Dla fanów neofolku rok, który wydawał się już w pewnym momencie zaprzepaszczony (brak inicjatywy organizatorów odnośnie kilku fajnych tras) okazał się kończyć wyśmienicie. Podsumowując, możemy powiedzieć, że w 2011 mieliśmy szansę zaliczyć dwa najważniejsze projekty związane ze sceną - w sierpniu Current 93, a tydzień temu Death in June. Wszystko dzięki Piotrowi Kościanowskiemu i Arturowi Rojkowi. W tym roku ci dwaj Panowie sprowadzili wykonawców, których od lat chciałem zobaczyć - oprócz wymienionych, temu pierwszemu zawdzięczamy również opolski koncert Of Wand and the Moon, temu drugiemu wrocławski występ Faust.
CZYTAJ DALEJ NA ŁAMACH APOSTAZJI>>>





2 komentarze:
Podczas koncertu zastanawiałam się czy dźwięk, który bezbłędnie pozbawił kawałki (chociażby te z "But, what ends...", a w zasadzie to głównie te) głębi, dołów, basów, zlewając je z wysokimi nutami w jeden hałas (zgrzyt?), w którym odróżnienie kawałków udawało się głównie dzięki wokalowi, to sprawka nagłośnienia czy akurat mojej pozycji oko w oko z głośnikiem. Pewnie wszystkiego po trochę, no ale.
Sama nie do końca wiem, czy ten "przegląd piosenki" jaki zafundował Douglas, skracając kawałki, do mnie dotarł (to z okazji 30. rocznicy czy taki ma styl grania koncertów?). Pomarudziłabym o to, nad czym ty ubolewałeś przy okazji Kerętów. Odnośnie tego braku 'mistyki', którą doznaję co noc na słuchawkach. No ale, to koncert przecież.
Wzruszyły mnie momenty, gdy Doug własnoręcznie rozkładał sobie bębenki i inne kadzidełka na scenie. Do teraz ocieram łezkę na to wspomnienie.
Wracając jeszcze raz do koncertu Currenta to - mój wymarzony - tak powinien brzmieć:
http://songsforloversandgangsters.blogspot.com/2012/01/current-93-niemandswasser.html
Prześlij komentarz