wtorek, 6 maja 2025

Nightwing. Czas Tytanów. Tom 3

 




 Czyżby przyszła pora na krytykanckie żniwa? Z uporem maniaka czekałem tylko, aby móc się przysrać do bardzo udanej serii. Do trzech razy sztuka, skoro pierwszy tom zwalił mnie z nóg, a drugi przytrzymał za ramiona przynajmniej w pozycji lekko przykucniętej, na następny powinienem już móc patrzeć z góry. Tendencja spadkowa ma bowiem w zwyczaju przyspieszać, a w przypadku fabuły bezpośrednio podejmującej wątki po wielkim, superbohaterskim evencie jakość powinna zaryć w podłoże z kilotonowym impetem, prawda?

„Nightwing. Czas Tytanów. Tom 3” niemalże groził mi perspektywą konieczności zaznajomienia się z „Mrocznym Kryzysem”, a moja naturalnie buntownicza natura przykazała wziąć forsujących kompletyzm fabularny włodarzy DC pod włos i wyszedłem na tym całkiem nieźle. Wobec tego od razu zaznaczam: nie musicie wydawać tracących na wartości cebulionów na inne komiksy, by kontynuować serię autorstwa Toma Taylora. Trochę obecnej draki wynika z odwaleń dokonanych w ramach innych tytułów, ale tego kontekstu skutecznie doszukacie się na zasadzie domysłów napędzanych drobnymi dawkami ekspozycji. To zdecydowanie plus, choć niestety tylko w kategorii skutecznych rozwiązań problemów, które mogły w ogóle nie zaistnieć. Dzieje Dicka Graysona powinny zostać wątkowo hermetyczne.

Ku mojemu zaskoczeniu tom otwiera bezpośrednia kontynuacja najbardziej bzdurnego (choć miłego w odbiorze) fragmentu poprzedniego zbioru, czyli afery z fanbojującym Nighwinga impem z piątego wymiaru i biedną dziewczynką, co to jej ojciec duszę z demonami przehandlował. W efekcie pięknolicy akrobata wpierdziela się do piekła z misją ratowania małolaty i cel ten osiąga, przynajmniej częściowo, z wykorzystaniem biurokratycznych kruczków. Prosta historia z udziałem większej ilości peleryniarzy, ale szturchnięta kijem oryginalnego podejścia i humoru na tyle trafnie, że smród wtórności się z niej nie wydziela.

Potem jest lepiej, a jeszcze później robi się gorzej. Niestety to „jeszcze później” objętościowo gniecie fajniejsze fragmenty. Taylor wpierw wzbudził moją nadzieję street-levelową eskapadą w towarzystwie Baśki Gordon. Trącało to nawet szansą na powrót do klimatu pierwszego tomu i eksploatacją największej zalety całego runu, czyli jednej z najbardziej naturalnych i nietoksycznych relacji romantycznych w historii całego superbohaterstwa ever. Zamiast brnąć w kierunku tak łatwo osiągalnego sukcesu, Taylor musiał jednak (za nakazem szefostwa jak mniemam) wrócić do kwestii marynistycznych tajemnic Blüdhaven i zrobić z Dicka etatowego pirata na usługach swojej byłej. Fajnie poszerza się tu lore miasta, chemia między bohaterami jest napisana świetnie, niby nie ma na co narzekać. Mimo to nie byłem w stanie się tą historią przejąć, jej klimatyczne oderwanie od reszty runu wymiotło mi z czaszki sporo nagromadzonego wcześniej zachwytu. Poza główną osią scenariusza są też ścieżki poboczne, mniej istotne, ale nie zgłębiam ich, bo na ostateczne odczucia nie miały u mnie żadnego wpływu.

Wspomniany przed chwilą highlight tomu miażdży też wizualnie. Bruno Redondo na wiecznym propsie, nawet jeśli zwykle nie lubię sterylnego, trykociarskiego rysowania. Facet jest mistrzem języka komiksu, a i pojedyncze ilustracje traktuje z pietyzmem czyniącym z nich małe, pop-artowe perełki. Tym razem w ramach popisu walnął cały rozdział z oczu Nightwinga i choć pewnie nie jest to totalne nowatorstwo, to w rękach innego rysownika taki zabieg pewnie by się nie udał. Tu było efektowne i efektywne zarazem, choć ujęta z bocznej kamery sekwencja z tomu pierwszego nadal wypada lepiej. Sporo tu też, między innymi, ilustracji od Travisa Moore i Stephena Byrne na poziomie zadowalającym, przy czym pierwszy nieco wyróżnia się bardziej charakterystycznym stylem, ale obaj fajerwerkami po oczach nie walą. Dobra robota i tyle.

Bardzo porządne superhero moi drodzy. Sporo niewykorzystanego potencjału napoczętego zarówno w częściach poprzednich, jak i nawet w ramach tego albumu, ale totalnie przysrać się jednak nie mogę. W ogólnym rozrachunku mogło być gorzej. Ba, wręcz spodziewałem się, że będzie gorzej i w przypadku każdej innej serii tak pozytywne zaskoczenie byłoby powodem do radości, a tu ostatecznie troszkę mi smutno. Choć drugi tom nie doskoczył do powalającej jakości pierwszego, to nadal rozstawiał gatunkową konkurencję po kątach. Trójeczka za to, co przyznaję z żalem, staje w jednym rzędzie z kolegami uparcie unikającymi wychodzenia przed szereg miałkiej bylejakości. Gdyby nie talent Toma Taylora, byłby to paździerz, a tak mamy tylko prezentację niższej formy od twórcy słusznie wzbudzającego większe oczekiwania. Do końca jego runu został nam już chyba tylko jeden zbiór i nie mogę powiedzieć, bym wiązał z nim szczególnie wielkie nadzieje.

Autor: Rafał Piernikowski


poniedziałek, 5 maja 2025

Sierżamt Rock i Armia Trupów. Campbell/Risso

 


Przede wszystkim Egmont podszedł do sprawy od złej strony. Nigdy bowiem nie publikowano u nas kultowych w USA komiksów o Sierżancie Rocku, których rysownikiem był nieżyjący już gigant tego medium: Joe Kubert. Wiem, że oryginalne historie o słynnym żołnierzu są pewnie już ramotami, ale wypuszczanie postmodernistycznego, swoistego współczesnego miszmaszu łączącego świat Rocka z opowieścią o żywych trupach jest trochę bezsensowne. Odbiorca najzwyczajniej nie zna kontekstu i trudno mu będzie stwierdzić, czy to połączenie działa i jak dobrze parafrazowany jest oryginalny komiks.


Sam uważam, że jestem trochę za wąski w uszach na tę opowieść, bo z przygód Rocka znam tylko współczesną wersję. Tę rysowaną co prawda przez wspomnianego Kuberta, ale pisaną ręką należącego do innego, dużo młodszego pokolenia Briana Azzarello. To też nie był zresztą od strony scenariusza komiks w pełni spełniający potencjalne oczekiwania, nadrabiał to jednak ilustracjami Kuberta. W przypadku „Sierżanta Rocka i armii trupów” jest niejako podobnie. Co ciekawe, scenariuszem zajął się gość, który nie jest profesjonalistą. Za klawiaturą zasiadł bowiem w tym przypadku Bruce Campbell, ikoniczny aktor znany z serii filmów „Martwe zło” i „Armii ciemności”. Zastanawiam się tym samym, czy mam w ogóle zestawiać tego artystę z ludźmi piszącymi na co dzień. Jasne przecież jest, że słynny Ash nie ma wyrobionego literackiego warsztatu.


Nie okłamujmy się więc, od strony fabularnej to nie jest sztosisko. Musieliby mi też dużo zapłacić, żebym powiedział, że to ogólnie dobry komiks. Swoją drogą stylistycznie ta historia najbliżej umiejscowiona jest filmu „Bękarty wojny” Tarantino. Komiks Campbella to bowiem opowieść ukazująca alternatywną historię zgładzenia nikogo innego jak samego Adolfa Hitlera, który pod koniec wojny, w akcie desperacji, zaczyna wskrzeszać swoich żołnierzy za pomocą serum zamieniającego ich w zombie. Rzecz trzyma się z dala od jakiejkolwiek prawdy historycznej. To po prostu komiks, ale taki w złym tego słowa znaczeniu, co oczywiście nie oznacza od razu, że mamy do czynienia z czymś nieatrakcyjnym. To pulpa na pełnej kurwie, korzystająca z dobrodziejstw parafrazy i remiksu. Budowa tej opowieści nie jest nawet strasznie zła; czuć jednak brak literackiej ręki. Ash postawił na opowiadanie obrazem i tylko domyślać się mogę, jak ten jego scenariusz wyglądał od strony technicznej. Możliwe też, że ktoś mu to przejrzał, bo narracyjnie jest ogólnie dobrze. Nie ratuje to jednak tej opowieści.


