piątek, 31 lipca 2020

Tajne Imperium. Spencer/Sorrentino

Kolejny gościnny występ Rafała Piernikowskiego, który zdaje się niedługo zostanie pełnoprawnym członkiem tego sracza. Enjoy.



Tak na dobry początek powtórzę coś, co miałem okazję wyrazić ostatnio w pewnym internetowym kałszkwale – research przed pisaniem recenzji jest cholernie ważny, ale odwalanie go przed samym czytaniem może diametralnie zmienić odbiór komiksu. Nie byłem specjalnie entuzjastyczny przed lekturą historii mającej zwieńczyć sprawę nazistowskiego oblicza Kapitana Ameryki. Chciałem nawet zacząć tekst od żartu, w którym to bym sugerował, że ktoś w końcu zauważył prawdziwe oblicze Stanów Zjednoczonych, haha, hehe. Przecież to niemożliwe, przecież to chodzi o typowy, bezpłciowy przewrót w estetyce kolorowych trykotów. Przecież na pewno celem jest jedynie przyciągnięcie czytelnika tanią kontrowersją wycelowaną w jednego z najbardziej rozpoznawalnych nadludzi. Okazało się, że żartując, byłem bliższy prawdy, niż podczas poważnych insynuacji.

Oto bowiem spełnił się najgorszy koszmar, którego nikt nie śmiał nawet śnić. Jeżeli ziemscy superbohaterowie nauczyli się czegokolwiek przez lata swojej działalności, oprócz dogłębnej znajomości najlepszych maści na otarcia, to był to całkiem oczywisty dla wszystkich fakt, że na Steve’a Rogersa zawsze można liczyć. Uratuje wszystkich w skrajnie patowej sytuacji, zmotywuje sprzymierzeńców, przekabaci umiarkowanych antagonistów, walnie patetyczną przemowę w stylu nieco wyposzczonego Leonidasa. Tym razem stało się jednak inaczej – wykorzystując zaufanie właściwie wszystkich herosów, Kapral Nowyświat przejął władzę nad najpotężniejszym krajem świata i uczynił z niego faszystowską utopię. Zawsze w takiej sytuacji akcja skupia się na ruchu oporu, ale rozbici bohaterowie nie za bardzo mogą wykonać jakiś ruch, a co tu dopiero gadać o stawianiu oporu. Nadzieja, choć teoretycznie powinna żyć wiecznie, umiera wielokrotnie.

Rajuśku, jak ja nie byłem na to gotowy. Postawmy sprawę jasno – „Tajne Imperium” absolutnie nie jest komiksem idealnym, ale jak na normy trykociarskie sięga pewnych wyżyn. Nie wspominajmy już nawet o moim zaskoczeniu, bo wynika ono głównie z uprzedzeń do pomysłów przesadnie kontrastujących ze status quo. Scenariusz Nicka Spencera faktycznie zapunktował tam, gdzie oczekiwałby tego każdy czytelnik znający jedynie pusty kontekst historii. Jeden z największych idealistów fikcyjnej wersji naszej ukochanej Ziemi stał się nagle nazistowskim dyktatorem. Niektórzy zaskakująco szybko odnaleźli swoje miejsce w tej nowej rzeczywistości, wielu była ona na rękę. Pod pewnymi względami nowy porządek poprawił funkcjonowanie społeczeństwa i nie uciekło to uwadze zdesperowanych jednostek. Naczelny wódz Hydry, pomimo przejścia na ciemną stronę dosłownie wszystkich mocy, zachował główne cechy swojego oryginalnego charakteru – pozostał postacią charyzmatyczną, inteligentną, momentami (co chyba najgorsze) całkowicie zrozumiałą.



To jest właśnie w Tajnym Imperium najlepsze i jednocześnie straszliwie przejmujące. Spencer doskonale prezentuje ciągoty nie tylko post-kowbojskiej społeczności, ale i całego świata. Niektórzy bez zastanowienia rzucają się w konformizm, inni znajdują sobie usprawiedliwienia, aby dopasować nowe realia do swoich potrzeb. Poprzez doskonale dawkowane zwroty akcji i pełną angażujących wątków narrację nieustannie śledzimy beznadziejne zmagania ostatnich buntowników, którzy również dalecy są od idealnych archetypów herosów przeciwstawiających się reżimowi. Jak na komiks superbohaterski (!) traktujący o zmaganiach teoretycznie dobrych i uciśnionych z reżimem, wszystko jest tu zaskakująco nieoczywiste i dalekie od wyraźnej dychotomii. Ten fakt, podczas lektury, zachwycał i martwił mnie z jednakową intensywnością.

