wtorek, 10 września 2019

Kapitan Ameryka. Tom 1. Zimowy Żołnierz. Ed Brubaker




Skończyły się wakacje, ale ja jeszcze nie pożegnałem się z komiksami Marvela i zapewne o czymś od czasu do czasu Wam napiszę, bo wychodzi tego u nas sporo, a moja ciekawość co do mainstreamu jeszcze nie została zaspokojona. Dziś przypatrzymy się „Kapitanowi Ameryce”, tomowi „Zimowy Żołnierz” pisanemu przez jednego z moich ulubionych anglosaskich scenarzystów: Eda Brubakera. To bardzo ceniony i nagradzany autor. Na naszym rynku możecie poczytać całkiem dużo jego dzieł. Ja od siebie polecam najbardziej serię „Criminal”, która obecnie wydaje Mucha.

Wróćmy jednak do Marvela. „Zimowy Żołnierz” to całkiem dojrzała powieść graficzna, którą można czytać z powodzeniem, nie znając innych komiksów o Kapitanie Ameryce. Główna linia fabularna opowiada o zdobyciu przez pewnego rosyjskiego dowódcę kosmicznej kostki, artefaktu równie potężnego co niebezpiecznego. Drugim ważnym wątkiem jest intryga o tytułowym Zimowym Żołnierzu, której idei Wam nie zdradzę, acz pewnie wiecie już o co w niej chodzi jeśli znacie film. I tu podkreślę – nawet jeśli widzieliście ekranizację, to powinniście sięgnąć po komiks, bo przedstawia opowieść znacznie lepiej i głębiej. Poza tym Brubaker kładzie duży nacisk na portrety psychologiczne swych postaci, a tego zdecydowanie zabrakło w kinie. 



Lubię Kapitana Amerykę, ale nie będę zgrywał speca od jego przygód i szczerze przyznam, że trudno mi stwierdzić jak ten run wypada na tle innych komiksów o legendarnym superżołnierzu. Mimo iż nie znam kontekstu, wyczytuję z treści, że Brubaker mocno miesza w mitologii tej postaci. Co istotne, nie ma tu nadęcia, którego można byłoby się spodziewać po opowieści traktującej o facecie, który jest symbolem amerykańskiego patriotyzmu. Teraz czytałem „Żołnierza” drugi raz (pierwszy raz wyszedł u nas w ramach WKKM) i powiem szczerze, że obecnie, gdy oczytałem się trochę w komiksach o kalesoniarzach, podobał mi się bardziej.

Rysunki do tego albumu są w całości wykonane komputerowo. Stali czytelnicy wiedzą, że ja nie cierpię cyfry. Te obrazki jednak akceptuję. Rysowników jest kilku i wszyscy nie wychylają się ponad poprawny rzemieślniczy poziom. Mnie najbardziej podobają się sekwencje obrazujące zdarzenia dziejące się w czasie II wojny, które rysuje lubiany przeze mnie Michael Lark, ale to ledwie ułamek całości i poza tym elementem daleko jest mi do zachwytu.



Na grudzień zapowiedziano już tom drugi „Kapitana Ameryki” według Brubakera. Będę zbierał tę serię i muszę przyznać, że według mnie autor radzi sobie w mainstreamowym komiksie znacznie lepiej niż inny mój ulubieniec, który kosi kasę od Marvela, czyli Jason Aaron. Jak wspomniałem, lubię Kapitana Amerykę, ale przyznam, że za tę sympatię w dużej mierze odpowiada właśnie run Brubakera. Niemniej przeczytałbym chętnie jakieś inne ważne opowieści z tą postacią (na półce mam chyba tylko „Kapitan Ameryka: Biały”). Muszę się chyba zainteresować tym co powychodziło u nas w ramach WKKM. Tymczasem Wam rekomenduję „Zimowego Żołnierza”. Salutuję i czekam do grudnia Kapitanie. 


Brak komentarzy: