środa, 16 stycznia 2013

MUZYKA - subiektywne podsumowanie 2012 roku.



Możliwe że siedząc w kącie, czytając komiksy i słuchając w kółko pętlących się ambientów przegapiłem wiele istotnych (nawet jeśli byłyby istotne tylko dla mnie) płyt. Jednak te pięć tytułów - niektóre są bardzo oczywiste - wymieniłbym jednym tchem. W niektórych podsumowaniach widzę Matta Eliotta, którego uwzględniłem w tamtym roku (premiera na nośniku była w styczniu 2012), pojawia się też nowe Death Grips które pomijam, bo o projekcie również pisałem w zestawieniu na 2011 rok (zalecam tam zerknąć - klik). 


W podsumowaniu znalazły się tytuły, które nasunęły mi się same. Potem zacząłem kombinować, googlać, dopisywać i lista zaczęła się rozłazić. W ostatniej chwili wywaliłem kilka pozycji, pozostawiając zestawienie w pierwotnej formie. Przeglądałem też listę Brainwashed i na pewno muszę dosłuchać kilku pozycji (sądząc po niej, przegapiłem mniej niż sądziłem) więc będę pewnie jeszcze wspominał o kilku fajnych płytach na fanpage'u, a może niedługo pojawi się tu druga piątka.

 Przed świętami przyszła do mnie ostatnia płyta wydana przez Etalabel, ale nie wsadziłem jej jeszcze do odtwarzacza. Pomijając ten album (który pewnie też jest fajny), oficyna prowadzona przez Grzegorza Bojanka wydała w tym roku same bardzo dobre płyty, idealnie wpisujące się w moje gusta muzyczne. Fajne rzeczy robi też kasetowy label Sangoplasmo (pisał o nich Bartek Chaciński klik).



Komary rypią, przejdźmy do listy.



Scott Walker - Bish Bosch  Nie będę ukrywał zawodu. "Bish Bosch" - mimo tego, że niesamowita warstwa tekstowa wpisuje się w te same tendencje - do "Tilt" i "Drift" nie dorasta. Na poprzednich albumach apokaliptyczna poezja Walkera i konceptualna muzyka stanowiły nierozerwalną całość - tu nad wszystkim dominuje deliryczna narracja. Co ciekawe, w porównaniu do swojej poprzedniczki, płyta jest całkiem słuchalna. Przyznam szczerze, że nie jestem w stanie przedrzeć się przez cały "Drift" za jednym posiedzeniem (dla nieznających twórczości Walkera może to zabrzmieć jak zarzut, więc zaznaczam, że tak nie jest - to po prostu jedna z najbardziej przerażających i sugestywnych płyt w historii "muzyki popularnej"). "Bish Bosch" jest jednak również mniej muzykalny, niż mój ulubiony "Tilt", którego mogę słuchać całymi dniami, w kółko Macieju.  Wszystko wskazuje na to, że Walker swoje opus magnum ma za sobą i trudno mi z tym przejść do porządku dziennego. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś będę to musiał odszczekać. Głęboko wierzę, że uda mu się nagrać przynajmniej jeszcze jeden album .


Ponad dwudziestominutowe serce płyty (SDSS14+13B) wybija się spośród reszty utworów i najbardziej przypomina poprzednie dokonania Walkera. To jedyny track, który urzekł mnie od razu - od pierwszej chwili słuchałem jak zahipnotyzowany i za każdym razem przeżywam ten utwór równie intensywnie. Mimo wszystko trudno uznać "Bish Bosch" za nieudany album i jest to dla mnie ważna płyta - możliwe, że najważniejsza w tym roku - czekałem na nią w końcu pół dekady. Cały czas wracam do niej, cały czas znajduję coraz więcej, i możliwe, że wgryzę się w nią jeszcze bardziej, ale na tę chwilę (jakieś dziesięć odsłuchów - dwa na słuchawkach, reszta na głośnikach) nie kupuję jej w całości.




 Mount Eerie - Ocean Roar  Phil Elverum nagrał w tym roku dwie wspaniałe płyty, których słuchałem z prawdziwą ekscytacją. Jeśli miałbym wybrać tylko jedną, wskazałbym "Ocean Roar", która w szczytowym punkcie kradnie sporo z black metalowego shoegaze (artysta robił to już na wybitnym "Wind's Poem") i tymi środkami odmalowuje wzburzony morski krajobraz, stający przed naszymi oczami niczym żywioł rodem z rycin Gustava Dore. W tej stylistyce wykonał również utwór z repertuaru legendarnego Popol Vuh, podkreślając tym samym ambitne konotacje i założenia współczesnego black metalu. Musicie tego posłuchać, bo w tym dyptyku tak pięknie uwypukla się jego potencjał, że powody nobilitacji, jaka spotkała w ostatnich latach ten hermetyczny dotychczas gatunek, zrozumie każdy niedowiarek (każdy, prócz zajadłych metalowców, dla których będzie to pewnie pozerstwem). 





Warto dodać, że za Wielką Wodą scena BM rozkwita jak grzyb na ścianach poprzedniej stancji Marcina Zembrzuskiego. Przylatują stamtąd (ze Stanów ofkors, a nie z poprzedniej kanciapy Marcina) coraz wspanialsze wynalazki, które odbijając się od tradycji europejskiej sceny black metalowej (również polskiej, gdyż dla takiego Xasthura jedną z największych inspiracji stanowił pono Graveland)  tworzą nową jakość, często eksperymentują z estetyką, wyciągają na wierzch shoegaze, ambient, podpierają postrockiem, zamieniając ją w coś więcej. Sam słuchałem z tego wszystkiego zaledwie ułamek, bo moje króliki reagują na to z dezaprobatą, w popłochu chowając się za kanapę.


