piątek, 2 marca 2018

Lone Sloane tom 2 Druillet

Tekst pierwotnie ukazał się na stronach Wirtualnej Polski.  



To już drugi album (trzeci, jeśli liczyć "Salambo") z opowieściami o tytułowym gwiezdnym piracie i awanturniku. Za sprawą genialnego ilustracyjnego warsztatu Druilleta zostajemy przeniesieni do tętniącego gwałtem i przemocą kosmicznego uniwersum, którego fabuła wyraźnie inspirowana jest historią starożytną (ze wskazaniem na wojny).

Opowieść Druilleta ma epicki rozmach, a autorowi wystarczy zaledwie kilka stron, by przejść do rzeczy, wplątać swojego bohatera w jakąś kabałę i bombardować czytelnika obrazami przedstawiającymi kosmiczne potyczki toczone na wielką skalę. W pierwszej historii, zatytułowanej "Gail", Lone Sloane zostaje wysłany do galaktycznego więzienia, gdzie niemal od razu wznieca bunt wśród więźniów. Druga nazwa się "Chaos" i dzieje się 10 lat po śmierci naszego bohatera. Lone Sloane zostaje w niej wskrzeszony, by stoczyć bój z jednym ze swoich odwiecznych wrogów - potężnym Shaanem.  

Cykl stworzony przez Druilleta nie jest dla każdego. To rzecz dla koneserów, czytelników zainteresowanych historią komiksu i nietuzinkowymi formami narracji. Mimo iż autor odwołuje się do pulpowych wzorców, to jego komiks jest (przynajmniej od strony formalnej) ze wszech miar artystyczny. W albumach Druilleta nie liczy się sama historia, a to jak została opowiedziana, bo autor bardzo odważnie dobiera środki ekspresji. Nie boi się stosować całostronicowych (nieraz rozpiętych na przestrzeni dwóch plansz, do tego zakomponowanymi w pionie, tak, że trzeba obrócić album, by je w pełni podziwiać) obrazów przedstawiających wielkie bitwy, monumentalne budowle i efektowne statki kosmiczne. Nie omieszkuje też zapełniać plansz skomplikowaną siecią kadrów zbudowaną ni to na wzór malarstwa secesyjnego, ni to sakralnych wielopanelowych ołtarzy. Czerpie tyle samo z dzieł Alfonsa Muchy co z inspirowanych matematyką wizji Escher, przy czym jego styl jest na tyle futurystyczny, że byłby wymarzonym ilustratorem do zobrazowania słynnej "Diuny" Franka Herberta. 



 Lektura komiksów Druilleta to nie są rurki z kremem, a obcowanie z nimi nie należy do najłatwiejszych. Niemniej akurat ten tom jest najprzystępniejszy z tych, które do tej pory czytałem. Z drugiej jednak strony w innych odsłonach serii dziejących się w tym uniwersum – przynajmniej na płaszczyźnie graficznej - autor dawał z siebie więcej. A może to ja już oswoiłem się z jego unikalnym stylem? W każdym razie jeśli chcecie sięgnąć po jego twórczość, to proponuję zacząć po bożemu, od genialnego od strony plastycznej, ale do bólu epickiego "Salambo". Jeśli zachwyci was ten komiks, to otworzy się przed wami wspaniały świat twórczości Druilleta.

Brak komentarzy: