Viktor Hugo wielkim pisarzem był, ale uczciwie przyznam: ni diabła nic nie wiem o jego twórczości. „Pracownicy morza” wyglądali jednak na tyle atrakcyjnie, że strasznie się na nich napaliłem i uznałem przeczytanie tego komiksu za obowiązek. Stylem wszak przypominają zarówno szaleństwa Toppiego jak i grafiki Gustava Dore, a może nawet Andreasa. Uwielbiam to, co tu się dzieje w warstwie wizualnej. Od strony plastycznej to zresztą kolejny komiks w ofercie Egmontu, który pasuje do ich stałej oferty jak pięść do nosa (co się bardzo chwali!) i bardziej można by się spodziewać czegoś takiego po, na przykład, Mandioce.
Po lekturze mam jednak wrażenie, że ktoś wybrał go do oferty ze względu na grafikę a nie na treść, bo fabularnie album nie dowozi, delikatnie mówiąc. Nawet jeśli ze względu na moje nieobycie z pisarstwem Hugo trudno mi oceniać, na ile jest to udana adaptacja. I mówi to ktoś, kto zdecydowanie ceni komiks marynistyczny i typowo europejski. Owszem, rzecz prezentuje się naprawdę spektakularnie, kompozycje plansz podane w wielkim formacie i niezaprzeczalny power, jaki ma w łapie Michael Durand (podobno na rynku frankofońskim bardzo ceniony twórca), wgniatają czytelnika w fotel. Problem leży jednak w tym, że autor – mimo świetnego pomysłu na stylizację plansz tak – średnio potrafi posklejać całą historię za pomocą grafik tak, by zaserwować przekonującą całość. Przez to najzwyczajniej męczył mnie ten album. Z jednej strony jarałem się dostarczoną tu stylistyką, z drugiej nie obchodziły mnie zupełnie losy portretowanych postaci. Strzelam więc, że to problem adaptacyjny, który zgubił całą głębie psychologiczną, jaką mógł zawrzeć w swojej powieści Hugo. Może oczywiście miałem zły okres, ale naprawdę szarpałem się z tym komiksem z tydzień czasu, przeplatając lekturę innymi, znacznie strawniejszymi tytułami.
Nie zrozummy się źle, Egmontowi i nowym ludziom w jego zarządzie (pozdrawiam serdecznie) chwali się, że chcą w końcu próbować czegoś innego niż majtki na kalesony. Tylko fajnie by było, gdyby udało się trochę lepiej selekcjonować tytuły. O ile ostatnio bardzo starałem się wybronić „Otchłań zmartwychwstań” – mimo iż była to dość siermiężną szmirą – to w przypadku „Pracowników morza” nie mam pomysłów na pozytywną argumentację. Graficznie to oczywiście perełka, widać to na pierwszy rzut oka, za to nie muszę świecić gałami, ale albo ja nie dorosłem do tej opowieści (acz przyznam się, że faktycznie nie cenię lekturkowców), albo jest po prostu słabo.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz