wtorek, 31 grudnia 2013

Mężczyzna który słyszał za dużo



Wielkim zaskoczeniem jest dla mnie fakt, że "Berberian Sound Studio" wskoczył do puli plebiscytu na Film Roku. To chyba kontrowersyjny wybór, bo film Petera Stricklanda nie trafił do szerokiej dystrybucji - w Polsce można było go zobaczyć jedynie na festiwalu Nowe Horyzonty.  Jednak ja bardzo się cieszę, że został dostrzeżony. Wielkie propsy dla Piotra Czerkawskiego, który nie bał się go typować w tym podsumowaniu, bo to moje numero uno ze wszystkich nowości jakie w tym roku widziałem.

Poniżej tekst, który chomikowałem w notatniku od dłuższego czasu. Planowałem uzupełnić go o wątki związane z muzyką, która co prawda odgrywa w filmie bardzo istotną rolę, lecz reżyser nie wyeksponował ich tak bardzo, jak z początku planował. Chciałem też jeszcze bardziej pociągnąć temat włoskiego kina ... ale wyszło tak, że napisałem ten tekst, a potem o nim zapomniałem. 

Myślę, że minęło już tyle czasu, że nie zdołam go rozwinąć. Nie będzie też lepszego momentu, by się tym tekstem z Wami podzielić. Potraktujcie jego publikację jako prezent noworoczny:




Barbara Steele, jedna z pierwszych scream queen w historii kina,  zapytana o kulisy realizacji włoskiego filmu grozy "Maska Szatana" wyznała dziennikarzom, że reżyser Mario Bava wymusił na niej nauczenie się kilkunastu rodzajów krzyku. Pani Basia najzwyczajniej w świecie fantazjowała, bo faktem jest, że jej wrzaski wcale go nie interesowały. Zarówno w wersji anglojęzycznej jak i włoskiej film był w całości udźwiękawiany w studiu, a głos do jej roli podkładały inne aktorki. Mario Bava - tak jak wielu innych twórców kina rodem z Italii - programowo rezygnował z nagrywania dźwięku na planie. Ograniczało to wiele zmartwień, a do tego pozwalało reżyserom w pełni skupić się na warstwie wizualnej filmu i nie przejmować się plątaniną kabli czy wchodzącymi w kadr "szczurami na tyczkach". To interesujące zjawisko miało też wpływ na ostateczny odbiór, bo w konsekwencji wtórne podkładanie dialogów i efektów dźwiękowych jeszcze bardziej potęgowało oniryzm charakterystyczny dla włoskiego kina gatunku. Motyw ten w swoim drugim filmie wykorzystał nieznany jeszcze szerszej publiczności, ale znakomicie rokujący angielski reżyser Peter Strickland.

Kino Brytyjczyka ma pewne cechy wspólne z dorobkiem Nicolasa Winding Refna. Podobnie jak Duńczyk Strickland garściami czerpie z kina gatunku, które dekonstruuje i któremu składa swoisty hołd. W zamyśle to twórczość daleka od tarantinowskiego pastiszu, skłaniająca się raczej ku filmowi niezależnemu, tworzonemu w duchu Johna Cassavetesa ( ze wskazaniem na "Zabójstwo Chińskiego Maklera", najbardziej gatunkowy tytuł w jego dorobku). Swoim debiutem - thrillerem przebranym w kostium kameralnego filmu artystycznego, podstępnie wdarł się na festiwalowe salony. W swoim najnowszym dziele odwraca rolę formy i treści, tym samym ukazując drugą stronę swojej twórczości -  "Berberian Sound Studio" to obraz arthouse'owy wystylizowany na włoski horror.

Film opowiada historię brytyjskiego dźwiękowca (w tej roli charakterystyczny Toby Jones, kojarzony najbardziej  z "Bez skrupułów", gdzie zagrał Trumana Capote), który zostaje zatrudniony przez włoską wytwórnię do pracy przy wyjątkowo brutalnym i perwersyjnym filmie grozy w reżyserii niejakiego Giancarlo Santiniego. Bohater jest znakomitym rzemieślnikiem, ale nie miał nigdy okazji pracować przy horrorze. Jak dowiadujemy się z kontekstu, na co dzień udźwiękawiał filmy przyrodnicze i programy dla dzieci. Obraz, przy którym przyjdzie mu pracować, nazywa się  "Equestrian Vortex", co w wolnym tłumaczeniu znaczy "Jeździecki Wir", przez co był przekonany, że jego tematyka będzie związana z końmi. Ze strzępków informacji  dowiadujemy się, że oprócz koni pojawiają się w nim: czarownice, inkwizytorzy, elitarna szkoła dla młodych dziewcząt oraz morderstwa i tortury kobiet. Dużo morderstw i tortur kobiet.



Już od pierwszych scen reżyser "Berberian Sound Studio" sugeruje nam, że będziemy oglądać niepokojący, straszny film - dreszczowiec, a może krwawy horror w konwencji slashera. Tymczasem nie uświadczymy w nim ani jednego trupa, chociaż w wyobraźni głównego bohatera padną ich setki. W czasie scen nagrywania postsynchronów nie zobaczymy również fragmentów filmu Santiniego. Obraz zastępuje skomplikowany grafik z linią czasu, na której zamalowane obszary oznaczają poszczególne dźwięki. W jednej z początkowych scen zamazane na nim pola przybierają kształt przypominający plan gotyckiego zamczyska. Wtedy jeszcze tego nie wiemy, ale to po jego labiryntach przyjdzie błądzić bohaterowi filmu Stricklanda.

Dźwięki mające towarzyszyć scenom okaleczania i zadawania ran nagrywane są przy użyciu dźganych, siekanych i miażdżonych owoców oraz warzyw. Najbardziej niepokojące i sugestywne ujęcia to właśnie dość osobliwe i dwuznaczne zbliżenia na martwą naturę, która staje się alegorią ciał zamordowanych ludzi i scen gore. W obiektywie Stricklanda gnijące owoce i warzywa wyglądają niczym milczące, majestatyczne zombie z filmów mistrza włoskiej makabry Lucio Fulciego. W studiu do imitowania dźwięków używa się przeróżnych przedmiotów - od łańcuchów, młotów, po specjalnie skonstruowane przyrządy - które w rękach ekipy realizatorskiej stają się narzędziami tortur. Dźwiękowcy zmuszający aktorki dubbingowe do ciągłych wrzasków są jak inkwizytorzy, a w bohaterze przez atmosferę panującą w pracy stopniowo zachodzą zmiany i przeistacza się w jednego z nich.  W "Berberian Sound Studio" nie zobaczymy też co prawda oskarżonych o czary i torturowanych bohaterek filmu Santiniego, ale symbolizują je kobiety podkładające im głos, które wchodzą w związki z mężczyznami związanymi ze studiem licząc na to, że uleganie ich zachciankom ułatwi im karierę. Ostatecznie są tylko wykorzystywane i poniżane przez włoskich macho, a na końcu naprawdę torturowane - notabene przy pomocy dźwięku, bo Strickland konsekwentnie nie ukazuje na ekranie żadnej przemocy fizycznej.


Informacje, jakie o fikcyjnym filmie ujawnia Strickland wskazują, że "Equestrian Vortex" ma być wypadkową dwóch najsłynniejszych włoskich horrorów gotyckich - "Maski Szatana" (1961) Mario Bavy i "Suspirii" (1977) Dario Argento. Ten pierwszy, niekiedy nazywany "Obywatelem Kanem kina grozy", jest jednym z tytułów, które na początku lat sześćdziesiątych wprowadziły horror na nowe tory - dosadne efekty zapowiadały erę gore i obrzydliwości, a wysmakowana narracja wizualna wyznaczyła nowe standardy języka, którym snuto celuloidowe opowieści niesamowite. Natomiast "Suspiria" jest  obrazem tak wpływowym, że mimo iż minęło trzydzieści pięć lat do od jego powstania, to do dziś pozostaje wzorcem współczesnego filmu gotyckiego, a jego echa mocno pobrzmiewają w tak popularnym obecnie azjatyckim kinie grozy. Obaj reżyserzy, prócz tego, że tworzyli horrory, są też najważniejszymi przedstawicielami nurtu giallo - odmiany hitchockowskiego thrillera, który w pierwszej połowie lat sześćdziesiątych został właśnie przez Bavę przedefiniowany na włoską modłę. Tworząc "Blood and Black Lace" (1964) odrzucił czarno-białą estetykę i psychologiczny aspekt ówczesnego dreszczowca, a całą fabułę zbudował wokół serii brutalnych zabójstw. Film zamienił się w pełną przemocy krwawą wyliczankę, tym samym dając podwaliny pod amerykański slasher. Fabuła "Berberian Sound Studio" w dużej mierze również opiera się na dekonstrukcji gatunku. Film Stricklanda jest bowiem w prostej linii potomkiem "Powiększenia", w którym Antonioni również grał konwencją włoskiego thrillera, zapożyczając z niego atmosferę i estetykę, ale pomijając jego główną cechę - akt zbrodni.

Sama postać reżysera "Equestrian Vortex", Giancarlo Santiniego jest groteskową hybrydą obu wspomnianych mistrzów giallo - jest kobieciarzem zachowującym się jak gwiazda rocka, co było cechą Dario Argento, cieszącego się w latach siedemdziesiątych wielką estymą, ale też przychodzi do studia z psem, jak miał w zwyczaju Mario Bava. Należy przy tym zaznaczyć, że film Stricklanda w żadnym stopniu nie jest próbą realistycznego oddania atmosfery panującej we włoskich studiach filmowych, czy odrysowania sylwetki któregoś z tych reżyserów. Jest za to ekspresjonistycznym przełożeniem lęków związanych z pracą w komercyjnym przemyśle filmowym, tak jak "Głowa do wycierania" Davida Lyncha była celuloidową emanacją jego obaw związanych z ojcostwem.


Strickland swój znakomity debiut ("Katalin Varga", 2009 r.) zrealizował za własne pieniądze, przez co była to bardzo oszczędna produkcja. Przy swoim drugim dziele uzyskał wsparcie brytyjskich producentów, ale nie spowodowało to zmiany jego podejścia do materii filmowej. Cała akcja filmu rozgrywa się wyłącznie w pomieszczeniach i na korytarzach studia dźwiękowego. Pomijając więc udział cenionego dziś Toby'ego Jonesa, film nie ma elementów, które mogłyby być drogie i zapewne dzięki temu reżyser zachował całkowitą wolność artystyczną i mógł stworzyć kolejny nieszablonowy film. "Berberian Sound Studio" nie jest jednak pozbawione efekciarstwa, a może jest go nawet więcej niż w przeciętnej współczesnej produkcji tego typu. Zamysł polegał na tym, by środek ciężkości przenieść z poziomu wizualnego na słuchowy. Ujęcia trikowe zastąpiono tutaj dźwiękowymi efektami specjalnymi. To chyba pierwsza udana produkcja tego typu od czasu "Rozmowy" Francisa Forda Coppoli (również będącej swoistym hołdem dla "Powiększenia"), która tak bardzo skupia się na akustycznym elemencie narracyjnym. Tam również zagrano konwencją dreszczowca, w której wojeryzm (tak charakterystyczny dla poetyki thrillera) w dużym stopniu zastąpiono podsłuchiwaniem. Główny bohater "Berberian Sound Studio" jest też bardzo podobny do protagonisty z filmu Coppoli: jest osobą nieśmiałą, skrytą i wycofaną, a zadanie które zostało mu powierzone kłóci się z jego systemem wartości. Jednak jego profesjonalizm nie pozwala mu porzucić pracy, w której stopniowo zatraca się tak bardzo, że zostaje przez nią opętany i zaczyna tracić zmysły. W filmie Stricklanda wizja ta spotęgowana jest dodatkowo klaustrofobiczną atmosferą, bo postać grana przez Toby'ego Jonesa nie wychodzi właściwie ze studia i coraz bardziej oddala się od od świata zewnętrznego i rzeczywistości, którą w filmie symbolizuje korespondencja od jego matki, opisująca sielankową wiejską codzienność. W pewnym momencie treść jednego z listów sprawia, że i ten obraz zostaje zburzony i przestaje się różnić od makabrycznego filmu, przy którym pracuje. 

 Gdy myślimy o ambitnym wykorzystaniu poetyki włoskiego filmu grozy wspominamy najczęściej "Nie oglądaj się teraz" Nicholasa Roega, czy "Lśnienie" Stanleya Kubricka.  "Berberian Sound Studio" jest jednak bliższy horrorom psychologicznym Davida Lyncha, którego - o czym się dziś często zapomina, wpisując całą jego twórczość na poczet kina stricte artystycznego - też inspirowało włoskie kino gatunkowe (Bava w szczególności). Dobrym skojarzeniem będzie również "Lokator" Romana Polańskiego, ale większe związki odnajdziemy we wtórnym wobec niego, ale równie znakomitym obrazie "Barton Fink", opowiadającym o cierpiącym na niemoc twórczą i powoli popadającym w szaleństwo świeżo upieczonym hollywoodzkim scenarzyście. U Stricklanda, podobnie jak w filmie braci Coen, możemy szukać kabalistyczno- ezoterycznych metafor, bo surrealistyczna fabuła może sugerować, że bohater jest duszą uwięzioną w zaświatach. W studiu panuje mistyczna i tajemnicza atmosfera. Przez cały seans zastanawiałem się, czy pracownicy odprawiają jakiś pogański rytuał, przy którym przyszło asystować naszemu niczego nie świadomemu dźwiękowcowi. W filmie kilkakrotnie pojawia się ujęcie, na którym tajemnicza dłoń w skórzanej rękawiczce (nieodłączny atrybut mordercy we włoskich thrillerach) kończy dzień pracy w studiu wyłączając dźwignią projektor filmowy. Idąc tropem mistycyzmu, możemy zinterpretować tę postać jako Boga, czy też demiurga, w gnostyckim rozumieniu tego słowa - Lucyfera, na którego chwałę pracuje cała ekipa. Poszlaki są oczywiście mgliste, ale jeśli zaznaczymy, że Strickland przyznaje się do fascynacji kinem transgresji spod znaku Kenetha Angera ("Lucifer Rising"), to zmusi nas to do zatrzymania się przy tym aspekcie i przynajmniej rozważenia takiej możliwości.



