Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lilandrah. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lilandrah. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 23 czerwca 2011

Ewangelia według Jezusa Chrystusa - José Saramago

Książkę do recenzji udostępniło wydawnictwo Rebis. Dziękujemy.


Dziwna sprawa. Lektura blisko połowy omawianej książki była drogą - jakżeby inaczej - krzyżową. Nie wiem co zawiniło: czy styl, czy moje nastawienie, ale już układałam zjadliwe zdania, którymi miałam ją zmieszać z błotem i kilogramem mułu. Robiłam to jednak na próżno, bo Ewangelia według Jezusa Chrystusa okazała się być pozycją specyficzną, ale zdecydowanie interesującą.

Słowem wstępu muszę zaznaczyć, że jestem do religii nastawiona źle - od wojującego ateizmu przeszłam do fazy obojętności - więc w żaden sposób nie może mnie treść powieści Saramago oburzać, ale nietrudno mi zrozumieć, dlaczego w przypadku chrześcijan obraza jest kolosalna. Uczłowieczać Jezusa chciało już wielu, z lepszym lub gorszym skutkiem; dyskusyjność jego ofiary, natura Boga poświęcającego własnego syna, nie wiadomo właściwie po kiego grzyba, to praktycznie samograj. Można zmieniać wymowę kanonicznych tekstów w stopniu umiarkowanym, albo jechać po bandzie. Ale z takim obrazem Boga i Diabła w literaturze jeszcze nie miałam do czynienia, mimo że Stary Testament aż się o to prosi. Richard Dawkins, najbardziej znany naukowiec - wojujący ateista, powiedział: "Bóg starotestamentowy jest najprawdopodobniej najbardziej nieprzyjemną postacią w starożytnej fikcji literackiej, zazdrosny i dumny z tego, bezlitosny, niesprawiedliwy, nieprzebaczający dziwoląg. Mściwy i żądny krwi, uciskający różne grupy etniczne, antyfeministyczny homofob i rasista, infantylny ludobójca, synobójca, nieznośny, megalomański, sadomasochistyczny i rozkapryszony, wrogo nastawiony tyran "

Nie wiem czy Dawkins czytał Ewangelię, ale obraz Boga stworzony przez Jose Saramago pasuje idealnie. Do tych jakże miłych sercu cech, dodać można jeszcze tchórzostwo i chorą ambicję. U Saramago Bóg nie jest bowiem jedynym, wszechwładnym stwórcą, który może sobie robić co chce na całej Ziemi. Jest tylko bogiem Hebrajczyków, jednym z wielu w panteonie, nie najsilniejszym, pełnym zawiści i żądzy władzy, zbyt tchórzliwym, żeby zagarnąć terytoria innych bogów, więc musi posłużyć się człowiekiem. Jak wielu bogów przed nim, płodzi sobie syna na Ziemi, wybierając zresztą Marię i Józefa zupełnie przypadkowo, traktując ich, jak i wszystkich ludzi, przedmiotowo i lekceważąco. Życie publiczne i śmierć Jezusa są zabiegami marketingowymi, dzięki którym Bogu przybędzie władzy, wyznawców i potęgi. Skutkiem całej tej szopki jest cała litania strasznych śmierci i tortur, morza krwi i wnętrzności, popełnianych przez wieki w jego imię, z czego Bóg makiawelicznie zdaje sobie sprawę i nie spędza mu to snu z powiek. Jezusowi wręcz przeciwnie, ale nie ma on wyboru. Mógł przeciwstawić się na początku, ale kiedy już raz się ukorzył, klamka zapadła. Bardziej pozytywne wrażenie sprawia Diabeł, który zresztą podpina się pod korzyści z ekspansji swego antagonisty, ale jest w stanie z nich zrezygnować w zamian za jego przebaczenie, które mogłoby wymazać przeszłe i przyszłe zło. Jednak Bóg, który "wdycha z rozkoszą zapachy rzezi", ani myśli naprawiać świata. Po rozczarowującej, trwającej 40 dni i nocy dyskusji, Jezus stwierdza, że "Boga odróżnia od Diabła tylko broda". No i może jeszcze ruchanie owiec.

