała spontaniczna radość, którą czerpałem z podziwiania jego rzemiosła. Mam nadzieję, że nie uznacie tego za nietakt.
Zresztą, dziś czuję się przybity wiadomością o śmierci Kuberta i raczej nie zdobyłbym się na napisanie czegoś sensownego.

Sam dokładnie nie wiem, kiedy zetknąłem się pierwszy raz z jego twórczością - zapewne był to wydany przez Semika "Punisher", albo jakiś obejrzany w latach 90tych dokument o komiksie. Dziś mam jednak wrażenie, że jego styl był ze mną od zawsze. W przeciwieństwie do prac wielu dawnych wizjonerów mainstreamowego amerykańskiego komiksu, jego dorobek nie zestarzał się do tej pory i pewnie nie zestarzeje się już nigdy.  Pociesza mnie fakt, że Kubert nie zmarł przedwcześnie i zostawił po sobie ogrom znakomitej twórczości. Wypuścił też w świat wielu absolwentów swojej szkoły plastycznej i dwóch utalentowanych synów, którzy poszli w jego ślady. Dzięki nim Joe Kubert będzie rysował zza grobu.





"Sgt. Rock: Between Hell and a Hard Place" to stworzona współcześnie wariacja na temat klasycznej amerykańskiej serii wojennej sprzed ponad pół wieku. Poza przeglądaniem grafik nie miałem kontaktu z jej wczesnym odsłonami - po kilku marvelowych essentialach trochę boję się archaicznych amerykańskich komiksów z tamtej epoki. Niemniej, zawsze wydawało mi się, że ta seria posiada ogromny potencjał, a znakomite rysunki Kuberta - który odpowiedzialny był za jej stronę graficzną od samego początku - niesamowicie współgrają z jej konwencją.



Na pomysł odświeżenia "Sgt. Rock" Vertigo wpadło  w pierwszej połowie ubiegłej dekady. Początkowo Joe Kubert miał zająć się tylko okładkami, ale redaktorka serii Karen Berger, widząc jego troskę o ten projekt, po kilku długich rozmowach zapytała go, czy sam nie chciałby jej narysować. Najpierw odmówił, ale w końcu skusiło go to, że miała to by być duża, samodzielna książka. Pracował nad nią rok. W tej samej dekadzie Kubert stworzył niesamowite graficznie pozycje, jak "Dong Xoai. Wietnam 65" i wydany również u nas "Josel", do których "Between Hell and a Hard Place"  faktycznie nie dorasta, ale warto zauważyć, że konwencja i pewne uproszczenia znakomicie wpisują się w ramy oryginalnej serii. No cóż, mimo, że nie jest to szczyt jego możliwości, to warstwa plastyczna i tak zwala z nóg. Na przekór amerykańskiemu systemowi pracy, Kubert zajął się wszystkim sam - zrobił nawet liternictwo. To świadczy o bardzo emocjonalnym stosunku do tej historii. Same rysunki pociśnięte są mazakiem i okraszone akwarelą, która podkreśla dynamikę i świetnie pasuje do batalistycznej estetyki tego komiksu. Oglądając te grafiki nietrudno dostrzec, że tworzenie tego albumu stało się dla niego okazją do sentymentalnej podróży i widać, że staruszek włożył w to kawał serca. Rysunki Kuberta są swobodne i pełne energii. W jego wybitnym rzemiośle czuć podobną magię i nonszalancję, jaka cechuje twórczość Sergio Toppiego.  


                                              
 Niestety, dla scenarzysty Briana Azzarello praca z Kubertem okazała się być tylko kolejną, codzienną robotą dla Vertigo. Muszę powtórzyć to, co napisałem przy okazji recenzji wydanego u nas w zeszłym roku "Jokera" - Azzarello rozmienia się na drobne, zabierając się za historie, na które tak naprawdę nie ma pomysłu. Mimo tego, że maksymalnie ułatwił sobie zadanie - bo komis dziejący się na froncie II Wojny Światowej wpisał w swoją ulubioną, kryminalną konwencję - to nie wychylił się ponad przykrą przeciętność. Jest tu co prawda kilka bardzo ładnie napisanych scen, ale dramaturgia całości kuleje i  ewidentnie widać, że nie włożył w ten komiks tyle serca, co Kubert. Oczywiście pomysły leżące u podstaw "Between Hell and a Hard Place" nie są złe, a za sprawą znakomitych dialogów, z których słynie Azzarello, czyta się ten komiks nieźle. Problemem natomiast jest to, że scenariusz nie został dopracowany i po komiksie z tak ogromnym potencjałem spodziewałem się znacznie, znacznie więcej.

Od dawna ostrzyłem sobie zęby na ten tytuł (wersja TP jest trudna do zdobycia - na rynku obecnie dostępny jest, niegodny tych grafik, dwuzeszytowy reprint z linii Vertigo Resurrected ). Kocham rysunki Joe Kuberta i to właśnie ze względu na nie chciałem mieć ten komiks na półce. Nie zawiodłem się. Mimo przeciętności scenariusza i tego, że dostałbym za ten komiks na ebaju sporo ecie pecie, to wcale nie mam zamiaru  się z nim rozstawać. Zaczynam powoli rozglądać się za showcase'ami zbierającymi wszystkie stare zeszyty "Sgt. Rock". Zresztą, chyba dorosłem do tego, żeby zacząć powoli kompletować całą twórczość Kuberta. Natomiast Azzarello (prócz brakujących mi tomów "Hellblazera") nieprędko coś kupię.

 


środa, 21 marca 2012

Hellblazer - Original Sins


"-What was like being a British comic book writer in the eighties?
-Well, I enjoyed it, mostly—but then I was stoned nearly all of the time."




Jamie Delano, jeden z twórców zaliczanych do nurtu brytyjskiej inwazji lat osiemdziesiątych, zdaje się dziś stać w cieniu innych swoich kolegów z Wysp. Jednak to niewątpliwie utalentowany scenarzysta, którego pracom warto się przyjrzeć. Wielu z Was słyszało pewnie o znakomitym "Tainted"(1995), a ostatnią pozycją w jego dorobku o której było głośno zdaje się miniseria "Narcopolis" (2008). Jednak najbardziej znany jest oczywiście z tego, że pod sztandarami Vertigo definiował stworzoną przez Allana Moore'a postać londyńskiego maga Johna Constantine'a.

Podobno w Vertigo rekomendował go sam Moore. Powierzenie mu tej serii było trafną decyzją. Twórczość Delano charakteryzuje ciężki, zawiesisty styl, przygniatająca atmosfera i częste podążanie w stronę psychologicznego thrillera z dużą dawką psychodelii. W internecie można natknąć się na porównania jego dorobku do filmów Cronenberga. Jest w tym dużo prawdy, ale w przypadku "Hellblazera" sięgnąłbym nawet dalej i powiedział, że komiks i postać egoistycznego maga inspirowany jest prozą i postawą, jaką przybierał wobec świata sam William Burroughs. To świetny pomysł i znakomity grunt dla rozwijania tej serii. Stojący gdzieś na marginesie społeczeństwa Constantine porusza się w świecie demonów i magii tak jak - wspomniany zresztą w komiksie - autor "Nagiego Lunchu" w świecie narkotyków i sodomii. John podobnie do Burroughsa jest osobą wpływową i znaną w wielu kręgach, lecz najczęściej nie zobaczymy go na salonach, a na ulicach najpodlejszych dzielnic Londynu.

Obraz "Hellblazera" który rozwinął Delano wydaje się popkulturowym odbiciem tego, co działo się w kontrkulturze tamtego okresu dotkniętej new age i okultyzmem. Na całym świecie rockowe zespoły epatowały satanistyczną otoczką, a w Wielkiej Brytanii rozwijała się nie kryjąca zamiłowania do ezoteryki scena industrialna. Narkotyki stawały się mocniejsze i powszechniejsze. W kręgach artystycznych modna była myśl i postać Alistaira Crowleya, a status kultowej uzyskiwała napisana przez Roberta Shea i Roberta A. Wilsona "Trylogia Illuminatus". Podejrzewam, że właśnie w takiej atmosferze klarowało się uniwersum Constantine'a. Komiks nie jest jednak podręcznikiem magii chaosu ani niczym w tym stylu. Delano interesuje psychologiczny aspekt opowieści i ciemne strony ludzkiej natury. W "Hellblazerze" zmuszony jest je wyciągać ze schematów gatunkowych i trzeba przyznać, że wychodzi mu to nadzwyczaj udanie. Dość mocno eksplorowany horror cielesny nie funkcjonuje tu tylko jako metafora - w komiksie pojawia się temat AIDS i innych lęków cywilizacyjnych, autor nie boi się też poruszać problemów społeczno-politycznych. Widać, że nawet gdyby chciał pisać proste, płytkie historie, to nic dobrego by z tego nie wyszło. Za każdym razem, gdy próbuje trywializować, zniżać się do konwencji, trafia na manowce. Na szczęście, spośród dziewięciu zeszytów zebranych w "Orginal sins", dzieje się tak tylko w dwóch.

Mimo, że w tamtych czasach w Vertigo pisało się fabuły już w troszkę szerszym kontekście, budując długie, kilkunastozeszytowe historie, to "Hellblazera" momentami cechuje epizodyczność. Na szczęście, oprócz popsutego rytmu opowieści (co pewnie dostrzeżemy tylko czytając wydanie zbiorcze), nie zaszkodziło to za bardzo fabule. Delano celowo nie odkrywa wszystkich kart, szpikuje intrygę niedomówieniami i niejasnymi traumami z przeszłości, wplątuje Constantine'a w niewygodne zobowiązania, dzięki czemu sprytnie otwiera sobie furtkę do zbudowania wielowątkowej, zazębiającej się opowieści.





Wszyscy wiemy jak wyglądały grafiki w początkach Vertigo i od tej strony komiks nie różni się niczym od tego przykrego standardu. Oczywiście nie ma co ukrywać, że to właśnie rysunki hermetyzują tę pozycję. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której laik wchodzi do pełnego komiksów sklepu i nie znając kontekstu tej publikacji wychodzi akurat z "Original Sins". Jednak efektowne, psychodeliczne kompozycje plansz rekompensują pośpiech rysownika, a wszelkie niedostatki graficzne scenarzysta uzupełnia obszerną, obrazową, quasi-noirową narracją. Po lekturze mam wrażenie, że Delano jest prozaikiem, który do komiksu trafił ze względów finansowych, bo zdecydowanie bardziej interesuje go opowiadanie słowem niż obrazem. Osobiście nie tego szukam w komiksie, ale muszę przyznać, że w tej swojej przytłaczającej inne aspekty literackości znalazł własny klucz do medium i od strony warsztatu to kawał inspirującej roboty.

Dopiero wchodzę w meandry serii o Constantine, ale nietrudno dostrzec, że konsekwencje tego, co dzieje się w "Orginal Sins" odbijają się silnym echem w wydanym w Polsce runie Gartha Ennisa. Źle się stało, że Egmont zdecydował się pominąć epizody pisane przez Delano, bo za wyjątkiem grafiki (która w "Niebezpiecznych Nawykach" Ennisa lepsza nie była) jakoś szczególnie się nie zestarzały, ale sądząc po nierentowności polskiej edycji "Hellblazera", nie ma co roztrząsać sprawy. Pozostaje machnąć na to ręką i sięgnąć po oryginalne wydania.