Tak jak już jednak wspomniałem, nie jest idealnie. Spencer czasami gubi się, prezentując niezgrabnie rzucające się w oczy szczegóły. Postacie zbyt mocno odchodzą od osobowości, które na przestrzeni lat zdążyliśmy tak dobrze poznać. Jessica Jones zachowuje się jak typowa superbohaterka, naiwność Thora przerasta wszelkie oczekiwania, a Punisher porzuca swoje paradygmaty dla ewidentnie złudnej iluzji. Zgrzyty wkurwiają też momentami w samej narracji, gdy (przykładowo) Stephen Strange przybywa jako wsparcie do bohaterów, z którymi współpracował od samego początku. To banalne błędy, nie powinno ich tu być, ale przy intensywności faszystowskiej nawałnicy umknęły uwadze twórców i skryły się we wszechobecnej dominacji pretekstowości i okazjonalnie zbyt mocnej ekspozycji. „Tajne Imperium” to najbardziej ambitny event w historii Marvela, przynajmniej z ideologicznego punktu widzenia. Cierpi jednak z powodu tych samych konieczności, które często kładły na łopatki rozdmuchanych poprzedników. Do pewnych odgórnych pomysłów scenarzysta dopasować się po prostu musiał i zaowocowało to wymuszeniami, naiwnym zawiązaniem akcji i obrzydliwie pompatycznym, wręcz wydębionym zakończeniem. Epilog trochę ratuje sytuację, ale decyzyjne osoby w Marvelu wyraźnie nie były gotowe na faktycznie znaczący fabularnie rozpierdol zaproponowany przez scenarzystę. Tak, usprawiedliwiam Spencera, bo jego zasługi są tym razem oczywiste (poza potknięciami przy kilku szczegółach), a błędy bardzo wyraźnie wynikają z konieczności powrotu do nudnej i bezpiecznej stabilizacji.



Prawie żadnych zastrzeżeń nie mam za to do warstwy wizualnej. Skoro „prawie”, to ograniczę się do rozległego opisania tych pozornie ograniczonych narzekań – pod względem graficznej narracji i charakterystycznej stylistyki przoduje Andrea Sorrentino, ale jeśli widzieliście jakikolwiek jego komiks, to widzieliście wszystkie. Gość jest bowiem mistrzem umiarkowanej awangardy w żonglowaniu architekturą kadru i doskonale kreśli poszczególne sceny, ale po znalezieniu swojej niszy ma wyraźnie wyjebane na rozwój i rysuje superhero z użyciem identycznych zabiegów, jak przy kreśleniu ilustracji do (przykładowo) „Gideon Falls”. Pełne onirycznej nadziei partie kreśli za to pozbawiony rozwiniętego talentu narracyjnego Rod Reis, broniący się płynnością pojedynczych obrazków, kontrastującą z głównym wątkiem. W międzyczasie porywają nas co prawda bardziej trykociarskie sceny, rysowane m.in. przez Daniela Acuñę, Steve’a McNivena i Lenila Francisa Yu, ale zdarzają się też generujące rozczarowanie banały. Najgorzej, wśród galerii kreatywnych gwiazd, wypadają partie typowo superbohaterskie autorstwa (głównie) Jesúsa Saiza. Żebyście mnie jednak tutaj zrozumieli – dawno nie widziałem, by ktoś tak trafnie przypasował rysowników do poszczególnych wątków historii. Wszystko, na co wyraźnie nie psioczę, działa w „Tajnym Imperium” przynajmniej poprawnie. Są momenty wizualnie świetne, potencjalni kandydaci na plakaty w pokoju zadeklarowanego nerda, a album ogółem (dzięki tej przemyślanej różnorodności) trzyma się po prostu kupy i nie wybija czytelnika z klimatu nawet w tych słabszych momentach.




Spoiler alert – cieszę się, że ostatecznie heros stworzony przez komiksową logikę spandeksowej czwartej Rzeszy okazał się obmierzłym, zgorzkniałym i zagubionym chujkiem. Spencerowi udało się, za pomocą peleryniarskiej fabuły, wpisać nadużycia, okrucieństwo i parszywy reżim w ramy obserwowanego przez nas codziennie człowieczeństwa. Za cholerę nie spodziewałem się czegoś takiego w komiksie od Marvela, a zwłaszcza w takim związanym mocno z jednym z najbardziej promowanych eventów. „Tajne Imperium”, pomimo licznych wad, zaskakuje trafnymi obserwacjami i przemyślanymi decyzjami artystycznymi. Rekompensuje uniwersalne konieczności i wszechobecną pretekstowość nie tylko sprawną narracją, ale też odwagą w łamaniu ustalonych od lat wizerunków źródeł popularności dochodowego merchandisingu. Jak już wspomniałem, to nie w żadnym stopniu album idealny, ale w spandeksowym mainstreamie nie możemy raczej liczyć na bardziej uparte napierdzielanie pod prąd.

Autor: Rafał Piernikowski

1 komentarz:

Bartosz Zieliński pisze...

Bardzo fajny wpis. Pozdrawiam.