Mnogość przeróżnych mniej lub bardziej prawdopodobnych interpretacji jest jedną z cech "Berberian Sound Studio". Strickland rozrzuca bowiem fałszywe tropy, tak jak zwykli to czynić twórcy giallo, kierując podejrzenia na co rusz to inne postacie i odwracając tym samym uwagę widza od prawdziwego mordercy. Ja osobiście najchętniej odczytałbym ten film po prostu na poziomie egzystencjalnym. Mimo tego, że może wydawać się dziełem trudnym i enigmatycznym, to dla miłośnika kina grozy jego wydźwięk jest dość oczywisty: horror jest jak dubbing, który przekłada nasze największe lęki i pragnienia na język filmu.

niedziela, 29 grudnia 2013

Komiks Roku

Miło mi poinformować, że zostałem zaproszony do grona jurorów w plebiscycie na Komiks Roku organizowanym przez magazyn HIRO. Zasady są proste: pięciu krytyków typuje pięćdziesiąt tytułów ( po dziesięć każdy), a Wy z tej puli wybieracie swoją dziesiątkę. Z racji tego, że najlepsze tytuły w dość naturalny sposób rozłożyły się na wszystkich pięciu typujących, mój ścisły, prywatny top 10 wyglądałby trochę inaczej. Takie zestawienie opublikuję za kilka dni. Tymczasem  zapraszam do głosowania:





możecie również zagłosowac na płytę roku klik i film roku klik

Plebiscyt od lat wzbudza kontrowersje. Minusem oczywiście jest brak możliwości uzasadnienia swoich wyborów. W tym roku największe wątpliwości dotyczą dwóch pozycji które ja wytypowałem, pozwolę więc sobie umieścić tutaj krótkie uzasadnienie.

Cheap East - darmowa antologia komiksowa rozdawana w strategicznych miejscach (modne knajpy, kawiarnie i księgarnie, domy kultury, itd. - mówiąc krótko, wśród ludzi, którzy chętnie wydają pieniądze na kulturę) może zrobić wiele dobrego dla komiksu w tym kraju. Wiele więcej niż bardzo dobry 40-to stronicowy album za 50 zł który przeczytam ja, Ty, krewni i znajomi królika.


 W Cheap East można znaleźć między innymi komiksy Jacka Świdzińskiego, Jaromira 99, Mikołaja Tkacza. Sporo odbiorców może pierwszy raz zetknąć się z takim obliczem medium - nie z gazetowym stripami i nie z superhero, z którymi komiks dalej się kojarzy. Może to coś zmienić w ich postrzeganiu tej dziedziny sztuki .  Ja sam stykam się tam z pracami artystów, których twórczość z tego czy innego powodu do mnie jeszcze nie dotarła. To obok WKKM najważniejsze wydarzenie komiksowe roku jeśli chodzi o szukanie nowych czytelników. Myślę też, że grupa do której jest kierowany jest wdzięczniejsza niż ludzie, którzy sięgnęli po WKKM zachęceni filmami o trykociarzach.

W tym roku David Bowie został poproszony o stworzenie swojego literackiego top 100. Komiksowymi akcentami nie były o dziwo "Maus", czy "Strażnicy", a magazyn RAW - cykliczna antologia redagowana przez Arta Spigelmana. To oczywiste, że RAW i Cheap East to zupełnie inny kaliber, ale podejrzewam, że przyświecały nam podobne intencje. Być może w pierwszej chwili nie jest to tak oczywisty wybór (można wszak posądzić Davida o to, że nie czytał nowych "Rewolucji") ale wystarczy się nad tym chwilę zastanowić, by zrozumieć jego zasadność.

Nie bardzo rozumiem co przemawia przeciwko temu, by uwzględnić tę pozycję w takim zestawieniu, wszak jest to komiks - antologia komiksowa dokładnie. To, na jakim papierze jest wydrukowana, niewiele zmienia (bo mam wrażenie, że gdyby kosztowała xx zł i była na kredzie i w twardej oprawie, nikt nie miałby wątpliwości czy zasługuje na umieszczenie w tym zestawieniu). Bardzo się cieszę, że to właśnie ja wpadłem na pomysł, by wrzucić do puli Cheap East i nie wyobrażam sobie tej listy bez niego.

Warto dodać że za samą nazwą idzie ciąg skojarzeń: Cheap East to również pierwsza w Polsce galeria komiksu i stojące za magazynem wydawnictwo Centrala, które na 2014 rok planuje zacząć wydawać polskie komiksy na rynku anglojęzycznym (zaczynają od albumu "Przygody na bezludnej wyspie" Sieńczyka).  Ale to tylko tak na marginesie...






Marvel Zombies -  W WKKM pojawiło się sporo klasycznych, bardzo dobrych komiksów Marvela - tych jak wiadomo jest całkiem sporo. Gorzej z tym, co obecnie dzieje się w "Domu Pomysłów". Postawiłem na MZ, bo to mój ulubiony współczesny komiks ze stajni Marvela, tak się niestety składa, że jest na tyle kontrowersyjny i specyficzny, że wielu czytelników go po prostu nie znosi. W recenzji opublikowanej na łamach ArtPapieru pisałem: 

"Kilka tygodni temu Marvel Zombies trafił w końcu do polskich czytelników i wzbudził wiele kontrowersji. Jedni go kochają, drudzy nienawidzą. Część odbiorców mówi o wspaniałych dialogach i błyskotliwym scenariuszu, inni twierdzą, że to komiks nudny, głupi i o niczym. Jako miłośnikowi horroru trudno mi się silić na obiektywizm. Mogę oczywiście przytaczać wyświechtane frazesy na temat gore, mówić, że żywe trupy są krzywym zwierciadłem współczesnego społeczeństwa nastawionego jedynie na konsumpcję, ale wszyscy tę koncepcję znają i nic to w postrzeganiu tego tytułu nie zmieni.  Możliwe, że niezadowoleni czytelnicy trafili na historię stworzoną na przecięciu gatunków i czują się nieswojo na tym egzotycznym, pulpowym południku. Nie mam więc zamiaru drzeć szat, bo według mnie ta historia broni się sama. Nigdy bym nie przypuszczał, że z połączenia konwencji superhero z zombie może wyjść coś tak błyskotliwego. Kirkman połamał schematy, zdeptał mity Marvela i przy okazji stworzył satyrę na polskie środowisko komiksowe. Tylko skąd on mógł wiedzieć jak tu jest, ja się pytam? Skąd?"

Mam nadzieję, że to wystarczy zarówno za uzasadnienie, jak i komentarz do całej sytuacji. 


 Na wszelki wypadek przypominam też, że to moja lista i miałem prawo umieścić na niej tytuły, które są DLA MNIE istotne. Sam WKKM nie prenumeruję (kupiłem zaledwie dwa interesujące mnie numery), bo sporo z klasyki Marvela mam już na półce. "Born Again" czytałem bardzo dawno (w sejfie mam pierwsze zeszytowe wydania), a "Marvel Zombies" w tamtym roku - moje uczucia do tego komiksu są więc znacznie świeższe.

Oczywiście rozumiem wkurw czytelników, bo "Born Again" zapewne zasługuje na to, by znaleźć się w tym zestawieniu (co zresztą sugerowałem w kuluarach - ale szanuję decyzję kolegów, którzy zdecydowali się wytypować inne tytuły ) jednak nie rozumiem,  dlaczego to właśnie ja miałbym swoją listę zapchać superhero - wyróżniłem wszak aż na dwie pozycje z tego gatunku. Chciałem prócz trykotów wskazać na inne zjawiska: wspomniany Cheap East i komiks internetowy "Ultra Minion". 


Na forum Gildii (klik) profesor Jerzy Szyłak wytknął kilkakrotnie brak w zestawieniu komiksu Mateusza Skutnika Rewolucje w kosmosie. Ja sam do "wielkich nieobecnych" dorzuciłbym znakomity album Czerwony Pingwin musi umrzeć! Śledzińskiego, o którym po prostu - wstyd przyznać - zapomniałem. Obydwaj autorzy są w jakiś sposób pokrzywdzeni, prawda. Niemniej przyznam szczerze że akurat nowych "Rewolucji" po prostu nie czytałem. Nie dlatego, że nie cenię prac Mateusza, a dlatego, że cały czas kompletuję poprzednie tomy serii. Albumy wydane przez Egmont są obecnie dostępne tylko na rynku wtórnym i osiągają wysokie ceny (jak na moje standardy, bo dla kogoś nie musi być to duża kwota). Podczas tegorocznych wakacji wypatrzyłem w księgarni jeden z brakujących tomów za cenę okładkową klik. Nabyłem go bez wahania, a potem na wywczasie "nic sobie nie kupowałem, nie chodziłem do kina" - wybrałem komiks zamiast "Pacific Rim" którego w swojej dziurze zobaczyć nie mogłem. Może niepotrzebnie się usprawiedliwiam i do tego przyznaję (znajomi mi to odradzali), ale faktem jest, że nie mam ambicji przeczytania wszystkiego JUŻ TERAZ. Nie wiem czy to źle o mnie świadczy, bo mam wrażenie, że pochłaniam dostatecznie dużo kultury. W tym roku przeczytałem ponad 150 komiksów...  




piątek, 20 grudnia 2013

Bartnik Ignat i skarb puszczy - Tomasz Samojlik



Mam szczególny stosunek do regionu, w którym dzieje się akcja komiksów Tomasza Samojlika. Bywam tam przynajmniej raz do roku. Żaden ze mnie globtroter, niewiele w życiu widziałem, ale szczerze powiem, że Podlasie to jedno z moich ulubionych miejsc na Ziemi - dobre wędliny, tanie fajki zza wschodniej granicy i piękne krajobrazy. Lasy są tam gęste, tajemnicze i mroczne niczym z obrazów Theodora Kittelsena. Gdybym miał kiedykolwiek porzucić Arkham, to zamieszkałbym właśnie tam.

Z racji tego, że uniwersum serii o ryjówkach osadzone było w umownym, fantastycznym mikrokosmosie animorfów, nie poczułem, że dotyczy tego miejsca, do którego tak kocham wracać (wiem, ślepy ignorant ze mnie). "Bartnika Ignata" - prawdopodobnie dlatego, że opowiada o ludziach i legendach puszczy - odebrałem już bardziej osobiście. Moim zdaniem dopiero tym komiksem Samojlikowi udało się oddać część magicznej atmosfery, jaka tam panuje.

Tym razem autor mocno osadza akcję w kontekście historycznym, bowiem opowieść dzieje się w czasie zaborów. Złowieszczy Generał Sobakiewicz, w podzięce za zasługi wojenne dostaje od Carycy Katarzyny część Puszczy Białowieskiej. By się wzbogacić, postanawia jak najszybciej wyciąć las w pień. Sobakiewicz jest okrutnikiem i despotą, któremu szybko udaje się podporządkować okolicznych mieszkańców i zmusić ich do masowego wyrębu drzew. Jedyną osobą, która może stawić mu czoła, okazuje się żyjący w sercu puszczy poczciwy Bartnik Ignat. 




Warstwa plastyczna albumu utrzymana jest w tym samym stylu co seria o ryjówkach, z tą różnicą, że tym razem Samojlik zrezygnował z animorfów. Bohaterów opowieści rysuje jako mocno cartoonowe karykatury ludzkich postaci. Niby nic się w samej konwencji graficznej nie zmieniło, mam jednak wrażenie, że warsztat rysowniczy Samojlika posunął się nieznacznie do przodu. Postacie są co prawda równie uproszczone, ale jest tu więcej elementów tła, większą rolę gra tu też światłocień. Bardzo przypadł mi do gustu pomysł, by przy wydawaniu "Bartnika..." zrezygnować ze śliskiego papieru, bo złagodziło to intensywność komputerowo nakładanych kolorów.

"Bartnik Ignat i skarb puszczy" to nie tylko komiks dla najmłodszych, to też pełnoprawna powieść graficzna, utrzymana w duchu baśniowego fantasy z dużą ilością interesujących faktów historycznych. Z powodzeniem mogą ją czytać dzieci starsze (od 7 lat wzwyż), ale nie widzę powodu, by ją w jakiś sposób hermetyzować. Tak więc rodzicu - stając przed półką w dziale dziecięcym (bądź komiksowym) pamiętaj, że wybierając "Bartnika Ignata" kupujesz ten album również dla siebie.




Samojlik nie byłby sobą, gdyby nie umieścił tu szeregu nawiązań do popkultury, które sprawią, że poczujesz się bardzo dobrze w jego uniwersum. Nad komiksem wisi duch starego serialu o Robin Hoodzie. Niektóre postacie i sceny wydają się żywcem wyjęte z filmów Monty Pythona, a szwarccharakterowi towarzyszy banda inspirowana awanturnikami, którzy skupiali się w koło filmowego Barona Münchhausena. Zresztą, cała fabuła świadczy o tym, że Samojlik obdarza baśnie Terry'ego Gilliama szczególnym uczuciem, bo oparta jest o schemat, który wielokrotnie pojawiał się w filmach tego reżysera. 

Całe szczęście, że nie oceniam komiksów punktowo, bo szczerze powiedziawszy wahałbym się, czy dać temu albumowi najwyższą ocenę. Z prostej przyczyny - jestem pewien, że Sajmolik się cały czas rozwija i nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Bałbym się najzwyczajniej, że przy następnym komiksie jego autorstwa skończyłaby mi się skala.


czwartek, 12 grudnia 2013

Jaś Ciekawski. Podróż do serca oceanu - Matthias Picard





Trójwymiarowość w sztukach wizualnych  nie jest żadną nowością - stereoskopię znano już w XIX wieku, a pierwszy komercyjny pokaz filmu w 3D odbył się w 1922 roku. Jednak dopiero w ostatnich latach technologia ta triumfalnie wróciła do kin i zdaje się, że tym razem podbiła je na dobre. Można narzekać na wartość artystyczną tego typu filmów, ale trzeba pamiętać, że podobne reakcje towarzyszyły pojawieniu się technikoloru. Wszelkie niepewności co do potencjalnej wartości takich produkcji szybko rozwiał Werner Herzog oznajmiając, że to przyszłość kina dokumentalnego i realizując "Jaskinię zapomnianych snów".

Co prawda wartościowych filmów wykonanych w tej technice jest obecnie jak na lekarstwo, ale oto na naszym rynku pojawia się komiks dla dzieci Matthiasa Picarda, do którego dołączono specjalne okulary i opatrzono magicznym napisem elektryzującym każde dziecko: "książka 3D".

"Jaś Ciekawski" to twór podstępny, bez pardonu wkradający się w łaski małych czytelników, a przy tym rzecz niesamowicie intrygująca i przemyślana od strony artystycznej, przy okazji realizująca program, który dla filmowej technologii 3D zaplanował Herzog. Tytułowy Jaś Ciekawski to bowiem taki mały Jacques Cousteau, który zakłada skafander do nurkowania i schodzi na dno oceanu. Fabuła jest więc jedynie pretekstem do tego, by czytelnik podziwiał fantazyjnie narysowaną oceaniczną faunę i florę.

Słyszałem opinie, że filmowe 3D bywa dla widza przytłaczające. W przypadku książeczki do oglądania przepych ten sprawi jedynie, że chętnie sięgniemy po nią jeszcze nie raz. "Jaś Ciekawski" to zaledwie kilkudziesięciostronicowy album, ale zdecydowanie jest to pozycja wielokrotnego użytku. Na poziomie wizualnym dzieje się tu tak dużo, że za pierwszym, czy nawet drugim, trzecim razem, nie jesteśmy w stanie wychwycić wszystkich szczegółów.


(Obrazek poglądowy. 
Urok "Jasia" można docenić dopiero po założeniu specjalnych okularów)

W zależności od wieku czytelnika (i jego wrażliwości na sztukę) warstwa plastyczna może być odbierana dwojako. Dla dziecka będzie to niesamowita eskapada pobudzająca wyobraźnię, a przy tym posiadająca walory edukacyjne, gdyż ilustracje pełne są egzotycznych rybek i innych podwodnych stworzeń. Dla osoby dorosłej "Jaś Ciekawski" to intensywna psychodeliczna sesja, będąca połączeniem Beatlesowskiej "Żółtej Łodzi Podwodnej" ze spuścizną ekspresjonistów i elementami awangardowej sztuki współczesnej. 3D tak wzmacnia doznania, że z prostej graficznej opowiastki czyni prawdziwą surrealną ucztę. Dziecko zwiedzi wraz z Jasiem zatopioną antyczną metropolię, która osobie obeznanej z popkulturą zapewne skojarzy się z miastem R'lyeh znanym z mitologii Howarda Phillipsa Lovecrafta. Gdzie malec będzie widzieć podwodne wulkany, tam rodzic zobaczy minimalistyczne abstrakcje podrasowane trójwymiarowością. Paradoksalnie, obie te interpretacje w żaden sposób nie kolidują ze sobą i funkcjonują w całkowitej symbiozie - nie czynią z "Jasia Ciekawskiego" komiksu trudnego i przerażającego dla młodszych odbiorców, jak i nie czynią zeń tworu trywialnego dla dorosłego czytelnika. Milusiński odbierze ten komiks jako "podróż do serca oceanu", a dla brodatego trzydziestolatka będzie to eksperyment mający na celu "wyważenie drzwi percepcji".

