sobota, 23 października 2010

Headdress – Turquoise (2008)


Zagrany na akustycznym instrumentarium spójny zbiór eterycznych, awangardowych piosenek i krótkich suit. Mimo, że są tu elementy różnych stylistyk, to nie brzmi to jak "mieszanka" i w żadnym wypadku nie daje się gdziekolwiek zakwalifikować. Jasne, możemy powiedzieć że to alt-country, albo zastanowić się, czy nie pobrzmiewa tu John Fahey, a w konsekwencji Earth, ale to i tak nic nie opisze i nie zbliży nas w żaden sposób do meritum... Realizacja dźwięku, a raczej jej celowy brak, wytwarza nostalgiczną, zadymioną atmosferę - to mroczna płyta, ale nie w taki sposób, w jak sobie zazwyczaj słowo "mroczna" z muzyką kojarzycie. Nie wiem czy znacie to uczucie, ale dla mnie ta muzyka zdaje się mieć swój zapach... pachnie jak koniak, kadzidła opiumowe i ciemna gorzka czekolada.

Powąchajcie...

próbka 1

próbka 2

Download
(on id Reverberations blog)

Kup
Raczej wyprzedane
(250 egzemplarzy chyba tylko było)

czwartek, 21 października 2010

Hey Oscar Wilde! It's Clobberin' Time!!!

Fantastyczny blog. Popkulturowe tributy robione przez rysowników komiksowych. Znajdziecie tu zarówno Bukowskiego, Huntera D. Thomsona, Marka Twaina jak i postacie całkowicie fikcyjne pokroju Sandokana, Kubusia Puchatka albo tribut dla Władcy Much.

Polecam. Kilka dni temu ten blog pożarł mi chyba z dwie godziny - teraz zaglądam regularnie.






piątek, 15 października 2010

The Jolly Boys - Great Expectation (2010)



Jeszcze nie wspominałem o tym na Arkham, ale w tym roku bezsprzecznie rządzą mudźina. Najpierw był znakomity powrót Herona, potem był Gonjasufi, a teraz jeszcze Jolly Boys. I to wszystko przebija się bez problemu do głównego nurtu! Biorąc pod uwagę to, że z własnej woli mainstreamu niemal nie słucham, a tych płyt słuchałem bardzo dużo (swoją drogą z wielką przyjemnością i jeszcze nie raz do nich wrócę), zaczynam myśleć, że dzieje się coś niedobrego... Czarny papież już jest. To nie jest śmieszne. Może w 2012 naprawdę koniec świata? Tylko kiedy dokładnie? Może nie warto budować tych autostrad na EURO 2012?



Mento not Mori
(napis na przystanku tramwajowym w Kingston )

Zacznijmy od początku. Mento to jamajski folk, który jest matką i ojcem chrzestnym ska, reggae i pochodnych... Instrumentarium jest strikte folkowe - banjo, gitara akustyczna, ale występują tu też rzeczy pokroju mirumbly i tworzone domowym sumptem wynalazki, chrzczone tak wymyślnie, że Bogusław Kaczyński (nie, nie ma trzeciego - mówię o tym pedrylu od opery) wstydziłby się wypowiedzieć ich nazwy na antenie. Co ciekawe, w starszych nagraniach dostrzegłem dominację banjo... Natomiast Jolly Boys to jeden z najsłynniejszych zespołów obracających się w tej stylistyce. Z tego co czytam, to kapela ma co prawda przeszłość w szołbiznesie (istnieją ponad 50 lat), ale obecny skład to goście którzy zabawiają zagramanicznych krezusów nagrywających w słynnym studio Gee Jam (No doubt , Gorilaz np).




(Blue Monday)

Ja jestem pasażerem, mam zęby jak nity - co drugi to zgnity...