Neil Young - Psychedelic Pill Sześcdzisięciosześcioletni staruszek, któremu lekarze zabronili już nawet palić trawę, nagrał najlepszy rockowy album głównego nurtu, zostawiając w tyle większość indie młodzieńców. Wszystkie utwory są bardzo dobre, ale płytę zdominowały bezkompromisowe kilkunastominutowe, transowe kompozycje w których czuć młodzieńczą radość grania. Mam nadzieję, że tego albumu słuchali już wszyscy i rekomendacja jest całkowicie zbędna. To z nim będzie mi się  kojarzył 2012 rok. Sam teraz wracam do poprzedniej płyty Younga: "Le Noise", bo przyznam szczerze, że chyba ją zlekceważyłem i po premierze zbyt szybko wyszła z mojego playera. 




Swans - The Seer Zawsze denerwowało mnie jęczenie znajomych na rozpad Swansów. Są rzeczy, które powinny się skończyć, choćby po to, żeby się nie zdewaluować. Projekty Giry (który coraz bardziej zaczyna przypominać Hanka Williamsa), i solowe płyty Jarboe wpisywały się świetnie w moje gusta. Nie było według mnie na co narzekać. Teraz muszę wszystko odszczekać. Tak, poprzednia  płyta Swans to petarda, nowa płyta to monolit. Za kilka dekad rok 2012 będzie wspominany ze względu na Swans i czwarty eksperymentalny album Scotta Walkera.







King Dude – Burning Daylight i neofolk. Po pierwsze Myrninerest, "Jhonn, Uttered Babylon" projekt Davida Tibeta i James Blackshawa jest wart odnotowania, ale nie siedział długo w moim playerze więc zrezygnowałem z umieszczenia go w topie jako osobnego paragrafu. Przed publikacją tego tekstu słuchałem po raz pierwszy Fire + Ice "Fractured Man" - i jest to na pewno dobra płyta, ale obcowałem z nią zbyt krótko by ją tu wyróżnić. Prócz tego w neofolku działo się w tym roku naprawdę niewiele, albo mało z interesujących płyt do mnie dotarło - zawsze jest taka możliwość, bo jak często podkreślam, druga fala jest mi równie odległa, co polska scena komiksowa. Najciekawsze rzeczy wydarzyły się tak naprawdę na pograniczu i nowy King Dude jest chyba najlepszym tego dowodem. Wiele razy zdarzyło mi się słyszeć, że "Woven Hand to nie neofolk". Dziś, gdy wpływ alternatywnego country na ten nurt jest niezaprzeczalny, wszystkim malkontentom mogę pokazać faka. King Dude to nawiedzony, apokaliptyczny, psychfolkowo - countrowy, bluźnierczy gospel, nieraz zagrany z rockową werwą. Spiritus movens projektu często odżegnuje się od neofolkowych konotacji, ale ja mu zabraniam, bo jest dla mnie "nową nadzieją białych" . Jeśli miałbym odrzucić obiektywizm i zapomnieć o nowym Swans, to powiedziałbym, że to jest najlepsza tegoroczna płyta z całej mrocznej sceny.

I



 II


4 komentarze:

Garret Reza pisze...

Muszę się zainteresować tym Neilem Youngiem. Wciąż siedzę jeszcze w klasyce, mało nowości słucham, ale ten kawałek co dałeś... miodzio. Chętnie poznam resztę płyty ^^ Dzięki.

Anna Monika Krawczyk pisze...

Yyy... no więc nie wszyscy słuchali tego Neila Younga :). Muszę nadrobić jak najszybciej, bo to pogwizdywanie nie daje mi spokoju. Scott Walker po pierwszym odsłuchaniu jakoś mnie nie porwał, jeszcze nie wiem dlaczego. Mount Eerie - coś pięknego. No i to King Dude - pamiętam, jak raz na twoim drugim blogu słuchałam jakiejś ich melodyjnej, gitarowej pioseneczki o Lucyferze, a teraz tacy mocno deathinjune'owi się zrobili, w brzmieniu i nie tylko, nawet logo z czachą i maska na mordzie jest. Enyłej, dzięki za ciekawe zestawienie i nowe tropy muzyczne. Fajnie, że dalej piszesz o muzyce, bo ostatnio było o komiksach tylko.

Krzysztof Ryszard Wojciechowski pisze...

Czaszka i maska to raczej KKK ;) ale tak , jest coś na rzeczy. Wcześniejsza płyta "Love" też była neofolkowa, może nawet bardziej niż "Burning Daylight", bo ta momentami odjeżdża w szalone, wręcz rockowe brzmienia.

A Lucyfer jest taki "melodyjny" bo (po mojemu)to odległa parafraza John the Revelator. http://www.youtube.com/watch?v=5hucTDV1Fvo

"Fajnie, że dalej piszesz o muzyce, bo ostatnio było o komiksach tylko."

Dostrzegłem, że jeślibym chciał pisać o muzyce (i jeszcze coś na tym zarobić ) to będę musiał pisać o indie chłamie i Lady Gadze. Nie umiem udawać nastolatka dlatego to pierdole. Podobnie z filmem. Natomiast gdy zajmuję się komiksem to pisze prawie zawsze o dobrych tytułach - rynek jest inny i złe pozycje, masówka itd się u nas niemal nie ukazują. Powinnaś zacząć sięgać po komiksy jeśli jeszcze tego nie robisz.

Muzyka jest jednak najważniejszą częścią mojego życia. I tak pewnie już zostanie.

Krzysztof Ryszard Wojciechowski pisze...

Chyba, że ogłuchnę, ale jak na razie to raczej ślepnę...