środa, 24 listopada 2010

"Maszyna Różnicowa" Bruce Sterling, William Gibson



Egzemplarz recenzencki podesłało wydawnictwo Mag. Wielkie dzięki.



Przez lata ta książka była dla mnie wręcz mityczna. Mam dość ciekawy zbiór steampunka na półce, mam nawet książki obydwu wyżej wymienionych panów. Ale tej jednej, jedynej, uważanej za kamień milowy nurtu - z racji wyczerpania nakładów i zaporowych cen na allegro - zdobyć nie mogłem. Na szczęście Mag ciśnie ostatnio kilkoma fajnymi wznowieniami, w tym właśnie Maszyną Różnicową.


Określenie steampunk wydawało mi się wtórne wobec samego nurtu, bo przecie retro-futuryzm (którego steam jest gałęzią ) to dużo starsza tendencja - myliłem się. Co prawda brakujące ogniwo estetyki możemy odszukać w dziwacznych, luźno opartych o prozę Verne'a filmach czeskiego reżysera Karla Zemana, jednak to, co wyjaśnia nam genezę nazwy - bo odsłania konotacje z cyberpunkiem - faktycznie znajdziemy dopiero w tej książce. Bardzo upraszczając, cały cwancych polega na wprowadzeniu w XIX wiek komputeryzacji oraz archetypów postaci z nią związanych .


Trailer "diabelskiego wynalazku" Zemana

Już samo słowo retro-futuryzm wskazuje na to, że mamy do czynienia z rzeczą, która odmienia słowo "postmodernizm" we wszystkich przypadkach. Tak. Cytaty i odwołania są tu powszechne - układanka stopniowo ukazująca świat, w którym rozgrywa się akcja powieści, jest konstruowana zarówno z wydarzeń historycznych, jak i ze słynnych literackich dystopii. Dla kogoś (jak ja) średnio obeznanego z historią Anglii, opisy alternatywnych wydarzeń historycznych nie są zbyt pasjonujące, jednak nie ma tych fragmentów aż tyle, żeby zniechęciły laików - nie mniej podejrzewam, że w drugą stronę nie jest już tak łatwo, bo książka Sterlinga i Gibsona to czytadło, ale jednak czytadło kierowane do wielbicieli fantastyki. Przypadkowy odbiorca nie podejdzie do tej pozycji z takim entuzjazmem - co nie znaczy, że nie będzie się dobrze bawił i że należy tę książkę skreślić z jego jadłospisu. Jeśli tylko zaakceptuje konwencję, to lektura go wciągnie, bo fascynujące realia to co prawda główny ale jednak nie jedyny walor, jaki Maszyna ma do zaoferowania. Konstrukcja jest dość brawurowa, przecinają się tu trzy osobne narracje stylizowane kolejno na : realistyczną powieść obyczajową ( mi, laikowi, kojarzącą się z Dzieje Grzechu Żeromskiego), powieść przygodową (we wzorcach oczywiście Verne/Kipling) i w końcu kryminalno-szpiegowską pulpę. Wszystkie wątki uzupełniają się i są jednakowo ważne - to nadaje książce wielkiej atrakcyjności - na zachętę uchylę rąbka tajemnicy i zdradzę, że gra tu nawet iście Tarantinowski rekwizyt, a wszystkie wydarzenia zazębiają się w ostatnich fragmentach niczym w Jackie Brown.

Od strony estetyki Maszyna Różnicowa to inny steam niż spokemoniały syf, który pod tą etykietką zalewa nas dzisiaj. Cuchnący, rozkopany i targany nagłym postępem technicznym XIX wieczny Londyn przyniesie raczej skojarzenia z filmowym Blade Runnerem niż z anime-lolitkową "mleczną krainą", Willem Smithem i pryśniętymi sprejem w kolorze miedzi goglami spawalniczymi kupionymi w kastoramie. Skoro już jesteśmy przy słynnej adaptacji prozy Dicka... niby nie wypada, ale jako niedoszły filmowiec nie potrafię się powstrzymać od snucia wizji nt. ekranizacji Maszyny. Myślę, że spłycenie wątku politycznego (aktualnego na przełomie 80/90, ale nie teraz) mogłoby tej historii wyjść na dobre. Rozsądne przeniesienie ciężaru niektórych elementów fabularnych zapewne zbliżyłoby Maszynę do pozycji, w jakiej wspomniany filmowy Blade Runner stoi wobec książkowego pierwowzoru. Konstrukcja podpowiada mi, że powinien zająć się tym jakiś postmodernista (a może dwóch albo nawet trzech?). Od biedy mógłby to zrobić Guy Ritchie, który chyba sporo ostatnio zarobił na nawet ciekawej plastycznie, ale lichej scenariuszowo, mocno steampunkowej parafrazie Sherlocka Holmesa. Maszyna Różnicowa to coś dużo ciekawszego od strony fabularnej i zarazem rzecz jak najbardziej możliwa do zekranizowania.


Co myślicie o duecie Guy Ritchie/Marc Caro? Wiem. Fantastyka.



Maszyna Różnicowa została wydana jak na klasykę przystało - gruby papier, szycia i twarda okładka. Solidna, ładna książka. Jeśli szukacie prezentu gwiazdkowego dla kogoś zainteresowanego fantastyką, to właśnie go znaleźliście.


4 komentarze:

stig helmer pisze...

Klasy?[drobne spoilery] No właśnie to jest raczej dobre rozrywkowe czytadło . Główne wątki opierają się o postać postaci dziwki i kolesia ze wsi który dzięki stypendium został palentologiem i który pnie się w wyższe sfery( a pnie się głównie dzięki kasie - swoją drogą dostaje cynk i wygrywa na wyścigach:) ... ale w ryj dalej umie dać (jako i jego bracia) i nawet gwarą nawija. Londyn jest sportretowany od samych nizin i nawet jak wydaje nam się że wkraczamy na salony to szybko zostajemy sprowadzeni z powrotem do parteru, walk szczurów i wszy łonowych:).



wg mnie Ritchie pasował by lepiej niż np Gilliam bo Gilliam już za bardzo groteskowy. I pasował by oczywiście do mojej imaginacji ze spłyconym wątkiem politycznym.

stig helmer pisze...

Kurde przez przypadek marcina pytanie skasowałem.

Marcin Zet pisze...

Przypadkiem? Jasne!;)
A Jeunet?

stig helmer pisze...

Nie żyje . Obcy go zjadł na planie Alien IV. Amelie nakręcił jego zły bat bliźniak.