środa, 4 sierpnia 2010

Incognegro - Mat Johnson i Warren Pleece





"Urodziłeś się już czarny i na zawsze pozostaniesz
Choćbyś cały się wybielił, to nikogo nie okłamiesz..."

...śpiewały Baranki Boże o MDŻeju. Incognegro jest dokładnie o tym samym.

Pomysł jest gupi. Opiera się na założeniu, że biały - czarny tzn. Mulat, tfu... wróć! Autor we wstępie wyjaśnia to tak: sam od urodzenia miał skórę dość białą jak na mudźina ( wiadomo, niewolnictwo, gwałty, itd. ... zdarza się), dojrzewał w czasach, gdy afroamerykańskie ruchy wolnościowe bardzo silnie dochodziły do głosu. Z powodu koloru swojej skóry bardzo źle mu się żyło w "kulcie czarnucha". Snuł wtedy z kuzynem - notabene, pół asfaltem, pół żydem - fantazje o tym, że są zamaskowanymi szpiegami, bojownikami w wojnie rasowej - są Incognegro!... No tak, jak wspomniałem, pomysł gupi... Nabiera sensu, gdy zestawimy go z komiksową konwencją i mitologią superbohaterskiej pulpy, gdzie niemal wszyscy herosi są właśnie bojownikami w przebraniu...

Rzecz dzieje się w początkach XX wieku. Nasz bohater pisuje do nowojorskiej czarnej gazety artykuły o bestialskich linczach, na które może wkradać się dzięki swojej niespotykanie białej (jak na czarnucha) skórze.

Poznajemy go w chwili, gdy ledwie uszedł z życiem z jednej z takich imprez i postanawia z tym skończyć. Niestety okazuje się, że nie tak łatwo zrzucić kostium... Los zmusza go, by wyruszył do Tupelo i przyjrzał się sprawie zabójstwa dokonanego przez czarnego na białej kobiecie.

Z pozoru Incognegro wpisuje się idealnie w niemiłą tendencje wtórności komiksu wobec innych tworów kultury. Już sama tematyka przywodzi na myśl In the Heat of the Night, Black Day in Black Rock i wiele innych antyrasistowskich przypowieści o południu Stanów, z tą różnicą, że wątek antyrasistowski jest tu tylko pretekstem do opowiedzenia kryminalnej historii, a nie na odwrót. Co prawda można mu zarzucić, że podtrzymuje stereotypy, ale nie jest to zbyt nachalne, przez co komiks nie denerwuje i nic nie udaje. Brutalność, dynamika, zwroty akcji i świetne dialogi czynią z niego naprawdę zajmującą lekturę. To po prostu dobrze napisany, idealnie wpisujący się we wzorce gatunkowe kryminał.

Niestety, po warstwie graficznej nie możecie się spodziewać zbyt wiele - wręcz ocieka kreskówkowością, a do tego rysownik często robi błędy w proporcjach ludzkiego ciała. Co ciekawe, plany totalne, które mają dodawać tej opowieści dramaturgii, narysowane są znakomicie i idealnie spełniają swoją funkcję. Z tego, co widzę w googlach, Warren Pleece to raczej utalentowany rysownik, szkoda, że rysował Incognegro na odpierdol.

Zabawę psuje też koszmarne tłumaczenie... Tłumacz (Krzysztof Uliszewski) zdaje się być jedyną osobą, którą zasłużyła na lincz. Jego brak pomysłowości i polotu w rzemiośle wprawia mnie w zażenowanie. Wystarczyłaby odrobina słowotwórstwa, albo zabawa z gramatyką, a podkreślenie południowego akcentu białych wypadłoby znacznie lepiej. Mam nadzieję, że to ostatni komiks w jego tłumaczeniu jaki czytam, bo ten koleś się po prostu do tego nie nadaje. Mimo to polecam zakup polskiego wydania, bo na allegro można je nabyć za nieduże pieniądze. To naprawdę świetny komiks na wakacyjną odmułę po tych wszelkich artystyczno/biograficznych cegłach.