Grudzień to okres rozliczeń i podsumowań. Właśnie zbieramy pokłosie zapowiadanej na ten rok ekspansji komiksu dziecięcego. Akcja zaczęła się dość nieśmiało, ale ostatnie miesiące dały mi w końcu poczuć, że pomysł wydawców na reanimowanie tej gałęzi medium powiódł się. Po lekturze "Jasia Ciekawskiego", niedawno wydanej "Hildy Folk" i "Bartnika Ignata i skarbu puszczy" mogę z ręką na sercu powiedzieć, że mamy w Polsce komiksy dla dzieci z prawdziwego zdarzenia i że stają się one ponownie - taką mam nadzieję - ważnym elementem pejzażu kulturalnego.


wtorek, 3 grudnia 2013

Pasterz - Anna Sailamaa




„Pasterz” jest komiksową pocztówką z fińskiej prowincji, tej głębokiej, która – podobnie jak popegeerowska polska wieś – nie interesuje nikogo. Komiks cechuje poetycki dokumentalizm kojarzący mi się z filmem „Kes” Kena Loacha, sztandarowym dziełem z nurtu brytyjskiego kina społecznego. Anna Sailamaa również opowiada o relacji człowiek – ptak, z tą jednak różnicą, że w jej albumie ptak jest martwy. Bohater opowieści znajduje go, idąc rano do pracy w lokalnej piekarni. Wieczorem kupuje flaszkę, siada obok truchła i upija się do nieprzytomności.

Album Sailamy jest próbą metaforycznego oddania społecznych nastrojów. Znam uczucie, o którym opowiada, więc nietrudno mi odczytać ową metaforę: ludzie z prowincji migrują do większych miast, tak jak ptaki, które odlatują na południe. Ten, kto zostaje, komu nie udało się z jakiegoś powodu wyjechać w odpowiednim momencie, jest niczym martwy łabędź. W zawartych w „Pasterzu” scenkach z życia prowincji, a nawet w poszczególnych, pozornie opisowych kadrach, możemy odnaleźć wskazówki do odczytywania przeszłych i przyszłych losów bohatera. Wszystkiemu temu towarzyszy silne uczucie straty, niepokoju oraz zmarnowania życiowych szans.



W innych gałęziach kultury o takich dziełach jak komiks Anny Sailamy zwykło się mówić, że to „sztuka dla sztuki”, „twór kierowany do krytyków”, za nic mający oczekiwania przeciętnego odbiorcy. Może i jest w tym trochę racji. W związku z tym, czytelniku, lojalnie uprzedzam: „Pasterz” nie jest tytułem dla osób szukających w tym medium ciekawych historii i ładnych rysunków. To dzieło osobne, poetyckie, nie żywiące jakichkolwiek komercyjnych aspiracji, twór artysty poszukującego, ale niekoniecznie znajdującego.

Nie jest to też rozbuchana narracyjnie powieść graficzna, którą w Polsce zazwyczaj utożsamiana się z tak zwanym „ambitnym komiksem”. „Pasterz” to album awangardowy, stworzony z eksperymentalnym zacięciem, stawiający na impresyjność. Warstwa plastyczna jest tu ponura, uboga i turpistyczna, a kompozycje poszczególnych ilustracji na planszy wywodzą się bezpośrednio z filmowych sposobów kadrowania, tak jakby do ich stworzenia posłużyła seria reportażowych zdjęć z miejsca, w którym diabeł mówi dobranoc.

 Dzięki wydawnictwu Centrala przynajmniej raz na jakiś czas recenzent może się poczuć jak prawdziwy „krytyk sztuki”. Oto bowiem w ofercie poznańskiej oficyny pojawia się kolejny komiks nie mający na celu przypodobania się komukolwiek. I z dużą dozą prawdopodobieństwa okaże się on tytułem, który zginie w zalewie pozycji bardziej przyjaznych czytelnikowi.



„Pasterz” nie jest komiksem ani złym, ani dobrym, choć o jego domniemanej wartości mogą świadczyć nagrody, które autorka zdobyła w krajach skandynawskich. To dzieło mające stanowić pretekst do dyskusji, do której chyba nikt nie jest u nas gotowy: ani czytelnicy, ani krytycy. A nawet gdyby znalazł się śmiałek skłonny podnieść rękawicę, nikogo tego typu dyskusje nie będą obchodzić. Podobnie jak fińska i polska prowincja.