Nie ma co ukrywać - The Jolly Boys to objawienie - niestety, raczej stali się medialnym produktem, a nie wydarzeniem artystycznym. Szkoda. Wina w tym głównie producentów, którzy kazali im śpiewać standardy pokroju Perfect Day Lou Reeda, Passenger Iggy Popa, Blue Monday New Order, Golden Brown Strenglersów. Trzeba jednak przyznać tymże producentom trochę racji, bo piosenki, których z zasady coverować nie wypada, wzięte na warsztat przez Jolly Boys brzmią bardzo autentycznie - jednak okropnie dużo tracą na plastikowym, przeprodukowanym studyjnym wykonaniu. Poza tym, wystarczyłoby zapewne poprosić, a panowie z Jolly Boys zaiwanili by nam na tych swoich domowej roboty harmoszkach takie jamajskie Celiny (w których Czarny Ziutek jest naprawdę czarny) że byśmy z kapci wyskoczyli. Gdy patrzy się na tych panów, od razu myśli się o Buena Vista Social Club, niestety, wokół Jolly Boys zebrało się zbyt dużo biznesmenów, a za mało pasjonatów. Ich sukces będzie pyrrusowym zwycięstwem, bo nie było przy nim dobrego akuszera, jakim był Wim Wenders dla Buena Vista... Jollly Boysom - patrząc z punktu wartości artystycznej - nie trza było gogusiów z Londynu, trza było kogoś kto postawi sprzęt nagrywający, da browara i powie "graj cyganie jednooki"! To by starczyło. Ale oczywiście nie starczy hemoroidowym dupskom z Londynu... Jolly Boys dali sie od razu popsuć. Widać to głównie po ubraniach, sztucznym, karykaturalnym zachowaniu i tym, że Albert Minott (wokalista) opierdolił wąchala. Słychać natomiast w tym, że to już raczej po prostu reggae i to mocno przeprodukowane (bity, perkusja, bleee - jednym słowem słychać, że Ricka Rubina to tam w studio nie było)... Szkoda mi ich. Największym rozczarowaniem będzie dla nich moment, gdy brutalnie odczują, że są dla tych wszystkich ludzi po prostu dziwolągami grającymi przebojasy.

Jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Dzięki nim masy (w tym ja) dowiedziały się, co to jest Mento. Teraz pozostaje tylko dobrze pogrzebać.




(solowy występ Alberta Minotta w Londynie)



(Klip promujący płyte - cover Amy Winehouse)



(Perfect Day - występ TV )

ZACHĘCAM DO SZPERANIA ZA LAJVAMI NA WŁASNĄ RĘKĘ - BO JAK WSPOMNIAŁEM ONE SĄ NAJCIEKAWSZE.



próbka
W studiu najlepiej wg mnie wyszedł Blue Mondey


wtorek, 12 października 2010

Sailors With Wax Wings - s/t (2010)


R. Loren - vocals / textures, J. Leah - vocals Ted Parsons - drums (Swans/Godflesh/Prong/Jesu), Simon Scott - electronics (Slowdive), Aidan Baker - guitar (Nadja), Colin Marston - guitar (Krallice, Gorguts, Behold... The Arctopus, Dysrhythmia, Byla, Indricothere...), Vern Rumsey - bass (Unwound), Prurient (Dominick Fernow of Hospital Productions, Cold Cave, etc) - noise / electronics, James Blackshaw - piano (Young God Records solo artist, Current 93), Hildur Gudnadottir - cello (Múm/Throbbing Gristle/The Knife), Aaron Stainthorpe - vocals (My Dying Bride), Jonas Renkse (Lord Seth) - Vocals (Katatonia (Swe), Bloodbath (Swe), October Tide), Marissa Nadler - vocals (ostatni Xasthur)...

Nie, to nie jest spis zawartości jakiejś składanki. To skład zespołu. A okładkę napaćkał Tibet.


Swoją drogą - zdaje się, że nieprzypadkowo w skład tego never-dream-about-this teamu wchodzi Marissa Nadler. Jest tu coś, co po włączeniu nagrania odpaliło mi w głowie czerwoną lampkę z napisem 'Ostatni Xasthur'. Nie wiem czy pamiętacie, ale przy okazji Portal of Sorrow wypisywałem o imaginacji Dark Side of The Moon XXI wieku. Tutaj mamy poniekąd coś podobnego w idei (ale tylko w idei, bo szczerze powiedziawszy to rzecz bliższa Angelic Process) bo Sailors With Wax Wings to kosmiczny shoegazowo-dronowo-dream popowy monument (no szeket ałt klik). Niestety ktoś nie wyhamował załogi i materiał jest trochę przesłodzony, ale mimo wszystko wart uwagi. Słuchanie tej płyty jest jak przytulanie się do włączonego, ciepłego odkurzacza w zimny jesienny dzień... niby przyjemnie, ale gupio będzie jak somsiad zobaczy...

edit: Halo? Jesteście tam? Nie odchodźcie jeszcze - przesadzam. Sprawdźcie koniecznie - to jedna z najlepszych płyt tego roku (tzn top 10-20) i moje zrzędzenie tego nie zmieni. Poza tym to idealny soundtrack do niewychodzenia cały dzień spod kołdry. Nieważne, czy macie pod nią odkurzacz czy kobite. Bedroom pop-gaze-metal? Hell yeah!

ps. a ten perkusista swansów to tak napierdala że aż mnie tu butle skaczo.

piątek, 8 października 2010

Jedna czwarta Polaków czyta książki... A SKNERUS NAPIERDALA!




Życie i czasy Sknerusa McKwacza
Don Rosa


Czytałem kiedyś zabawną anegdotę na temat Dona Rosy. Pono chciał napisać komiks o tym, jak McKwacz ogląda w TV Duck Tales i potwornie się wkurwia : "Kaczensyny! To nie było tak!" - krzyczy i postanawia pozwać producentów serialu do sądu. To całkiem nieźle obrazuje, z czym będziecie mieli do czynienia biorąc w ręce ten album, bo mimo tego że bezsprzecznie trzyma się universum Kaczogrodu, to raczej nie jest to typowy produkt Disneya.


P
ewnie zastanawiacie się, czy ten komiks jest naprawdę aż tak dobry, by honorować go nagrodą Eisnera? Tak. Jest TAK dobry. Co prawda Rosa to nie Hergé, ale językiem komiksu posługuje się znakomicie. Swoją drogą, Życie i czasy Sknerusa McKwacza momentami niebezpiecznie zbliżają się do europejskich przygodowo-awanturniczych opowieści obrazkowych. W czasie lektury skojarzenia z Corto Maltese czy Tintinem nasuwają się same... ale to nie tu drzemie największy potencjał Sknerusa. Trzeba go wziąć pod lupę jako biograficzną powieść graficzną - w tej kategorii wypada wprost fantastycznie.

Jeśli miałbym się doszukiwać analogii w filmie, automatycznie porównałbym Rosę do Milosa Formana. Podobnie jak Forman, Rosa balansuje między faktami a plotkami i domysłami dotyczącymi postaci... zaraz, jakimi faktami? Sknerus to przecie postać fikcyjna, stworzona w latach czterdziestych przez Carla Barksa, ale na kartach tego komiksu urasta wręcz do rangi postaci historycznej, bogacza i awanturnika z krwi i kości. W każdym razie Rosa ze strzępków informacji, które zawarł w swoich historyjkach jego znamienity poprzednik, kleci opowieść o latach świetności najbogatszego kaczora świata. Mimo że upiera się, że "tak było naprawdę", to nie ma wątpliwości, że podchodzi do Sknerusa po swojemu.


W jego interpretacji najbardziej zaskakuje brak poprawności politycznej. Już samego bohatera, który jest wytworem amerykańskiej epoki post-kryzysowej, trudno polubić. To kutwa, centuś, dusigrosz (żadne z tych określeń nie opisze wielkości jego skąpstwa) a do tego z porywczą osobowością, którą Rosa tak eskaluje, że nazwałbym ją wręcz psychopatyczną... Do połowy opowieści, gdy nasz protagonista z uporem - ale też z pokorą - dochodzi do swoich pieniędzy, obcujemy jeszcze z czymś, co można nazwać ciekawym komiksem dziecięcym. Niech to was nie zmyli, bo od momentu gdy $ zarabia pierwszy milion, zaczyna tracić kontrolę nad sobą. Zaryzykował bym stwierdzenie, że Don Rosa utracił panowanie nad tym komiksem jak Coppola nad Czasem Apokalipsy, bo historia nasiąka przemocą niemal jak Sin City, a Sknerus robi zadymy niczym kacza wersja Lobo (oczywiście koloryzuję - tzn. krwi jako takiej nie ma, a przemoc jest sugestywna, jednak skala rażenia jest podobna - obrywają całe miasta). W ostatnich rozdziałach, gdy kieruje nim już tylko szaleństwo i nieodparta chęć zysku, zaczyna być bliższy postaciom granym przez Kinskiego w filmach Herzoga, by na koniec zostać, już bardzo dosłownie, porównany do Obywatela Kane.


Nie jestem specem od opowieści z Kaczogrodu, ale postawiłbym tezę, że Rosa - analogicznie do antywesternu - tworzy komiks "antydisneyowski", w tym sensie, że puszcza z dymem mit infantylnego "Kaczora Donalda" będącego synonimem rozrywki dla upośledzonej młodzieży - w zamian daje nam antybohatera, któremu kibicujemy chyba tylko dlatego, że w koło niego są jeszcze gorsze dranie. Oczywiście de-disneyzację przeprowadzano na animorfach już w amerykańskim komiksie undergroundowym przełomu lat 60/70 XX wieku (przede wszystkim Mickey Mouse Meets the Air Pirates, ale też np Kot Fritz ) ale musimy pamiętać, że w tym przypadku wszystko dzieje się na łonie Disneya.

Podsumowując - twór ten jest potwierdzeniem tego, co często powtarzam : nie ważne medium - może nim być równie dobrze celuloid, jak i klocki lego - ważne, czy twórca umie coś w tym medium przekazać/opowiedzieć. Gdyby nie to, że nie znalazłem kasy na kilka ważnych pozycji wydanych w tym roku (np Mój Syn - który zdaje się byc naprawdę fantastiko ) i to, że dzieło Rosy to wznowienie, okrzyknął bym je najważniejszym komiksem roku 2010 w Polsce. $ zdecydowanie należy do kanonu - i tak jak trzeba przeczytać Maus, Weapon X czy From Hell, tak trzeba przeczytać Życie i Czasy Sknerusa McKwacza. Wydajcie te 20 zł. Nie będziecie zawiedzeni.


wtorek, 5 października 2010

Liveride - Туманами (2010)


Jak tu rockowo ostatnio było... Fuj! Za karę biczuję się teraz zremasterowaną kasetą Xasthur ( już sama idea remasterowania Xasthur nie jest zabawna - nieprawdaż?), od czasu do czasu kontrując tym znakomitym ruskim pseudoblejkmjetalem który tu widzicie. Zerknijcie do próbek, bo to tak naprawdę nie jest blejk mjetal, tylko kotletowy easy listening - taka zakamuflowana muzyka medytacyjna rzekłbym ... Chyba zaraz włączę Mount Eerie -Wind's Poem*. Pogoda znów sprzyja, nie?


*
obiecywałem kiedyś o tym napisać ale nie wyrobiłem... ale chyba już i tak macie?




Download
(on ambient-black)

niedziela, 3 października 2010

Lemora: A Child's Tale of the Supernatural (1975)



Jak wiadomo mam słabość do złego kina, więc nie bierzcie sobie tego aż tak do serca, ale dla mnie ten film to niedocenione arcydzieło. Blackburn - podobnie jak Burton - korzystając z estetyki charakterystycznej dla filmów Mario Bavy, kleci dzieło znajdujące się na pograniczu kina grozy i filmu artystycznego.


Z pozoru obcujemy z gotyckim B klasowym chłamem, czy horrorową baśnią filmową. Może to zmylić widza, bo im dalej w las, tym więcej odnajdziemy tu oniryzmu, surrealistycznego eksperymentu, Alicji w krainie czarów (a raczej koszmarów) i cudnie rozdmuchanych rozwiązań fabularnych, znanych z co dziwniejszych/odważniejszych filmów epoki kina klasycznego (Noc Myśliwego znowu się kłania).

Jak wspomniałem to klasa B. Tak. Ale wyśmienicie zrobiona i piękna, jeśli o warstwę plastyczną chodzi... W warstwie fabularnej znajdziemy metaforę dojrzewania i utraty niewinności. Jest tu też piękny pedofilistyczny wątek, który oczywiście wykurzy sprzed odbiorników wielu niedojrzałych emocjonalnie debili... I tu się zaczynają schody. Największym problemem tego filmu jest to, że prawie nie ma targetu: dla widzów zapatrzonych w kino artystyczne będzie zbyt gatunkowy, a dla widzów kina gatunku zbyt artystyczny. Pozostają takie pojeby jak ja... ewentualnie fanom Burtona może się oprawa plastyczna podobać. Ludzie którzy - jak ja - słysząc nazwisko Neil Jordan, myślą Towarzystwo wilków, też powinni sprawdzić. Reszta niech nie dotyka.




Zobaczyć możecie na YT - wpuisując po koleji part 1,2,3 etc.
(jak ktoś chce pobrac to niech mnie łapie na lascie czy gronie...)

Wywiad z reżyserem, oglądam go teraz i widzę że sam reżyser otwarcie powołuje się na noc myśliwego:):



ps. jak się zbierze trochę postów to chyba zrobię osobnego bloga na filmy...