Na całe szczęście wszystko niesie na swoich barkach rysownik. Kuberta nie da się co prawda zastąpić, ale wciepanie na ołówki samego Eduardo Risso, autora grafik do „100 Naboi”, to strzał w dziesiątkę. Risso ma wyjebane i nie próbuje naśladować Kuberta. Leci ze swoją charakterystyczną, komiksową, nieco cartoonową kreską, rysując – w przeciwieństwie do Kuberta, który dbał o całe rekwizytorium – dość umownie. Nie bawi się w odrysowanie najdrobniejszych szczegółów. Jego prace przez to pasują idealnie do przegiętej, pulpowej tematyki „Sierżanta Rocka i armii trupów”.


Generalnie nie bardzo wiem jednak, komu ten komiks mógłbym polecić. Nawet ja, miłośnik pulpy, cenię sobie dobrze napisane historie. Niestety robota Campbella nie należy do rzemiosła wysokich lotów. Nie ma w nim zbyt wielu elementów, które mógłbym pochwalić. Sięgnąć po ten komiks powinni pewnie głównie miłośnicy Eduardo Risso, gdyż akurat on – mimo iż nie wznosi się na wyżyny – rysuje całkiem nieźle i nie schodzi poniżej pewnego poziomu. Innym odbiorcom ten komiks zdecydowanie odradzam.





Gwiazda pustyni. Tom 2. Labiano/Desberg

 


Prequel bardzo chwalonego przeze mnie komiksu autorstwa Mariniego i Desberga. Trudno nazwać go wyczekiwanym, gdyż tym razem Marini wspierał autorów tylko dobrym słowem, a mimo wszystko jego nazwisko znajduje się na okładce w celach zapewne komercyjnych. Desberg jednak dobrze czuje historię, której pierwszą część nazwałem jego opus magnum.


Komiks zdecydowanie nie jest zły i jeśli cenicie opowieści westernowe o Indianach – bo o nich głównie traktuje ten tom – zdecydowanie powinniście dać temu albumowi szansę. Nowa odsłona „Gwiazdy pustyni” bardzo sprawnie cofa się w czasie i ukazuje, jak tępiono i robiono w bambuko rdzennych Amerykanów, będąc przy okazji opowieścią o fałszywości przedstawianego w westernach (i nie tylko) mitu założycielskiego. Wiem, myślicie pewnie z automatu o „Skalpie” i ukazanym przez Aarona i Guere obrazie Indian zdegenerowanych przez kontakt z białymi. To nie jest jednak opowieść aż tak wybitna, nie odnajdziecie tu więc fabuły na podobnym poziomie. Niemniej znalazło się tu miejsce na portret społeczności rdzennych i jak na mikrą objętość – jakieś 100 stron – rzecz jest dość głęboka i zapewniam, że nie zostawi Was z niedosytem. Prócz wątków społecznych to również tragedia przepisana na pełnokrwisty dramat w kostiumie dzikiego zachodu. Dramat krwawy, brudny i nie dający czytelnikowi zbyt wielu złudzeń.


Graficznie również jest całkiem nieźle. Owszem, nie ma na pokładzie Mariniego, ale jego następca – Labiano – podołał i świetnie odnalazł się w tym gatunku. Brak tu jednak zdecydowanie talentu naszego ulubionego Włocha do rysowania pięknych kobiet i scen erotycznych, które wzbudzały przecież duże emocje w pierwszym tomie „Gwiazdy pustyni”. Mimo iż wszystko czyta się dobrze, to trudno mi doszukać się geniuszu u tego rysownika. Na pewno nie jest rzemieślnikiem-artystą na miarę Mariniego. Nie jest z drugiej strony też osobą pozbawioną umiejętności rysowniczych i w sumie dobrze, że nie próbował wejść w buty poprzednika. Zrobił ten komiks po swojemu i to mu się chwali.


Sądząc po topce Gildii, na której po premierze wylądowała „Gwiazda Pustyni”, komiks sprzedaje się nieźle. Podejrzewam więc, że fanów jedynki nie muszę namawiać do zakupu. Jeśli jednak wciągnęli jedynkę tylko dla talentu Mariniego i nic więcej z tego komiksu nie wynieśli, raczej nie powinni sięgać po ten prequel. Cała reszta – chętna przeczytać dobry, acz nie dający zbyt wiele nadziei komiks Desberga – niechaj wali w ten album jak w dym.



niedziela, 30 marca 2025

Internet Crusander. George Wylesol.

 


Nic mnie tak nie cieszy w całej tej „zabawie” z komiksami, jak chwile zaskoczenia - bez względu na to czy chodzi o tematykę, czy nietypowe rozwiązania formalne. Moment zdziwienia, obserwacja przekraczania kolejnych granic i łamania dawno utartych schematów, to te czytelnicze doświadczenia, dzięki którym ciągle mam ochotę na poszukiwanie skarbów wśród coraz większej ilości tytułów, jakie co roku dostarczają nam wydawcy. Wydaje się, że prace „George’a Wylesola” mają właśnie ten istotny czynnik, który sprawia, że na tle konkurencji są czymś wyjątkowym

Nastolatek szuka w sieci fotek z „gorącymi dziewczynami”, a przy okazji trafia na stronę wyznawców tajemniczego kościoła „Church of Holy Light”. Jak się okazuje jest to sekta satanistyczna zbudowana przez nijakiego Jeffersona E Pleasanta, który na początku lat 90. doznał objawienia i dostał od Szatana zadanie, by dokonać „oczyszczenia” świata. Bestia chce rewanżu na Bogu, który wieki temu ją usidlił, ale w tym celu potrzebuje swojej armii. Zbudowanie jej to właśnie zadanie Jeffersona…

Mało oryginalne? To wyobraźcie sobie, że pewnego dnia pisze do was maila sam Bóg i oświadcza, że Szatan zdołał dokonać trasfiguracji w informatyczny kod i obecnie działa jako wirus, próbujący zainfekować jak najwięcej osób poprzez komputery osobiste. Na szczęście wy nie jesteście zainfekowani (prawdopodobnie dzięki zabezpieczeniom związanymi z kontrolą rodzicielską, możliwą do konfiguracji w ustawieniach systemu). Bóg stworzył również grę (klasyczny FPS w klimacie „Dooma”), która umożliwi przedostanie się do kolejnych kręgów piekła i pokonanie Szatana. Śledzenie rozgrywki zdominuje większą część omawianego komiksu.

Wylesol rezygnuje z klasycznego kadrowania i dialogów w dymkach na rzecz całostronicowych obrazów zaprojektowanych w taki sposób, by jak najlepiej odtwarzały pulpit komputera osobistego we wczesnej fazie rozwoju Internetu z początku XXI w. Właściwie cała fabuła „Internet Crusader” opata jest na śledzeniu ekranu komputera przed którym siedzi 12-latek. To, co wiemy o kolejnych wydarzeniach, relacjach między bohaterami i świecie zewnętrznym, wynika z zawartości komunikatorów, treści wiadomości mailowych czy pojawiających się informacjach na stronach www. Kolejne panele zaprojektowano tak, że zawarte w nich informacje (od reklam, po treści komunikatów przeglądarkowych i systemowych) stanowią swoiste didaskalia, tworzące tło fabularne, ale generujące również spore napięcie. Jednocześnie autor próbuje uwiarygodnić całość poprzez mowę potoczną dzieciaków, stosując skróty charakterystyczne dla komunikacji internetowej, jak również przypominając czytelnikowi jak wyglądała sieć ponad dwie dekady temu. Pełno tu spamu, linków, wyskakujących ostrzeżeń, zachęt do kliknięcia i pobrania treści, okienek z błędami, których nie można zamknąć, a nawet komunikatów z BIOSa. O czasie opisywanych wydarzeń można wnioskować ze szczątkowych informacji zawartych w różnych miejscach (np. w pewnym momencie bohater wspomina film „Matrix)