Powieść napisana jest zawiłym, ewangelicznym stylem, w którym zdania potrafią ciągnąć się całymi stronami, łącząc opisy z dialogami oddzielanymi przecinkami. Raz na jakiś czas autor-ewangelista wtrąca coś, co przypomina nam, że rzecz pisana jest z dzisiejszej perspektywy. Sprytnie przemycony ironiczny humor atakuje kilka razy, uśpiony dyskursem czytelnik może solidnie prysnąć śliną na kwiatki w rodzaju "O jakim demonie mówisz, O Pasterzu, z którym mój syn przebywał cztery lata (...), Aha, Pasterz, Znasz go, Chodziliśmy do jednej szkoły." Anioł w roli inkuba, wykorzystującego siostrę Jezusa, jednocześnie wyjawiając jego matce tajemnice boskie, czy komiczna dyskusja Chrystusa z Bogiem i Diabłem na środku jeziora, to też niepokojąco zabawne fragmenty. Poza tym jednak, szczególnie w pierwszej części książki, niezwykle monotonny, wręcz mantryczny styl potrafi odrzucić. Nie mam pewności, czy bym przez niego przebrnęła, gdyby nie konieczność napisania recenzji. Ale przekonałam się, że warto, bo książka nie dość, że dostarcza ambitniejszej rozrywki, to jeszcze dużo materiału porównawczego do przemyśleń, nawet dla takiego bezbożnika jak ja.

Ewangelia według Jezusa Chrystusa to moje pierwsze spotkanie z twórczością niedawno zmarłego noblisty, którego dzieła, przeglądane pobieżnie wydawały mi się pretensjonalne. Jednak skoro ta powieść, mimo początkowych obiekcji, tak bardzo mnie przekonała, sięgnę wreszcie po inne utwory. Mam nadzieję, że podjęte tematy będą potraktowanie z równie przewrotnym dystansem jak w Ewangelii.


Tekst by Lilandrah


Nowe wydanie Rebisu jest bardzo gustowne, szczególnie podoba mi się kryjąca się pod obwolutą, płócienna, czarna okładka z tłoczonymi napisami.



KUP

niedziela, 29 maja 2011

Bractwo winnego grona - John Fante





Znać biografię Johna Fante, to tak jakby znać fabułę większości z jego powieści. Oszczędne, nieobszerne książeczki, poruszające zwykle te same tematy, które potrafią jednak naprawdę zaczarować. Największym jego fanem był Charles Bukowski, który doprowadził do ponownego wydania powieści swojego mistrza, gdy ten był już u kresu życia. W roku 1977, kiedy z powodu cukrzycy amputowano mu obie nogi, wydał swoją przedostatnią powieść - Bractwo winnego grona.

Bohaterem charakterystycznym dla twórczości Fante jest jego alter ego Arturo Bandini, syn włoskich imigrantów, pragnący zostać pisarzem. Można sądzić, że bohaterem Bractwa winnego grona jest jego starsza wersja, uznany i niepozbawiony cynizmu pisarz w średnim wieku Henry Molise, który powraca do rodzinnego miasteczka, by spotkać się ze swoją szaloną, włoską rodziną. Powieść traktuje o akceptacji bolesnych wspomnień i pojednaniu, jednak dla mnie jest to przede wszystkim opowieść o odchodzeniu starego, barwnego świata na rzecz zunifikowanej, nijakiej rzeczywistości. Nie da się ukryć, że ojciec bohatera Nick Molise, to kawał sukinsyna, uparciucha, egoisty i tyrana, przez całe życie delektującego się winem i hazardem, mającego dobro rodziny w głębokim poważaniu. Wraz ze swoimi przyjaciółmi, członkami tytułowego bractwa (mówiąc mniej poetycznie: pijakami) nieustannie tęskni za dniami swej chwały, które starość odesłała precz. Praca, przygoda, oddawanie się przyjemnościom, to sens jego życia, wbrew rozsądkowi, odpowiedzialności, własnemu i cudzemu dobru. Nie przejmuje się chorobą, gardzi wyrzeczeniami, śmierć w szpitalu jest poniżej jego godności. Mimo wad, wzbudza podziw dla konsekwencji w szalonych, często głupich uczynkach i wyborach.

Starsze pokolenie żyje dalej w swoim włoskim świecie, pachnącym rozmarynem i bazylią, z własną hierarchią i absurdami. Natomiast młodzi są dużo bardziej zamerykanizowani: jeden syn martwi się tylko o pieniądze i drży o posadę w banku; drugi jest w stanie każdego zostawić na lodzie, jeśli akurat leci ważny mecz bejsbolowy. Ze starej kultury zostało chyba tylko zamiłowanie do niebiańskich włoskich potraw, wyczarowywanych przez matkę. Dużo zwyczajniejsi, a przez to nijacy, pozbawieni charakteru, wyposażeni w banalny, powszechny zestaw wad. Brak im fantazji, niepowtarzalności i dumy ojców. Jako wyraźny symbol tego podziału odczytuję cmentarz w miasteczku, dzielący się na dwie części: starą - baśniową krainę, wypełnioną ozdobnymi nagrobkami, groteskowymi, marmurowymi figurami i bujną roślinnością, oraz nową - bezpłciową, sterylną, z prostymi płytkami nagrobnymi i skoszonym trawnikiem. Do tego drugiego świata został przeniesiony stary Nick Molise po śmierci: do trumny uróżowiono mu twarz i wygładzono bruzdy "tryumfu i porażki". Taki jest ten nowy świat, tak samo pełen wad, ale pozbawiony przypraw i prawdy.

Jak mówiłam, Fante oparł właściwie całą twórczość na własnej biografii i doświadczeniach, potrafił w niesamowicie prosty i mocny sposób przedstawić swoje nostalgiczne opowieści o codziennych sytuacjach i uczuciach. Trudno opisać na czym polega urok jego prozy - jest jak prosta, ale czarująca melodia - nie stara się nas oszołomić rozbudowanymi opisami i zawiłymi metaforami, a jednak jest pełna odcieni i refleksji. Chociaż bohaterem jego powieści jest zwykle pisarz, literatura jest gdzieś na obwodnicy jego świata, ważniejsze jest życie: poszukiwanie szczęście, rozczarowanie, kłótnie i ból. Bractwo winnego grona jest niezwykle dojrzałą powieścią, pisaną z punktu widzenia osoby, która wiele wycierpiała, a mimo to nadal potrafi cieszyć się procesem tworzenia. Wspaniale jest czytać twórczość człowieka, dla którego pomiędzy życiem i literaturą jest znak równości.



KUP

(I Pył i Bractwo. Zapraszamy.)


Tekst by
Lilandrah

czwartek, 5 maja 2011

Hawksmoor - Peter Ackroyd



"Rzeczywistość nie jest wcale taka zwyczajna, sir; umyka ci jako mgła umyka głupcowi, który chce ją uchwycić w palce."


Ciemne, drapieżne miasto, rytualne ofiary w fundamentach kościołów i okultystyczne zgromadzenia. To Londyn w XVIII wieku i dzisiaj. W powieści "Hawksmoor" Petera Ackroyda wydarzenia, mrok i zbrodnia przenikają przez cienką materię czasu, tworząc fascynującą układankę mieszającą historię z fikcją.

Ale zacznijmy od historii: na początku XVIII wieku w Londynie budowę sześciu (w powieści 7) nowych kościołów powierzono genialnemu, ale i ekscentrycznemu architektowi Nicholasowi Hawksmoorowi, będącemu uczniem Christophera Wrena. Oparte w znacznej mierze na kształtach starożytnego Egiptu, świątynie wraz z dwoma obeliskami, również zaprojektowanymi przez niego, tworzą na mapie specyficzny wzór, przypominający Oko Horusa. I tu wkraczamy na obszar fikcji i literatury. Rzecz rozpoczął Iain Sinclair, który sądził, że kościoły zaprojektowane przez Hawksmoora zawierają znaki i wzory satanistyczne o znaczeniu rytualnym. Na jego wierszu oparła się powieść Ackroyda, a oboma utworami zainspirował się Alan Moore tworząc "Prosto z piekła" (From Hell), w którym Kuba Rozpruwacz używa kościołów Hawksmoora do rytualnego mordowania swoich ofiar.

Akcja książki toczy się dwutorowo, wątki dzieli 250 lat, ale łączy krajobraz niesamowitej architektury Londynu, mrocznych i obrzydliwych zaułków, miejsc naznaczonych zbrodnią, przyciągających do siebie zło. Dla wprowadzenia zamieszania autor pozamieniał nazwiska, stąd Hawksmoor to nie nazwisko architekta tylko współczesnego detektywa, zaś postać oparta na jego życiorysie zwie się Dyer. Budując londyńskie kościoły, dokonuje on szeregu morderczych rytuałów, a w samych budynkach ukrywa symbole, które mają przekształcić świątynie chrześcijańskie w pogańskie sanktuaria, których prawdziwa natura pozostanie ukryta przez wieki. Te same morderstwa popełnione zostają we współczesności, co powoduje, że wydarzenia zaplatają się w warkocz. Wszystko ma swoje przystające odbicie w obu rzeczywistościach, zdania wypowiadane przez postaci przenikają przez pokolenia, jakby epoki znajdowały się obok siebie, przedzielone jedynie cienką ścianą, pokrytą siateczką pęknięć. Ma tu zastosowanie, sięgający starożytnego Egiptu, mit wiecznego powrotu, który mówi, że świat jest wciąż na nowo odgrywanym spektaklem, zapętlone wydarzenia zagryzają zęby na swoim ogonie jak wąż Uroboros. Tak samo wydarzenia w powieści: przenikają się, świat zatacza koło, imię ich jest Legion.

Archaizacja języka w częściach osiemnastowiecznych, naszpikowanych w dodatku wykładami z zakresu architektury, okultyzmu czy światopoglądu Oświecenia, skutecznie spowalnia lekturę. Eksperymentalna forma narracji - mieszająca pamiętnik architekta i eksploratora mrocznych sfer Nicholasa Dyera ze stosunkowo normalną opowieścią o XX wiecznym śledztwie detektywa Hawksmoora, z wtrąceniami w rodzaju sceny przedstawionej w formie dramatu czy mnóstwa ulicznych, często makabrycznych piosenek i rymowanek - sprawia, że można poczuć się zagubionym. Proza jest gęsta i zagadkowa, żadnych odpowiedzi nie dostaniemy na tacy, nawet tych, wydawałoby się, koniecznych w powieści z wątkiem kryminalnym.

Zakończę cytatem, w którym autor ustami Dyera, wyjawia chyba swoje założenie programowe odnośnie tej powieści :

"Gdybym był pisarzem, to starałbym się zagęścić potok mojego dyskursu, aby przestał być prosty i łatwy. [...] Posługiwałbym się zawiłymi zdaniami i dziwnie brzmiącymi terminami, żeby mowa moja jawiła się słuchaczom jako oślepiająca błyskawica, która na nowo wzbudzi w nich uczucia grozy, szacunku i pragnienia."

Zaiste, wzbudziła.

sobota, 30 kwietnia 2011

Autor kontra autor - John Colapinto


Opowieści o pisarzach, którzy bez skrupułów wykorzystują najbliższych przyjaciół, kradnąc ich osobowość i historię, by użyć - bez pozwolenia, oczywiście - w swojej książce, to żadne novum. Ale co się stanie, jeśli okradziona osoba też jest pisarzem, w dodatku niespełnionym, i ona z kolei ukradnie napisaną o sobie powieść i opublikuje jako własną? Który uczynek będzie moralnie gorszy? Powyższy schemat i wpisany w niego dylemat wykorzystał John Colapinto w powieści "Autor kontra autor", tworząc przyjemną opowieść o niemocy twórczej, z biegiem akcji zmieniającą się w thriller.


Każdy, kto kiedyś marzył o byciu pisarzem, wie jak trudno jest pogodzić się z faktem, że do pisania nie wystarczy znajomość liter i zasad interpunkcji. Bohater powieści, Cal, chcąc udowodnić swój talent, wyjeżdża do Nowego Jorku, gdzie wraz z Stewartem, nudnym studentem prawa, zamieszkuje w obskurnej norze. Pod pretekstem zbierania materiałów do przyszłych wielkich dzieł, przeżywa mnóstwo przygód seksualnych, z których co niedziela zdaje relacje współlokatorowi. Opowiada mu też o swoim życiu, skomplikowanych relacjach z matką, aspiracjach i wątpliwościach. Ze zbierania materiałów nic nie wynika, Cal nie jest w stanie pisać, zaczyna podejrzewać, że talent, który sobie wymarzył, jest tylko urojeniem. Wtedy okazuje się, że Stewart, który ponoć nie widział świata poza meandrami prawa, w szufladzie chowa obszerny plik opowiadań oraz ukończoną powieść. A traktuje ona o Calu, składa się z wszystkiego co ten opowiadał Stewartowi, wręcz z całych zdań, które wypowiadał, chełpiąc się podbojami. Czyja to, w takim razie, książka? Tego, który wypełnia ją swoją osobowością i życiem, ale nie potrafił jej przelać na papier, czy tego, który ukradł opowieść, ale opisał ją w znakomity sposób? Stewart grzecznie usuwa się z drogi, wpadając pod taksówkę, a Cal przedstawia powieść jako swoją. Odnosi olbrzymi sukces, ale jak łatwo się domyślić, to dopiero początek kłopotów. Potem jest szantaż, utrata kontroli, groźby i pościgi. Bo, jak wymaga tego fabuła, ktoś wie o jego oszustwie.

Poza kwestią wzajemnej kradzieży, fabuła jest właściwie banalna, autor zresztą zdaje sobie z tego sprawę, bezpośrednio nawiązując do filmu Miejsce pod słońcem, który bohater ogląda, co pozwala mu z dystansu spojrzeć na sytuację i zdecydować się na drastyczne środki. Na szczęście elementy fabuły są bardziej przewrotne, niż we wspomnianym filmie, więc, chociaż akcja jest dość przewidywalna, książka nie wpada w sztampę. Ciekawe są też fragmenty dotyczące pisarskiej blokady i środowiska wydawniczego, gdzie powieść ocenia się tylko pod kątem kwoty, którą za nią zapłaci Hollywood.

Autor kontra autor nie jest na pewno wybitną literaturą, ale czyta się świetnie. Ot, niegłupia i zabawna lektura na jedno popołudnie, niespełnieni pisarze mogą odnaleźć tam własne rozterki, a inni po prostu interesującą akcję z literaturą w tle. Zwłaszcza, że obecnie nakład jest wyprzedawany i w większości księgarń można ją nabyć nawet za 2-3 zł. Ja nie żałuję.



Tekst by Lilandrah



poniedziałek, 18 kwietnia 2011

Wampir z M-3 - Andrzej Pilipiuk



"Fabuła nie jest z gumy, trzeba ją czyścić z rzeczy fabule zbędnych. Powieść to nie jest wór na świetne pomysły autora."

Tak powiedział Andrzej Sapkowski, który co prawda w swoich powieściach mnoży wątki, ale potrafi je później utrzymać w ryzach i doprowadzić do sensownej konkluzji. Nie potrafi tego natomiast Andrzej Pilipiuk, którego ostatnia powieść właśnie wpadła mi w ręce. Podobno - muszę tu uwierzyć na słowo, bo od dawna nie śledziłam jego obszernej twórczości - jest to wyjście z dołka po wyjątkowo słabym literacko okresie. Nie wiem jak głęboki był ten dołek, ale po lekturze stwierdzam, że do osiągnięcia poziomu gruntu brakuje jeszcze co najmniej kilku metrów. Czyta się tę książkę z rosnącym zdumieniem: ile można tu jeszcze upchnąć? I po co?


Z założenia miał to być chyba postmodernizm pełną gębą, ale wyszedł produkt naszpikowany rekwizytami rodem z PRL-u, który miał być swojski i oryginalny, a jest potwornie wymuszony. Wygląda to tak, jakby autor miał zaplanowane rozmaite motywy z popkultury do sparodiowania, i wykreślał z listy te, których już użył. I na koniec, ocierając pot, sapnął: "Uff, jest wszystko. Fajrant".

Gdyby wybrać najciekawsze motywy i dopracować humor, mogłoby być przyzwoicie. Ale wszystkiego jest za dużo, napchane bez ładu i składu, żeby tylko czytelnik nie miał chwili żeby się zatrzymać i pomyśleć. Każda postać jest wręcz podręcznikowo barwna, każda strona obfituje w dowcipne (?) dialogi, mnóstwo się dzieje, w PRL-owską rzeczywistość wplata się wampirze problemy... ale gdzieś ucieka lekkość pióra, gdzieś umyka literatura. Ale czegoż tu nie ma? Typowa nastolatka, córka działacza PZPR, kochająca Limahla, wampir przodownik pracy, wampir komunista, wampir szalony wynalazca i jego mega-pijawki, Necronomicon, rodzina Coolenów (barbarzyńsko wysysająca krew zwierząt), łowcy wampirów, zażywna babcia kierująca armią weteranów AK, Pan 'erotoman' Samochodzik (którego przygód napisał Pilipiuk imponujące 19 tomów!), ubecja, mumie, wilkołaki, zombie... i tak do znudzenia...

Około setnej strony, kiedy pojawił się przystojny wilkołak, miałam chwilę zwątpienia, konstatując, że to dopiero 1/3 całości, a już mam dość. Lista motywów do sparodiowania musiała chyba liczyć kilkanaście stron formatu A4. Jest tu wszystko - tylko sens w tej książce nie istnieje - tak jak gadające psy, które istnieć nie mogą, bo towarzysz Lenin o nich nie pisał.

Od połowy akcja zwalnia, mam wrażenie, że autor nie do końca wiedział co tam jeszcze wstawić, więc skorzystał ze sprawdzonego patentu: mamy do czynienia raczej z opowiadaniami, gdzie bohaterowie dostają zadania do wypełnienia. Najpierw jest to ożywiona egipska mumia (która pojawia się chyba tylko dlatego, że Pilipiuk jest archeologiem), potem nad-wampiry jeżdżące Czarną Wołgą w pogoni za menelem wiecznym tułaczem, a na koniec sukces polskiej myśli technicznej, usiłującej wysyłać w kosmos wampira . I nareszcie koniec. Ubaw był, cholera, po pachy.

Pilipiuk jest, do czego sam się przyznaje, rzemieślnikiem. Może sam przed sobą ma aspiracje do bycia artystą, ale wszem i wobec pokazuje raczej postawę typu: pisać sprawnie, prosto, z pomysłem, sprzedać dużo książek. Jako jeden z nielicznych polskich pisarzy, a już fantastów szczególnie, jest w stanie być literatem zawodowym, a nie skrobać po powrocie z "normalnej" pracy. Szanuję go za to, co nie znaczy, że jakoś szczególnie podziwiam jego twórczość. Talent na pewno ma, ale większa część jego sukcesu to praca i samozaparcie. Gdyby - zamiast zostać pisarzem - zajął się malowaniem, też pewnie ciężką pracą pokonałby pewne niedostatki, i tworzył obrazki, którym często od strony technicznej nie można by nic zarzucić. Pisze książki lekkie, pilnując przy tym, żeby potencjalnego czytelnika przypadkiem nie przerosły intelektualnie. Nie wydaje mi się, żeby dobrym wyjściem było przyjęcie takiej postawy jako ogólnego założenia przy pisaniu polskiej fantastyki - ale prawdopodobnie ciekawe i nieskomplikowane książki przyciągną do czytania kogoś, kto na nich nie poprzestanie. I za to im jednak - mimo wielu zastrzeżeń - chwała. Nawet jeśli są tak słabe jak "Wampir z M-3".

Tekst by Lilandrah

piątek, 8 kwietnia 2011

Krzyk w niebiosa - Anne Rice

Poniższy tekst napisała Lilandrah. Gościła już w Arkham (klik) i od lat stoi za kulisami tego bloga (robi banery, loga, itd., ale nie tylko - podrzuca mi też czasem muzykę albo marudzi) . Teraz ma tu zostać na stałe. Wraz z rozwojem literackiego działu Arkham jej pojawienie staje się dość naturalne. Lilandrah nie tylko dużo czyta, świetnie pisze, ale też znacznie lepiej niż ja orientuje się we współczesnej fantastyce (szczególnie polskiej). Do tego ma dobry gust i niewyparzony język. Mam nadzieję, że polubicie jej recenzje.



Książkę do recenzji udostępniło wydawnictwo Rebis. Dziękujemy.



Pierwsze skojarzenie na hasło 'Anne Rice' to oczywiście Kroniki Wampirów, cykl, który dobrze się zaczął, potem zdegenerował i - na cale szczęście - już się skończył. Zło jednak się dokonało, i psychoza na punkcie krwiopijców, której obecnie doświadczamy, jest, w dużym stopniu, jej właśnie winą. Zanim jednak pani Rice zaczęła taśmowo produkować opowieści o wampirach, rozdmuchując je do absurdalnych wręcz rozmiarów, zanim się nawróciła i zaczęła pisać ku chwale Pana, i zanim wreszcie się z Kościoła wypisała, powstała jej trzecia z kolei książka, nie będąca częścią żadnego cyklu i w której, Bogu dzięki, nie pojawia się nic nadprzyrodzonego.


Nikt nie może mieć wątpliwości, że Anne Rice jest utalentowaną pisarką, jednak czasem można mieć zastrzeżenia co do jej dobrego smaku. W „Krzyku…” presja, której później uległa, by tworzyć kolejne wysmakowane językowo, ale kompletnie miałkie horrorki, jeszcze nie dała o sobie znać. Mamy więc powieść napisaną z równą zręcznością, ale pełną treści, popartej w dodatku imponującymi studiami nad epoką. Podczas lektury można autentycznie poczuć „powiew muzyki”, usłyszeć arystokrację oklaskującą śpiewaków w operach Wenecji, Neapolu i Rzymu, posmakować karnawału, a nawet zaangażować się w barwne sceny homoerotyczne.

Teoretycznie kastraci nijak mają się do wampirów, ale w gruncie rzeczy Anne Rice i tym razem eksploruje zbliżone środowiska. W końcu wampiry też zostały w pewien sposób pozbawione płci, a inność jest dla nich brzemieniem. Stoją gdzieś na skraju społeczeństwa, są jednocześnie wyobcowane i podziwiane, nieszczęśliwe i potężne.



(Czytając książkę, słuchałam współczesnego sopranisty Radu Mariana, który jest naturalnym kastratem, tzn. ma wszystko na miejscu, a mimo to nie przeszedł mutacji i zachował odpowiednie rejestry wokalne. Nie wiem, na ile jego talent odpowiada „prawdziwym” kastratom, ale i tak robi wrażenie)


Kastraci, egzystując poza światem tradycji i odpowiedzialności za ród, oraz wolni od przynależności do jednej płci, dysponowali ogromną jak na owe czasy swobodą seksualną. Nie byli w pełni mężczyznami, więc ich związki nie wywoływały w muzycznym światku zgorszenia. Publiczność kochała ich głosy i kreacje na tyle, by podczas występu Cafarelliego wołać „Evviva il coltello!” – „Niech żyje nóż”, jednak poza światem muzyki skazywała ich na pogardę. Ich wzrost, długie kończyny i rozwinięte klatki piersiowe sprawiały, że w rolach kobiecych dysponowali ogromnym czarem, ale jednocześnie pełnili rolę boskich dziwadeł, stworzonych tylko dla muzyki.
Życie kastrata było jednak dla Tonia Treschi - bohatera Krzyku - czymś innym, niż dla utalentowanych biedaków, którzy dzięki operze mieli szansę na życie w luksusie. Dla nich talent był raczej wybawieniem niż brzemieniem, nawet mimo tego, że kastrowano wtedy mnóstwo chłopców, a tylko nieliczni dysponowali zdolnościami wystarczającymi do prawdziwej wielkości.

Tonio wywodził się z poważanej rodziny weneckich patrycjuszy. Jego zadaniem, w zastępstwie okrytego hańbą brata, był ożenek i zapewnienie ciągłości rodu. Kiedy wbrew woli został pozbawiony męskości, miotał się w poczuciu straty, z którą nigdy do końca się nie pogodził. Przez długi czas nie decydował się na przyjęcie scenicznej roli kobiety, w końcu jednak perfekcyjna iluzja ułatwiła mu zemstę, nie pozbawioną zresztą goryczy. Końcowa konfrontacja ze sprawcą nieszczęść pokazuje, że być może Tonio miał szczęście, że przypadła mu barwna egzystencja śpiewaka-kastrata a nie weneckiego senatora.



(Jedyny zachowany na taśmie kastrat Alessandro Moreschi daje jeszcze mniejsze pojęcie o tym, jak to mogło brzmieć, ponieważ nagranie z początku wieku XX jest bardzo słabe, a jego głos był już wtedy w bardzo złej formie.)



Podczas czytania tej powieści do głowy przyszedł mi dowcip, w którym wszystkie niezbędne elementy bestsellera zawarły się w zdaniu: „Mój Boże, ktoś zerżnął królową! Ale kto?”. W Krzyku w niebiosa znajdziemy bowiem wszystko co potrzebne, aby powstała książka poczytna i wciągająca. Mamy arystokrację, tajemnicę, seks, konflikty rodzinne, rozbudowany wgląd w psychikę postaci i tło historyczno-społeczne, a to wszystko ubrane w niesamowicie barwną i płynną prozę. To musiało się udać.

Tekst by Lilandrah


Wydanie Rebisu jest bardzo eleganckie: ładny papier, twarda okładka i robiąca duże wrażenie piękna obwoluta, z której spogląda na nas Farinelli pędzla Corrado Giaquinto.


usoPreviewPopup
usoPreviewPopup
usoPreviewPopup
usoPreviewPopup

sobota, 4 września 2010

Spiritual Front - Roma Rotten Casino (2010)


Nadejszla wiekopomna chwila. Pierwszy gościnny występ w historii Arkham. Postanowiłem umieścić tekst Lilandry nt Spiritual Front z kilku względów - po pierwsze, sam nigdy nie uległem "czarowi" tej kapeli i słucham właściwie tylko płyty z ORE (klik). Po drugie, zagląda tu dużo ludzi zainteresowanych NFem i zapewne są ciekawi mojego zdania... a ja zdania nie mam. Słuchałem tylko kawałka promującego i jedyne, co przyszło mi do głowy po odsłuchu to "kto niby ma być targetem tego tworu?". Druga fala NF przyciągnęła dużo nowych słuchaczy. Często przyszli do nas z dziwacznych rejonów (jak widzę last fmowe playlisty ludzi słuchających Rome to mi włosy dęba stają). Zastanawiam się, kogo może zwabic nowe SF i ogarnia mnie lęk.... Ale wracając do tematu... przed państwem Lilandra:

U fanów wcześniejszych dokonań Spiritual front, bądź neo/darkfolku w ogóle, nowy album tej formacji może wywołać reakcję dwojakiego rodzaju: skrajnie negatywną albo negatywnie obojętną . Nie przewiduję innych, bo ta płyta jest po prostu cholernie słaba, natomiast wybór z dwóch powyższych, zależy od oczekiwań, z którymi zasiadamy do odsłuchu.
Powiedzmy sobie szczerze: już Armagedon gigolo było popowe. Z tym że był to pop dobry, mroczny, ziejący włoskim westernem, gangsterską noir'ową balladą i dużą dozą nihilizmu ...
Co zatem jest nie tak z nową płytą? Po pierwsze piosenki są słabsze, po drugie - i najważniejsze - nawala produkcja. Cukier, lukier, umpa umpa, mega-popowe aranże... i nawet standardowe zabawne obrazoburcze teksty, oraz niewątpliwie znakomita barwa głosu wokalisty, nie są w stanie tego zrównoważyć. Poza tym, poziom kiczu osiąga wyżyny, nie twierdzę że wcześniej go nie było, ale pasował do wizerunku. Teraz już nic do niczego nie pasuje.
Album zaczyna się od utworu singlowego, do którego powstał teledysk z dużą ilością nagich ciał i pocierania tychże, i już jest źle... słodka muzyczka, dziwaczna ugrzeczniona barwa głosu oraz nagły nawrót koszmarnego akcentu. Zbyt popowe dla fana neofolku, zbyt dziwaczne dla fana popu, nie jestem w stanie wskazać targetu dla tej muzyki. Zresztą już klip mówi że Spiritual front uderza w mainstreamową widownię: włosy na żelu, makijaż, twarz oświetlona niczym w starych klipach Varius Manx, trendy tatuaże...
W utworze kolejnym mamy smyczki i "klimat", Hellvis prawie osiąga falset - jest strasznie, przede wszystkim bezbarwnie, nawet jeśli spodziewać się tylko popu. Dalej jest ciut lepiej, ale to pewnie dlatego że mamy do czynienia ze starszą piosenką: "My erotic sacrifice" pochodzi z albumu-tributu dla Piera Paolo Pasoliniego, i gdyby nie odrobinę delikatniejsza forma, mógłby to być odrzut z sesji do płyty poprzedniej (kto wie, może jest). Dalej jest gładko, bez jaj i polotu, trochę kabaretu, trochę popłuczyn po darkfolku, i w ten sposob docieramy do "German boys". Gdyby nie forma całej płyty, pomyślałabym że to dobry żart, zwłaszcza że tekst jest zabawny, ale w tej sytuacji... powiem tyle: nawet Pet shop boys ma większy wykop.
Po tej traumie, nic już nie jest nam straszne, więc kolejne piosenki jakoś tam wchodzą: "Odete" ma dość ładną melodię, i nie aż tyle lukru, więc da się słuchać, "Black dogs of mexico" to dynamiczna pioseneczka, do której po kilku głębszych można potupać nóżką albo zatańczyć na wiejskiej potańcówce. To samo można powiedzieć o dwóch kolejnych utworach, jednym uchem wlatują, drugim wylatują, nawet próby urozmaicania melorecytacją czy damskimi chórkami, nie są w stanie ożywić tych bardzo "dynamicznych" piosenek. Dość ciekawa jest za to nowa wersja utworu "Cold love in a cold coffin", który wcześniej znalazł się na splicie z zespołem Naevus, jest szybciej, bardziej rytmicznie, w sumie nieźle - no ale to w końcu znowu starszy utwór...
Płytę wieńczy "Overkilled Heart" duet z panią o nazwisku Sonja Kraushofer, jak wyguglałam - wokalistką pop-gotyckiej kapeli L'Âme Immortelle ... piosenka jest tak słaba, że aż mowę odbiera. Byłaby to dobra propozycja dla jakiejś pary znakomitych polskich wokalistów na koncercie Premier w Opolu, serio.
No i wracamy do dwóch reakcji po przesłuchaniu tej płyty: jeśli spodziewamy się ciekawego, eklektycznego i mrocznego włoskiego popu w rodzaju Armagedon gigolo - zawód będzie gigantyczny. Jeśli zaś, nauczeni doświadczeniem w postaci koszmarnego singla, spodziewamy się tego, ku czemu ten zespół zdążał, odkąd zaczął sukcesywnie odrzucać neofolkową stylistykę - trochę się pokiwamy, stwierdzimy że jest parę chwytliwych melodii, kilka ech wcześniejszych dokonań, a następnie pozbędziemy się tej płyty bez żalu. Jest to, jak już mówiłam, muzyka bez łatwych do określenia odbiorców. Na Vivie tego grać nie będą, w radiu też zapewne nie, bo etykietka alternatywnej kapeli pozostala (czego przykładem chociażby zaproszenie na tegoroczny Industrial (!) festiwal), a osoby zainteresowane neofolkowo-martialową stylistyką odrzuci popowość i płytkość. Sam lider określa tę muzykę jako suicide pop, pewnie liczy że ktoś popełni po tym samobójstwo, co obecnie nie byłoby takie znów dziwne... Kolejna rzecz to bardzo długi czas, który przyszło nam czekać na nowy album, bowiem kilka piosenek na nim zawartych zespół grał na koncertach już od 2007 roku, i zapewne wtedy ta płyta miała się oryginalnie ukazać... czy to by coś pomogło, ciężko powiedzieć, pozostaje mieć nadzieję że w wersji live nowe piosenki zabrzmią trochę lepiej.
A akurat niedawno słuchałam sobie solowych występów Salvatoriego, z listopada zeszłego roku (dla zainteresowanych np. klik ), z materiałem z Armagedon gigolo, i było naprawdę znakomicie... Bardzo przykre. Bardzo.

Tekst by Lilandrah