Ten sieciowy śmietnik z jednej strony prowadzi czytelnika przez historię, która jest odzwierciedleniem czasów nadmiaru i sieciowego postmodernizmu z mnóstwem bodźców, jakimi atakowani jesteśmy już ponad 20 lat, z drugiej buduje atmosferę zagrożenia wzmocnioną personifikacją wirusa, przedstawianego w postaci demona. Mroczne elementy sąsiadują ze swoistą nostalgią związaną z czasami, gdy Internet był jeszcze czymś świeżym i kompletnie nieprzewidywalnym. Całość wychodzi poza formalny eksperyment, budując niepokojącą fabułę okraszoną refleksją na temat współczesności. 

 

Autor: Przemysław Skoczyński


czwartek, 13 marca 2025

Petar & Liza. Sekulic-Struja

 

Debiut na Arkham. Na adapterach Przemek Skoczyński. Przywitajcie go ciepło, bo mało kto z taką pasją dziś pisze o komiksach.
 

 
 
Petar zostaje zwolniony ze służby w jugosłowiańskiej armii i wraca do rodzinnego miasta… W zasadzie można było poprowadzić tę historię na milion sposobów, by nadać jej pozornej atrakcyjności, ale Miroslav Sukulic-Struja nie chce stosować tanich chwytów i grać efektownymi rozwiązaniami fabularnymi. „Petar & Liza” to nieśpiesznie rozwijająca się obyczajówka, w której sposób opowiadania i obrazowania góruje nad samą historią. Petar jest poetą i pisarzem, nie potrafiącym skończyć tworzonej książki. Człowiekiem z jednej strony nadwrażliwym, z drugiej nie do końca dającym się zgłębić zarówno pozostałym uczestnikom historii, jak i czytelnikom.
 
Ta postać implikuje styl całości. Wiele dialogów czy komentarzy ma swoją proweniencję w poezji, im dalej w głąb, tym więcej onirycznych scen doświadczamy i coraz częściej nie wiemy czy to nadal rzeczywistość czy wynik rojeń bohatera. Czasem źródłem niepewności jest komentarz Petara, czasem jego rozmowa z innymi uczestnikami, choć prawdopodobnie to tylko jego postrzeganie rozmów, a nie ich prawdziwy charakter. Trudno wierzyć wypowiadanym przez niego kwestiom, zresztą także jemu zdarza się sugerować nieufność wobec tego co mówi, choćby wtedy, gdy komentując pewne zdarzenie dziejące się na oczach ukochanej, wypowiada kwestię: „z nieznanego powodu Liza nie widziała tej sceny”. Są również retrospekcje z dzieciństwa, niejasne reminiscencje czy skojarzenia. Dochodzą komentarze osób trzecich, które go na swojej drodze spotkały - najbardziej wiarygodne źródła w tej relacji
 
Sekulic-Struja jest świetnym obserwatorem. Sceny, w których pokazuje przedziały w wagonach pociągu, robią ogromne wrażenie. Przedstawione miasto pełne jest szczegółów, szarości, beznadziei i zniszczeń. To jest miasto, które widz czuje i słyszy również dlatego, że autor ma świetne ucho do dialogów. Sposób, w jaki komiks zobrazowano, musi robić wrażenie. Przywiązanie do szczegółu, a z drugiej strony swoisty prymitywizm, przybliżają całość do sztuki naiwnej. Trudno nie zauważyć jak kapitalnie autor gra kolorami, a końcowe wrażenie potęguje częste zagęszczanie kadrów – na poszczególnych stronach momentami naprawdę sporo się dzieje, mimo, że same kadry wydają się dosyć statyczne.
 
„Petara & Lizę” odbieram jak znany wszystkim dziwny stan drzemania, moment, w którym sen przenika do rzeczywistości. To jednocześnie powieść o człowieku „opętanym przez powieść”, której nigdy nie skończył, o powrocie do życia po wojennej traumie, o stopniowym schodzeniu do dołka, z którego praktycznie nie da się już wyjść, a także o zmieniającym się i definiującym na nowo mieście. Ostatnia (bardzo symboliczna) scena również nie daje odpowiedzi czy to jeszcze prawdziwe życie czy już tylko wynik wyobrażeń pogrążonego w szaleństwie poety. Poety o oczach kogoś, kto „jeszcze się nie obudził, ale już nie śni”
 
Autor: Przemysław Skoczyński

niedziela, 9 marca 2025

Pingwin. Długa droga do domu. Tom 1. Tom King.

 

 

Najważniejszą rzeczą, jaką zjebałem jako kolekcjoner/fan Batmana, jest olanie runu Snydera. Wypadłem przez to całkowicie z obiegu. Nie byłem nigdy jego fanem i nie mogłem się spodziewać, że dostanie Nietoperza w swoje łapy na tyle lat. Później – po dobrej dekadzie – przyszedł interesujący mnie już bardziej Tom King, który też spędził z serią sporo czasu. Mam początek jego runu, ale już się mocniej w niego nie wkręciłem. Kilka miesięcy temu pisałem o serialowym „Pingwinie” jako czymś, co w komiksach mógłby napisać Ed Brubaker. Jak się okazuje, szefostwo DC myślało podobnie, gdy wydawało tę mini-serię. Zamiast Bru postanowiło jednak posadzić na stołku scenarzysty wspomnianego wcześniej Toma Kinga.


W nowym komiksie o Pingwinie dostajemy więc gęstą literacko narrację (czytałem to dość długo), opowiadającą w pierwszej części o powrocie stareńkiego już Oswalda do Gotham. Prócz solidnie odbębnionej wierszówki rzecz nieco zawodzi, na pewno nie jest zła, ale nie dorasta do swojego serialowego odpowiednika. Owszem, historia nie szoruje o dno, jest przyzwoita. Na poziomie psychologicznym czy emocjonalnym nie robi jednak takiego wrażenia jak serial z Farellem. W dalszej części cofamy się w czasie (na raptem dwa zeszyty) i dostajemy opowieść o początkach naszego nowego ulubionego batmańskiego złola. Widać wtedy, że King czekał tylko na tę chwilę, bo w tym fragmencie pokazuje rogi i udowadnia, jak dobrym posunięciem było wybranie go na scenarzystę „Pingwina”. Od strony rzemiosła to typowo noirowa narracja, przez co King na dobre już dołącza do mistrzów komiksu robiących najczęściej z wszystkiego, czego się dotkną czarny kryminał. Dobrze to czy źle, to już nie mnie sądzić. Niemniej podkreślę: coraz mniej tu Moore'a, coraz więcej neo-noir. King oczywiście zostawia na tym swój znak wodny. Bo to nie miał być napakowany akcją komiks dla nastolatków tylko solidny dramat, powieść graficzna o wzlocie i (strzelam, bo drugiego tomu jeszcze nie czytałem) upadku jednego z najważniejszych złoli Gotham. Liczę też, że w drugim tomie King podtrzyma zwyżkującą tendencję i jeśli w ogóle polecam Wam ten komiks, to jednak nieco na kredyt. Na finiszu autor pokazuje bowiem potencjał na coś lepszego niż to, co dostaliśmy w pierwszych zeszytach.


Rysunkowo komiksowy „Pingwin” raczej nikogo o szybsze bicie sercanie przyprawi. Trudno tu szukać ponadprzeciętnych elementów, ale oczywiście z narracją obrazem i rysunkami jest wszystko w porządku. Trudno mi powiedzieć, czy coś bym w nim zmieniał, a to dlatego, że grafika jest nienachalna po to by czytelnik skupił się na historii. Wiadomix, gdyby narysował to jakiś mistrz, to bym chwalił, ale w gruncie rzeczy przechuj na ołówkach nie jest tu potrzebny.


Generalnie zrobienie z Kinga scenarzysty „Pingwina” wydaje się świetnym posunięciem. W rezultacie jednak dostajemy produkt nierówny, tylko momentami będący tym, czego oczekiwałem po seansie serialu. Wiadomo nie od dziś, że filmowe wizje Batłomieja wpływają na komiksy z jego uniwersum. Nie uważam tego za coś dobrego, ale tym razem serialowa wersja zdecydowanie przerosła komiksową.